Dzień przez świętami

Dzień przez świętami – Maciej Kujawa

Edycja: 2022

System: Zew Cthulhu 7e

Setting: Koniec Zimnej Wojny – lata 80 Laponia

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1-2

Dodatki:

Opis:

Laponia nie jest tak bardzo przyjaznym miejscem, jak uważałoby wiele osób. Może o tym świadczyć wiele, chociażby znalezione w kałuży krwi ciało starszego mężczyzny ze śnieżną białą brodą, jak się później okazuje szefa pobliskiej fabryki zabawek. Co tu się stało? Jak zginął? Kto jest mordercą? Miejmy nadzieję, że grupie badaczy uda się znaleźć odpowiedź na większość przychodzących do głowy pytań lub chociaż na jedno najważniejsze. Kto zabił Świętego Mikołaja?

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Redakcja językowa – niechlujność tekstu wpływa na jego odbiór i bardzo utrudnia czytanie. Powtórzenia akapitów to jeden z zaniedbanych elementów, których naprawdę można uniknąć małym sumptem – sugeruję Autorowi przeczytać swoją pracę następnym razem, zanim wyślę ją zewnętrznym recenzentom 🙂

Fajny pomysł – lubię zabawę konwencją, widać, że Autor bardzo zgrabnie odnalazł się w stworzonej przez siebie fantazji i wdzięcznie dozuje różne kulturowe odniesienia (Renifer Glen i Dziadek Rudolf na propsie! Mrugam również kierunku królika i sekretarki :)). Podoba mi się przeniesienie ciężaru Zimnej Wojny na Laponię i stwory magiczne, które też niejako stały się jej ofiarą. Normalnie powiedziałabym, że połączenie naszych kulturowych baśni, w których odnaleźć się muszą ludzcy Badacze, z jeszcze jednym fantastycznym aspektem, czyli Rasą Yith, to za dużo grzybów w barszczu, ale w tym wypadku Autor zgrabnie tłumaczy codzienność świata baśni, która także jest narażona na zagrożenie ze strony Lovecraftowskich bytów. Ja to kupuję.

Pomimo regionu, w którym niejako jest to wytłumaczalne, mam dziwne wrażenie, ze w tej przygodzie wszyscy piją i, jak dla mnie, tego schematu jest ciut za dużo. Fajnie by było te przywary i wątpliwe nawyki zwyczajnie urozmaicić, sprawić, żeby były różne.

Nikt nie rozpoznaje, że Bombeczka to Łyżewka? Oni są podobni? Nie ma klarownej informacji, dlaczego Łyżewce się to udaje i nikt niczego nie podejrzewa. Nikt też nie zwraca uwagi na brak Bombeczki? Wydaje mi się, ze w takiej fabryce raczej wszyscy się znają, a jeśli jest inaczej, tekst powinien poinformować o tym odbiorcę i wytłumaczyć pokrótce ten wątek z Łyzewka i Bombeczką – jak jest odbierany przez innych i dlaczego? Czemu nikt nie zwraca na to uwagi?

W scenariuszu znajdziemy bardzo dużo różnych tropów, luźno lub w ogóle nie powiązanych z główną fabułą – zahaczki fabularne i tzw. otwarty świat to dobry pomysł, wprowadzający dodatkowe wydarzenia i nieprowadzący Badaczy tunelowo przez przygodę. Ja jednak uporządkowałabym nieco te ciekawe pomysły i – oprócz zahaczek na kolejne sesje – napisałabym jedno-dwa zdania rozwinięcia na temat wpływu tych znalezisk na aktualną sytuację, np. wyjmując przedmiot z worka lub śledząc wątek aktu własności do nawiedzonej posiadłości gracze otrzymają jakieś dodatkowe informacje/nagrody, które rzucą chociaż odrobinę światła na główne śledztwo – końcu gracze chcą eksplorować świat i warto ich za to nagrodzić 🙂

Propsuję wątek sesji RPG i elfów na stołkach – w pulpie wykorzystałabym taką scenę na bank.

Jak BG mają się dowiedzieć całego backstory o wojnie i Dziadku Mrozie i konfliktach obecnych w miejscu, które badają? Glen ma takie informacje, ale jeśli Badacze się z nim nie dogadają, nie otrzymają takich wskazówek. Dobrze by było dać szansę jeszcze w innym miejscu/u innego NPCa na zdobycie takich informacji – znacznie to poprawi przepływ wiedzy Badaczy i sprawi, że śledztwo nie stanie w miejscu.

Kostka jest najważniejszym elementem – fajnie by było, żeby Autor opisał kilka przykładowych okoliczności, gdzie tę kostkę można zdobyć – ustawienie tego konfliktu jako wyzwanie dla Badaczy, dodatkowo dodałoby wagi temu elementowi rozgrywki.

Mam tez wrazenie, ze cala przygoda polega głównie na rozmawianiu z ciekawie opisanymi NPCami, i chociaż jest to klasyczne ktulowe podejście, brakuje mi w tym scenariuszu większej dynamiki i wyzwań dla Badaczy.

Piotr Cichy

Protekcjonalny ton, jakim autor zwraca się do czytelnika, jest wyjątkowo irytujący. Nie mówiąc już o tym, że tekst roi się od błędów językowych i niezręczności.

Mity Cthulhu, zimna wojna, Święty Mikołaj, Królik Wielkanocny, przemytnicy narkotyków, gracze rpg w scenariuszu rpg – mieszanka jest osobliwie absurdalna, ale nie jestem przekonany, że wszystkie użyte elementy dobrze do siebie pasują. Jak dla mnie wrzucono tu trochę tego wszystkiego za dużo.

Autor zbyt obszernie rozpisuje się o faktach niezwiązanych bezpośrednio z rozgrywką. Do tego wiele tych informacji jest powtarzanych wielokrotnie, zupełnie niepotrzebnie.

Mapa dołączona do scenariusza nie do końca pasuje do opisu zawartego w tekście – np. kwatery mieszkalne miały być osobnymi pomieszczeniami.

Całe śledztwo właściwie jest uzależnione od pojedynczego przedmiotu, kostki, która jest kluczem do rozwiązania fabuły. Jej dostępność jest pozostawiona uznaniu Mistrza Gry. Iluzjonizm w najgorszym wydaniu – działania graczy nie mają większego znaczenia, znajdą kostkę, gdy MG o tym zdecyduje.

Także poboczne wątki są dorzucone w dość niefrasobliwy sposób – właściwie niczemu nie służą i nie mają na nic wpływu.

Przyznam, że ta praca wyjątkowo nie przypadła mi do gustu, choć sam pomysł na śledztwo w fabryce Świętego Mikołaja nie jest zły. Podobała mi się też tabelka do losowania prezentów. Można by jej użyć w innej świątecznej przygodzie w humorystycznej konwencji.

Paweł Jakub Domownik

Zew Cthulhu z ryzykownym twistem. Mimo dobrych chęci niestety troszkę zabrakło, by praca mogła być w finale.

Podoba mi się:

  • Pomysł — Magiczna Laponia nurzająca się w powojennej traumie biedzie i nieszczęściu jest naprawdę spoko.
  • Śledztwo jest raczej proste, ale porządnie opisane i nie ma szans się wywalić.
  • Sensowna i zakorzeniona w mitach antagonistka 

Uważam, że należy poprawić. 

  • Nie trafiają do mnie zahaczki i nie widzę pomysłu jak zaangażować w to ludzkich badaczy. 
  • Nie rozumiem wewnętrznej logiki tego świata. Jak to przedstawiciele władzy wiedzą o św. mikołaju i na spokojnie prowadzą tam śledztwo?
  • Próba połączenia ciepłego klimatu świąt z mrokiem jest bardzo trudna. Niestety, niepowodzenie tutaj skończy się tym, że zamiast zmrocznienia klimatu wpadniemy w niezamierzony humor.
  • Za dużo grzybów w barszcz, jakieś questy poboczne, zbieranie listów, mnóstwo NPC-ów, którzy są głównie red herringami. To wszystko rozbiega się na mini epizody. Trzeba się dobrze przelecieć z brzytwą Ockhama po tym scenariuszu i zastanowić się co jest naprawdę potrzebne.

Bardzo ciekawy pomysł na zniszczoną powojenna magiczna Laponię. Niestety wykonanie nie dowozi. Dostajemy sypiąca się historie uciekająca w niepotrzebny humor. Szkoda.

Ola Durlej

Doceniam ten scenariusz za pomysł wprowadzenia mrocznej atmosfery do miejsca postrzeganego jako ciepłe i bezpieczne. Magiczna Laponia wypełniana pomiotami zła, brudem i biedotą tworzy intrygujący obraz.

Przygoda jednak zyskałaby na porządnej korekcie, wycięciu zbędnych wstawek narracyjnych, czy informacji o osobie autorskiej. Dobry scenariusz nie musi być opowiadaniem! Warto by również odróżnić jakoś tekst główny od wstawek, a także zadbać by tabelka znajdująca się “poniżej” rzeczywiście była poniżej.

Brakuje mi tu jakiegokolwiek powiązania postaci graczy z historią. Osoba autorska twierdzi, że da się ten scenariusz włączyć w prowadzoną kampanię, lecz ciężko mi to sobie wyobrazić. Jako jednostrzał jednak ma szansę spisać się bardzo dobrze. To lekka, przyjemna historia, w sam raz na przedświąteczne spotkanie.

Na szczególny plus muszę policzyć cudownie suchy dowcip osoby autorskiej. Więcej niż kilka razy wybuchałam śmiechem podczas czytania.

Marek Golonka

Scenariusz prezentuje bardzo bogaty, ciekawy i groteskowy świat, w którym Laponia Świętego Mikołaja, Zimna Wojna i Mity Cthulhu jakimś cudem tworzą przekonującą całość. Śledztwo, którego mają podjąć się Badacze, wykorzystuje ten cały barwny świat i pozwala go zbadać od różnych stron. Zarazem jednak to, kiedy właściwie rozwiążą intrygę, zależy głównie od decyzji Strażnika, mogącego przekazać im kluczową wskazówkę wcześniej lub później.

W konwencji śledztwa normalne jest, że BG przybywają na miejsce zbrodni jako osoby z zewnątrz, ale obawiam się, że tutaj to nie działa. Barwnych i groteskowych frakcji i postaci w Laponii jest tak dużo, że w scenariuszu lepiej sprawdziłoby się, gdyby Badacze też pochodzili z jednej z nich. Pozwoliłoby to pełniej rozegrać wszystkie wątki i konflikty, które proponuje szalona świąteczno-zimnowojenno-lovecraftowska mieszkanka.

Doceniam brawurę i szaleństwo tego scenariusza, czuję też jednak, że lepiej bawiłem się, czytając go, niż bawiłbym się przy rozgrywce. Ciekawie czytało mi się o elementach tego świata, ale po lekturze widzę też, że Badacze — a więc i gracze — mieliby tu za mało do roboty.

Patrycja Olchowy

Choćby scenariusz wyrywał z kapci i sprawiał, że mózg wybucha, niestety, umiejętność stosowania rodzimego języka jest czymś niezbędnym dla docenienia przekazu. A tu tego zabrakło. Gdyby tylko osoba autorska przeczytała tekst drugi raz lub oddała go do zewnętrznej redakcji i korekty, ogromnie by zyskał na jakości i czytelności. 

Nie sposób jednak przejść obojętnie obok fajnego pomysłu na świąteczną przygodę. Czy do Zewu Cthulhu? Mam tu pewną wątpliwość. Jest to zupełnie alternatywna rzeczywistość, nawiązań do Mitów Cthulhu jest – dla mnie przynajmniej – za mało, a Badacze wcale nie muszą być Badaczami, bo sprawdzi się tu dosłownie każdy system, w którym grać można śledczymi. Przyznam szczerze, że już prędzej nawet widziałabym tu wariację na współczesny Vaesen, niż na Zew. Jest to jednak scenariusz zawierający wszystkie niezbędne do poprowadzenia elementy przygody. Mamy tu i opis bohaterów niezależnych, i opis ważnych miejsc, a w końcu i opis głównego plotu, który daje całkiem fajne pole do popisu jeśli chodzi o rozgrywkę. Zakwestionowałabym jeszcze pochodzenie Badaczy, bo grupa z wewnątrz, która zwęszyła, że coś jest na rzeczy, na pewno byłaby dużo ciekawszym rozwiązaniem. Mimo wszystko, historia potoczyć się może w wielu kierunkach, modyfikacje znanych nam motywów z baśni i legend są ciekawe, a tło historyczne na pewno dość mocno przykuwa uwagę i, nie ukrywam, jest też dobrym materiałem inspiracyjnym.  

Wojciech Rosiński

Dzień przed świętami to przede wszystkim poprawnie przygotowana przygoda skupiająca się na śledztwie. Zawiera wszystkie niezbędne opisy oraz cenne podpowiedzi i narzędzia dla osoby prowadzącej. Autor poświęcił, również czas na przygotowanie mapy, którą można śmiało pokazać graczom i na pewno ułatwi grę przy wykorzystaniu VTT.

Niestety nie jestem przekonany co do ogólnego pomysłu. Zew Cthulu jest systemem do rozgrywania dość specyficznego typu horroru. W tym scenariuszu po pierwsze akcja dzieje się w latach nie pasujących do konwencji zewu. Po drugie poprzez wplecenie świątecznych elementów (to czy ktoś lubi świąteczne przygody to już kwestia gustu) burzy klimat grozy. Tutaj chciałbym zaznaczyć, że jest to pomysł ciekawy i wart doceniania gdyż horroro-komedia to potencjalnie przepis na bardzo ciekawą sesję. Podejrzewam jednak, że istnieją systemy i konwencje lepiej nadające się do tego typu eksperymentów.

Janek Sielicki

Czasem najtrudniejszą rzeczą w pisaniu (w ogóle, nie tylko przygód) jest rezygnacja z pomysłów i opcji, by tekst był jaśniejszy. Jest to bardzo widoczne w przypadku „Dnia przed świętami”. Mamy tu znakomity pomysł (uwielbiam przygody świąteczne), nakreślone ciekawe realia świata (choć trochę niejasne jest na ile magiczność i realizm się przenikają) i ktulowe śledztwo. Mamy ciekawe postacie i różne miejsca do odwiedzenia (tym brakuje nieco ‘magii’ świąt).

Autor pisze, że to trudna przygoda do poprowadzenia i taka jest, ale spowodowane jest to właśnie pewnym chaosem. Tekstowi przydałaby się porządna redakcja, nie tylko językowa. Trochę nie widzę też tu Badaczy-Ludzi. Gdyby autor dał nam gotowe do gry elfy, każdy z własną wiedzą i specjalną zdolnością, to ułatwiłoby wejście do gry, która z założenia jest raczej jednostrzałem.

Założenie rozgrywki jest proste: PG zdobywają wskazówki (które są dość oczywiste) i sprawnie rozwiązują śledztwo. Ale kluczowa jest tu kostka ekspozycji – ciężko inaczej dojść do sedna. Brakuje też jakiegoś zegara/odliczania planu złoli i ich reakcji na poczynania PG, a także statystyk PN.

To jest dobra przygoda i jeśli w nią zagracie, będziecie się dobrze bawić, ale ostatecznie mnie zawiodła.

Michał Sołtysiak

Za brawurowość pomysłu należą się brawa. Prawdziwa przygoda do Zewu Cthulhu, dziejąca się w domu prawdziwego Świętego Mikołaja! Jak się dowiadujemy, Święty Mikołaj zabił Dziadka Mroza specjalną choinką, ale niewiele mu to dało, bo Stare Rasy i tak go wpędziły w kłopoty. Do tego elfy zabójcy, krasnale zabójcy, zabójstwa laską cukru i renifer wmieszany w produkcję alkoholu. Dołożono jeszcze przenikające się lata 80. i 90., bo radosny, świąteczny nastrój musi być wspierany przez odwołanie do klasyki w rodzaju Zabójczej Broni i Facetów w Czerni.

Tylko czasem warto zejść na ziemię i przyjrzeć się tekstowi w odniesieniu do dużo nowszego pojęcia, a mianowicie: „A jak tak UX?” i grywalność. Tutaj niestety jest dużo gorzej i braw już nie ma. Autor sili się na żarty, na wtręty osobiste, na fabularyzacje i dosłownie „zasypuje” czytelnika pomysłami, motywami i „takimi-se” elementami. Jest dużo chaosu i dobra redakcja byłaby wskazana. „Jazda bez trzymanki” rzadko kiedy się sprawdza w RPG, bo utrudnia wykorzystanie tekstu w grze. Autor nie wziął sobie tego do serca. Nie wiemy, czy to ma być jednostrzał, bo ciężko sobie wyobrazić, jako element większej kampanii przygód, bo po tej sesji trudno będzie wrócić do zwykłych „klimatów Zewu”.

Mam też mocne uwagi co do postaci. O ile policjanci albo agenci z Delta Green/służb/MiB sprawdzają się w surrealistycznych komediach, to w RPG nie zawsze. Autor powinien na poważnie się zastanowić: jakie postacie najlepiej by się sprawdziły w jego przygodzie; Jaki rodzaj bohaterów pasowałby do scenografii i konwencji? Postacie głównych bohaterów muszą mieć cechy pozwalające im działać skutecznie w grze. Zmiana na postaci na choćby istot nadnaturalnych lub pulpowych herosów (z Cthulhu Pulp), którzy muszą się konfrontować z przedstawicielem Wielkiej Rasy z Yith, być może byłaby dobrym wyborem. Wtedy łatwiej by było wyjaśnić wszelkie interakcje z elfami, krasnoludkami i gadającymi reniferami. Warto by też było pokazać przykładowe postacie, które są w stanie ukończyć przygodę z sukcesem.

Ten scenariusz wykorzystuje mechanikę Zewu Cthulhu, wykorzystuje potwory z Mitów, ale nie oferuje odpowiedzi na kolejne ważne pytanie: Dlaczego to jest Zew Cthulhu, a nie tylko zapożyczenie mechaniki z tego systemu? Jest to ważne, gdyż pomaga dobrać najlepsze motywy w tworzeniu atmosfery rozgrywki. Czy jest to poważny klimat w duchu Krain Snów, bardziej komiksowe podejście z Hellboya i B.P.R.D., czy może komedia, gdzie zamiast Facetów w Czerni, mamy Facetów w Czerwonych Czapkach, którzy zajmują się problemem elfów i krasnoludków na ziemi? Nie wiem więc, czy ma być bardzo wesoło, czy jak w czarnej komedii, gdzie pastiszowość jest wykorzystywana do straszenia. Autor sam się chyba nie zdecydował i nie skorzystał z własnych doświadczeń (bo prowadziła swoją przygodę), by objaśnić, jak sam widzi swój scenariusz.

Polecam więc ten scenariusz przeczytać, bo to niezły pomysł na przygodę świąteczną, ale wykonanie już kuleje. Autor niestety nie dostanie ode mnie prezentu w postaci dobrej oceny podczas głosowania, za brak redakcji i dopracowania swoich, wstępnie, bardzo dobrych pomysłów.

Andrzej Stój

Trzeba mieć w sobie dużo odwagi by wysłać na konkurs scenariusz osadzony w patologicznej Laponii, której tematem jest poszukiwanie mordercy zapijaczonego Świętego Mikołaja. Chylę czoła tym bardziej, że to wszystko jest wrzucone do kotła z napisem Zew Cthulhu. Choć przygoda ma bardzo dużo problemów na poziomie realizacji jestem pod wrażeniem konsekwencji autora i wyczucia klimatu. Jest humor (momentami wymuszony, ale momentami świetny), legendarne istoty (okrutnie styrane życiem) i śledztwo do przeprowadzenia, z drugim, mrocznym dnem. Co nie zagrało?

Niestety, wykonanie. Śledztwo jest pretekstem do odwiedzin kilkorga luzackich postaci i kończy się, kiedy zarządzi to Strażnik Tajemnic (BT znajdują kostkę). Nie ma tu nic do roboty poza pogawędką i ew. walką w finale. Dodatkowym problemem jest sam tekst przygody – pełen błędów, pisany luzackim stylem nawet tam, gdzie przydałyby się suche fakty.

Myślę, że w specyficznych warunkach (luzacka sesja na działce albo szybka przygoda podczas zimowego wyjazdu na narty) ten scenariusz może wypalić, ale sukces nie będzie zależeć od tego, co jest w tekście, a od warsztatu i humoru prowadzącego.

Asia Wiewiórska

Zawsze lubiłam mroczne choć baśniowe wszechświaty alternatywne (jak w „Grimm” czy „Once Upon a Time”), ale odwrócona eRPeGowa Laponia, w której swoje własne statystyki ma zabójcza zaostrzona cukrowa laska, zaskoczyła mnie jak mało który scenariusz tej edycji Quentina. Mimo to uważam, że czytanie świątecznego scenariusza w środku upalnego lata, zakrawa na abominację i powinna być za to dyskwalifikacja. 🙂

FORMA

Poza całą serią błędów i powtórzeń językowych, literówek i innych niedopatrzeń, które od ręki usunęłaby pobieżna redakcja osoby trzeciej, „Dzień” dobrze się czyta. To prawdopodobnie zasługa logicznego i rzeczowego układu i sensownego podziału na podrozdziały, bo po jednym czytaniu mam w głowie w zasadzie całą przygodę i tylko gdzieniegdzie musiałabym sięgnąć do tekstu. Scenariusz otwiera oczywiście krótkie wprowadzenie, które w minutę-osiem pozwala zorientować się, czy w ogóle byłabym nim zainteresowana (raczej tak).

Poza tym o formie niewiele więcej można powiedzieć, bo poza mapką (o której za chwilę) nie ma w niej wodotrysków i fajerwerków. I dobrze, bo takowe nie są mi do szczęścia potrzebne.

Warto jednak wiedzieć, że w scenariuszy rozpisano niezbędna mechanikę „Zewu Cthulhu”, tj. wskazano umiejętności do testów oraz utratę poczytalności. Szkoda, że tej drugiej brakuje w zakończeniach, bo tam przydałyby się najbardziej i mogłyby rzeczywiście przełożyć się na akcje bohaterów. Ewidentnie brakuje też statystyk dla granatów zrobionych z bombek świątecznych oraz dla zamarzających śnieżek. 

Nie sposób nie wspomnieć i nie docenić całkiem sensownego rozwiązania, jak z postaci badaczy tajemnic stworzyć badaczy-tajemnic-będących-elfami-w-fabryce-Świetego-Mikołaja. I to pomimo, iż jest to tylko jedna z kilku możliwych opcji (o których też za moment).

TREŚĆ

Modernowe scenariusze grozy zawsze mają specjalne miejsce w moim serduszku, choć akurat ten, dziejący się niby w latach 80-tych, ale tak naprawdę wcale nie, za nic w świecie nie niesie w sobie klimatu, którego w grach RPG szukam. Dostajemy tu bowiem nic innego, tylko opowieść wigilijną, złamaną – oczywiście – przez Mity Cthulhu. Obok, słodyczy i prezentów, czerwonych wełnianych swetrów i fabryki Świetego Mikołaja, dostajemy całkiem rasowy horrorek z motywami szpiegostwa przemysłowego, kontroli umysłów, podwójnej agentury, skrytobójstwa czy eksperymentów na ludziach. Pod przykrywką elfów, skrzatów i reniferów, dostajemy za to archetypy emerytów nielegalnie produkujących bimber, trampów/kloszardów, socjopatów czy ekshibicjonistów w recydywie, z nałożonym dozorem policyjnym. I żeby było jeszcze ciekawiej: jak dla mnie ta dystopia bardzo dobrze tutaj gra. Poza tym jest to bardzo typowy scenariusz detektywistyczny, co do którego mam sporo wątpliwości co do właściwego zaprojektowania ścieżki poszlak. 

