„Ta żywa dłoń” (pdf)
Paweł Marcisz
Komentarze:
Magdalena Madej
Na samym początku autor zapewnia, iż Ta żywa dłoń to nieliniowy
scenariusz. Stwierdzenie to samo w sobie jest absurdalne, gdyż
nie ma fabuł nieliniowych, a dodatkowo chronologiczna konstrukcja
przygody zupełnie temu twierdzeniu przeczy.
Gustuję w opowieściach miłosnych, które zawsze zapewniają silne
emocje graczom jak i Mistrzowi Gry. Niestety autor zamiast zaangażować
postaci graczy w wątek romantyczny w trakcie gry, odgórnie narzuca
im uczucie. Efektem takiej strategii może być brak satysfakcji
dziewczyny wcielającej się w postać młodej damy. Pozbawiona możliwości
wyboru między dwojgiem absztyfikantów zostaje postawiona przed
faktem dokonanym. Sprawia to, iż znaczenie roli gracza odgrywającego
zakochanego w niej młodzieńca także uległo umniejszeniu, bowiem
niewiele zależy od jego starań i poczynań.
Kolejnym potknięciami autora są nierówne rozłożenie ról pomiędzy
członków drużyny (postaci posiadają rożną wartość fabularną) oraz
fakt, iż gracze nie mają zbyt wiele do roboty. Najważniejszy wątek,
czyli powrót do teraźniejszości, znajduje się poza zasięgiem działania
drużyny i rozwiązany zostaje rękami bohatera niezależnego.
Bohaterowie niezależni zapowiadają ciekawe wątki dramatyczne.
Z niewytłumaczalnych powodów autor nie wykorzystuje jednak stworzonego
potencjału. Scenariusz spisany ładnym językiem, pozwalającym na
wczucie się w dekadencki, gotycki klimat. Szczególne pochwały
należą się autorowi za scenę przejażdżki kuligiem.
Krystyna Nahlik
…
Joanna Szaleniec
Naprawdę przewrotny pomysł!!! Dowcipny, niesztampowy scenariusz,
oparty na rewelacyjnym zderzeniu konwencji. Bardzo przyjemnie
się go czyta, a przede wszystkim gwarantuje to, co moim zdaniem
najważniejsze – jedyną w swoim rodzaju, niezwykle emocjonującą
zabawę dla graczy. Żałuję, że nie mogłam w niego zagrać i teraz
pozostaje mi tylko go poprowadzić…
Julian Czurko
Ciekawa przygoda z haczykiem na jesienny wieczór. Motyw nienowy,
ale gładko zakomponowany. Autor skupił się jednak na dwojgu zakochanych
w sobie bohaterów graczy, zaniedbując całkowicie pozostałych.
Tomasz Z. Majkowski
CZĘŚĆ PIERWSZA – ROKU ÓW!
Pierwsza rzecz, która zaintrygowała mnie w tym scenariuszu, to
jego dokładne chronologiczne umiejscowienie. Uważam, że historię
traktować należy z całym obciążeniem – i nie wystarczy uważać
na polskim (choć to zawsze miłe, kiedy w przygodzie widać zainteresowanie
przedmiotem), by dobrze rzecz osadzić w kulturze. Przeprowadziłem
zatem małe śledztwo.
Tropy umożliwiające precyzyjne określenie dat mamy w gruncie
rzeczy dwa – wiersz Keatsa (zapisany na marginesie tomu poetyckiego,
wydanego w 1819 roku) oraz wzmiankę o „żołnierzu – klasyku” i
przeciwnym mu „romantyku”. Cóż to by miał być jednak za żołnierz?
Wychowanek Korpusu Kadetów byłby już za stary…
Przyjmijmy zatem, że scenariusz rozgrywa się gdzieś między pierwszymi
wystąpieniami romantyków polskich (1818, publikacja „Romantyków
i klasyków”) a powstaniem listopadowym. Sam początek romantyzmu
to jednak być nie może, gdyż:
a) Do polskiego zaścianka dotarł już wiesz Keatsa z 1819 roku
b) Romantyzm wydaje się być zjawiskiem dość powszechnym wśród
młodego pokolenia bohaterów scenariusza
Jednak:
a) Lutosławski czyta Wertera w oryginale, mówi się też o weltschmertzu,
przyjmujemy zatem, że książka nie ma jeszcze polskiego tłumaczenia
(z roku 1822)
b) i określony zostaje jako „nowomodny romantyk”, więc choć jego
postawa nie dziwi, wciąż jest nowinką.
Rozsądnym wydaje się zatem przyjąć, że rzecz dzieje się między
rokiem 1820, a 1822. Czyli, na przykład, w zimie 1821.
Bohaterowie zostają zatem przerzuceni w czasie do roku 1801.
To raptem 6 lat po rozbiorach. I na 11 lat przed akcją Pana Tadeusza.
CZĘŚĆ DRUGA – BEZ SERC, BEZ DUCHA…
Mamy zatem klon „Powrotu do przyszłości” – młodzi ludzie zostają,
dzięki wynalazkowi szalonego naukowca, przerzuceni w czasie, a
tam młodszy o 20 lat uczony musi opracować na nowo maszynę czasu,
gdy tymczasem związek matki bohatera z jego ojcem jest zagrożony,
i trzeba go ratować bo inaczej młody człowiek nigdy się nie urodził.