Po pierwsze – mam wrażenie, że w przygodzie niepotrzebnie pojawia się sporo elementów zbędnych i odwracających uwagę. Autor dobrze o tym wie i sugeruje, aby wykorzystać je jako zahaczki do późniejszej kampanii… z tym, że ja wcale nie chcę grać kampanii w „ZC”, która zaczyna się w tak groteskowym anturażu. Mam przekonanie, że „Dzień” to jednostrzał od początku do końca, zwłaszcza, że w ogóle nie przekonało mnie granie tu policjantami czy agentami jednostki specjalnej, a jedyną naprawdę sensowną opcją jest zagranie elfami z mikołajowej fabryki (silniejsza motywacja, związek emocjonalny z backstory, możliwość wykonywania akcji zakulisowych, na której w świecie elfów i skrzatów nie mogłoby pozwolić sobie „ludzcy” policjanci).

I po drugie – mam problem ze istniejącą w grze wskazówką, która za jednym razem rozwiązuje wszystkie zagadki. Zawsze uważałam, że na sesji RPG lepiej pozostawić część rzeczy w sferach domysłów, podejrzeń i spekulacji, niż deus-ex-machinić, a tutaj tak wychodzi. 

Cieszy mnie za to oparcie się tak charakterystycznej dla tej edycji Quentina pokusie opisywania wszystkich lokacji w posiadłości, także tych które niczego do scenariusza nie wnoszą. Gdyby Gracze jednak się upierali, jest przecież mapka i to powinno wystarczyć, żeby wyrzeźbić coś prostego. Z drugiej strony trochę nie mam serca krytykować przezabawnej sceny sesji RPG w świetlicy, której nie da rady przypiąć do żadnego wątku.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Trochę jednak szkoda, że scenariusz nie ma wiele wspólnego – jak zapowiada – z zimną wojną, bo mam wrażenie, że był to jedyny powód, dla którego został umieszczony w latach 80-tych. W rzeczywistości mamy tu potyczki i partyzantkę pełną gębą, i nawet błyskotliwa oś konfliktu na linii „zachodni” Święty Mikołaj (bardzo brakuje mi coca-coli) i „wschodni” Dziadek Mróz, nie sprawia, że scenariusz jest bardziej zimnowojenny. 

Do tego, mimo bardzo wielu humorystycznych elementów, ten scenariusz jest w rzeczywistości całkiem mroczny i opowiada dość smutną historię. Nie dajmy się wiec zwieść: atmosfera „Dnia” oscyluje gdzieś między 80’s nostalgia a ponurym urban-fantasy, a elementy humorystyczne są tutaj naprawdę drugorzędne, choć kto będzie chciał to zrobi z nich użytek. 

I choć wyraziste elementy Mitów Cthulhu robią tu swoją robotę, nadal najbardziej niepokojące są nie Istoty, lecz krwawa wojna pomiędzy rozdającymi prezenty rubasznym brodaczami, wprowadzające w błąd stereotypy o „potworach” z bajek i bardzo ludzkie, wyrachowane motywacje tych, którzy pragną kontroli i władzy. 

Na koniec muszę, no bo po prostu muszę to napisać: oficjalnie bardzo dziękuję autorowi tej publikacji za wyjaśnienie mi raz na zawsze tajemnicy czerwonego nosa renifera Rudolfa. Howg.

[collapse]

Kłopoty z Toporkiem

Kłopoty z Toporkiem – Andrzej Cwaliński

Edycja: 2022

System: Autorski (Jak wyszkolić Berserka)

Setting: Jak wytresować smoka

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 3

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 3

Dodatki:

Opis:

Bohaterowie polecą zbadać wyspę, na której kilkukrotnie dostrzeżono błyski. Podczas eksploracji spotkają się z grupą ludzi organizującą walki smoków. Pojaw się tam też Toporek Thorston, którego śladem następnie podążą, by dowiedzieć się czegoś więcej na temat walk jak i jego obecności. Po odnalezieniu Toporka będą udawać, że się do niego przyłączają i będą wykonywać jego polecenia. Zostaną jednak oszukani, a Toporek ucieknie. By oczyścić swoje imię znowu ruszą jego tropem, odnajdując go w końcu w kobiecym przebraniu i w finale przygody spróbują pochwycić.

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Streszczenie na początku scenariusza na plus. Niestety bardzo sugeruje liniową strukturę przygody, którą mocno liczę na minus. Prowadząc dla dzieci, bynajmniej nie trzeba im z góry narzucać przebiegu akcji. Młodzi gracze też mogą mieć dobre pomysły i decydować, co zrobią ich postacie. We właściwej części scenariusza autor dopuszcza większą wolność graczy, ale liniowość polega na tym, że tylko jedna ścieżka jest opisana. Mogą na przykład odrzucić propozycję przyłączenia się do Toporka, ale wtedy ominie ich sporo scen.

Mapki prościutkie, ale pozwalają się zorientować we wzajemnym położeniu lokacji na wyspach.

Podoba mi się wykorzystanie postaci z serialu. Z pewnością gracze się ucieszą, gdy na nie natrafią (jeśli znają ten serial). Zresztą, sam pomysł osadzenia akcji scenariusza w serialu lubianym przez dzieci uważam za bardzo fajny. Będzie to dla nich dodatkowa zachęta, żeby zagrać w tę przygodę. Mam trochę wątpliwości, czy skojarzenie postaci Toporka nie rozwieje od razu całej intrygi. Ale gracz, który przypomni sobie tę postać, na pewno będzie miał dużo satysfakcji.

Nie jest wprost powiedziane przy opisie Magicznego Miecza Lokiego, czy dublet na kostkach automatycznie powoduje przegranie starcia, jeśli pozwoliłby na wynik większy od przeciwnika.

Pomysł na magiczne przedmioty płatające figle bardzo mi się podoba. Fajnie to zostało wymyślone – trochę pomagają, ale mogą też ostro zaszkodzić.

Nie wiem, czy to uwaga bardziej do scenariusza czy do mechaniki, ale nie ma nigdzie powiedziane, za co gracze powinni dostawać punkty doświadczenia po każdej części przygody.

Motyw z oszukiwaniem bohaterów nie jest chyba najlepszy, jeśli zamierzamy poprowadzić przygodę dla tak młodych graczy, jak jest tu sugerowane. Nie dziwię się, że na sesjach testowych ciekawsze okazało się zbieranie smoków niż główna fabuła. Kolorowy smok to konkret. A zaangażowanie się w fabułę zostanie nagrodzone jedynie rozgoryczeniem, że zostało się oszukanym. Nie zostało chyba dobrze przemyślane, jakie emocje wzbudzi zaplanowany przebieg akcji. Z czego tutaj gracze mieliby odczuwać satysfakcję?

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Pierwsza część jest najlepsza: wybieranie smoków angażujące a problem organizacji smoczych walk niejednoznaczny i bardzo ciekawy.
  • Bardzo fajne i ciekawe przedmioty magiczne.
  • Przejrzysty język i dobrze przekazywanie informacji. Proste, lecz czytelne mapki.
  • Używanie mechaniki

Uważam, że należy poprawić:

  • Jeżeli streszczenie scenariusza zakłada, że BG zrobią konkretne rzeczy to istnieje szansa, że nie mamy do czynienia z sesją rpg. Nie możemy już na tym etapie ograniczać swobody graczy. 
  • Szkoda, że autor/ka niejako wymaga znajomości seriali i filmów. Jako osoba spoza musiałem się sporo domyślać. Można było pokusić się, chociaż o podsumowanie najważniejszych potrzebnych faktów. 
  • Autor/autorka wydaje się przepraszać za każdą nieoficjalnie wprowadzoną postać i lokację. Więcej śmiałości w zmienianiu świata! Jeżeli ty nie masz odwagi dopisać NPC-a to osoby grające u ciebie też będą miały opory przed odejściem od kanonu i same będą stawiać się na torach.
  • Bardzo dużo tu ekspozycji na świat (i smoki) rozumiem, że smoki są fajne, ale w tej przygodzie BG mają jakieś trzy okazje, żeby wymienić swojego na inny model.
  • Są momenty, w których autor/ka zaleca, by ignorować swoją własną mechanikę „Scenę powietrznych walk i ataku na statki rozegraj opisowo” po to, żeby pchnąć historie na ciekawsze jej/jego zdaniem tory.
  • W trzeciej bardziej otwartej od innych części wsparcie dla MG jest wyraźnie słabsze niż w dwóch pierwszych.

Przygoda dla koneserów. Młodym fanom smokowersum spodoba się przez samo obcowanie ze smokami. Pozostałych może odstraszyć jazda po torach.

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Uwielbiam całą serię animacji z uniwersum Jeźdźców smoków, a mimo to, czytając ten scenariusz bawiłam się średnio. Jasne, osoba autorska doskonale poradziła sobie z przeniesieniem postaci i smoków znanych nam z filmów czy seriali do gry fabularnej, a nawet stworzyła własne. Do tego autorska, wyjątkowo prosta mechanika, która stanowi załącznik do przygody, faktycznie pozwala na wciągnięcie w RPGi nawet kilkuletnich dzieciaków. Sam scenariusz jednak pozostawia wiele do życzenia pod kątem fabularnym. Tory, na które zostajemy wciągnięci nie są nawet równe i jestem przekonana, że z nich wyskoczymy, jak tylko dzieciaki poczują klimat świata, w którym się znalazły. Poza tym, jak na tak młodych odbiorców zabawy – wbrew pierwotnym sugestiom twórców uniwersum, bo, jeśli dobrze pamiętam, filmy są 12+ – jest tu bardzo dużo walk, w tym organizowanych przez dorosłych walk smoków. I choć ich powstrzymanie jest dobrą motywacją dla dzielnych małych bohaterów, tak budzi się tu we mnie jakiś wewnętrzny sprzeciw. Może dlatego, że filozofia rodem z Equestria: Puść Wodze Fantazji i rozwiązywanie konfliktów współpracą i przyjaźnią są dla mnie o wiele sensowniejszym kierunkiem dla gier skierowanych do dzieci. 

Wojciech Rosiński

Trudno być negatywnie nastawionym do autora scenariusza. Tekst emanuje wysiłkiem jaki włożył aby zapoznać się z przeznaczonym bądź co bądź dla młodszych odbiorców uniwersum oraz przygotowaniem systemu i sesji dla najmłodszych. Tak więc na tym etapie brawa za serducho.

Tekst słabo sprawdza się jednak jako scenariusz do gry. Poetyka pasuje do tonu oraz tematyki serii na, której jest oparty, ale jest on bardzo, bardzo liniowy. Jest to typowy zapis sesji, który wymaga dodatkowej pracy aby zostać uznanym za pełnoprawną przygodę. Trochę problematyczne jest dla mnie również stwierdzenie, że w celu poprowadzenia go konieczne jest obejrzenie kilku odcinków serialu. Bardzo fajnie, że autor chce wprowadzać swoich podopiecznych w hobby od najmłodszych lat, jednak takim tekstem nie wygra moim zdaniem Quentina.

Janek Sielicki

Przygoda dla dzieci osadzona w świecie „How to train your dragon” i właściwie tylko dla zatwardziałych fanów uniwersum. Mnóstwo tu imion i nazw, które powodują mętlik w głowie czytelnika nieobeznanego z serialem. Autor bierze to pod uwagę i poleca obejrzenie odpowiednich odcinków, ale uczestnicy zabawy też powinni je znać.

Sama przygoda jest długa (za długa jak na dzieci) i mam wrażenie, że jest bardziej zapisem własnej sesji, trochę zmodyfikowanym do użytku dla innych MG. Przez to może być mało odporna na inne grupy niż testowa, bo autor zakłada wiele rzeczy, zwłaszcza dołączenie się do Toporka. Natomiast sam początek – wybieranie smoków, potem łowy na smoki jest bardzo dobry. Mamy tu dużo opisów smoków, postaci i jakby to inaczej przedstawić, bardziej na zasadzie klocków do wykorzystania, a nie liniowego scenariusza, to byłoby bardzo dobrze.

Michał Sołtysiak

Jeźdźcy Smoków to wspaniały cykl filmów i seriali. Doceniam więc bardzo wybór, bo dla wprowadzania dzieciaków w arkana RPG to doskonały pomysł. Scenariusz ten dodatkowo zawiera prostą mechanikę, zrozumiałą dla dzieci, więc tylko grać i tresować smoki!

Scenariusz jest napisany zrozumiale. Szanuje bardzo rysunki oraz mapy wykonane długopisem, bo dodają klimatu przygody, które nie musi być ambitna, trudna i psychologicznie rozbudowana.

Sama fabuła również jest dość jasna, nawiązująca do serialu i nawet wykorzystująca postacie z niego oraz znane z cyklu gatunki smoków. Mamy łapanie smoków, obłaskawianie i misję dla młodych jeźdźców. Wszystko w hołdzie świetnej serii.

Kłopot jest tylko taki, że to jest raczej spisana sesja (lub kilka, bo jak autor celnie zauważa, trudno z młodszymi grać długie sesje), a nie scenariusz do wykorzystania. Mamy bardzo liniową treść, która jest swoistym fan-fiction, opowiadającą o pobocznym bohaterze, który nie dostała „odpowiedniego czasu antenowego”.

Autor dodatkowo przyjął wiele założeń, które muszą się spełnić, żeby fabuła się rozwijała, jak zaplanował. O ile wiadomo, że to scenariusz dla dzieci, to jednak ten problem jest uniwersalny dla wszystkich gier fabularnych – nie powinno się z góry zakładać, co zrobią bohaterowie i na tym opierać tylko rozwój. Ten scenariusz po prostu może nie wypalić.

Podsumowując: bardzo się cieszę, że otrzymaliśmy scenariusz dla dzieciaków w świetnym, znanym i atrakcyjnym uniwersum. Niestety wciąż obowiązują uniwersalne zasady i scenariusz konkursowy musi być czymś więcej niż spisaną sesją. Musi też zawierać możliwość modyfikacji albo elementy pozwalające „ratować grę” w przypadku nieprzewidzianych decyzji graczy. Tego tu nie ma. Szkoda.

Andrzej Stój 

Jestem pod dużym pomysłem pomysłu na system, do którego przeznaczona jest ta przygoda. Mam w domu fana i fankę Jak wytresować smoka, wiem więc z jakim entuzjazmem dzieci mogą przyjąć możliwość rozgrywania własnych przygód w tych realiach. Poszukiwanie własnych smoków, tresura i późniejsze podróże po kolejnych wyspach brzmią świetnie. Choć sam świat nie został wykreowany przez autora przygody, sposób wykorzystania realiów dla potrzeb gry napisanej z myślą o dzieciach jest bardzo dobry.

Sam tekst kipi entuzjazmem. Ma tak pozytywny przekaz, jak to tylko możliwe. Widać, że autor naprawdę mocno zaangażował się w prowadzenie własnej gry i doskonale porusza się w realiach.

Niestety, mimo tych pozytywów, Kłopoty z Toporkiem nie mogą wytrzymać konkurencji jako tekst konkursowy. To bardziej zapis z poprowadzonych sesji, niż pełnoprawna przygoda, w dodatku opierający się na założeniu, że gracze ciągle będą dawać się oszukać i wykonywać polecenia postaci tła. Chętniej zobaczyłbym  zamiast tego, co proponuje ten tekst scenariusz wprowadzający w grę – opowiadający o zdobyciu własnych smoków i wykonaniu pierwszej, prostej misji.

Asia Wiewiórska

FORMA

Scenariusz dla dzieci dostarczony na konkurs wraz z systemem autorskim? Yay! Ale czad! Mechanika wydaje się prosta, ale zawiera wszystko co trzeba, aby rozegrać pojedyncze sesje czy nawet kampanię (jest rozwój postaci). Fajnie, że lista umiejętności-przedmiotów jest taka niewielka, bo wystarczy pewnie kilka takich testów, aby w głowie zostało co jest czym. Cała publikacja sprawia wrażenie, jakby była częścią jakiegoś większego projektu, być może amatorskiego, ale na pewno z sercem. 🙂

Przejdźmy jednak do scenariusza: pierwsze co rzuca się w oczy to literówki, braki interpunkcyjne oraz – o zgrozo! – ściany tekstu. Przykładowo: opis Trójkątnej wyspy, na której dział się finał przygody podczas testów na dzieciach, zajmuje prawie bite 3 strony ciągłego tekstu. Żadnych wyliczeń, pogrubień, podrozdziałów, ramek, czegokolwiek co ułatwiłoby nie tylko czytanie ale też porządkowanie informacji przed sesją. Autorze! Litości! Osobie, która nie jest specem od uniwersum “Jeźdźców smoków” będzie naprawdę trudno spamiętać przez to te wszystkie imiona i nazwiska, gatunki smoków, przedmioty, miejsca i wydarzenia. Jeśli scenariusz ma być użytkowy, powinien być przedłożony w użytkowy sposób. Tutaj nie jest, co przywodzi mi na myśl, że nie musiał być pisany konkretnie z intencją na konkurs. Z resztą wskazywałoby na to także zakończenie, w którym znajduje się odwołanie do kolejnej części scenariusza pt. “Złodziejskie sprawki”.

Odręczne rysunki i mapki uznaję za słitaśne i mające w tej publikacji swój urok. Cieszę się też, że dla mniej doświadczonych improwizatorów są gotowe fragmenty, które można odczytać. Są statystyki bohaterów niezależnych, ale pojawia się ich tutaj trochę i bardzo mi brakowało skondensowanej listy wszystkich postaci z krótkimi opisami. Takiego who-is-who.

TREŚĆ

Wydaje mi się, że dzieciaki bardzo lubią opowieści o “hogwartach” i innych takich, więc temat Smoczej Akademii jest tutaj strzałem w dziesiątkę, szczególnie jeśli dodatkowo można sobie samodzielnie wybrać smoka. Nie wszystkie gatunki smoków pojawiających się w scenariuszu pochodzą z bajki i wiele z nich autor wymyślił sam (podobają mi się nazwy). Fabuła jest tu, wydaje mi się, raczej pretekstem, żeby zainteresować dzieciaki kolekcjonowaniem smoków i interakcjami ze światem przedstawionym. Po pierwsze – jest bardzo prosta i nieszczególnie, moim zdaniem, atrakcyjna. Po drugie – jest tam dużo elementów, które nie tylko dla dzieciaków mogą okazać się wyjątkowo nudne (np. słuchanie jak Prowadzący opisuje 7 tur walk smoków).

Trzeba bowiem szczerze przyznać, że mnie publikacja przypomina bardziej rozrośniętą do granic możliwości relację z zagranej sesji, niż scenariusz, na podstawie którego ktoś inny mógłby poprowadzić fajną przygodę. Mam tez poważny problem z występującymi tu scenami pozornego wyboru. W niektórych miejscach autor w ogóle się z tym nawet nie kryje np. pokazując dwa możliwe rozwiązania jakiejś sytuacji, a potem przyznając, że jedno jest ciekawe i że należy pokierować grą tak, aby to właśnie znalazło się w grze. Po co było w takim razie w ogóle sygnalizować wybór?

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Nie mam problemów ze scenariuszem, w którym Gracze znają lore znacznie lepiej od Prowadzącego, choć pewnie łatwo w takiej sytuacji wtopić, szczególnie, że dzieci bywają w tej kwestii bardzo zasadnicze.

Nie jestem za to pewna, czy wszystkie mechaniczne elementy wplecione w fabułę będą w stanie właściwie zadziałać, gdyż scenariusz chwilami brzmi, jakby mechanikę należało utożsamiać z rzeczywistymi zdolnościami Gracza. Popatrzmy na przykład, w którym autor informuje, że Gracz z najwyższym rzemiosłem może się wykazać, przedstawiając swoje pomysły na przetransportowanie wody. Serio? To, że bohater ma wysokie rzemiosło nie oznacza przecież z automatu, że odgrywający go Gracz będzie miał najwięcej pomysłów w tej dziedzinie. A poza tym to są eRPeGi… W jaki niby sposób Prowadzący miałby tutaj zakneblować resztę gromadki?

Scenariusz powinien być atrakcyjny dla grupy odbiorców, co nie? Sam autor wskazał, że “z czasem okazało się, że dzieciom głównie zależy na pozyskiwaniu nowych smoków, a sama intryga szybko je nudzi”. Jeśli mogę coś doradzić, na drugi raz warto przemyśleć, co powinno być przedmiotem takiej publikacji: nudna dla Graczy intryga o ty jak bohaterowie zostali oszukani, czy atrakcyjna dla dzieci zabawa w łowienie i obłaskawianie smoków? Wszak to Gracze wiedzą najlepiej co przynosi im największy fun.


[collapse]

Przygoda w Zabronionym Lesie

Przygoda w Zabronionym Lesie – Sebastian Pośpiech (Grom w Żorach)

Edycja: 2022

System: Zew Cthulhu 7e

Setting: Lato 1993

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Zew Cthulhu dla najmłodszych – gdy dzieci koniecznie chcą zagrać w to samo co dorośli, a nie żadne systemy “dla dzieci”. 7ed z niewielką modyfikacją, by gra nie zostawiła uszczerbku w poczytalności młodocianych badaczy tajemnic.

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

W tekście jest inna nazwa scenariusza („Wakacje u babci”). Marka samochodu tak naprawdę nazywa się „wartburg” a nie „warburg”, jak jest konsekwentnie stosowane w tekście.

Przygoda do Zewu Cthulhu kierowana do dzieci? Dlaczego? Przecież są inne, bardziej odpowiednie systemy.

Ale sam pomysł scenariusza napisanego specjalnie z myślą o młodszych graczach jest bardzo dobry. Takich materiałów nie ma zbyt wiele, więc kolejny jak najbardziej się przyda.

Tekst jest dość krótki, ale i przygoda powinna być dość krótka. Z moich doświadczeń grania z małymi dziećmi wynika, że faktycznie 1-2 godziny sesji to właściwa długość.

Chwali się rozpisanie postaci występujących w scenariuszu według wybranej mechaniki. Stosowanie reguł gry, w tym testowanie umiejętności itd. to właściwie podejście, którego warto uczyć od małego. Tym zresztą (między innymi) różni się rpg od tradycyjnych zabaw dzieci typu policjanci i złodzieje.

Szkoda, że w przygodzie nie ma raczej okazji do większych interakcji z NPCami. Osoby, które coś wiedzą (np. wuj), będą aktywnie unikać bohaterów i zniechęcać ich do siebie. To jest element, którego mi zabrakło.

Plansza lasu z kafelków – super sprawa! Warto też jednak podkreślić, że MG nie może w tej części zaniedbać opisów, bo inaczej rozgrywka zmieni się w grę planszową. Gracze mają konkretne wybory, którą ścieżką podążyć. Fajnie byłoby też uwzględnić, jak MG powinien rozstrzygnąć sytuację, gdyby dzieciaki próbowały przejść przez bagna lub zejść ze skarpy. Uważam, że nie powinno im się tego zabraniać, a wręcz przeciwnie – to jedna z zalet rpg, że może uczyć nieszablonowego myślenia.

Z jednej strony jest mowa, żeby gracze sami wymyślili imiona dla swoich bohaterów, z drugiej są one już wpisane na kartach postaci. Powinno się tam zostawić puste miejsca, a propozycje imion umieścić po prostu w tekście scenariusza, tak jak to jest z NPCami.

Ogólnie rozpisane gotowe postaci to w tym wypadku dobry pomysł, łącznie z propozycjami ich odgrywania. Pewnie część dzieci to zignoruje, ale dla innych może to być ciekawe wyzwanie aktorskie.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Klasyczny ktuliczny motyw wersji pastoralnej
  • Ciekawy i fajny moduł eksploracji lasu
  • Otwartość w rozwiązywaniu wyzwań stawianych przed graczami.
  • Krótka przygoda dopasowana do dziecięcego odbiorcy

Uważam, że należy poprawić. 

  • Tekstowi należy się porządniejsza redakcja. Teraz miejscami została np. stara nazwa przygody.
  • Nie rozumiem, dlaczego zostało to napisane pod specjalnie zmienione ctulhu. Dlaczego nie tajemnice pętli? Które wydają się idealne tym, co próbuje osiągnąć autor przez modyfikowanie zewu. 
  • Rozumiem, że wakacje na wsi 90’ to coś autor/autorka darzy nostalgia. Dla ludzi, którzy teraz są młodzi do kompletnie obcy świat. W takim wypadku wymagane jest mocniejsze wprowadzenie w setting.
  • Spora część NPC-ów nie pełni tu żadnej funkcji.

Wierzę, że kiedyś Quentina wygra przygoda specjalnie dla dzieci. Zawsze chętnie też czytam przygody wprowadzające w dany system, choć mam wrażenie ze są trudniejsze do napisania. Tutaj autor/ka nagromadziła sobie samemu utrudnień. Na Quentina niestety za mało.

Ola Durlej

Marek Golonka 

Scenariusz robi dużo, by zaproponować rozgrywkę w Zew Cthulhu z poziomem zgrozy i skomplikowania odpowiednim dla młodszych graczy. Podoba mi się zastąpienie wytrzymałości i Poczytalności współczynnikiem Odwagi, podoba mi się też odkrywanie lasu w formie kafelków. Wydaje mi się, że macki — nieprzypadkowo najbardziej groteskowy i najczęściej parodiowany atrybut lovecraftowskich potworów — nie są zbyt straszne dla dzieci, które mogą już znać dostosowane do ich wieku filmy fantasy czy science fiction.

Jednocześnie mam wrażenie, że spora część otoczki scenariusza jest bardzo “dorosła”. Trudne relacje w rodzinie, kłótnie w pokoleniach rodziców i dziadków, wujek od dawna żyjący mroczną tajemnicą… to tło prowadzi do wydarzeń, które mogą dostarczyć dzieciom rozrywki, ale może być dla nich zbyt złożone i, paradoksalnie, bardziej ponure i przygnębiające od mackostwora z portalu. Scenariusz nie daje też wielkiego pola do rozegrania tych wątków. 

Wydaje mi się, że to, co najcenniejsze i najbardziej rozrywkowe w tym scenariuszu, zaczyna się w chwili wbiegnięcia za psem w las. Może warto przerobić ten scenariusz, upraszczając lub usuwając tło, zostawiając właśnie dłuższą sekwencję badania lasu?  

Patrycja Olchowy

Ostrzyłam sobie zęby na ten scenariusz i muszę przyznać, że z jednej strony jestem z niego bardzo zadowolona, ale z drugiej… Zacznijmy więc od początku. Scenariusz, wbrew temu, co obiecuje, prędzej trafi do dorosłych, którzy lubią np. Tajemnice Pętli i granie dzieciakami. I nie mam zastrzeżeń w kwestii Zewu i mechaniki – swoją drogą świetnie przystosowanej do dzieciaków – ale samej treści i klimatu. Bo to jednak ja pamiętam, jak to było jeździć na wieś i wypożyczać kasety VHS, a moje dziecko będzie znało to jedynie z opowieści przy kominku. O ile będzie chciało słuchać. Czy starsze dzieci, niż te wskazane przez osobę autorską, lepiej by się odnalazły w takim wskoczeniu w lata 80/90? Zapewne tak. Sama przygoda zaś jest przyjemną, krótką historią z mnogością drobnych zabaw i wyzwań dla dzieciaków oraz scen, które sprawią, że przeżyją dość emocjonującą rozgrywkę. Oczywiście, szczypta redaktorskiej magii i lepsze dobranie kart postaci dałoby jeszcze lepszy efekt – do lat 90 nie pasują mi klimatem te najbardziej współczesne z dostępnych do Zewu. Nie zmienia to faktu, że z przyjemnością poprowadzę tę przygodę dorosłym znajomym i z równą przyjemnością w nią zagram, bo hej, macki z punktu widzenia dzieciaków mogą być jeszcze bardziej emocjonujące.  

Wojciech Rosiński

Przygoda ta stanowi moim zdaniem fajny przykład tego, jak powinno pisać się przygody z liniową fabułą. Pomimo tego, że są to tak naprawdę trzy sceny to swoboda graczy w tym jak zmierzą się z napotkanymi sytuacjami sprawia, że nie powinni poczuć się jak “na torach”. Autorowi należy się również pochwała za rzetelne przygotowanie tekstu, wszystkich niezbędnych statystyk oraz dodatków, które na pewno ułatwią jej poprowadzenie.

Niestety mamy tutaj moim zdaniem błąd na poziomie konceptu. Call of Cthulu to system oparty o k100, przeznaczony do odgrywania lovecraftiańskiego horroru. Obie te rzeczy sprawiają, że jest nieodpowiedni dla młodszych odbiorców. Ponadto nie wiem czy dzieci koniecznie chcą wcielać się w postaci dzieci. Jednym z głównych atutów RPG jest przecież to, że możemy na chwilę stać się kimś zupełnie innym niż jesteśmy w rzeczywistości. Z tego powodu bardziej widział bym tą przygodę rozgrywaną przez dorosłych, którzy chcą poczuć się jak w dzieciństwie podczas wakacji na wsi u babci a do tego przeżyć przygodę, która nigdy ich nie spotkała.

Janek Sielicki

Liniowa przygoda dla dzieci zawierająca ciekawe rozwiązania, szczególnie podobały mi się kafle eksploracji lasu. Autor/Autorka podrzuca wiele praktycznych rozwiązań (np. odwaga) i jasno wyjaśnia, o co chodzi w tej prostej historii w stylu Gravity Falls. No i czuć ten klimat lat 80. na wsi!

Celem przygody jest „Cthulhu dla dzieci” – i to chyba działa. Mamy bardzo proste, choć niewymuszone śledztwo, tajemniczy las i macki w portalu. Brakuje mi ciut więcej opcji do wykorzystania, np. czegoś więcej o tym koledze z sąsiedztwa lub interakcji z wujem, bo finał wydaje mi się mało angażujący, zwłaszcza jeśli dzieci nie wejdą do pokoju wujka. Szkoda też, że jednak nie ma uproszczonych kart postaci dla dzieci.

Podsumowując: podoba mi się, bo robi to, co ma robić.

Michał Sołtysiak

Mam kłopot z tą przygodą. Jestem ojcem małego człowieka i nie chciałbym go wprowadzać w RPG, graniem w Cthulhu. Autor zaś proponuje dokładnie coś takiego. Dla dzieci od lat ośmiu byle umiały czytać. Mają grać dzieciakami na polskiej wsi, u progu lat 90., gdzie u babci i dziadka, w pobliskim lasku jest Brama dla istot z Mitów. Ta przygoda prezentuje nam rasowy scenariusz do Zewu Cthulhu z mackami i ewentualnym końcem świata (jeśli dzieci są na tyle dojrzała, wybór Strażnika). Do tego historia z TPK u wujka bohaterów graczy (trzech na czterech padło podczas poprzedniego rytuału, domyślić się można, że teraz jest szansa podobna). Jest jeszcze kilka momentów albo informacji, które mogą być niezrozumiałe dla małych graczy (np. brat nieudacznik).

Przygoda jest ciekawa pod względem detali i bohaterów drugoplanowych, choć ewidentnie są oni przygotowania dla Strażnika tylko, bo dzieciaków większość informacji nie zaciekawi (wujek jest kawalerem przez traumy związane z Mitami, najlepszy przyjaciel wujka został przez to księdzem) lub przestraszy (dziadek nie lubi lekarzy i nie ma połowy zębów). Poza tym nie mamy jakichś rewelacji. Fabuła zaczyna się od nauki mechaniki, potem mamy małe śledztwo i finał z mackami.

Na plus, trzeba jednak wspomnieć, że mechanika Zewu Cthulhu została dostosowana do dzieciaków, bo zamiast punktów Poczytalności i Wytrzymałości, mamy punkty Odwagi. Jak się skończą, to postać dziecka, zamiast zginąć, wraca z płaczem do domu. Teoretycznie nie ma problemu, by to prowadzić dzieciakom, choć pełna mechanika Cthulhu może być dla nich za trudna.

No więc ja bym jednak spojrzał na tę przygodę, że nie jest dla dzieci. Raczej dla młodzieży i to takiej 10-12+ co najmniej, bo może oni nie zginą, ale wokół jest szansa na trupy. Do tego autor proponuje nie robić opisów okropieństw, ale przy tym, co się dzieje w finale scenariusza, to naprawdę trzeba się będzie pilnować. Muszą to być również dzieciaki, które rozumieją nostalgię za czasami dzieciństwa ich rodziców i potraktują to, jak opowieść z „czasów jak tato i mama byli mali” i tego typu „kombatanckie opowieści urodzonych w PRL”.

Nie wiem też, czy autor prowadził to swoim małym dzieciom, ale nie wiem, czy by się one zainteresowały, bo raczej klimat lat 90. do nich nie trafi (rodzice z wypożyczalnią VHS, wieś niedzisiejsza, nostalgia przepajająca wszystko). Sama zaś fabuła z Mitami, też raczej będzie mało ciekawa, bo „śpiewanie piosenki w obcym języku podczas rytuału, by Złe sobie poszły” może nie być gwoździem programu. Nawalanie kamieniami i kijami w macki już może być lepsze.

Nie wiem więc, czy ta przygoda robi to, co obiecuje? To przecież bardziej przygoda nostalgiczna, raczej dla ludzi, dla których granie dzieciakami u progu Nowej Polski lat 90. jest czymś ciekawym niż dla dzisiejszych dzieciaków. Prawdziwym dzieciom może się wydać po prostu nudne „jak opowieścią Starych, gdy nie mieli telewizji i internetu”, bo nie ma nic z nowoczesnych toposów popkultury. Poza tym może być zbyt strasznie dla nich.

Raczej nie widzę tej przygody w finale.

Andrzej Stój 

Nie sądziłem, że będę miał okazję poznać scenariusz przeznaczony dla małych dzieci, korzystający z mechaniki (i trochę realiów) Zewu Cthulhu. Po lekturze tekstu odniosłem wrażenie, że przygoda nie była poprowadzona docelowym odbiorcom – możliwe, że jestem w błędzie, ale moje doświadczenia dotyczące RPG z dzieciakami wskazują, że oczekują one czegoś innego, niż sesji o odprawianiu rytuału powstrzymującego mackowatego potwora przed wydostaniem się z więzienia, w dodatku z wykorzystaniem pełnych kart ZC (i minimalnie uproszczonych zasadach).

Tekst jest poprawnie rozpisany. Są gotowe postacie, choć gracze oczywiście mogą stworzyć własne. Jest mapka lasu do odkrywania podczas jego eksploracji. Technicznie wszystko jest okej. Problemem tej przygody jest to, że pod spodem jest historia do zaimprowizowania w kwadrans. Myślę, że poprowadzona na mechanice typu “rzuć monetą” sprawdziłaby się lepiej, niż na ZC.

By taki scenariusz miał szanse w Quentinie, potrzebowałby minimum jednej z dwóch rzeczy – świetnych zasad zaprojektowanych dla dzieci lub fascynującej historii w sam raz dla takich odbiorców. Dobrym przykładem jak można to zrobić są przygody do Mistrza Baśni – pełne akcji, fantastycznych miejsc, istot i przedmiotów, ale kompletnie pozbawione przemocy. W Przygodzie w zabronionym lesie czuć klimat polskiej wsi lat dziewięćdziesiątych, co mogłoby być fajną podstawą dla sesji o dzieciach, ale przeznaczonej dla dorosłych (kłania się Stranger Things). Może ten kierunek byłby lepszy?

P.S. Jest oburzające, że rodzice jadą sami na wakacje, a dzieci zostawiają dziadkom. Tak się nie robi 🙂

Asia Wiewiórska

Jaki inny scenariusz powinien załapać się na moją recenzencką strefę komfortu, jeśli nie współczesna opowieść grozy? A jednak: mam ogromny problem z jego oceną i tonę wątpliwości, czy w ogóle mam do tego kompetencje.

FORMA

W Zabronionym Lesie wszystko zdaje się grać. Dobrze skonstruowany spis treści, ogólna estetyka, podział na rozdziały. Gra jest bardzo przejrzyście rozpisana i mam wrażenie, że byłabym w stanie poprowadzić ją nawet po jednokrotnym czytaniu, szczególnie ze względu na bardzo prosty język.

Bardzo doceniam zaproponowane zmiany zasad „Zewu Cthulhu” oraz wprowadzenie do gry elementu planszówkowo-wizualnego, wszak gra przeznaczona jest dla nawet 8-letnich dzieci. Łatwiej będzie szczególnie tym maluchom, którzy jeszcze nigdy wcześniej nie grali w RPG a oto jest ich debiut.

Tu warto wspomnieć, że w publikacji znajdziemy nieznacznie zmodyfikowane karty postaci do „Zewu” a ja szczerze mówiąc zastanawiam się, czy nie będą dla młodziutkich Graczy zbyt przytłaczające. Z jednej bowiem strony autor dla ułatwienia wprowadza upraszczające grę planszetki eksploracji lasu, z drugiej skłania do stosowania prawie kompletnych kart, aby oswoić młodzież z systemem. To brzmi jak niekonsekwencja, choć ani odrobinę nie czuję się w mocy oceniać kompetencje dzisiejszych ośmiolatków.

Bardzo ładnie i szeroko opisano bohaterów niezależnych, choć wydaje mi się, że trudno będzie z tych opisów skorzystać nie zanudziwszy Graczy na śmierć. Zastanawiam się – choć wiem, że nie każdy Prowadzący to lubi – czy nie lepiej byłoby podczas takiej sesji odgrywać te charakterystyczne postacie, zamiast je opisywać – do takiej operacji opisy są nie tylko wystarczające ale też bardzo inspirujące i mnie zadziałały na wyobraźnię.

TREŚĆ

Wciąż trochę trudno mi uwierzyć w „Zew Cthulhu” dla dzieci, a jednak oto jest. Choć ja sama Mity Cthulhu traktuję z dużą pobłażliwością i czuję w nich pewien groteskowy vibe, tak trudno mi wyobrazić sobie jakie wrażenie mogą zrobić macki na ośmiolatkach, że nie potrafię ocenić, czy będzie to gra odpowiednia dla takiego wieku.

Na pewno sporo dobrego wnosi uproszczenie mechaniki, które dwóch z bardziej ofensywnych współczynników czyni jeden defensywny, przez co bohaterowie nie muszą umierać ani tracić rozumu. 

Mam jednak wrażenie, że bohaterów niezależnych jest ciut za dużo jak na scenariusz na 1-2 godzinki, składający się z dwóch zaledwie scen i całkowicie zrezygnowałabym z przedstawiania w nim rodziców. 

No właśnie, z NPCami mam tu największy problem, bo z jednej strony bardzo podobają mi się archetypiczne do bólu postacie dziadków, ale z drugiej mam wrażenie, że one archetypiczne będą wyłącznie dla dzisiejszych 30/40-latków a dla biorących udział w sesji dzieciaków już mniej. Mogę się mylić, ale dla większość współczesnych dzieci staromodni dziadkowie, którzy grzebią przy wartburgu i przekarmiają najmłodsze pociechy, będą równie egzotyczni co sam wartburg.

Warto też zaznaczyć, że Prowadzący będzie musiał ścisłe kontrolować tę rozgrywkę a nawet sugerować rozwiązania za Graczy: jeśli bowiem w kluczowym momencie dzieciaki nie pobiegną za psem, cała intryga pada.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Podsumowując moje odczucia wobec „Zabronionego Lasu”, to z pewnością fajny sposób na pokazanie młodocianym jak wyglądała rzeczywistość 20 lat temu. Nie sądzę jednak aby udało się wykrzesać jakieś szczególnie silne emocje u Graczy. Totalnie czuję nostalgię o którą w scenariuszu chodzi, ale kilku- lub nastolatkom nic ona nie powie. Nie da rady jej wywołać bez posiadania analogicznych doświadczeń we własnej biografii. Bez poczucia tęsknoty za dawno minionymi czasami dzieciństwa. 

Dlatego bardzo trudno mi zdecydować, czy wolałabym żeby scenariusz, po usunięciu uproszczeń i modyfikacji, był jednak dla dorosłych i szedł po bandzie, czy żeby akcja działa się w czasach mniej odległych od tych, które znają dzisiejsze dzieciaki, aby móc odnosić się do ich rzeczywistych doświadczeń.


[collapse]

Szał

Szał – Magdalena Górecka

Edycja: 2022

System: Vaesen

Setting: południe Królestwa Szwecji, lata osiemdziesiąte XIX wieku

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 3-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1-2

Dodatki:

Opis:

W tajemniczych okolicznościach dochodzi do zaginięcia córki jednego z najbogatszych ludzi w mieście. Pochłonięty otwarciem nowego zakładu ojciec chce załatwić sprawę dyskretnie. Tymczasem w szpitalu miejskim, w skrzydle psychiatrycznym zjawia się tajemniczy pacjent, które wydaje się mieć coś wspólnego z tą sprawą. Czy zagadka zostanie rozwiązana, zanim rozpęta się burza?
Treści potencjalnie drażliwe: samobójstwa, widok zwłok, treści seksualne, choroby psychiczne

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Zaczyna się od wariacji wiedzminowego prawa niespodzianki i przechodzi w ciekawie opisaną fabularną tezę. Mamy jasno przedstawiony konflikt i kilka ścieżek wyboru odnośnie tego, jak go rozwiązać. Podoba mi się tabelka informacji, daję lajeczka również za różnorodność dynamiki – Autor wprowadza opcję wyścigu z czasem, jeśli BG czegoś nie zrobią. Taki zabieg może bardzo fajnie podkręcić tempo i sprawić, że emocje się podniosą, a napięcie wzrośnie.

Postacie też wydają mi się ciekawie skonstruowane, szkoda tylko, że Autor nie pokusił się o nakreślenie wskazówek odnośnie stworzenia własnych postaci przez Graczy. Oczywiście, daje to pełną dowolność i nie ogranicza Graczy, ale wydaje mi się, że delikatne naprowadzenie ich na związanie tworzonych postaci z wątkiem fabularnym (wystarczy podać kilka pytań, na które gracze mieliby odpowiedzieć) podtrzymało by spójność historii i zdecydowanie bardziej związało graczy emocjonalnie z tym, co dzieje się w przygodzie.

To co budzi mój sprzeciw i w zasadzie jest moim głównym zarzutem to zbudowanie postaci Hansa. Czemu chowa on córkę w piwnicy i nic nie mówi ojcu? Czemu naraża ją na brak odpowiedniej pomocy medycznej? Tak czy siak, to jest pytanie drugorzędne. Ważniejszą sprawą jest moim zdaniem zaburzenie balansu w drużynie.

Jeśli Hans jest BG to momentalnie staje się ważniejszy niż inni bohaterowie. Zna od podstaw historię, a w dodatku jest antagonistą.

Mam wrazenie, ze w takiej sytuacji wiele informacji, o które walczą gracze, może umknąć, bo BN „krępuje się” Hansa. Ponadto, Autor nigdzie nie tłumaczy sytuacji, jeśli Hans swoje tajemnice wyjawiłby wcześniej niż zakłada to scenariusz. Co stanie się wówczas, jeśli Gracz postanowi zbratać się z drużyną, wyjawi im wszystko i cala tajemnica runie na początku gry?

Żeby przebieg tej historii miał sens i zachował strukturę dramatyczną, to Hans jednak powinien być sterowany przez MG, zwłaszcza, że w jednym z akapitów widnieje zapis ‘MG daje znak graczowi, że ma się odłączyć’ i ten musi to wykonać, co odbiera znacznie sprawczość graczowi.

Rozumiem (chociaż nie przepadam, bo jest to bardzo trudne do wiarygodnego przedstawienia i nie rozsypania po drodze opowiadanej historii), że BG jest antagonistą – ale mam wrażenie, że w tym scenariuszu się to nie sprawdzi, bo Autor zawierza sterowanie Hansem i posiadanymi przez niego informacjami i tak  w głównej mierze MGkowi. Druga rzecz – tutaj gracz, który gra Hansem jest na uprzywilejowanej pozycji od samego początku. Hans nie staje się antagonistą w wyniku wyborów własnych lub drużyny, od początku jest na to skazany.

Podoba mi się różnorodność zakończeń i wybór, czy pomoc Nackenowi – gracze mają sporo opcji, ale niestety nie wspomaga to gracza który gra Hansem i to jest zarzut, który imo nie pozwala temu scenariuszowi znaleźć się w finale. 

Niemniej, to dobry scenariusz, podoba mi się i chętnie bym go zagrała lub poprowadziła, ale raczej wprowadziłabym zmianę w postaci znpcowania Hansa.

Piotr Cichy

Ciekawy pomysł na zagadkę w szpitalu z postaciami innymi niż tradycyjni badacze Vaesen. Niestety, położony przez pogubienie się w strukturze tekstu.

Nie ma jasno przedstawionego celu dla postaci graczy. Wprowadzenie wśród gotowych bohaterów zdrajcy – osoby, która de facto jest głównym złym, a przynajmniej ma zupełnie inny cel od reszty postaci, dodatkowo utrudnia ukierunkowanie graczy. Jeśli celem postaci ma być wyjaśnienie tajemniczych zdarzeń w szpitalu, scenariusz wymaga dużo więcej szczegółów na ten temat. Zresztą ten cel w ogóle, jeśli się nie mylę, nie jest jasno zakomunikowany graczom – niezależnie czy korzystają z gotowych postaci czy własnych.

Celem Hansa jest pozbycie się Vaesen? A co z Saskią? Myślę, że dużo lepiej byłoby rozegrać ten scenariusz z Hansem jako bohaterem niezależnym. W tej chwili, mam wrażenie, gracz, który miałby go prowadzić, nie ma wszystkich potrzebnych informacji.

Doceniam mechaniczną rozpiskę bohaterów niezależnych. Łatwiej będzie się odwołać do mechaniki przy interakcjach z nimi.

„Jeśli Gracze weszli w posiadanie szkicownika znalezionego w lesie, mogą pokazać go Gustavowi. Niestety, reakcja mężczyzny na znajdujące się w nim szkice może nie być najlepsza. Pokazanie szkicownika napotkanym braciom Saskii również może spowodować ciąg niespodziewanych wydarzeń…” Szkoda, że nie ma tu konkretnych wskazówek, jak poprowadzić takie sceny. Użyte sformułowania są zbyt ogólne.

Tajemnica jest rozpisana na Odkrycia i Wskazówki dość nieudolnie – części wskazówek w ogóle nie ma. Autor zapomniał to dokończyć? Nie wiem, czy właśnie nie tutaj leży przyczyna porażki scenariusza. Gdyby wydzielono w jasny sposób Odkrycia, rozpisano do nich Wskazówki, to łatwiej byłoby dostrzec, czego brakuje w tekście i co należy dopisać.

Część pod tytułem „Przebieg przygody” przydałoby się przenieść na początek scenariusza, np. po Wstępie. Bez tego nie jest zbyt jasne, o co właściwie chodzi w tym scenariuszu.

Wygląda mi na to, że oba scenariusze do Vaesen nadesłane w tym roku na Quentina mają podobne problemy – dobry pomysł zgubiony w niezręcznym spisaniu. Jeśli zostały napisane przez jedną osobę, to byłoby dużo lepiej, gdyby zamiast dwóch prac, autor wysłał jedną dopracowaną.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Dobry wstęp z omówieniem i triggerami
  • Ciekawie przerobiony klasyczny motyw dziecka niespodzianki, bardzo baśniowy i bardzo pasujący.
  • Dobrze zorganizowane informacje, jasno i klarownie przekazywane MG (chociaż sekcje tajemnica dałbym jakoś wcześniej).
  • Niejednoznaczne postacie i klimatyczne baśniowo horrorowe lokacje
  • Przykładowe testy i opracowanie mechaniczne

Uważam, że należy poprawić. 

  • Proponowane przez autorkę/ra postacie dla graczy stanowią zbiór indywidualności i powody, dla których miałby działać jako drużyna są co najmniej wątpliwe.
  • Już zupełnie nie widzę w drużynie Hansa, sesja z nim może się skończyć błyskawicznie albo zmienić w PVP, do żadnych z tych rzeczy system ani przygoda nie zapewnia wsparcia.
  • W sugerowanym przebiegu scenariusza i rozważając potencjalne działania BG, w ogóle nie zakłada, że pkt 3.i 4 mogą nie nastąpić. BG mogą zakończyć przygodę na szpitalu, zabić istotę z mitów i pójść do domu.