Jest tu coś jeszcze?
Ach, jest upiór – jakże romantyczny! Prawdziwa ballada Mickiewicza,
albo Dziadów część IV. Tyle, że z jego obecności nic nie wynika
– mało tego, nie zgadza się on z… ale o tym za chwilę.
Autorowi nie można odmówić pewnej sprawności językowej, ani znajomości
kilku podstawowych faktów historycznoliterackich. Czemu zatem
ten scenariusz jest banalny, płytki, doniczegowaty?
Po pierwsze, wybrawszy ciekawe epoki, funduje nam Autor scenariusz,
który może dziać się kiedykolwiek. Jedyne znaki przynależności
do konkretnych czasów to zasugerowana dyskusja o niepodległości
(właśnie – zasugerowana), wiersz Keatsa (we współczesnym tłumaczeniu.
My, literaturoznawcy, nie wybaczamy takich rzeczy. Nie można było
poszukać przekładu z epoki?) i nieszczęsny Lutosławski. A zatem
wyłącznie elementy dekoracyjne. I, oczywiście, upiór… ale o
nim za chwilę.
Bohaterowie graczy pozbawieni są przy tym właściwości – zasugerowano
wyłącznie dwoje z nich, a pomysł na pozostałą dwójkę jest dość
marny. A skoro wplątuje się ich w intrygę ze zmianą historii rodziny,
to powinno się ich w niej jakoś osadzić. Poza tym nie ma żadnego
powodu romansu dwojga BG, o którym dużo się mówi, ale który przechodzi
jakby bokiem. Bez niego natomiast cierpi warstwa humorystyczna
scenariusza – a konkretnie najbardziej zabawny jej wic.
Nie potrafię również pogodzić się z maszyną czasu – to pomysł,
który zupełnie nie pasuje do ducha epoki! Rozumiem wiktoriańską
maszynę czasu. Wyobrażam ją sobie nawet w czasach Wokulskiego.
Ale, na Boga, nie w romantyzmie! Ten zgrzyt jest dla mnie bardzo,
ale to bardzo mocny – zwłaszcza, że przenosiny w czasie można
było urządzić inaczej.
Bo nie mam nic przeciwko temu, by w pierwszej połowie XIX wieku
taki motyw się pojawił. Nie podoba mi się tylko intencjonalna
budowa wehikułu. Gdyby powstał przez przypadek, gdyby podróż była
skutkiem jakiegoś wypadku, gdyby nawet odbyto ją za sprawą czarów,
albo we śnie, wszystko byłoby w porządku. Ale wyobraźcie sobie
człowieka Oświecenia, który stara się zbudować Maszynę Czasu!
Do licha! Ich interesowały zupełnie inne rzeczy!
Kolejny problem to humor – zapowiada się scenariusz lekki, i
faktycznie lekkim jest – ale nie ma w nim żadnych komicznych zdarzeń
(wyjąwszy może Lutosławskiego, który wiesza się, jak na Wertera
przystało, i łamie nogę). A potencjał jest tak ogromny! Tyle pomysłów
na komiczne qui pro quo – i nic! Kompletnie nic!
No i upiór. Upiór jest duchem kochanka, który, przeżywszy zawód
miłosny, utopił się w stawie (w stawie zimna woda/trochę będzie
szkoda…). Tyle, że on się w nim utopił w 1801 roku. Owszem,
też mógł być czytelnikiem Goethego (przypominam, książkę wydano
w 1774), ale był przy tym Polakiem! A nawet Hrabia, było – nie
było romantyk, nie topi się, gdy jego awanse okazują się nieskuteczne.
I znów – razi mnie nie tyle sam motyw, co nieumiejętne posługiwanie
się potencjałem historycznym. Mieszkańcy dworku (skądinąd, nie
wydaje Wam się, że bardziej pasuje on do „Nad Niemnem”, niż „Dziadów”?)
sprzed 20 lat zachowują się dokładnie tak samo, jak współcześni.
Po drodze jest romantyczny przewrót – ale w naszym zaścianku nic
się nie zmienia. A nie mógł nasz samobójca uciec do Napoleona,
jak Jacek Soplica? Po cholerę ten upiór?
CZĘŚĆ TRZECIA – CZEMU PŁACZESZ?, STAREGO PYTAŁ CZYŻYK MŁODY
Najbardziej zmarnowany potencjał mieści się w samym wątku podróży.
Nasi młodzi przemieszczają się o lat 20 – i trafiają na ten sam
dwór, który tym się różni, że starzy są w nim młodsi.
Ale to jest, do licha, polski dwór szlachecki na 10 lat przed
Panem Tadeuszem i nasi podróżnicy powinni trafić w sam środek
historyi szlacheckiej.