Nie wiem, co myśleć o tym scenariuszu. Ma bardzo fajne momenty i pomysły, ale im bardziej na niego patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że to się wszystko wywali jak tylko wpuścić tam graczy zwłaszcza jeżeli głównym antagonista ma być jeden z BG.

Ola Durlej

Marek Golonka 

Historia, która ciekawie miesza wątki nadprzyrodzone z ludzkimi uczuciami oraz oprawców z ofiarami. Podoba mi się to, jak wielu osób w miasteczku dotyka intryga i jak wiele wskazówek pozwala ją zrozumieć. Mam wrażenie, że BG nie będą się nudzić bez względu na to, od której lokacji czy BNa zaczną.

Jednocześnie jednak boję się, że to przykład historii, w której najciekawsze rzeczy już się wydarzyły. Dalsze konsekwencje przeszłego dramatu, którym BG mogą zapobiec, nie są bardziej emocjonujące od historii, która tu już się wydarzyła — pełnej emocji, konfliktu, a nawet z katastrofą ekologiczną. Lubię, gdy w scenariuszach grozy jakieś zło zdążyło już się wydarzyć, wtedy stawki rosną bez ograniczania sprawczości graczy, ale mam wrażenie, że tu zaszło to trochę za daleko.

Przygoda nie daje też wiele rad dotyczących rozgrywania tego, że jeden z BG zasadniczo jest Głównym Złym całej historii. Wydaje mi się, że pisząc scenariusze do systemów, które nie zakładają mocnych konfliktów w drużynie i nie dają narzędzi do ich rozstrzygania, warto umieszczać sekcję z takimi poradami.

Świat wykreowany w Szale jest ciekawy i chętnie poprowadziłbym sesję o ekspolorowaniu go, 

Patrycja Olchowy

Vaesen to jeden z moich ulubionych systemów, z ogromną więc uwagą zasiadłam do lektury tego scenariusza. Tajemnica zbudowana jest w schemacie znanym nam z podręczników do systemu, jest więc bardzo przejrzysta i na pewno nie sprawi żadnych problemów w kwestii szukania informacji o bohaterach czy lokacjach. Choć, oczywiście, przydałaby mu się jeszcze lekka redakcja. Szkoda też, że osoba autorska nie zdecydowała się sięgnąć po polskie tłumaczenie podręcznika podstawowego, co na pewno ułatwiłoby życie zainteresowanym osobom, które posługują się już rodzimą nomenklaturą. Da się to jednak dość szybko ujednolicić, jest to jednak dodatkowa praca, którą trzeba włożyć w przygotowanie się do sesji. Na tym jednak nie koniec z prepem. Stanowczo zabrakło motywacji dla sugerowanych gotowych bohaterów do wspólnego działania. Ja szczerze mówiąc miałabym trudność, żeby ich sensownie połączyć, zwłaszcza, gdy motywy jednego z nich są sprzeczne z celem drużyny. Prosty, lecz chodliwy wątek zakochanego w śmiertelniczce vaesen toczy się w cieniu umowy, która została zawarta między stworzem i ojcem dziewczyny. I tu widać największy brak, bo wątek tego układu jest jedynie wspomniany, a mógłby de facto bardzo dużo namieszać. Po dopracowaniu paru rzeczy, Tajemnica ta ma szansę być wielowątkową i wciągającą historią, mam więc nadzieję, że osoba autorska za rok zaskoczy nas jakąś vaesenową perełką. Póki co – zachęcam do lektury i dopracowania we własnym zakresie.

Wojciech Rosiński

“Szał” to przykładowo napisana przygoda do systemu Vaesen. Akcja rozgrywa się w XIX skandynawii, gracze mają do rozwiązania prostą ale nie oczywistą intrygę a Vaesen, który sprawia kłopoty wcale nie jest po prostu “tym złym”. Bardzo podoba mi się, że autor tworzył pod system a nie przeciw niemu i to widać. Moim zdaniem przygoda nie ma żadnego wybitnego elementu ale co ważniejsza nie ma też rażących wad a to z mojego doświadczenia jest dużo ważniejsze.

Za największą wadę uważam gotowe postacie oraz pomysł aby uczynić jedną z nich antagonistą. Wykorzystanie tej opcji może łatwo sprawić, że przygoda posypie się a co gorsza doprowadzić do tarć między graczami. Na szczęście jest to tylko opcja.

Przygoda mogła by także zyskać, na rozwinięciu wątku umowy pomiędzy przemysłowcem a Vaesen. Po pierwsze nie jest wyjaśnione jak w ogóle do niej doszło, czy Gustav także jest osobą widzącą? Po drugie, wątek ten mógłby wprowadzić kolejną linię fabularną pozwalającą rozwiązać problem (np. poprzez znalezienie alternatywnego sposobu dla Gustava aby wywiązać się z obietnicy), tak więc trochę szkoda, że autor nie poświęcił temu elementowi więcej uwagi. Mogło by to dodać scenariuszowi głębi, potrzebnej aby scenariusz ten był lepszy niż tylko dobry.

Janek Sielicki

Całkiem dobrze napisana przygoda, która niestety niczym szczególnym mnie nie ujęła. Mamy porządnie opisane miejsca i postacie niezależne, z która każda ma jakieś swoje „coś”. Jest morderstwo i nieoczywisty sprawca, różne wątki śledztwa. Jednak mam mocne wrażenie, że (przecież gramy w Vaesen) BG od razu pójdą do szpitala, pogadają z Nackenem i tyle będzie śledztwa. Czy gracz w roli Hansa nie stwierdzi, że po prostu ucieka? Chyba jednak bym go zostawił jako PN i dodał zegar jego coraz bardziej desperackich działań. Albo miłości mi brakuje i zrobienia z Nackena faktycznie zakochanej ofiary ludzkich rządz.

Dobra przygoda, którą można wziąć i poprowadzić albo ograbić z pomysłów.

Michał Sołtysiak

Są takie przygody, które po prostu nie robią wrażenia, bo nie ma w nich nic zaskakującego albo zaciekawiającego. Jest po prostu oklepana intryga, jakich wiele i nic więcej. Ta przygoda jest właśnie taka, nie ma w niej nic zaskakującego. Widać dopracowanie edycyjne, bo sam tekst jest ładnie przygotowany i czytelnie złożony. Mamy gotowe postacie, opisy potworów i Bohaterów Niezależnych. Wszystko jak trzeba, poza dobrą historią do rezegrania.

Przygoda została napisana do systemu Vaesen. Dzieje się w Skandynawii pod koniec XIX wieku i dotyczy „dziwnego pacjenta” lokalnego szpitala psychiatrycznego i zniknięcia córki tutejszego bogacza. Odpowiedzialny jest stwór, który umie zauroczyć. Dodatkowo nie mam ciekawego powodu, że pojawił się nadprzyrodzony stwór, poza mdłą historią miłosną. Autor nie rozpieszcza nas atrakcyjnymi motywami.

Do tego głównym przeciwnikiem może być bohaterem gracza, co w ramach przygotowanej fabuły może mocno nie wyjść. Sam podejrzewam, że Postać Gracza postara się sobie sama poradzić, bez reszty bohaterów. Autor liczy chyba na wzajemną lojalność graczy, że nie rozdzielą się od razu na początku przygody i każdy będzie grał sobie.

Nie mamy bowiem nic, co by miało połączyć postacie graczy – jeśli zagramy proponowanymi, gotowymi postaciami. W żadnym miejscu nie dowiadujemy się, czy są członkami Towarzystwa, a więc stanowią grupę zawiązaną już wcześniej. Z ich opisu wynika wręcz coś przeciwnego. Ewentualne postacie z Towarzystwa trzeba samemu stworzyć, czyli dopracować jakim sposobem mają się włączyć w fabułę. Sama intryga raczej nie sprawi, że bohaterowie się zjednoczą. Po prostu będą się na siebie natykać w różnych scenach. Poza nią nie ma nic dodatkowego. To zaś może być dla wszystkich frustrujące, bo Mistrz Gry jest jeden, więc będą musieli dzielić się jego uwagą i czekać na swoją kolej.

Ta przygoda wygląda na taką, gdzie gracze muszą swoimi postaciami wepchnąć się w przygodę i czekać na instrukcje od prowadzącego, bo zbyt łatwo mogą sprawić, że tylko jedna z postaci będzie rzeczywiście miała wpływ na fabułę. Nie polecam, bo to przygoda bez polotu.

Andrzej Stój 

Podczas lektury tej przygody miałem wrażenie, że autor zaplanował sobie świetną historię, ale zabrakło w niej miejsca dla bohaterów graczy, dlatego zdecydował się uczynić nimi kluczowe postacie tła. Problem polega jednak na tym, że nie mają motywacji by prowadzić klasyczne śledztwo – zwłaszcza jako grupa – a Hans w zasadzie wie wszystko, co trzeba i mając go w grupie sesja sprowadzi się do konfrontacji z vaesenem i odesłania/zniszczenia go albo starcia wewnątrz grupy.

Szkoda, że ten świetny pomysł nie doczekał się solidnej realizacji. Wrowadzenie z Niespodzianką, która okazuje się być niespodzianką również dla näckena, z odwróceniem ról i uczynieniem złym człowiekiem naprawdę mi się podoba. Szał mógłby być przygoda-ekspresem, z Hansem próbującym dokończyć swojego dzieła, näckenem desperacko walczącym o wolność, z rzeką występującą z brzegów ze względu na osłabienie vaesena i szalonymi lekarzami chcącymi zrobić wiwisekcję “potwora”. Nie rozumiem co autor ostatecznie nam proponuje – kluczowe miejsca i wydarzenia zostały opisane, ale brakuje ciągu przyczynowo-skutkowego. Coś się dzieje, ale dlaczego (zwłaszcza jeśli kluczowe postacie są w rękach graczy)?

Na plus oprócz pomysłu na pewno muszę wskazać wpasowanie się w grę. Ktoś sięgający po ten scenariusz otrzymuje przygodę, którą (niestety, po mocnych modyfikacjach) może zagrać każda drużyna. Niestety sama idea wpasowująca się w konwencję gry to za mało na finał.

Asia Wiewiórska

Minęło już sporo czasu, od kiedy przeczytałam „Szał” a ja nadal nie wiem co o nim myśleć. Z jednej strony historia bardzo mi się podoba, z drugiej mam wrażenie, że ta sesja nie może się udać.

FORMA

Autor publikacji to prawdziwy esteta, z wyczuciem jakie tekstu czyta się dobrze. Wszystko tu gra, od układu po fonty i serio nie ma się do czego przyczepić. Sprawność językowa – super, błędów czy potknięć nie zauważyłam; tekst jest pięknie napisany i solidnie zredagowany, więc sam w sobie dobrze się czyta. Wzorowo, podobnie jak opis sesji, który nic jeszcze nie zdradza ale sprytnie wskazuje na szereg elementów, które współczesny dam grozy niewątpliwie ubóstwia: tajemnicze zaginięcie i pacjent w szpitalu psychiatrycznym to woda na młyn każdego, kto lubi takie klimaty.

W publikacji znajdziemy opis i statystyki wszystkich bohaterów Graczy, bohaterów niezależnych oraz Vaesena, wraz ze wszystkimi istotnymi szczegółami, w tym listą jego nadnaturalnych właściwości. 

Jest jednak problem z kolejnością elementów scenariusza, która sprawia, że nie wszystko jest zrozumiałe w chwili czytania najważniejszej jego części (czyli przebiegu śledztwa). Choć opisy bohaterów niezależnych i innych są na szczęście na początku, czytaniu dalej często towarzyszyło uczucie, że właściwie to nie wiem o co chodzi lub skąd się tu wzięły niektóre wątki (np. śmierć księdza). Sprawa wyjaśnia się niestety dopiero pod sam koniec, po zapoznaniu się z rozdziałami „Tajemnica”, „Przebieg przygody” oraz „Pomoce dla graczy”, które wyjaśniają takie zagadki jak choćby motywacje bohaterów Graczy do uczestnictwa w śledztwie lub opisują sceny otwierające. Zdecydowanie przesunęłabym te rozdziały gdzieś na przód publikacji.

Na szczęście podaż wskazówek i poszlak jest dokładnie taka jak lubię (czyli czytelnie od myślników), autor szczegółowo rozpisał mechanikę dla poszczególnych scen a jedyna mapka w scenariuszu jest bardzo ładna, czytelna i nadaje się do wręczenia Graczom. Czytam ten scenariusz jako drugi do systemu „Vaesen” w tej edycji konkursu, więc już wiem co oznaczają tajemnicze symbole w nawiasach. Mimo to nadal uważam, że gdzieś na początku powinna się znaleźć wskazówka jak ich używać.

TREŚĆ

Choć przenosimy się do XIX-wiecznej Szwecji, wykorzystany tutaj motyw główny pojawia się z baśniach i fantastyce („Wiedźmin”) całego świata. Chodzi oczywiście o pakt zawarty między istotą a człowiekiem, ważniak za przysługę, w wyniku którego człowiek winien jest istocie coś, co już ma a o czym jeszcze nie wie. Bardzo mnie tu cieszy, że intryga nie jest mimo wszystko oczywista i że wykorzystuje z „Vaesen” to co najlepsze, jak choćby popularne w dzisiejszych czasach, ekscytujące odwołania kulturowe (szczególnie w opisach bohaterów: alienista, sprzedaż duszy za talent muzyczny, eksperymenty medyczne, opiumizm).

Z całą pewnością brakuje mi jednak jasnej wizji czy kontekstu, jak połączyć bohaterów Graczy w drużynę lub jak nakłonić ich do działania razem, szczególnie, że:

• każdy z bohaterów to indywidualista a nawet czasem niezłe ziółko;

• jeden z bohaterów to „ten zły”, który bardzo odstaje od reszty i nie widzę powodu dla którego w ogóle miałby współpracować.

Odniosłam też wrażenie (i to po dwukrotnym przeczytaniu), że w kwestii wydarzeń w szpitalu z nocy poprzedzającej rozpoczęcie gry, ja nadal nie do końca wiem co się wydarzyło i jedynie porozsiewane tu i ówdzie strzępki informacji sugerują to i owo. Gdyby autor jednak zechciał wprost napisać w tle historii jak przebiegała ta krytyczna dla wskazówek i poszlak noc, na pewno byłoby mi łatwiej.

Bardzo natomiast cenię, że scenariusz nie jest czarno-biały i rzeczywiście daje Graczom wybór, włącznie z możliwością stanięcia po stronie nadnaturalnego. Mam wrażenie, że w tej edycji konkursu, taka otwartość na decyzje Graczy nieczęsto się zdarza.

ATMOSFERA I REFLEKSJE 

Przedstawiona w „Szale” intryga kusi mnie swoim urokiem. Wydaje mi się, że trudna relacja pomiędzy światem magicznym a człowiekiem, niespełnione ludzkie ambicje, przysięga/obietnica, niespełniona miłość i azyl dla obłąkanych to fajnie zestawione popkulturowe klisze, które składają się tu na konwencjonalną „a gothic novel”. Można rzec, że nie jest szczególnie odkrywcza, ale i nie może być, jeśli wszyscy przy stole mają grać w tej konwencji (opowieść gotycka z nowatorskich rozwiązań nie słynie). Nie wiem, czym inspirował się autor, ale jak dla mnie historia doprawiona jest także odrobiną baśni o szczurołapie z Hameln.

Choć obawiam się, że Gracze mogą tego nie zauważyć, mamy tu – uzależnioną od działań bohaterów – bardzo wysoką stawkę, w wyniku której wielu bohaterów niezależnych może zwyczajnie umrzeć. I całkiem mi z tym dobrze, że to ostatecznie człowiek okazuje się człowiekowi wilkiem w tej historii.

[collapse]

Umowa

Umowa – Magdalena Górecka

Edycja: 2022

System: Vaesen

Setting: XIX wiek, Szkocja

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 3-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1-2

Dodatki:

Opis:

Jedno z Was otrzymuje list od kuzynki. Dziewczyna pisze, że jej brat wrócił w rodzinne strony na wieść o śmierci ich matki. Jednak, gdy sama przyjechała do rodzinnego domu, okazało się, że jej brat zaginął i żaden miejscowy nie wie, co się stało. Na miejscu nikt nie wychodzi po Was na peron, poza kartką z adresem nie macie niczego. Waszym przyjazdem zaczynają się interesować rozmaite osoby i nie jest to dobry rodzaj zainteresowania. Miasteczko samo w sobie też jest dość dziwaczne. Czemu burmistrz jest przeciwny otwarciu kopalni? Dlaczego nikt nie chodzi do lasu? I czemu jedyną osobą chcącą Wam pomóc jest wiecznie nietrzeźwy grabarz?
Treści potencjalnie drażliwe: treści seksualne, niewolnictwo, widok zwłok, morderstwa

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Jeśli Autor “Umowy” napisał także „Szał”, to śmiem podejrzewać, że w „Umowę” włożył więcej serca. Ten tekst czyta się znacznie lepiej, przedstawiony jest ciekawszy, moim zdaniem, setting i zdecydowanie mamy lepsze backstory, mimo, że bardziej skomplikowane. Nie psuje to jednak odbioru, ba, przyznam, że ta wielowątkowość jest przedstawiona w naprawdę klarowny sposób  i daje dużo możliwości dochodzenia do sedna sprawy.

Ta przygoda to solidne i wciągające w śledztwo, w które sama bym zagrała lub poprowadziła.

Jedyny problem, jaki tu widzę, to motywacje vaesenów (stukacze i ich podejście do otwarcia kopalni) i ich relację z NPCami. Eksplorując świat przedstawiony, analizując wszystkie wskazówki i łącząc ze sobą fakty, dobrze jest mieć solidne podstawy worldbuildingu i wzajemnych relacji przedstawionych postaci. Tutaj, niektóre fakty mogą zbijać z tropu – i to, mam wrażenie, niecelowo. 

Na miejscu Autora przyjrzałabym się jeszcze raz strukturze relacji i motywacji NPCów i ich zachowaniom na scenie – moim zdaniem uporządkowałoby to niektóre informacje.

Niemniej, to nieduży zarzut, który dość łatwo można poprawić 😊 Całość tekstu prezentuje się naprawdę zacnie.

Piotr Cichy

Klasyczna przygoda do Vaesen, z fajnie wykorzystanymi motywami szkockich faerie.

Fabuła bardzo mi się podoba, także z mylnymi tropami i niejednoznacznymi bohaterami niezależnymi. Problemem jest sposób, w jaki zostało to wszystko przedstawione w tekście.

Część pod tytułem „Przebieg przygody” przydałoby się przenieść na początek scenariusza, np. po Wstępie, w ten sposób łatwiej byłoby sobie wszystko poukładać, czytając dalsze części. Zresztą w ogóle mam wrażenie, że autor pisał poszczególne partie tekstu w innej kolejności, bo w ostatecznej wersji pojawiają się fragmenty, które zostają objaśnione dopiero później. Miejscami odniosłem wrażenie, że brakowało fragmentów, które zostały przypadkowo wycięte. Przydałoby się jeszcze raz sczytać i poprawić scenariusz przed wysłaniem na konkurs.

Przykładem niedoróbek językowych może być: „plan ratyfikowano” zamiast „zmodyfikowano” na pierwszej stronie przygody. Później pojawiają się poważniejsze błędy typu: „podczas poruszania się po lesie będą musieli wykonywać test na Czujność co 1d4.” (d4 czego? tur? ile tur zajmuje cała droga? dlaczego d4 a nie k4?)

Doceniam porządną rozpiskę bohaterów niezależnych. Łatwiej będzie się odwołać do mechaniki przy interakcjach z nimi.

Bardzo mi się podoba staranne rozpisanie Tajemnicy na Odkrycia i prowadzące do nich Wskazówki.

„Źródła, na których leży miasto i które miały przynieść mu jeszcze więcej pieniędzy, staną się w rękach elfich magów narzędziem do pomszczenia ich „ambasadora”.” O co chodzi z parokrotnie wspomnianymi źródłami? W jaki sposób mogą się stać niebezpieczne? Elfy wywołają powódź? Zatrują wodę? Przydałyby się tutaj jaśniejsze informacje.

Gdzie zniknęła Isobel? Jak można uwolnić Angusa z krainy za głogiem? Brakuje dość istotnych fragmentów scenariusza.

Fajne jest wplecenie do przygody konkretnych informacji z wierzeń dotyczących faerie – takich jak na przykład wskazanie konkretnych ziół i ich działania.

Żałuję, że nie udało się tego scenariusza jakoś lepiej spisać. Ciekawie wymyślona sytuacja, z różnymi sposobami na jej rozwiązanie przez graczy, dobre i złe magiczne istoty, tajemnice do odkrycia. Niestety te wszystkie zalety gubią się przez poplątany tekst przygody. Zbyt wiele rzeczy jest niedopowiedzianych lub błędnie spisanych. Wkładając wysiłek w uporządkowanie tego wszystkiego, możemy dostać satysfakcjonujące śledztwo. Ale autor scenariusza powinien to zrobić za nas.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Klasyczny motyw paktu z diabłem dla powodzenia miejscowości, twórczo rozwinięty do trójkąta stronnictw. Ciekawy układ zapewniający dynamikę sesji.
  • Bardzo fajni pasujący do sytuacji i klimatyczni NPC-e
  • Sensowne posługiwanie się mechaniką
  • Otwarty świat który daje BG wyzwania, a nie mówi bohaterom co mają z nimi robić, żadnych torów.

Uważam, że należy poprawić. 

  • Wstęp jest nieco chaotyczny, czytając musiałem parokrotnie wracać na początek, żeby spróbować ustalić kto jest czyim bratem i dlaczego tam przyjechał.
  • Umyka mi też zahaczka i sposób zawiązania akcji. BG przyjeżdżają o miejscowości i? Chętniej zobaczyłbym więcej uwagi poświęconej początkowi.
  • Drobne niespójności fabularne — dlaczego po kilku latach wciąż wiszą afisze szukające córki Magnusa. Całe te machinacje są imho nieco przekombinowane? Dlaczego stukacze pomagają Isobel?
  • Rozumiem opis większości informacji posortowany lokacjami, ale kurcze przez niego przez większość czasu brakuje mi jakiegoś spojrzenia z góry porządkującego to. 
  • Brakuje wsparcia dla mg przy możliwych zaledwie zarysowanych finałach.

Umowa to bardzo klimatyczna przygoda, gdzie BG mają co robić. Czytało mi się ją jednak na tyle ciężko, że nie wróże jej sukcesu. Mocny średniak.

Ola Durlej

Marek Golonka 

Umowa wykorzystuje znane motywy z opowieści o Pięknym Ludzie i wróżkach, ale pozwala podejść do nich z ciekawej perspektywy. BG trafiają do miasta, w którym rządzi agent sidhe, ale nie ma nad nim pełnej władzy. Sprawa, którą na początku badają, sama w sobie jest tragedią, ale zarazem stanowi tylko wstęp do większej intrygi, w której magia miesza się z polityką i przemysłem.

Zarazem jednak obawiam się, że tekst scenariusza nie do końca jest gotowy na tę drugą, bardziej polityczną część. BG mają tropy pozwalające zrozumieć tajemnicę zaginięcia i ustalić, kim tak naprawdę jest władca miasta, ale MG nie dostaje narzędzi, by rozegrać szerszy konflikt o kopalnię i uzdrowisko, który może wybuchnąć na sesji.

Czytając Umowę, czułem się zaproszony do poprowadzenia bardzo ciekawego dwuczęściowego odcinka serialu, potem odkryłem jednak, że szczegółowy opis scenariusza daje materiał tylko na pierwszą z tych dwóch części.

Patrycja Olchowy

Z ogromnym zainteresowaniem sięgnęłam po ten scenariusz, bo najnowszy dodatek do Vaesen, Mythic Britain, zagościł ostatnio również na mojej półce. Tajemnica zbudowana jest w schemacie znanym nam z podręczników do Vaesen, jest więc bardzo przejrzysta i na pewno nie sprawi żadnych problemów w kwestii szukania informacji o bohaterach czy lokacjach. To, czego mi zabrakło, to nieco lepszego rozpisania motywacji wszystkich stron, ponieważ część dotycząca Stukaczy została wspomniana, ale niewystarczająco dla mnie rozwinięta, a mogłaby również stanowić bardzo ważną część fabuły. Tekst zawiera jednak bardzo ciekawe wątki, dość wysoką stawkę i fajnie dobrane vaesen, co sprawia, że z przygody można wycisnąć bardzo dużo i to nie na jedną czy dwie sesje, jak przewiduje osoba autorska, a nawet na mini kampanię. Z chęcią sięgnę po ten tekst jeszcze raz. Choć, oczywiście, przydałaby mu się jeszcze lekka redakcja. Szkoda też, że osoba autorska nie zdecydowała się sięgnąć po polskie tłumaczenie podręcznika podstawowego, co na pewno ułatwiłoby życie zainteresowanym osobom, które posługują się już rodzimą nomenklaturą. Da się to jednak dość szybko ujednolicić, choć jest to jednak dodatkowa praca, którą trzeba włożyć w przygotowanie się do sesji, dokładnie jak w przypadku Szału. 

Wojciech Rosiński

Kolejna przykładowo napisana przygoda do systemu Vaesen w tej edycji. Mam mocne podejrzenia, że tego samego autora co “szał” ze względu na styl oraz jakość przygotowania. Na wypadek gdybym mylił się napiszę, że zawiera wszystko co potrzebne i idealnie wpasowuje się w konwencję systemu. Akcja co prawda została przeniesiona ze Skandynawii do Szkocji ale autorowi udało się to zrobić bardzo umiejętnie.

Historia w tej przygodzie jest ciekawa a wysoka stawka powinna doprowadzić do naprawdę niezapomnianego finału. Do tego bardzo podoba mi się to, że “elfy” to ci źli zaś “gobliny” to potencjalny sojusznik graczy. Doświadczonych weteranów gier RPG może to wprowadzić w nie lada błąd. Niestety potencjał tej zagrywki nie został do końca wykorzystany, a szkoda bo przygoda aż prosi się o fałszywy trop związany ze stukaczami. Przygodzie przydała by się również, chociaż prosta mapa aby pomóc graczom odnaleźć się wśród licznych przedstawionych lokacji.

Janek Sielicki

Bardzo solidna przygoda! Jest dużo czytelniej rozpisana od poprzedniej tego autora/autorki, a mitologie wysp i umiejscowienie akcji w szkockiej wiosce wydają mi się też ciekawsze (ale bardzo lubię wątki Fey). Śledztwo może być tu faktycznie wciągające, mamy dziwne niebezpieczeństwa nie z tego świata i grę o dużą stawkę w finale i klasyczny konflikt natura vs. cywilizacja. Jednocześnie jest też miejsce na humor (kozioł – 99% graczy uzna, że to główny złol tej przygody).

Wskazówki dostępne są z różnych źródeł (choć mam wrażenie, że ciut ich za mało może być). Jednak mam duży problem ze stukaczami. Dlaczego pomogły Isobel? Czy ot tak mogą wyjaśnić całą intrygę PG? Nie przeszkadza im otwarcie kopalni? Brakuje mi też opisania przynajmniej jednego z nich jako PN – podobnie, przydałaby się Królowa Fey albo jakiś ich przedstawiciel, bo pewnie PG będą z nimi rozmawiać. I akurat w tej przygodzie szkoda, że nie ma gotowych wątków osobistych – może któraś PG też jest podmieńcem? Jej siostra/matka/kuzynka zaginęły w tej wiosce? Ojciec ma mieć udziały w uzdrowisku/kopalni?

Jednak nawet te pytania wskazują, że czuję się zainspirowany i wiem, że mógłbym to z chęcią poprowadzić – także na innej mechanice (Zew Cthulhu jest tu oczywistym wyborem, ale 7th Sea, a nawet Tajemnice Powodzi też jak najbardziej tu pasują).

Michał Sołtysiak

Podejrzewam, że to przygoda autora Szału, bo ten sam styl, ta sama edycja. To trochę dziwne, bo zawsze uważałem, że lepiej na nasz konkurs wysłać jedną przygodę, ale sprawdzoną i doszlifowaną. Dodatkowo jeszcze, „Szał” nie przypadł mi do gustu, więc to rzutuje od razu na kolejną przygodę do Vaesena, tym razem w Szkocji z użyciem najnowszych dodatków do systemu.

Tym razem jest lepiej, bo mamy bardziej klasyczne podejście do Vaesen-a, gdzie postacie graczy to członkowie Towarzystwa. Podróżują jako drużyna i jako grupa będą rozwiązywać problem zaginięć w szkockim miasteczku. Mogą uratować również kilka osób albo sprawić, że miasto upadnie. Tym razem wyzwanie jest dość konkretne i może wciągnąć graczy w intrygę.

Niestety po raz kolejny mam wrażenie, że autor nie wziął pod uwagę, że postacie graczy same z siebie mogą mieć wiedzę, która sprawi, że zupełnie inaczej podejdą do problemu. Wiedza o głogu jako bramie, hierarchii u Pięknego Ludu, może być im znana, więc scenariusz może się wykoleić, bo nie będą potrzebować zbyt wielu pomocy w zdobyciu informacji, albo się przestraszą walki z samymi Władcami Elfów. Jak mają ich pokonać, nie powiedziano. Dodatkowo w scenariuszu jest ważny przedmiot, który jeśli nie zostanie znaleziony, to również jego brak może sprawić, że bohaterowie nie zostaną szybko pokonani. Kolejnym problemem jest sojusz poszukiwanej osoby z innym rodzajem Vaesen-ów, co nie jest uzasadnione i może wzbudzić nieufność do niej albo nawet próbę „poradzenia sobie z nią”. Autor nie daje jasnego uzasadnianie; czemu stukacze nie lubią elfów i chcą pomagać ludziom. Paranoiczni gracze zaś potrafią sobie dużo „dopowiedzieć” i będą podejrzliwi. Różnych podobnych pytań będzie wiele i pewnie trzeba będzie je samemu opracować, żeby scenariusz wypalił.

Naprawdę lepiej by było, gdyby autor skoncentrował się na jednym scenariuszu. Rozpisał porządnie jeden z nich, poprowadził go i zobaczył, gdzie są ewentualne słabości fabularne i na jakie pytania trzeba jeszcze odpowiedzieć. Do tego warto by było, żeby wykorzystał np. możliwości systemu, bo podróż i spotkanie „nieznajomego” idealnie pasuje na przekazanie jednorazowego bonusu przewidzianego w zasadach. Takich rzeczy do zrobienia i dopracowania byłoby więcej. Szkoda, bo szkocka przygoda do Vaesen już wygląda lepiej, ale pewnie czas poświęcony na spisanie słabszego „Szału”, mógłby zostać tu wykorzystany na doszlifowanie fabuły. Na tę chwilę, tekst zbyt dużo rodzi pytań u potencjalnego prowadzącego.

Andrzej Stój 

Solidnie rozpisany scenariusz opowiadający klasyczną historię ludzi, którzy zawarli pakt z faerie – pakt, który sprowadził cierpienie na jednostki, innym zapewniając dostatnie życie. Przygoda jest przeznaczona dla dowolnych postaci. Wprowadzenie rodem z Zewu Chulhu (na list z prośbą o pomoc) jest okej – ważniejsza od dopracowanego jest dla mnie możliwość wrzucenia przygody do dowolnej kampanii. Sama intryga operuje na klasycznych motywach – zmowa milczenia, skrzywdzony samotnik, wpływowy odmieniec. Myślę, że przy zaangażowanych graczach Umowa może się świetnie sprawdzić.

Mam jednak do niej kilka zarzutów. Po pierwsze, wprowadzenie jest chaotyczne i niezrozumiałe. To bardzo ważna część przygody – szkoda więc, że nie została lepiej przygotowana. Po drugie, przydałaby się tu korekta. Miejscami brakuje słowa albo jest przestawiony szyk zdania. Po trzecie, najważniejsze, zabrakło motywacji i planów postaci tła. Nie zrozumiałem dlaczego BNi robili to, co robili. Po przeczytaniu tekstu nie wiedziałem też jak mogliby zareagować na działania postaci graczy. Przykład – Isobel znika z kopalni. Po co ucieka? Co chce osiągnąć? Czemu ukrywała się tyle dni i nagle się wymyka? Jak można uratować Angusa? Da się przenieść do krainy sidhe? Jak wygląda ich świat? Jakie próby musieliby przejść bohaterowie?

Wydaje mi się, że większość problemów rozwiązałoby przeczytanie tekstu przez kogoś poza autorem. To moja najważniejsza rada dla autora – choć nie widzę Umowy w finale, zachęcam do spróbowania za rok z lepiej doprecyzowanym tekstem.

Asia Wiewiórska

Jeśli zapoznawszy się z tytułem i wprowadzeniem macie wrażenie, że „Umowa” będzie najnudniejszym scenariuszem jaki czytaliście, to wiedzcie, że miałam podobnie. „Ktoś zaginął a na miejscu bohaterom tylko kłody pod nogi, znikąd pomocy a do tego nijakie sekrety małego miasteczka”. Publikacji nie mogłam jednak odłożyć bo jestem jurorem. I całe szczęście, bo dalej jest o niebo lepiej!

FORMA

Standard od początku narzucony jest wysoko. Autor podaje źródła z których korzystał projektując przygodę, i fajnie, bo łatwo się przekonać czy mamy właściwe dodatki. Jeśli jednak nie mamy, są statystyki przeciwników i przetłumaczone ich opisy a mechanika jest dość precyzyjnie wskazana dla każdej niestandardowej akcji. A potem pojawia się tło historii, do którego radzę w ogóle nie podchodzić bez kartki, ołówka i metodyki sporządzania mapy myśli. Już w damy wprowadzeniu pojawia się bowiem tyle wątków i postaci, że nie sposób się w tym nie pogubić!

Na szczęście autor szybko przeszedł do przywracania porządku po backstory, kolejno omawiając głównych bohaterów niezależnych opowieści i niektórych najbardziej kluczowych (potencjalnych) przeciwników. Mają przepiękne imiona i nazwiska – uwielbiam w tym scenariuszu nazwy własne. Co jednak Szkocja to Szkocja, nie zgrzyta tak w uszach jak zimna Skandynawia i łatwiej jest uchwycić nastrój. 

Czytelny układ: dla każdej lokacji mamy od myślników listę wskazówek, poszlak czy innych strzępków wiedzy, które można w tym miejscu uzyskać oraz przedstawione warunki, jakie trzeba spełnić aby to się udało. Językowo – wysoka klasa. Nie zauważyłam błędów gramatycznych ani literówek a sama przygoda wygląda pod tym względem na bardzo profesjonalnie przygotowaną. Z szacunkiem dla potencjalnych odbiorców. Dzięki!

Jedyne co skonfundowało mnie już ja samym początku to tajemnicze odnośniki w nawiasach, których rolę odkryłam dopiero pod koniec publikacji. A można było wyjaśnić na początku i nie byłoby zgrzytu.

TREŚĆ

Wiecie, uwielbiam fae. Uwielbiam też motyw podkładanego przez nie odmieńca w zamian za ludzkie dziecko. Motyw miasteczka Glenroch, które całe żyje w tej konspiracji, też jest mi bardzo bliski. No po prostu – uwielbiam takie folk-horrorowe historie, wraz z rosnącym napięciem przed ewentualną inwazją fae do świata ludzi i mocnymi, głębokimi frustracjami niektórych ambicjonalnie niespełnionych bohaterów niezależnych. Niestety chyba dopiero Prowadzący będzie mógł z nich wydobyć to coś, bo w publikacji opisani są oni raczej sucho, niezbyt malowniczo i raczej przeciętnie; i gdyby nie backstory to pewnie niezbyt byłabym nimi zainteresowana.

Czasami, mam wrażenie, autor zapomniał, że scenariusz jest dla Prowadzącego i, że nie ma potrzeby trzymać go w napięciu i niepewności. Jak wtedy, gdy bohaterowie mogą odkryć na dworcu ślady mokrego błota lub zobaczyć wilka przemykającego przez las i… dopiero wiele wiele stron później można dowiedzieć się „co z tego wynika” i dlaczego informacje te warto (lub nie warto) wprowadzić tu i ówdzie. 

W ogóle poszlak jest tak wiele, że aż stają się bronią obosieczną. Trudno ich logikę kontrolować w tekście ale z drugiej strony jest wiele możliwości dojścia do rozwiązania zagadki czynsz finału a trail-of-clues jest rozgałęziony i zawiły. Jeśli Gracze ominął któreś wątki, najpewniej nic się nie stanie, bo natkną się na ich konsekwencje gdzie indziej ale jeśli szybko dotrą do wielu z nich to rozwiązanie szybko może stać się oczywiste.

Dodam, że czytając scenariusz po raz pierwszy, trochę błądziłam we mgle, raczej domyślając się co właściwie Gracze mają tu do roboty, niż wiedząc to na pewno. Można było tego uniknąć, gdyby jeden z końcowych rozdziałów pt. „Tajemnice” znalazł się jakoś niedługo po wprowadzeniu do historii. Być kozę nawet z cudownym konspektem pt. „Przebieg przygody”, który jak kawa ma ławę wykłada tajemnice do odkrycia oraz prezentuje kamienie milowe i game-changery (ale nadal nie narzuca liniowości). Finalnie mamy wiele wariantów zakończeń, uzależnionych w całości od tego, co Gracze zadecydują w trakcie gry.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

„Umowa” ma bardzo wyraźny vibe „Vaesen” i to jest chyba jedna z największych zalet tego scenariusza. Jako osoba obsesyjnie uwielbiająca silne emocje w grze i Prowadząca, która lubi być inspirowana i stymulowana przez takie publikacje, mam jednak wrażenie, że ów znacznie fajniej będzie się jednak grało niż czytało. Odbieram publikację jako emocjonalnie oschłą, choć nie ma w tym niczego złego a nawet można to odebrać jako objaw profesjonalizmu. To tylko ja lubię bardziej zindywidualizowane teksty, przez które przesącza się osobowość autora.

Bez względu na to, publikacja bardzo przypadła mi do gustu. Jak na scenariusz grozy i przygody, ma w sobie wiele elegancji, fachowości i jest po prostu rzetelny, w sposób który przywodzi mi na myśl profesjonalne komercyjne publikacje.


[collapse]

Rotterdam-wskrzeszenie

Rotterdam-wskrzeszenie – Michał Maciąg / Pazuremspisane.pl

Edycja: 2022

System: Bezsystemowe

Setting: Kosmiczne Sci-Fi

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 3-5

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 3-4

Dodatki:

Opis:

Scenariusz opowiada o znajdującej się w kryzysie stacji kosmicznej Rotterdam-wskrzeszenie. W wyniku nieudanego eksperymentu uprawy jadalnej trawy zwiędły przez co mieszkańcy stanęli w obliczu klęski głodu. Część z nich pod przewodnictwem szefowej straży – Marieke Bruin, postanowiła rozwiązać sprawę na własną rękę i dokonała pogromu próżniowców, czyli ludzi urodzonych w przestrzeni kosmicznej.
Triggery: ludobójstwo; eksterminacja; rasizm; warunkowanie; manipulacja; mowa nienawiści; pogrom; przemoc; nietolerancja

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Pierwsze, co rzuca się w oczy to oprawa graficzna i skład – elegancko i klarownie przygotowany tekst, dzięki czemu nawigacja po wątkach i scenach jest uporządkowana. Od razu wiem, czego spodziewać się po tej przygodzie.

Wątek z problemami z glebą i uprawami jest zarazem super prosty, ale też wiarygodny. Uniwersalność tego problemu łatwo przedstawić w niemal każdym settingu, a tutaj autor zakłada jego dowolność.

Z jednej strony – fajnie, ponieważ daje to duże pole wyboru, z drugiej jednak mam wrażenie, że dodanie wątku z eksperymentami to był przysłowiowy strzał w kolano. To dość skomplikowana intryga, w której mamy do czynienia z konfliktami korporacyjnymi i w której występują ważni BNi (w tym fanatyk religijny). W zależności od systemu te elementy mogą zachowywać się inaczej w różnych światach – rządzić się innymi prawami mechanicznymi itp. Wydaje mi się, że pozostawienie tego ważnego wątku i jego przebiegu w samej grze w rękach MG to trochę zrzucenie odpowiedzialności. Jeśli MG przy takim ‘gotowcu’ musi dodatkowo się głowić i wymyślać rozwiązania zarówno fabularne, jak i mechaniczne, to może go to zniechęcić i sprawić, że zwyczajnie odłożyć ten scenariusz na półkę, a przecież nie o to chodzi.

Jeśli Autor zakładał autorski setting, wystarczyło o tym napisać i przygotować akapit o tym, jak w tym świecie działa to i tamto, na co powinien zwrócić uwagę MG i czym ma się kierować, aby osiągnąć zamierzony cel. Jeszcze łatwiejszym sposobem na usprawnienie działania tego scenariusza byłoby po prostu wybranie systemu 😊

Propsuję to, o czym mówił Wojtek Rosiński – zahaczki fabularne na początku tekstu, czyli kilka akapitów o tym, jak wprowadzić ważne wątki i postacie w ten scenariusz wykorzystując dany system, (np. Mothership, Alien, itp.) byłyby dużym ułatwieniem dla MG. Prosty fix, a może zadziałać. Niemniej, chętnie zagrałabym ten scenariusz w settingu Aliena – to naprawdę fajne śledztwo z prostą, ale wiarygodną tezą.

Piotr Cichy

Ważny temat nietolerancji i wybuchu agresji wobec kozłów ofiarnych został tutaj ubrany w oryginalny kostium. Zgodnie z najlepszymi tradycjami sf, pod płaszczykiem historii z dalekiej przyszłości opowiadamy o teraźniejszości.

Szkoda, że scenariusz nie jest dostosowany do któregoś z gotowych systemów albo chociaż nie korzysta z jakiejś mechaniki uniwersalnej. Jeśli ktoś chciałby ją zmienić, raczej nie miałby z tym kłopotu, a jasne wskazanie systemu ułatwiłoby poprowadzenie tej przygody. Realia, jak je widzę, łatwo nadałyby się do Obcego albo do Mothership.

Zaproponowane motywacje dla drużyny nie są odpowiednio zrównoważone – wysłannicy centrali będą mieć inny autorytet na stacji niż przypadkowi podróżnicy. Inna też będzie potem siła oddziaływania korporacji na postaci graczy. Podobnie spośród zaproponowanych archetypów dla graczy botanik, który ma szansę uchronić stację od śmierci głodowej, będzie miał inną pozycję niż np. pilot. Jedną i drugą kwestię można było lepiej przemyśleć i uwzględnić w tekście scenariusza.

Trochę za dużo miejsca w tekście jest poświęcone tłu wydarzeń (zwłaszcza, że niektóre informacje powtarzają się tu raz po raz), a za mało bezpośredniemu przebiegowi akcji z udziałem postaci graczy.

Postać sędzi z jednej strony może stanowić istotną pomoc dla graczy, a z drugiej strony stwarza niebezpieczeństwo bycia „ulubionym NPCem Mistrza Gry” i wyręczenia graczy w rozgryzieniu zagadki wydarzeń na stacji.

Wrzucenie do scenariusza współczesnych książek Tochmana i Rijnevald oceniam jako słabe zagranie. Można je było umieścić w bibliografii dla osób, które chciałyby się bliżej zapoznać z poruszaną problematyką. Bezpośrednio w fabule za bardzo przełamują czwartą ścianę, jak na mój gust.

Tabelka z zestawieniem NPCów jest bardzo przydatna, zwłaszcza przy tak dużej ich liczbie i właściwie oparciu fabuły na interakcjach z nimi.

Jasna przejrzysta mapka znacząco ułatwia zorientowanie się, co gdzie się dzieje na tytułowej stacji. Brakuje jednak wskazania przejść miedzy poziomami i połączenia z portem kosmicznym.

Scenariusz jak najbardziej do wykorzystania, ale MG musi opracować całą mechanikę dla wybranego systemu i przygotować się na improwizowanie sporych części sesji.

Paweł Jakub Domownik

Rotterdam wskrzeszenie to scenariusz z olbrzymim potencjałem, który chwieje się pod naporem niedopracowanych szczegółów.

Podoba mi się:

  • Bardzo dobrze podane informacje, o co chodzi i o czym jest scenariusz.
  • Gotowe zahaczki dla BG łączące ich z frakcjami.
  • Barwny fajny świat, inspirowany klasycznymi tekstami SF
  • Wyzwania stojące przed postaciami są ciekawe, bardzo otwarte.
  • Swoboda, która pozostawia graczom.
  • Bardzo dobre zorganizowane informacje, choć to skomplikowany scenariusz można prowadzić prawie z marszu. – świetna tabelka na NPC.

Uważam, że należy poprawić. 

  • Brak mechaniki — rozumiem że to scenariusz bez systemowy, ale można chociaż zasugerować: Tutaj potrzebny będzie test trudny, tutaj test prosty itd.
  • Dla BG może być tu stosunkowo mało miejsca. Są dwie Frakcje z takimi samymi celami jak BG (Jurydykator i Shea), na dodatek są one znacznie lepiej przygotowane do robienia questów.
  • Dziury logiczne, od których moi gracze porzuciliby ten scenariusz po pierwszej godzinie: skoro to wielki żywy port to dlaczego nie sprowadzają żywności, zamiast umierać z głodu. W czasach komunikacji elektronicznej ukrywać brak ludzi na kwarantannie można jakieś 15 minut. Dlaczego ochrona stacji zaczyna sprzątać po masakrze, dopiero kiedy pojawiają się BG i zaczynają węszyć?
  • Scenariusz jest bardzo otwarty, ale, autor/ka przedstawia jako oczywiste wąskie spektrum rozwiązań, zupełnie ignorując, że BG mogą robić pewne rzeczy inaczej.

Rotterdam — atakuje poważne tematy, prowadzi ciekawą pełną napięcia akcję w świetnym klimatycznym otoczeniu. Dobry szkielet niestety rozpada się na szczegółach. Kolos na glinianych. Może wejdzie do finału, ale na pewno chciałbym, żeby autor/ka przysłała za rok bardziej „wycyzelowaną” prace. 

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Bardzo liczyłam na dobre sci-fi i Rotterdam-Wskrzeszenie z jednej strony spełnia moje oczekiwania, z drugiej jednak… Zupełnie zawodzi. Wizualnie atrakcyjny skład, śliczne ilustracje, mapa stacji, a do tego mnóstwo bardzo przydatnej i sensownie poukładanej treści. Mnogość zahaczek fabularnych, ciekawe wątki, materiał na solidną i wcale niekoniecznie “mini” kampanię. Co jest więc nie tak? Czasami niezrozumiałe zachowania poszczególnych frakcji, czy drobne luki fabularne nawet by mi nie przeszkadzały. Lecz jako fanka mechanik wszelakich, nie lubię treści stricte uniwersalnych. Bo wbrew pozorom materiał do danego systemu dużo łatwiej jest zaadaptować do innych, wiedząc np. jakiego poziomu wyzwania czekają na bohaterów czy jakiego rodzaju testy mogą przydać się podczas rozgrywki. Buduje to po prostu pełniejszy obraz w głowie. Tu tego niestety zabrakło. Scenariusz zyskałby wiele, również na fabule, gdyby był osadzony w jakimkolwiek systemie. Zwłaszcza, że klimatem mocno pasowałby do Mothership, The Expanse, Alien czy Cold and Dark. A tak osoba prowadząca musi przygotować się na dużo pracy i łatania, jeśli nie da się przenieść założeń scenariusza 1:1 na wybrane uniwersum. Szkoda, mogłoby być pięknie.

Wojciech Rosiński

Pierwsze co rzuca się w oczy to bardzo profesjonalny skład pracy oraz klimatyczne ilustracje w tym mapa stacji na, której rozgrywa się akcja. Wysiłek włożony w ten aspekt przygody popłaca, bo dzięki niemu bardzo wygodnie się ją czyta.