Mało tego – gdyby Autor chciał naprawdę wykrzesać coś więcej,
niż marną komedyjkę, zauważyłby pewną prawidłowość – otóż nasi
bohaterowie urodzili się już pod zaborami – a młodzież z przeszłości
wyraźnie pamięta Rzeczpospolitą (to tylko 6 lat po jej ostatecznym
upadku, 10 po Konstytucji). Jakiż tu drzemie potencjał! Konflikt
rysuje się nie tylko na płaszczyźnie klasycystyczno-romantycznej
(aby dodać rzeczy smaku prosi się aż dziad – sarmata), ale i niepodległościowej.
Jak przebiega? Wystarczy zajrzeć do „Końca świata szwoleżerów”
Brandysa.
TYTUŁEM PODSUMOWANIA
O tak, rozsierdził mnie ten scenariusz. Zdenerwował niemal jak
„Noc aniołów”, z tym, że w „Żywej dłoni” zmarnowano kompletnie
cały potencjał i zafundowano nam lekką i głupawa komedyjkę, w
której historia jest raptem ozdobnikiem – a to przecież to właśnie
ona jest zasadniczym tematem podróży w czasie. W dodatku komedyjkę
w zamyśle romantyczną (w znaczeniu sentymentalnym, a nie kulturowym),
w której nie ma ani grama uczucia.
I romantyczną (tym razem w znaczeniu formacji kulturowej), kompletnie
odartą z romantyczności (którą przepojone są „Wędrówki nocną porą”).
A przecież:
Nie jest światło, by pod korcem stało
Ani sól ziemi do przypraw kuchennych.
Łukasz M. Pogoda
…
Maciej Reputakowski
Podróże w czasie to jeden z najtrudniejszych do zrealizowania
w grze fabularnej tematów. Nieprzewidywalność rozgrywki sprawia,
iż połączenie wszystkich wątków w logiczną całość po „powrocie
do przyszłości” nie jest proste. I chyba w celu uniknięcia logicznej
wpadki autor zubożył fabułę tak znacznie, iż poza wątkiem głównym
niewiele pozostało. W efekcie scenariusz nie porywa, nie wciąga,
a rozwiązanie problemu z wehikułem „deus ex machina” (i to dwukrotnie!)
pozostawia uczucie niesmaku. Podobnie dzieje się z historycznym
settingiem, którego historyzm wynika tylko z daty zadeklarowanej
we wstępie. Poza tym można odnieść wrażenie, iż postaci graczy
są zawieszone w pustce.
To właśnie bohaterowie wypadają najgorzej, chyba zabrakło na
nich pomysłu. Dwie dodatkowe postaci są typowymi zapchajdziurami,
a o parze kochanków wiemy tylko tyle, że się mają pokochać. W
jakim sposób MG ma tego dokonać? Po prostu powiedzieć dziewczynie,
że w pewnym momencie ma zmienić obiekt westchnień. Doprawdy, coś
takiego można przeprowadzić w mniej łopatologiczny sposób.
Miło byłoby również, gdyby za tym uczuciem szedł jakikolwiek
problem, czy choćby komplikacja fabularna. Może następnym razem?
No i przydałoby się nieco więcej śmiałości i wiary we własne
siły. Kulig naprawdę da się przedstawić.
Marcin Segit
…
Michał 'Puszon’ Stachyra
Ciekawe realia.. pierwsza połowa XIX wieku, Królestwo Polskie.
Interesujący sposób zapoznania się bohaterów – kulig, choć nie
do końca go sobie wyobrażam. Szalony naukowiec całkiem klimatyczny.
Motyw przenosin w czasie… w sumie rzadko pojawia się w scenariuszach
RPG, tu całkiem ciekawie zapodany – problem doprowadzenia do ślubu
własnych rodziców przywołuje do pamięci oczywiście niektóre książki
czy filmy – zwłaszcza „Powrót do przyszłości”, ale mi to akurat
nie przeszkadza. Tekst czyta się przyjemnie.
Bardzo nie spodobało mi się jedno zdanie autora „…pamiętaj,
że dobry prowadzący to wredny prowadzący.” Jeżeli według niego
jest to reguła to współczuje jego graczom… Mi to się zawsze
wydawało, że RPGi to wspólna rozrywka itp itd… Mam nadzieję,
że to jednak sarkazm autora, przeze mnie, niezbyt mądrego, nie
wykryty….
Ogólnie, pomysł na scenariusz fajny, zastanawia trochę jego umiejscowienie
historyczne – wehikuły czasowe bardziej by mi się kojarzyły raczej
z końcem XIX wieku niż jego początkiem. Potencjał, jaki miał ten
scenariusz nie został wykorzystany – mogło wyjść coś naprawdę
dobrego… a tak … niższa klasa średnia…
Krzysztof Świątek
PLUSY: ciekawe realia – mocno „nie rpg-owe”,
sympatyczni bohaterowie i NPC, sprawna intryga i niezły styl –
dało się miło czytać.
MINUSY: brak iskry – nic super odkrywczego, motyw
Wehikułu Czasu jest w końcu dosyć oklepany.
WRAŻENIA: zaintrygowało mnie. Nie wiem czy
dobrze czułbym się w tych realiach, ale… Nr 4 na mojej liście.