Fabuła jest rozbudowana i zawiera wiele ruchomych elementów. Są frakcje, nadużycia ze strony korporacji oraz prosty błąd, który sprawił, że szambo się wylało. Gracze mają za zadanie przywrócić balans i porządek, jednak w przygodzie brakuje mi odpowiedzi dlaczego oni? I tu pojawia się największy mankament przygody czyli brak docelowego uniwersum oraz mechaniki.

Napisanie przygody bez decydowania się na system wcale nie zwalnia autora z konieczności opisania rozgrywki. Jest to nadal tekst użytkowy, który powinien nadawać się do poprowadzenia z minimalnym przygotowaniem ze strony prowadzącego. Tutaj potencjalny mistrz gry zostaje pozostawiony na pastwę losu. We w stępie przygody bardzo przydały by się np. zahaczki fabularne do najpopularniejszych systemów sci-fi takich jak alien, mothership, death in space czy coriolis. Tekst powinien natomiast zawierać sugestie kiedy wykonywać testy oraz chociaż sugerowane stopnie trudności. Wystarczy napisać, że coś jest łatwe, przeciętne lub trudne a już, starczy to do większości systemów. Tak samo brakuje mi opisów potencjalnych przeciwników i tego jak silni są w walce (może miara w HD?) szczególnie, że autor sugeruje aby dwóch z graczy grało żołnierzami.

Janek Sielicki

Michał Sołtysiak

Scenariusz Science Fiction – uniwersalny, mroczny i ładnie przygotowany edycyjnie. Po przejrzeniu wszystko wydaje się na miejscu (sądząc po spisie treści). Są mapki, są tabele. Wielka pochwała należy się za ilustracje. Generalnie to bardzo ładna praca. Tyle napisze dobrego.

Niestety lektura obnaża słabości. Po pierwsze autor nie zdecydował się na system. Uznał najwyraźniej, że uniwersalność będzie najbardziej atrakcyjna dla czytelnika, bo pewnie zwiększy możliwości wykorzystania. To ślepa ścieżka i ten scenariusz pokazuje to dobitnie.

Na początek utrudniło mu to pokazanie proponowanego składu drużyny, bo w zależności, jaki system wybierzemy, to funkcjonują oni inaczej. W Travellerze lub Alienie może uda się stworzyć taką drużynę, ale już np. w Coriolisie, Expanse, Scum and Villainy, nie mówiąc o Diunie, będzie duży problem. Mamy wprawdzie porady co do składu osobowego, ale przez brak dopasowania systemowego, nie daje to pełnej informacji. Dodatkowo obiecywane jest, że każdy znajdzie dla siebie pole do popisu z postaci graczy, a to również może być utrudnione z powodu specyfiki systemu. Jest szansa zagrać urodzonym w próżni, ale w każdym systemie inaczej oni społecznie funkcjonują. Mechanicznie również, ale skupmy się na fabule, skoro nie ma preferowanego systemu.

Uniwersalność przekłada się bowiem również na samą fabułę. O ile intryga z zabójstwami jest prosta, a problem z uprawami również da się w każdym systemie rozegrać, to kwestia tajnych eksperymentów korporacyjnych już inaczej powinna być rozgrywana. Podobnie ma się z głównym Bohaterem Niezależnym, który jest postacią religijną, a to również zazwyczaj jest mocno umocowane w świecie gry. Nie wspomnę o postaciach z wymiaru sprawiedliwości, którzy są jak Judge Dread lub nawet postacie z Dark Heresy. Nie wiem, na czym autor to testował, ale jeśli mamy do czynienia z autorskim światem, to trzeba było to napisać.

Tym samym da się to poprowadzić, da się w to zagrać. Tylko trzeba włożyć w to masę pracy, by dostosować do swojej gry. Pożyczenie mechaniki na jednostrzał również wchodzi w rachubę, ale wracamy do dopasowania różnych elementów fabularnych.

Krótko mówiąc: scenariusz do mocnego dopracowania i dostosowania, bo uniwersalność zgubiła autora.

Andrzej Stój 

Bezsystemowa, pozbawiona mechaniki przygoda utrzymana w autorskich realiach SF. Romansuje nieco z twardymi odmianami tej konwencji.

Jestem pod pozytywnym wrażeniem opisu miejsca akcji. Jest czytelna mapka, tabela z wszystkimi istotnymi BNami, sensowna rozpiska poszczególnych sekcji -w tym bardzo dokładny opis kultywatora żywności. Jednocześnie nie jesteśmy przeładowywani informacjami (no, może powtarzaną wielokrotnie historią zniszczenia upraw).

Podobają mi się dwie główne osie konfliktu – zniszczenie plonów wskutek przemęczenia (ale wcześniej złamania procedur) oraz sekretnych badań. Ten drugi wątek warto by rozwinąć, jeśli gracze mają w ogóle rozwinąć ten trop. Podoba mi się również komplikacja w postaci rozkazu zamiecenia sprawy pod dywan. Pasuje do korporacji, która według tekstu przygody jest na wskroś zła.

Niestety, Rotterdam-wskrzeszenie ma jedną dużą wadę, której kiepsko się pozbyć – bohaterowie niezależni są bardzo naiwni, a ich zachowanie jest niezrozumiałe. Sam wątek wymordowania części populacji stacji jest w porządku (nawet jeśli mieliby zostać zabici odpowiedzialni za kultywatory) jeśli zgodnie z realiami w ciągu trzech miesięcy korporacja nie byłaby w stanie dostarczyć jedzenia albo ewakuować części załogi. Sposób przeprowadzenia mordu, nieukrywanie śladów, dalsze zachowanie BNów (np. bezsensowny zamach w przebraniach Flamandczyków) itd. są bardzo naiwne, jakby odpowiedzialni nie spodziewali się, że ktokolwiek sprawdzi co się działo na stacji. Nie podoba mi się też zakończenie (wysłanie likwidatorów) w przypadku ujawnienia zbrodni.

Rotterdam-wskrzeszenie nadawałby się do poprowadzenia dla drużyny złoli, których korporacja wtajemnicza w temat na pierwszej scenie i wysyła, żeby uniemożliwili sędzi dotarcie do prawdy. Oczywiście, takie założenia skreśliłyby scenariusz w większości drużyn (mało kto gra tak wyrachowanymi postaciami), ale pozwoliłoby utrzymać spójność, przynajmniej w pewnym stopniu.

Asia Wiewiórska

FORMA

„Rotterdam” cieszy oczy. To pięknie i drobiazgowo wydana publikacja, w której grafiki i układ korespondują z doborem czcionek. Nie dziwota, że dobrze się czyta. Do tego szczegółowy spis treści, do którego nie sposób się przyczepić (no może poza tym, że zbyt szczegółowy na publikację tej długości). 

Autor włożył wiele wysiłku w to, żeby tą trudną bądź co bądź, troszkę nawet zawiłą fabułę opartą na relacjach między frakcjami, ubrać w ramy pozwalające ją efektywnie poprowadzić. Mamy więc:

– dobrze przygotowaną chronologię wydarzeń, poprzedzającą chwilę gdy Gracze wejdą na scenę;

– wspaniałą tabelę bohaterów niezależnych, w której wskazano nie tylko frakcje, rolę na stacji kosmicznej, opis czy info gdzie można tego bohatera spotkać;

– piękne kolorowe i bardzo czytelne plany Rotterdamu.

Do tego jasno wskazane triggery i przedstawienie ogólnej idei scenariusza, wraz z jasnym wskazaniem dla kogo właściwie jest przygoda, ze wskazaniem rekomendowanych archetypów postaci.

Bardzo lubię takie jasne postawienie sprawy i nawet pomimo, że „Rotterdam” to przygoda uniwersalna, która spokojnie nada się do „Mothership”, „Obcego”, „Coriolisa”, „Travellera” czy nawet „Diuny”, określone przez nią ramy wydają mi się bardziej niż klarowne. Z resztą, mam słabość do scenariuszy uniwersalnych, głównie dlatego, że pozostawiają mi swobodę czym uzupełnić luki. 

Jedyne w kwestii formy do czego chyba powinnam się przyczepić, to to, że zawiłości scenariusza w zasadzie eliminują go z możliwości poprowadzenia po jednokrotnym przeczytaniu. Informacji jest za dużo, powiązania zbyt skomplikowane a możliwości zbyt rozległe. Oprócz wyboru i opracowania mechaniki, zwyczajnie trzeba się przygotować. 

TREŚĆ

Nie ma co owijać w bawełnę – autor scenariusza stworzył całe uniwersum, oparte o czytelne popkulturowe klisze, które bardzo przypadły mi do gustu. Po przeczytaniu streszczenia miałam odczucie, że jedną nogą jesteśmy na asteroidzie Eros z „The Expanse” a drugą w którejś z produkcji Jeana-Pietr Jeuneta, jak „Miasto Zaginionych Dzieci” czy w „Obcym 4”.

Cały scenariusz oparty jest na konflikcie między frakcjami, od korporacji reprezentujących interesy wielkiego wszechświata, które nie liczą się z nikim i z niczym, przez realistycznych „strażników”, jakby żywcem inspirowanych eksperymentem więziennym Zimbardo. Jest też frakcja, powiedzmy, „niewolników”, w których trochę pobrzmiewają mi echa madmaxowego Bartertowm, czy sędziowie prawie jak wyjęci z „Sędzia Dredd”. No nie ma co, malowniczo!

Wszystko to sprawia, że mam wrażenie jak niewiele znaczą bohaterowie Graczy w obliczu tych ścierających się potęg. Owszem, mogą zająć stanowisko ale ostatecznie interesy korpo, strażników czy sędziów, sprawia, że wypadną blado i wiele scen zaprojektowanych jest tak, że ostatecznie trudno im będzie wtrącić swoje 3 grosze. Wydarzenia na „Rotterdamie” są politycznie, biznesowo i społecznie kontrowersyjne, więc Gracze nie raz wylądują w kleszczach między młotem a kowadłem.

ATMOSFERA I REFLEKSJE 

Ostatecznie mam wrażenie, że mamy tu bardzo ambitną i klimatyczną, wielopoziomową historię, która rzeczywiście opowiada o rzeczach ważnych. Ze względu na to, że uniwersum zostało właściwie stworzone przez autora, niektórzy Gracze mogą się poczuć zagubieni co im w tym świecie można a czego nie można. Prowadzący być może będzie musiał na początku trochę ich podprowadzić. Dodałabym też, że w scenach jest bardzo dużo warunków, w stylu „jeżeli x to y, ale jeżeli z to b”, co może być dla mnie oblatanych Prowadzących dość trudne do udźwignięcia. Nie jest to jednak nic, czego nie dałoby rady osiągnąć za pomocą jednego czy dwóch diagramów powiązań czy map myśli.


[collapse]

Granica wyobraźni

Granica wyobraźni – Paweł Szumny

Edycja: 2022

System: Zew Cthulhu 7. Edycja

Setting: USA, lata 20. XX wieku

Modyfikacje zasad: brak

Liczba osób grających: 1+

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Anders O’Neil, profesor psychologii, dostaje list od swojej córki, Ruby, z którego wynika, że znalazła się w niebezpieczeństwie. W towarzystwie dobrego przyjaciela, Abrahama, profesor udał się pod wskazany przez córkę adres, gdzie odnalazł malowidła, przedstawiające jej groteskowe wyobrażenia. Anders wkrótce odkrywa coś jeszcze – obrazy zostały naznaczone i każdy z nich stał się bramą pomiędzy światami, a Ruby utknęła w jednym z nich. Profesor, nie chcąc narażać przyjaciela, wyruszył sam na poszukiwania córki, o niczym nie mówiąc Abrahamowi. Nie chcąc biernie czekać na powrót profesora, Abraham decyduje się wezwać pomoc.

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Moim zdaniem fajny ktulacz z ciekawym pomysłem, ale nierównym wykonaniem. Poza tym, że lubię zabawę konwencjami artystycznymi, to rzadko też czytam przygody nawiązujące lub czerpiące z Krain Snów. A tutaj właśnie taką dostajemy. Przygoda od początku wprowadza Badaczy w wir śledztwa i od razu stawia im ciekawe i różne wyzwania, i chociaż na dłuższą metę mogą okazać się nieco nużące, to opcja z dowolnością rozłożenia niektórych elementów wedle własnego upodobania trochę odczarowuję tę nudę. Pomysł fabularny dość przewidywalny i wyeksploatowany, ale przedstawiony wiarygodnie i imo angażujący Badaczy, a co za tym idzie też graczy. Dużo emocji, historia rodzinna – jak dla mnie super. Zastanawia mnie przebieg eksploracji, bo wygląda na to, że Badacze zmuszeni są do wracania po własnych śladach, a to nigdy nie jest dobre. Dlatego na miejscu Autora przyjrzalabym się jeszcze raz konstrukcji „mapy” z lokacjami i ulepszyłabym nawigację po nich.

Mam też problem ze wspomnianą wcześniej nierównością – widać, że niektóre obrazy czy lokacje zostały bardziej dopieszczone kosztem innych. Widać, że są ważniejsze i na nich Badacze „powinni” się skupić. A szkoda, bo eksploracja i wyzwania po drodze stanowią o sile tego scenariusza i gdyby było „po równo” konstrukcja przygody nie byłaby zachwiana. Wszystko byłoby emocjonujące, ważne i potrzebne do rozwiązania śledztwa.

Tak czy siak – chętnie bym tę przygodę zagrała. Dobra robota, Autorze!

Piotr Cichy

Bardzo fajny pomysł z wchodzeniem do fantasmagorycznych obrazów. Sceny są opisane bardzo plastycznie, czuć klimat niesamowitości i grozy.

Niestety, mam wrażenie, że scenariusz jest niedopracowany. Zabrakło czasu? Jest tu dużo małych niespójności, szczegółów, które w sumie łatwo samemu poprawić, ale od gotowego scenariusza ma się prawo oczekiwać, że zadba o to autor.

Na przykład jest powiedziane, że zleceniodawca Badaczy jest prostym kierowcą. Jak na taki zawód, to dysponuje całkiem pokaźnymi środkami finansowymi, które oferuje jako wynagrodzenie dla bohaterów.

Przydałby się plan domku w Sanfield, w którym Badacze spotykają Abrahama. Skoro to właśnie tu zaginął profesor, to podejrzewam, że większość grup będzie chciała dokładnie przeszukać to miejsce. Dostajemy jego opis, ale mapka dodatkowo pomogłaby się zorientować, co gdzie się znajduje.

Nie zaszkodziłaby rozpiska postaci Abrahama. Jest to główny bohater niezależny w przygodzie. Dobrze byłoby mieć jego statystyki, żeby wiedzieć, na ile będzie mógł pomóc graczom lub na ile zaszkodzić (autor scenariusza wspomina, że może dojść do walki z Abrahamem).

„Badając czarną substancję, gracz musi wykonać test Nauki (Chemia), ale nie będzie w stanie jej zidentyfikować.” Pewnie to kwestia niezręcznego sformułowania, ale nie powinno się zarządzać testów, które nie mogą się powieść (podobnie nie testuje się akcji, które muszą się udać).

Zresztą w tekście ogólnie jest sporo niezręczności językowych wpływających na łatwość odbioru. Przydałaby się porządna redakcja przez drugą, wnikliwą osobę.

Z zapisków Ruby wynika, że to Gardens jest wszystkiemu winien. Scenariusz w ogóle nie uwzględnia, że Badacze mogą próbować się z nim skontaktować, aby im pomógł w uratowaniu malarki.

Znalezienie kryształowej czaszki uzależnione od testu? Słaby pomysł. Nawet mimo forsowania rzutu może się on po prostu nie udać. Szkoda. Przedłuży to pewnie wałęsanie się po Posiadłości, które i tak nie jest najciekawsze. Doceniam, że znalezienie sekretnego pokoju z księgą jest tylko dodatkowym zadaniem, którego gracze nie muszą wykonać. To od nich zależy, jak bardzo będą starali się tam dostać. Inna sprawa, że w sumie nie jest nigdzie im powiedziane, że to element nieobowiązkowy. Przydałaby się taka informacja.

Podsumowując, całkiem ciekawy scenariusz, który wymaga dopracowania szczegółów.

Paweł Jakub Domownik

To jest Loch do ktulu, do którego chodzimy przez obrazy!

Podoba mi się:

  • Świetny pomysł! Wchodzenie do światów w obrazach, jakoś doskonale pasuje mi do ZC.
  • Motywacje Bohaterów niezależnych wreszcie nie mamy do czynienia z tępymi kultystami tylko z BN-ami, którzy wciskają palce w piekielne wymiary PO COŚ.
  • Bardzo fajne synopsis na początku (można by dodać co mają tam robić BG) i bezbłędne wprowadzenia dla mg!
  • Podoba mi się próba przewidywania, jakie pytania mogą zadać Gracze na początku i przygotowanie na nie odpowiedzi.
  • Super, że gracze dostają mnóstwo informacji, to przeniesienie ciężaru na akcje zamiast śledztwo.
  • Porządnie opracowany mechanicznie — nie ma się do czego przyczepić.
  • Świetny design potworów. Naprawdę super wymyślone, nieoczywiste, i wielce przedwieczne.

Uważam, że należy poprawić. 

  • Motywowanie BG gotówką jest zawsze cienkie i dość umowne. O ile w klasycznych fantaziakach jako taka wpisuje się w konwencje, to tu wyraźnie zgrzyta, zwłaszcza te dorzucane na koniec 200 sztuk złota (tj., dolarów).
  • Nie do końca rozumiem jaką funkcję ma pełnić pozostawienie MG dowolności w zakresie tego, gdzie jest profesor i szpila. Nie widzę tu wartości dodane.
  • Asymetria światów w obrazach mamy 3 pretekstowe i jeden rozbudowany.
  • Dlaczego nagle w tym rozbudowanym nagle zajmujemy się profesorem? Dlaczego ten świetnie zapowiadający się loch nagle staje się klasyczną do bólu historia eksploracji opuszczonego domostwa których widziałem w ZC setki
  • Niestety miejscami autor zakłada, że bg będą pokonywać obrazy w określonej kolejności. 

Czuje się niestety oszukany. Obiecano mi fantastyczną eksplorację czterech różnych światów. Nastawiłem się na podróże po nieeuklidesowych wymiarach. Dostałem klasyczną mroczną rezydencję i jakieś dodatki. Granice wyobraźni to całkiem dobra praca, ma mnóstwo mocnych punktów, ale chyba troszkę za mało na finał. 

Zmarnowana szansa.

Ola Durlej

Marek Golonka 

Sytuacja, w którą ten scenariusz wciąga Badaczy, jest bardzo interesująca i lovecraftowska. Badanie zaklętych obrazów, w których czają się monstra z Mitów, to materiał na świetną sesję Zewu. Zastanawiam się tylko, czy scenariusz daje wszystkie narzędzia potrzebne, by ją poprowadzić.

Z czterech obrazów, które Badacze mogą zwiedzić, tylko jeden jest opisany bardzo szczegółowo. Pozostałe mogą być miejscem spotkania Badaczy z ich potwornymi prześladowcami, Strażnik powinien umieścić w jednym z nich ważnego BNa… i w sumie tyle. Mam wrażenie, że struktura całego scenariusza jest przez to trochę zachwiana; że zamiast wędrówki po obrazach, czeka nas głównie eksploracja jednego dzieła, i to najbardziej przypominającego świat na zewnątrz. 

Być może scenariusz działałby lepiej, gdyby opisana w nim posiadłość była prawdziwą siedzibą BNów, a elementy głównej układanki były ukryte w poszczególnych obrazach? Teraz czuję, że scenariusz oferuje mi bardzo misterną, wielopiętrową przestrzeń, ale po bliższym zbadaniu wiele jej części okazuje się ona zbyt pustych.

Patrycja Olchowy

Jedno. Zdanie. Nie może. Mieć. Długości. Całego. Dużego. Akapitu. Przepraszam moje drogie osoby autorskie za ten apel, ale naprawdę. Wyciągnijcie z tej edycji naukę na przyszłość. To, jak łatwo nam się czyta Wasze teksty, ma ogromny wpływ na to, jak są one finalnie odbierane. Zwłaszcza, że Waszym zadaniem jest stworzenie narzędzia dla innych MG. Dobrze. A teraz do meritum. Granice Wyobraźni są cudownie lovecraftowskim scenariuszem, który, gdyby był dopracowany, nie tylko językowo, ale też fabularnie, trafiłby do mojej topki. Wątek “żywych” obrazów – bram do Krain Snów, polujących między otwartymi wymiarami potworności i zaginionej artystki oraz poszukującego swej córki ojca to materiał na naprawdę świetną przygodę. Jest niestety nieco nierówna, zwłaszcza pod kątem rozpisania szczegółów przestrzeni po drugiej stronie obrazów. Wskazówki mechaniczne, choć są często bardzo pomocne, czasami stanowią blokadę, przez którą BG mogą nie przejść dalej, bądź są pustymi testami, które nie odkrywają przed nimi tajemnic, a powinny. Osoba autorska nie wzięła tu pod uwagę, że gracze mogą osiągnąć krytyczny czy ekstremalny sukcesu, stawiając tym samym ST przed nie lada dylematem. Niemniej jednak przygarniam sobie Granicę wyobraźni do mojego mrocznego serduszka oddanej kultystki, bo widzę tu ogromny potencjał i aż się prosi, by ją nieco podkręcić i poprowadzić. 

Wojciech Rosiński

Przygoda zbudowana jest wokół bardzo fajnego pomysłu pasującego jak ulał do klimatu Zewu Cthulu. Jest tutaj wszystko co potrzebne aby zmotywować graczy do śledztwa a następnie postraszyć ich poprzez miejsca niczym ze snów oraz potwory śledzące ich na każdym kroku. Przygoda wykorzystuje setting oraz mechanikę a do tego zawiera kilka naprawdę wzorowo wykonanych handoutów.

Praca nie ma moim zdaniem rażących błędów ale na pewno jest kilka miejsc w których fajny pomysł autora mógłby zostać lepiej wykorzystany. Przede wszystkim kuleje tutaj struktura “lochu”, którego zwiedzanie jest głównym elementem rozgrywki. Mamy tutaj hub oraz gałęzie co powoduje konieczność do ciągłego wracania do tej samej lokacji. Eksploracja byłaby dużo ciekawsza, gdyby obrazy były ze sobą połączone tworząc swego rodzaju sieć. Być może samo wydostanie się z niej wymagałoby przejścia przez kilka? Fajnie wpasowywało by się to w sedno fabuły, w której celem jest znalezienie osób, które w niej zbłądziły. Warto by dodać również w takim wypadku piąty obraz, który z jakiegoś powodu został zniszczony jako pierwszy. Możliwość odkrycia tego poprzez eksplorację na pewno byłaby nie lada pokusą dla poszukiwaczy.

Janek Sielicki

Intrygujący pomysł (kto by nie chciał wchodzić do obrazów) i proste śledztwo, oferujące pierwszą porcję przygody z Mitami. Ładne, pobudzające wyobraźnię opisy, choć warto by nad tekstem jeszcze posiedzieć i doszlifować go językowo. Badacze są szybko wprowadzani w intrygę, a sam teren śledztwa dość ograniczony, co akurat w przypadku takiego wprowadzającego scenariusza jest w porządku. Mamy też różne wyzwania i stałe zagrożenie w postaci dwóch potworów. Podoba mi się też modułowość przygody, rekwizyty i PN można umieszczać w różnych miejscach.

Trochę niestety potencjał pomysłu został nie do końca wykorzystany. Jedna lokacja jest bardzo rozbudowana, a pozostałe trzy są bardzo krótkie – idąc za ciosem i modułowością, przydałyby się tu dodatkowe spotkania i wyzwania. Zwłaszcza spotkania, bo brakuje tu jakiegoś ludzkiego czynnika np. detektywa/zbira wysłanego przez okradzionego konesera. Przydałyby się inne możliwości zdobywania wskazówek (zasada trzech). Jest tu po prostu materiału na bardzo dużą i rozbudowaną przygodę, która została mocno okrojona.

Jednak mimo mankamentów, przygoda inspiruje (obrazy w obrazach, tego też zabrakło. Możliwości tworzenia własnych dzieł i zaczarowanego ołówka w stylu Mitów!) i mam nadzieję na kolejne, bardziej dopracowane przygody tego autora/tej autorki

Michał Sołtysiak

Bardzo doceniam pomysł tego scenariusza – wędrówka w obrazach. Wpasowuje się świetnie w oniryczny charakter rodem z Krain Snów, co jest dość rzadkie. Niewiele scenariuszy igra z innymi wymiarami, niż czas. To zaś pozwala „wyciągnąć” z Zewu coś ciekawszego niż zwykłe potyczki z kultystami lub istotami z Mitów.

Scenariusz pozwala na zwiedzenie czterech obrazów i nawet na uratowanie „damy w opałach”. Pomagamy jej ojcu, staremu Profesorowi (a jak!) rozwiązać zagadkę zaginięcia córki i sprawić, by tzw. „żywe obrazy” nie zagrażały już ludziom.

Pomysł fabuły świetny. Tylko wykonanie kuleje. Autor nie pokusił się o bardziej konkretne wymagania dla Badaczy, a już z lektury widać, jakie umiejętności będą najpotrzebniejsze. To powinno być zaznaczone, żeby drużyna mogła lepiej funkcjonować podczas rozgrywanych wydarzeń. Aż prosi się o określenie sugerowanych zdolności i wiedzy.

Dla mnie jednak pewnym rozczarowaniem są same obrazy, a bardziej jak wygląda ich rozpisanie. Z czterech, tylko jeden jest przedstawiony szczegółowo i na wielu stronach, a reszt dość schematycznie i ubogo. Ten jeden to obraz przejścia, gdzie mamy mapy, opisy pomieszczeń etc. Wygląda to trochę, jak „loch do zwiedzenia” wewnątrz przygody, gdzie będą zagadki i to jest podstawowa kanwa dla przygody. Inne zaś, potraktowane po macoszemu, nie wykorzystują potencjału motywu obrazów. Jakby autorowie zabrakło pomysłów na lokacje, tak żeby przygody w innych malowidłach był bardziej rozbudowane. Tym samym, scenariusz, który za główny motyw wybiera sztukę, ogranicza się do architektury. Aż chciałbym zobaczyć więcej o abstrakcyjnym obrazie, o katedrze i domostwie. Każdy z nich wygląda ciekawie i aż się prosi o więcej uwagi.

Podsumowując: bardzo doceniam pomysł scenariusza, ale autor nie pokazał nam prawdziwej przygody o sztuce. Rozumiem, że ograniczamy ilość znaków, ale dalej można było podzielić fabułę przygody tak, by wykorzystać wszystkie obrazy i sprawić, by były plastyczne. W Katedrze aż prosi się np. o nawiązania do malarstwa Beksińskiego, w domostwie zrobić drugi plan rodem z któregoś znanego pejzażysty (dorabiając potem coś rodem z Tima Burtona), a abstrakcję pokazać na przykładzie któregoś z pierwszych abstrakcjonistów, np. Kandinsky’ego itd. Scenariusz o Sztuce powinny być o Sztuce, a nie „zwiedzaniu lokacji z zagadkami”.

Andrzej Stój 

Dobry tekst. Przygoda napisana do Zewu Cthulhu, ale na tyle słabo związana z Mitami, że bez przeszkód można przenieść ją do innego systemu grozy, a nawet gry utrzymanej w innej konwencji (np. Lamentations of the Flame Princess). Jej dodatkowym atutem jest możliwość poprowadzenia dla dowolnej drużyny Badaczy. Wprowadzenie na “telefon od przyjaciela” to co prawda już synonim “siedzicie w karczmie i podchodzi zakapturzony osobnik”, ale w ZC osobiście mi nie przeszkadza. Bohaterów można łatwo powiązać z zaginionym BNem, co mocniej ich zmotywuje by przyjęli zadanie.

Bardzo podoba mi się pomysł wrzucenia Atutów z Amberu do realiów Zewu Cthulhu. Problemem jest jednak to, że fantasmagoryczne niby-światy, do których Badacze się przenoszą są puste. Jedyne interakcje, jakie będą mieć miejsce, to te z potworami – poza tym na graczy czekają jedynie fantazyjne opisy kolejnych krain i rozmowy między bohaterami. Szkoda, aż się prosiło o wprowadzenie niegroźnych, ale dziwacznych, tubylców. Brakowało mi też jakiegoś twistu – spodziewałem się, że na Badaczy czeka coś więcej, niż odnalezienie dwóch BNów, wymazywanie magicznych symboli i walki z venomopodobnym Pomiotem.

Słabością tekstu są też drobne wpadki językowe (katedra nie ma ołtarza, ale jednak ma) oraz zdania wielokrotnie złożone, niepotrzebnie ciągnące się wiersz za wierszem. To jednak nic poważnego – gdyby ta praca miała pojawić się w komercyjnym wydawnictwie, redaktor wychwyciłby błędy i poprawił styl. Odnośnie języka, sam sposób przekazywania informacji jest dla mnie kolejnym atutem tej pracy – dostajemy kluczowe dane, nie jesteśmy zarzucani niepotrzebnymi opisami.

Asia Wiewiórska

Artyści i sztuka zawsze były w kręgu zainteresowań popkultury grozy, że wspomnę tylko o kilku zasłużonych na tym polu klasykach: Oskar Wilde, Edgar Allan Poe czy – właśnie H.P. Lovecraft, a motyw sztuki obłąkanej, stanowiącej klucz do nadnaturalnego, szczególnie. Rzec trzeba, że to jeden z moich ulubionych tropów kulturowych. Czy scenariusz przekroczył więc granice mojej wyobraźni?

FORMA

Scenariusz ma jeden z najlepszych “blurbów” jakie do tej pory czytałam w scenariuszach do Quentina. Krótko, rzeczowo i nie próbując budować na tym etapie niepotrzebnego suspensu, autor przedstawia o czym będzie gra. Choć te same informacje są powtórzone potem w rozdziale dla Strażnika, nie mam tu poczucia, że dublują się niepotrzebnie. Jest w nich bowiem tak dużo szczegółów, że bez wprowadzenia gubiłabym się pewnie w pierwszej chwili.

Od samego początku wszystko wydaje mi się tu bardzo poukładane i na miejscu. Mamy tu do czynienia z bardzo dojrzałym podejściem do tekstu użytkowego oraz do odbiorcy. Językowo tekst jest sprawny i w większości poprawny, choć dziwiły mnie niektóre leksykalne wybory, które czyniły tekst nieco cięższym niż być powinien. Szacunek za poprawne użycie średnika; nie każdy potrafi! Dodam też, że opisy światów za obrazami są w warstwie językowej bardzo poetyckie i wydaje mi się, że mogą być trudne do powtórzenia z zachowaniem ich niewątpliwego klimatu. Może w tym przypadku warto byłoby dodać od myślników kluczowe elementy tych opisów, bo w formie ściany tekstu są przeważnie inspirujące ale znacznie mniej przydatne.

Przygodę inicjuje duży infodump, gdy w pierwszych dwóch scenach bohaterowie otrzymują dużą ilość informacji i spekulacji. Na szczęście część jest czytelnie przedstawiona od myślników, a drugą część wyczytać można w handoutach i muszę przyznać, że nie czułam się pogubiona.

W scenariuszu szczegółowo rozpisano mechanikę oraz świetne “metryczki” ksiąg mitów, z niezbędnymi streszczeniami co to za jedna oraz ze wskazaniem wszystkich konsekwencji mechanicznych. Ładne i czytelne mapy też robią swoje. Najbardziej jednak doceniam tu “dymel”, który można przeczytać Graczom gdy będą przechodzić przez bramę. Dlaczego tak mi przypadł do gustu? Prowadzę kampanie polegające na przechodzeniu przez bramy między wymiarami i powiem Wam, że opisy tych skoków to najcięższy narracyjny element, który spontanicznie nigdy mi zadowalająco nie wychodzi. Tak, potrzebuję tego dymka.

TREŚĆ

Trzon przygody jest w gruncie rzeczy dość prosty: poszukiwanie zaginionych to zawsze atrakcyjny, konwencjonalny trop kulturowy, jasno osadzający bohaterów w fabule. Na pochwałę zasługuje fakt, że Prowadzący ma tu możliwość zaangażować postacie Graczy na różne sposoby, w zależności od tego w jakiej są relacji z jednym z bohaterów niezależnych. W scenariuszu szerzej opisano jednak moim zdaniem opcję najmniej atrakcyjną, czyli działanie na zlecenie, podczas gry ja lubię historie bardziej personalne. Widziałabym tu miejsce, aby uczynić bohaterów osobami bliskimi a nawet członkami rodziny profesora i Ruby.

Scenariusz z całą pewnością bardziej nada się dla bohaterów, którzy już wcześniej mieli jakiś kontakt z Mitami Cthulhu. To dlatego, że dość szybko wykłada na ławę aspekty nadnaturalne opowieści, które mogą trochę usztywnić co bardziej sceptycznych bohaterów. Cieszy mnie obecność pomiotu jednego z mniej znanych Zewnętrznych Bogów i to, że nie jest to żaden z bezmyślnych niszczycieli, lecz istotna względnie inteligentna, która dokonuje własnych wyborów. Jestem też bardzo pozytywnie zaskoczona tym, że scenariusz daje Prowadzącemu wybór, gdzie znajdują się kluczowe dla Graczy elementy gry: szpila i profesor Anders. W scenariuszu tym jest więcej takich otwartych elementów, które zależą od decyzji Prowadzącego (a dla mnie – od wyborów i decyzji fabularnych Graczy).

Jest jednak pewien fragment podróży przez bramy pomiędzy krainami z obrazów, który budzi więcej moich wątpliwości, choć w pierwszej chwili bardzo mi przypadł do gustu przez odległe skojarzenie ze scenariuszem “Dom” Andrzeja Miszkurki i Tomka Kreczmara. Chodzi oczywiście o posiadłość, w której opisano wiele lokacji, które nie mają żadnego znaczenia – ani nie wnoszą nic do gry, ani nie popychają fabuły do przodu. Skoro autor zdecydował się tu na publikację mapy, myślę, że spokojnie można było większość budynku pozostawić w rękach Prowadzącego i skupić się na opisaniu tylko tych lokacji, które rzeczywiście zmieniają coś w grze. Świat z obrazu przedstawiającego posiadłość jest też tym, w którym ujawnia się trochę inny styl gry – trzeba tu podążać za zamysłem autora i ma się wrażenie, że nie wykonanie szeregu “questów” będzie się wiązać z uwięzieniem bohaterów w obrazie.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Kiedy bohaterowie porzucą swój świat i przejdą do mikroświatów kryjących się za płótnem obrazów, opowieść traci swoją logikę przyczynowo – skutkową, staje się na swój sposób surrealistyczna i myślę, że nie każdy polubi taki obrót sprawy. Nie jest to w żaden sposób niezgodne z filozofią stojącą za twórczością Lovecrafta ani założeniami “Zewu Cthulhu”, a Krainy Snów wydają się być jednym z najbardziej cenionych rozwiązań tego settingu. Zastanawiam się jednak, na ile rolą większości scen w tym scenariuszu, jest wyłącznie budowanie klimatu grozy, a na ile udostępnianie Graczom sceny do działania. O ile chciałoby się, aby były tym drugim, gdzieś przecież trzeba “klimatotworzyć” i chyba to jest tak, że “Granice wyobraźni” robią to z pewną stratą dla sprawczości bohaterów.

Jest w tym scenariuszu wiele poetyczności i uroku, zainwestowano tu w niezwykle malownicze lokacje i możliwość “upchnięcia” w jednej fabule wielu różnych wizji artystycznych. Zabrakło mi tu jednak tego, że sztuka jest subiektywna, osobista i powinna być postrzegana przez pryzmat życia wewnętrznego bohaterów. Z całą pewnością eksploracja tych świetnie zaprojektowanych lokacji miałaby więc mocniejszy wydźwięk, gdyby odzwierciedlała nie tylko wysublimowaną wyobraźnię autora tekstu, ale przede wszystkim to, co bohaterom Graczy w duszy gra.


[collapse]

Krwawa schadzka

Krwawa schadzka – Dominik Szewczyk

Edycja: 2022

System: Fajerbol

Setting: Fantasy

Liczba osób grających: 3-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Pewnej letniej, gorącej nocy Eliza i jej narzeczony Rodyk spotkali się w polu dojrzewającej pszenicy. Upojną schadzkę przerwało pojawienie się niezwykłego, białego widma, które z furią zaatakowało kochanków, doprowadzając do przedwczesnej śmierci Elizy. Jej ojciec, Wdowiec Węglar, pragnie by sprawiedliwości stało się zadość. Po południu, koło dwunastu godzin po śmierci Elizy, w wiosce pojawiają się postacie graczy.

Triggery: motyw seksu i zabójstwa

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Redakcja językowa – poza bledami, niespojnosc w imionach, raz jest Vic a raz Vinc.

Bardzo prosta, przyjemna przygoda, odrobinę na modłę „A kto dziewczyna…” z edycji Q. Sprzed paru lat.

Autor mógłby zawrzeć na początku scenariusza wytyczne, jakie postacie by się przydały w przygodzie i wskazówki na temat określenia motywacji i celu wizyty w wiosce i tego dlaczego w ogóle zajmują się śledztwem.

Mam też wrażenie, że szukanie winnego może okazać się zbyt proste – skoro bracia mają podobne cechy, to i tak krąg się zawęża – winowajcą jest albo Vinc albo Rodyk.

Piotr Cichy

Proste, klasyczne śledztwo w wiosce na uboczu. Kilka stron, a jest właściwie wszystko, co potrzeba do poprowadzenia pojedynczej udanej sesji. Bardzo mi się to podoba. Całkiem w porządku spisane, bez większych błędów czy niezręczności językowych. Nie ma gotowej mechaniki, ale są wskazane podstawowe testy umiejętności, więc łatwo to dostosować do swojej ulubionej. Można to poprowadzić w fantasy jak też np. w Zewie Cthulhu albo wręcz w jakichś realiach historycznych bez magii. Wyjątkowo uniwersalna przygoda, a ma swój wyraźny swojski klimat, więc nie można jej zarzucić, że jest bez wyrazu, jak to czasem bywa z takimi scenariuszami.

Przydałaby się jednak choćby szkicowa mapka z zaznaczonymi lokacjami, żeby zorientować się, jak są położone względem siebie. Dzięki temu łatwiej byłoby sprawić, żeby gracze poczuli, że są w jakimś konkretnym miejscu, żeby pomóc im wejść w wyobrażony świat. Mnie mapki w tym pomagają.

Wspomniany jest pogrzeb Elizy i sprowadzenie kapłana. Przydałoby się choćby krótko scharakteryzować tę postać, żeby można ją było w większym stopniu wykorzystać w przygodzie. Mógłby być namiastką autorytetu, którą mogliby się wspomóc gracze przy wymierzeniu sprawiedliwości albo i wcześniej przy prowadzeniu śledztwa. Mistrz Gry mógłby też wykorzystać tę postać, żeby ułatwić albo utrudnić zadanie graczom – podrzucić jakąś wskazówkę albo mylny trop. Byłaby to też szansa na zdynamizowanie sytuacji, jeśli gracze utkną w martwym punkcie.

Podobnie przelotnie pojawia się „przewodnik, notorycznie konsumujący oferowane przez Babę towary” – spokojnie można by rozbudować taką stukniętą postać – może opowiadać niestworzone historie o zjawach i upiorach, a z drugiej strony może być dobrą wskazówką, że mieszkańcy wioski mają dostęp do substancji psychoaktywnych od Baby z Lasu.

Pomysł z prześcieradłem jest trochę absurdalny, ale moim zdaniem jakoś się wpasowuje w tę przygodę – że to wszystko nie jest jakoś traumatycznie poważne (współgra z ciałem wśród przetworów w ziemiance). A przy tym może to wspomóc wątek wracającej zmarłej żony zza grobu.

Płacz Rodyka odebrałem jako nieco nadmierną reakcję. Zbyt dziecinną? Byłoby chyba lepiej, gdyby dodać do tego alkohol – w sensie, że zapija się po stracie ukochanej.

Motywacja dla postaci graczy jest dosyć słaba (pieniądze od Węglara), ale myślę, że przede wszystkim zadziała tu ciekawość – północnica może być najsilniejszą zahaczką. Może też po prostu sama chęć rozwiązania zagadki wystarczy, jak to w klasycznych kryminałach.

Oprócz tych kilku mankamentów scenariusz jest według mnie prawie idealny w swojej kategorii. Jestem przekonany, że może zapewnić parę godzin doskonałej zabawy. Nie za skomplikowany, nie za prosty – żeby gracze nie utknęli w trakcie śledztwa, ale też żeby nie poszło im zbyt łatwo. Doceniam też, że co zrobią z odkrytymi faktami, pozostawione jest do uznania graczy.

Paweł Jakub Domownik

Krwawa schadzka to prosty scenariusz śledczy zawieszony w całkowitej próżni.

Podoba mi się:

  • Intryga jest prosta, ale trzyma się kupy.
  • Scenariusz jest otwarty, nie narzuca BG żadnej drogi.
  • Jak przejrzyście opisane są wskazówki, które mogą znaleźć BG. Przypisane do lokacji, dobrze zorganizowane i łatwe w obsłudze dla MG.
  • Imponuje mi lapidarność stylu osoby autorskiej, mamy tu samo gęste — tak trzymać!
  • Świetny jest bliski gumshoe podział na wskazówki, które znajdą zawsze i te, do których znalezienia potrzebny jest test/ biegłość w umiejętności.
  • Łańcuch wydarzeń niezależnych — dobrze że jest.

Uważam, że należy poprawić: 

  • Zero motywacji dla BG, zero informacji jak ich zaangażować w przygodę.
  • NPC-e są dość dwuwymiarowy i istnieją tylko w kontekście tego, jak mogą pomóc graczom.
  • Statyczny świat, który przestaje istnieć, kiedy BG wychodzą ze sceny,
  • Łańcuch wydarzeń niezależnych-za mało rozbudowany, za słabo zakotwiczony w scenariuszu

Krwawa schadzka nie jest złym scenariuszem. Autor/ka pokazała, że potrafi pisać śledztwa, które mają sens i dostarczą graczom rozrywki. Jeżeli pozostałe elementy scenariusza podciągnie do tego poziomu, będzie to praca godna finału, dlatego gorąco zachęcam do przesłania bardziej dopracowanego tekstu za rok. 

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Jedna z tych prostych historii, które mogą zabrać graczy bardzo daleko od ciepła i bezpieczeństwa domowych pieleszy. Osobiście jestem fanką rozpisywania lokacji wraz ze znajdującymi się w nich zahaczkami, miałam nadzieję więc na solidną dawkę przygody w przystępnej formie. Niestety, scenariusz ma sporo braków, mimo sympatycznej formy i pomysłu. Zabrakło: systemu – jestem niesamowicie ciekawa, o jakich systemach myślał autor, bo skoro magia albo technologia może zabić zabawę, to nie wiem co nam zostaje na stole; motywacji dla graczy – choćby krótkiego wprowadzenia, dla jakiej drużyny została przewidziana ta przygoda, z tekstu dowiemy się, że trzeba skupić się na śledztwie i ono samo ma być główną osią przygody oraz źródłem zabawy; nieco bardziej skomplikowanego plotu lub jakiegoś twistu; redakcji oraz trzymania się choćby podstawowych zasad stosowania interpunkcji w tekście. Choć scenariuszowi nie można zarzucić, że jest liniowy, bo faktycznie historia może pójść w różnych kierunkach, tak niestety przez brak konkretnych wyzwań oraz nadmierną prostotę, nie jestem w stanie wyobrazić sobie jakichkolwiek trudności w odkryciu prawdy przez graczy. Czy starczy na ciekawą sesję? Przy odpowiednim wkładzie pracy MG – tak. Od ręki – to niestety za mało. 

Wojciech Rosiński

Bardzo poważne obawy względem scenariusza wzbudza już na starcie sugestia autora aby rozegrać przygodę w “dowolnym systemie RPG gdzie magia albo technologia nie zniszczą zabawy”. Te elementy przecież są w systemach właśnie po to aby było ciekawie. To, że ktoś użyje magii albo cybernetycznych implantów aby znaleźć poszlaki lub rozgryźć intrygę to właśnie jest zabawa. Sugeruję autorowi przy kolejnych pracach spróbować wykorzystać wspaniałe możliwości tego typu na korzyść swojej pracy a jeżeli chcieć w jakiś sposób je ograniczyć, zdecydować się na konkretny system.

Intryga sama w sobie jest satysfakcjonująca. To nic odkrywczego ale nie zawiera luk, rozgrywa się w dobrze opisanej lokacji i w sumie dobrze się nada na sesję przerywnik. Widzę ją np. w D&D jako jedno sesyjną odskocznię od zwiedzania lochów w niskopoziomowej przygodzie. Na ten moment, brak mechaniki sprawia jednak, że prędzej poprowadzę coś przygotowane z myślą o tym systemie.

Janek Sielicki

Michał Sołtysiak

Przygoda ta jest zbyt uniwersalna i niedopracowana, by oceniać ją z uwzględnienie jakiegoś settingu. To mogłoby wypełnić luki w treści. Autor niestety nie przedstawił nam systemu, w którym ją testował i trzeba opierać się na tym, co tu jest, a to jeden z najkrótszych scenariuszy w tej edycji. Jest krótka, głównie opiera się na lokacjach i dotyka problemu zbrodni z zazdrości. Zbrodnia ta jest jednak tak poślednia i nieoryginalna, że trudno mówić, że jest coś ciekawego. Proste śledztwo i chodzenie po domostwach oraz rozpatrywaniem.

Niestety nie wiem, dlaczego postacie graczy mają rozwiązać tajemnicę zbrodni. Jak nie zaczną śledztwa, to nie będzie przygody? Nic więcej. Mają znaleźć winnego, bo to jest zadanie drużyny? Nie są żadnymi krewnymi, przyjaciółmi, przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości itd. Autor chyba nie zastanowił się nad motywacjami, bo nie ma nawet nagrody za rozwikłanie zagadki śmierci. Jak sam pisze: „Pamiętaj, że miałeś na wszystkie sposoby zachęcać graczy do dzielenia się domysłami, co sprawi im wielką radość” – to wygląda, że rozwikłanie zagadki i domysły będą nagrodzone satysfakcją. To musi im wystarczyć.

Autor napisała schludną przygodę, która nie ma motywacji, nie ma nagrody i ogólnie rzecz biorąc, jest mało frapująca. Trochę zmarnowana szansa.

Andrzej Stój 

Bardzo krótka, ale sensownie rozplanowana przygoda będąca prostym śledztwem w wiejskim otoczeniu. Podoba mi się opis okolicy, podoba to, że bohaterowie niezależni są ludzcy, wiarygodni. Doceniam to, że tekst operuje na faktach (zwłaszcza w odniesieniu do nocy zabójstwa) i nie sugeruje MG przebiegu wypadków.

Bohaterowie mają pełną swobodę w tropieniu zabójcy. Przygoda nie rozsypie się, jeśli nie będą działać w określonym porządku – choć jest ryzyko, że będzie im trudno, jeśli obleją wszystkie testy na miejscu zbrodni.

W scenariuszu brakuje dwóch rzeczy. Po pierwsze (mniej ważne), charakterystyk BNów uwzględniających to co zrobią w przypadku gdy zrozumieją, że są podejrzani. Mniej więcej wiem jak kierować istotnymi postaciami tła, ale garść podpowiedzi by to ułatwiła. Po drugie (znacznie ważniejsze), to osobista historia, w której drużyna to goście. OK, od nich zależy czy zabójca zostanie znaleziony, ale protagonistami są BNi. Dlaczego mają się zainteresować tą historia?

Asia Wiewiórska

„Krwawa schadzka”, czyli „Ballady i romanse” spotykają  „Wiedźmina 3” („Dzikość serca”!), więc wszystko brzmi aż nazbyt znajomo. Lubię takie komfortowe historie, o ile w ogóle jest dla nich miejsce dla Graczy.

FORMA

Zwięzłe teksty czyta się zwykle lepiej i „Krwawa schadzka” jest na to najlepszym przykładem. Czad jeśli mogę zrozumieć całość koncepcji przy pierwszym czytaniu i gry scenariusz od początku trochę intryguje (choć obawiam się, że raczej jako „opowiadanie” niż tekst użytkowy).

Chwilami rażą niekonsekwencje językowe, które u mnie wywołują dysonans poznawczy (przykład? Z jednej strony staromodne „powziąć za żonę”, z drugiej ultranowoczesne „szemrane transakcje”), ale nie jest to nic czego wybaczyć nie można. Szczególnie, że scenariusz jest dobrze zorganizowany i bardzo krótki.

TREŚĆ

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że scenariusz rodzi znacznie więcej pytań niż przynosi odpowiedzi. Autor nie zadbał na ten przykład o to, aby bohaterowie Graczy mieli jakąkolwiek motywację do przeprowadzenia śledztwa. W zasadzie w ogóle ich tam nie ma i nie wiadomo w jakiej roli powinni tak występować. Stróżów prawa? Tropicieli? Przyjaciół rodziny? Mam wrażenie, że znacznie większy sens miałoby obsadzenie Graczy w rolach niektórych bohaterów niezależnych, bo i łatwiej byłoby wtedy odnaleźć motywację do węszenia tu i tam.

Jeśli jednak pominąć ten krytyczny dla mnie element, scenariusz polegałby z grubsza na tym, że postacie będą zwiedzać szereg lokacji i – wypytując – zdobywać wskazówki, a logiczny trail-of-clues jest zdecydowanie najmocniejszą stroną „Schadzki”. Co jednak, jeśli Gracze nie będą grać po myśli autora, któremu ewidentne zależy na tym, aby ze wskazówek poskładali spójną opowieść? Co jeśli nie będą zadawać właściwych pytań właściwym NPCom lub w ogóle do niektórych nie dotrą? Wydaje mi się, że scenariusz nie jest pod względem rozłożenia wskazówek dobrze zdywersyfikowany. Wskazówkom brakuje elastyczności i -bez ich wielokrotnego przytaczania w różnych lokalizacjach – gra może łatwo posypać się jak domek z kart.

Naprawdę ciężko z tego samego powodu stwierdzić, czy Gracze będą mieli motywację, by odwiedzić wszystkie lokalizacje, niezbędne do rekonstrukcji wydarzeń, szczególnie jeśli sam autor o niektórych wspomina, że są „nieciekawe” albo mają „marginalne znaczenie”. Hej, skoro tak, to czy nie warto byłoby je wtedy zastąpić takimi, które mogą Graczy zaintrygować lub uczynić istotnymi dla scenariusza? Tak tylko głośno myślę.

REFLEKSJE

Jest idyllicznie, romantycznie, balladowo i aż się prosi, żeby umiejscowić tę sesję w jakiejś zapomnianej wioseczce na końcu świata. A jednak nie wiem czy i to jest dobry pomysł, bo niektórzy bohaterowie niezależni nie znają się nawzajem, co mogłoby sugerować znacznie rozleglejszą metropolię.

Same znaki zapytania, które niestety nie rozwiązują się nawet w zakończeniu. Autor sugeruje bowiem, aby pozwolić Graczom na takie zakończenie jakiego chcą, bo „to ich historia”. Interesujące, zważając na to, że celem gry jest wyłącznie rekonstrukcja historii stworzonej przez autora a Gracze nie mają tu nic do powiedzenia.


[collapse]

Czerwona Szkatułka

Czerwona Szkatułka – Mateusz Dziewior

Edycja: 2022

System: Warhammer Fantasy Roleplay 4 edycja

Setting: Fantasy (Warhammer)

Liczba osób grających: 3

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Drużyna dostaje się na bal do hrabiego Straussa celem odzyskania rodowej pamiątki – czerwonej szkatułki. Spotyka się tu wielu interesujących gości z wyższych sfer. Bezpieczeństwo zapewnia czujna i dobrze wyszkolona straż. Na ten wieczór gospodarz przygotował wyjątkową atrakcję. Czy bohaterom uda się odnaleźć szkatułkę w komnatach hrabiego? Jaką obiorą drogę ucieczki? Jak na to zamieszanie zareagują inni goście? Czerwona szkatuła to prosta przygoda z elementami akcji, negocjacji i czarnego humoru. Do jej ukończenia konieczna będzie pomysłowość oraz szybkie podejmowanie decyzji.

Triggery: przemoc, potwory, krew, alkohol

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Fajny Warhammer, grałabym. Podoba mi się wstęp do scenariusza – wszystko jest na swoim miejscu, od razu wiem, czego spodziewać się po przygodzie. Podoba mi się także ‘przydatność’ BNów. Mają wartość fabularno/gameplayową, którą gracze mogą wykorzystać do własnych celów. W tak krótkiej przygodzie, moim zdaniem, nie ma miejsca na tzw. ‘zapychacze’, fajnie, że Autor wykorzystał istnienie BNów do maksimum. Mam jednak kilka problemów z realną sprawczością graczy lub po prostu konsekwencjami zarówno ich potencjalnych działań, jak i wydarzeń planowanych w historii. Przy scenie z kreaturium i leniwcu (swoją drogą – pomysł leniwca doskonały!) – dlaczego BG nie mogą zareagować i pomóc służącemu wpychanemu do klatki? Mogłoby to fajnie podbić dynamikę przygody i skierować przebieg historii na nowy tor. Autor nawet nie pokusił się o wzmiankę na temat takiej możliwości. Opisuje sceny następujące po sobie jak po sznurku bez przewidzenia reakcji graczy. W liniowości nie widzę problemu, ale zdecydowanie dałabym wybór i głos graczom, zwłaszcza w tak ważnej dla przygody scenie. W zasadzie to mój główny zarzut do przygody i wydaje mi się na tyle ważny, że może pozbawić “Czerwoną Szkatułkę” dojścia do półfinału. Nie zmienia to jednak faktu, że przygoda podoba mi sie bardzo, gratuluję Autorowi pomysłu i zazdroszczę graczom testowania tej przygody na sesjach 😉 To fajny, dynamiczny i humorystyczny warhammer. Osobiście kojarzy mi się z moimi ulubionymi przygodami do 1ed. Ostatnia moja uwaga – przydałaby się redakcja językowa.

Piotr Cichy

Scenariusz ze Streszczeniem na początku! Dlaczego nie jest to częstsze?

Postać o imieniu John? Do Warhammera lepiej pasowałby Johan.

Autor zaleca dokładne opisanie graczom pałacu w pierwszej scenie. Sądzę, że to błąd, zwłaszcza, że od strony podjazdu nie widać witraży, które są z innych stron budynku. Ich dostrzeżenie wymagałoby obejścia dworu z prawego boku, co zdecydowanie wymagałoby deklaracji graczy, a w fikcji mogłoby być odebrane jako nieco podejrzane zachowanie gości balu (mogłoby to prowadzić do ciekawej sceny).

Szkoda, że Para Elfów nie ma podanych imion.

Mapki są bardzo schematyczne, ale nie potrzeba nic dokładniejszego. Myślę, że będą dobrą podstawą do kombinowania z przekradaniem się przed strażnikami i badaniem poszczególnych pomieszczeń.

Mam wrażenie, że wymagane w scenariuszu testy nie do końca dobrze pasują do gotowych postaci. Można chyba było to lepiej dopracować. Ale same postaci są ok, pasują fabularnie do przygody.

Przydałby się jakiś bardziej charakterystyczny element szkatuły – może na przykład herb rodu Drachów – żeby gracze nie mieli wątpliwości, że chodzi właśnie o tę szkatułę. Obecnie mogą uznać, że ta duża jest tylko podobna i będą bezowocnie szukać mniejszej.

Jest mowa, że szuflady są zabezpieczone pułapką i nawet podany jest poziom trudności jej rozbrojenia. Brakuje informacji, co się stanie, jeśli test się nie powiedzie. To zresztą jest bardziej powszechny problem w tym scenariuszu – nie ma podpowiedzi, jak MG powinien sobie radzić z testami oblewanymi przez graczy. Szybkie osaczenie przez strażników raczej nie byłoby zbyt satysfakcjonujące.

Przygoda ma bardzo fajny ogólny pomysł i odpowiednio absurdalnych bohaterów niezależnych (i potwornego leniwca!). Klimat jest super. Gorzej z przemyśleniem potencjalnego przebiegu akcji, żeby wszystko trzymało się kupy i nie wyłożyło się na pierwszym niezdanym teście.

Całość jest odpowiedniej długości, akurat na dynamiczny jednostrzał. Są zwroty akcji (głównie dzięki nieoczywistym zamiarom bohaterów niezależnych), kombinowanie, pościgi, pewnie też walka, a wcześniej sporo interakcji z NPCami. Myślę, że gdyby to dopracować i dokładniej opisać, byłaby z tego bardzo dobra przygoda. Ale i tak myślę, że warto to poprowadzić – klasyczny Warhammer!

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Bardzo fajny i nośny główny pomysł na skok w czasie balu. Zapewnia, że w przygodzie będzie cały przekrój różnych scen: socjalne na parkiecie, sceny akcji na zapleczu no i zapewne nie obędzie się bez walki.
  • Przydatne i sensowne uwagi dla MG, w których autor/ka dzieli się swoimi doświadczeniami.
  • Wykorzystanie mechaniki, scenariusz mówi nam w odpowiednich miejscach co testować i co się stanie, kiedy nam nie wyjdzie. 
  • Podoba mi się jak sensownie scenariusz wykorzystuje hard framing.
  • Bardzo fajni NPC-e. Barwni, warhammerowi do szpiku kości i ze swoimi niezależnymi celami, które mogą sporo namieszać.
  • Plot twist (szkatułka) jest świetny – na swoją skalę!

Uważam, że należy poprawić: 

  • Ukrywanie za testem rzeczy niezbędnych, żeby przygoda poszła do przodu to prosty sposób na to, żeby przygoda się wywaliła.
  • Trochę za dużo tu zakładania, kiedy bg będą działać. Rozumiem, że tak robiły drużyny, na których autor to testował, ale to nie znaczy, że tak będzie zawsze. 
  • Mało tutaj alternatywnych dróg, o ile taka przygoda nie skończy się szybką naparzanką, trzeba przemyśleć wyzwania i zaprojektować je w duchu fail forward.

To bardzo sympatyczna prościutka przygoda. Mocny średniak, w którym brakuje czegoś więcej. Niemniej jednak gorąco zachęcam autora/autorkę do przysyłania bardziej rozbudowanej pracy za rok.

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Solidna, acz mało odkrywcza przygoda do Młotka. Zagrałabym. Poprowadziłabym. Sensownie rozpisana, z mechaniką i leniwcem. Tym ostatnim kupiła mnie niezmiernie. Jest miejsce na humor, ale też na fruwające flaki. Pewne fabularne niedociągnięcia dość łatwo połatać, a na większość odpowiedzią jest “niech gracze wymyślą”. Oczywiście przydałaby się redakcja, ale nie ma tragedii i można bez bólu przejść przez tekst. Zapisuję sobie jako backup na sesje niespodzianki. 

Wojciech Rosiński

Jest to już druga fajna przygoda do Warhammera w tej edycji, fajnie widzieć, że jesienna gawęda to już zamierzchła przeszłości a do łaski w końcu wszedł awanturniczy i humorystyczny ton tego systemu. Przygoda to prosty ale bardzo kompetentnie napisany i zawierające pełne mechaniczne wsparcie heist. Rozpisane są prawdopodobne zakończenia a autora nawet podpowiada jak przygodę włączyć do kampanii. Trochę zbędni wydają się w świetle tego gotowi bohaterowie. Problemem nie jest tutaj to co zostało zamieszczone a raczej to, że przygoda ma jeszcze kilka elementów o które aż prosi się aby została rozwinięta.

Przede wszystkim, przygoda bardzo dużo zyskałaby gdyby zostawić w rękach graczy planowanie samego napadu. WFRP to niestety nie blades in the dark i tego typu sytuacje, trzeba rozegrać jako prolog a nie retrospekcje, jednak nadal taka scena znacznie podkreśliła by sprawczość graczy. Trochę brakuje mi również alternatywnego sposobu włamania, szczególnie, że dostępne są aż trzy drogi ucieczki. Ten przewidziany zostawia swobodę z rozwiązaniem napotkanych trudności graczom, jednak nadal scenariusz zyskałby, gdyby gracze mieli na tym polu jeszcze więcej swobody.

Janek Sielicki

Heist dla początkujących. Drużyna (mamy gotowe postacie, choć bez własnych motywacji niestety) ma dokonać kradzieży w czasie balu, ale są też Postacie Niezależne z własnymi motywacjami. Będzie to działać, zwłaszcza zwrot akcji w postaci „to jest za duże” i „to zbroja chaosu” – na pewno, odpowiednio poprowadzony, będzie to niezapomniany moment na sesji! Jednak heisty zaczynające się in media res często prowadzą do frustracji – a takie rozpoczęcie proponuje osoba autorska.  A przecież zdobywanie informacji i układanie planu to połowa zabawy w takim scenariuszu! Szkoda, że nie ma opisu ochrony przed i po balu, służby (przecież można się podszyć), ciekawszego skarbca (bierzemy to, czy to?). Nie rozumiem też, dlaczego PN nie mają imion.

Interesujący pomysł i ciekawy zwrot akcji, ale przygoda mogła być o wiele lepsza!

Michał Sołtysiak

Skok na szkatułę w Warhammerze może być prawdziwą frajdą, jeśli się go dobrze poprowadzi. Ten tekst osadza postacie graczy na pierwszym planie, stara się pokazać różne możliwości rozwoju historii, bez wymuszania rozwiązań fabularnych. Krótko mówić, ja bym w to grał! Bo to jest właśnie to fajne RPG, gdzie jest akcja, rozrywka i grając, czujesz, że masz pole do popisu.

Ma parę potknięć, np. motywacje gotowych postaci graczy są bardzo słabe i mało nośne, ale w dalszym ciągu jest to scenariusz, który robi to, co obiecuje: robimy skok na bogacza i tradycyjnie plany zawsze nie wypalają i trzeba improwizować. Tutaj jest dokładnie tak: plan wstępny nie wyjdzie, ale dzięki zwrotom akcji będzie się można fajnie bawić.

Dołożyłbym scenę planowania, po tym, jak weszli już do budynku, gdy bohaterowie wspominają, jak ślęczeli nad słabymi rysunkami domu (można je wydrukować, autor przygotował je) i kombinowali jak się wkraść i co najważniejsze wyjść. Taka retrospekcja by dobrze zrobiła, bo zaczynam akcją, ale cała zabawa z planowaniem również jest. Zresztą bym jeszcze dodał przypominacze dla MG, w stylu “A tutaj podczas planowania było inaczej!”.

To dla mnie finalista, bo napisał taki scenariusz, jak lubię, przyjazny użytkownikowi i do zabawy, bez zadęcia i robiący to, co obiecuje. Polecam.

Andrzej Stój 

Choć przeznaczona do rozegrania na mechanice Warhammera, przygoda podchodzi bardzo luźno do realiów tego systemu. Pojawiają się imiona i słowa-klucze, jak Sigmar, zabójca trolli i Chaos, ale gdyby je podmienić na terminy z innych gier, w przygodzie wszystko działałoby tak samo. Przy czym sporo w niej nie działa.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to naiwność albo niewiarygodność postaci. Bohaterowie graczy, z których jeden jest szlachcicem, idą na włam, bez planu i pomysłu. Gospodarz ot tak rzuca sługę na pożarcie potworowi. Złodziejka zwierza się ze swoich planów jeśli się ją dobrze zagada. Co zdaniem autora zrobi grupa na widok zbroi wojownika Chaosu? Będzie chciała ją zajmuać, bo ma to być amulet dzięki któremu ród odzyska świetność.

Zaletą pracy jest jej zwięzłość. Wiadomo kto i po co jest na balu, jak wygląda posiadłość oraz jak będzie mijał wieczór. Skoro to włam, przydałby się dokładniejszy plan pałacu i to tak skonstruowany, by gracze mieli okazję zadziałać inaczej, niż wyrzucić skrzynię z witrażem albo wybiegając głównym wejściem.

Podoba mi się sam pomysł, ale zabrakło ciekawej realizacji. Bo bohaterowie mogliby np. być szarlatanami udającymi szlachtę, nieświadomymi, że pakują się na bal – spotkanie sekty Chaosu, gdzie zamiast oczekiwanych tańców byłyby krwawe walki na podziemnej arenie, poskramianie potwora i krwawy obrzęd o północy. Część gości nosiłaby groteskowe przebrania, część jawnie pokazywała szpecące mutacje. Tu i ówdzie mógłby się pokazać zwierzoczłek. Piękny z zewnątrz pałac okazałby się mrocznym labiryntem. Wtedy bohaterowie mieliby trudny wybór – brnąć w to w poszukiwaniu kosztowności czy uciekać? Szukać sprzymierzeńców czy działać samemu?

Asia Wiewiórska

FORMA

Scenariusz ma jedno z najlepszych streszczeń w całej edycji konkursu. Prosty, nie zatajający i nie próbujący budować suspensu opis dla Prowadzącego, z którego wprost wynika co autor miał na myśli – to lubię. Metryczkę przygody z podstawowymi informacjami o liczbie graczy czy stylu gry, też. Wzorowo na początku omówiono też tych nielicznych, ale jednak, bohaterów niezależnych, którzy mogą mieć wpływ na działania Graczy. Oczywiście nie sposób na tym etapie wszystkiego spamiętać, ale gdy do opisów postaci dołączy się sceny w których się pojawiają, wszystko zaczyna grać.

Autor przygotował gotowych bohaterów Graczy i tu niestety nieco obawiam się, że obstawa z niższych grup społecznych będzie drugorzędną wobec hrabiego, szczególnie, że pierwszy etap gry to gromadzenie informacji na balu u Straussa. Może warto byłoby dodać kilku bohaterów niezależnych z niższych sfer (np. z obsługi – ochrony, kuchni, itp.)? Włamywacz i ochroniarz mogą też mieć znacznie mniejszą motywację do uczestnictwa w skoku, skoro nie mogą z tego czerpać żadnych osobistych korzyści.

Żeby nie „jeździć” niepotrzebnie po publikacji, warto byłoby umieścić mapki tuż pod opisem, którego dotyczą. To nic poważnego, ale po prostu łatwiej byłoby się dzięki temu połapać co jest gdzie. Szczególnie, że autor nalega ma szczegółowe przekazywanie Graczom informacji o otoczeniu.

Mamy tu ładne, skondensowane opisy pomieszczeń, z dodatkowym omówieniem ewentualnych zagrożeń oraz bohaterów niezależnych, którzy mogą być istotni dla postaci Graczy. W niektórych przypadkach pojawiają się propozycje, jak można danego BN-a wykorzystać.

Poza tym jest rozpisana mechanika, są statystyki oraz gotowe karty postaci. Słowem – pod tym względem jest dobrze. Niestety zdarzają się błędy językowe (z których część brzmi jak niedokładne zmiany redakcyjne). 

TREŚĆ

„Szkatułka” oferuje Graczom do wykonania typowy „quest”, jak w grze komputerowej: potajemne odzyskanie przedmiotu z potencjalnie niebezpiecznej lokacji. Streszczenie do gry obiecuje, że od pewnego momentu gra ma strukturę otwartą i to od Graczy zależy co się wydarzy – i rzeczywiście tę obietnicę spełnia. Tutaj bardzo się cieszę, że autor uważa wyprodukowane przez siebie sceny za propozycje i nakłania, aby słuchać Graczy i podążać za nimi, jeśli będą mieli inny pomysł. Trochę słabo, że w ogóle trzeba o tym przypominać, ale cóż. Czasami trzeba.

Tak jak omówić ile co powinno trwać żeby zdążyć z reszta oraz – jeśli jest to zasadne fabularnie – wprowadzić element odliczania. Dla mnie bomba, to pozwala taktować grę i efektywnie rozłożyć ją w czasie.

Pierwszy „akt” przygody polega głównie na szwendaniu się po okolicy, rozmowach z gośćmi balowymi oraz lustrowaniu okolicy. Szkoda, że brakuje tutaj bardziej szczegółowych informacji o potencjalnych słabych punktach, które Gracze mogliby wykorzystać do włamania do komnat hrabiego. Brakuje mi czegoś w stylu alternatywnych ścieżek (jak tajemne przejście za regałem z książkami, winda kuchenna, itp.). 

Jestem za to bardzo pozytywnie zaskoczona tym, że poza miejscem gdzie są bohaterowie świat żyje, BN-i realizują swoje cele i mogą wchodzić Graczom w paradę. 

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Mamy tu, co tu dużo mówić, do czynienia z opowieścią typu „heist”, tyle, że bez najważniejszych elementów tej konwencji. Niekonwencjonalne dla takiej opowieści odarcie scenariusza ze sceny planowania i przygotowań przed wyjazdem na bal, może skutkować bardzo niepoważnym potraktowaniem samej akcji przez Graczy. Na szczęście autor zaznaczył, że ton przygody będzie żartobliwy, więc oskarżenie od razu wycofuję.

Ostatecznie mam odczucie pewnej prostoty i wielu nielogiczności tej opowieści. Nie mam na przykład pojęcia dlaczego hrabia, aby odzyskać rodowy skarb, miałby – ryzykując całą swoją reputacją – sam brać udział w kradzieży. Albo jak to się stało, że tak mało było wiadomo o tym rzekomo legendarnym skarbie rodowym, żeby pomylić jego wielkość.

Ale co tam. Przygoda i tak mi się spodobała.


[collapse]

Rosół z Kuroliszka

Rosół z Kuroliszka – Przemysław Frąckowiak-Szymański

Edycja: 2022

System: DnD 5E

Setting: dowolny

Liczba osób grających: 2-4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 2+

Dodatki:

Opis:

Drużyna przystępuje do konkursu na najlepszy rosół z kuroliszka, a przy okazji odkrywa intrygę z udziałem paru diabłów.

Triggery: demonologia, polowania, porwanie, śmierć z wyczerpania, “eliksir miłości”, (opcjonalny) flirt

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Ładnie złożony dokument z elektronicznym spisem treści, mapkami i obrazkami – estetycznie i wygodnie. Choć oceniając prace w tym konkursie, skupiamy się na treści, strona wizualna też może mieć pewne znaczenie.

Tematyka kulinarna przywodzi na myśl system Beszamel. Myślę, że ten scenariusz znakomicie by się nadawał do poprowadzenia go w tym settingu. Podejrzewam, że autor wybrał D&D 5 edycję jako dużo popularniejszą opcję i trudno się dziwić. Wielobarwność ras postaci i odjazdowa tematyka wpisują się w ostatnie dodatki do D&D5 „Journeys through the Radiant Citadel” czy „The Wild Beyond the Witchlight”.

Ucieszyłem się, widząc na początku dokumentu nagłówek Streszczenie. Uważam, że jest to przydatny element dobrego scenariusza. Niestety okazało się, że nagłówek nie miał wiele wspólnego z treścią tego fragmentu, który był ciągiem dalszym tła przygody. Szkoda.

Doceniam wrażliwość, że nie każdego będą bawić żarty o zabarwieniu erotycznym i wyraźne oznaczenie ich jako opcjonalnych.

Zresztą w ogóle podoba mi się humor w tym scenariuszu. Czytając tekst, co i rusz się uśmiechałem, a parę razy wybuchłem nawet głośno śmiechem. Nie jestem pewien, ile z tego uda się przekazać graczom na sesji, ale lektura jest sympatyczna.

Trochę za dużo grup rywali. Myślę, że na sesji naprawdę trudno będzie ogarnąć aż siedem dodatkowych grup (a potencjalnie nawet osiem, jak gotowe postacie zostaną zgodnie z sugestią użyte jako bohaterowie niezależni). Moim zdaniem spokojnie wystarczyłyby np. trzy. Także innych NPCów jest zbyt wielu. Są fajni i barwni, można uznać, że to pula, z której MG może wybrać tych, których użyje na sesji.

Bardzo mi się podoba szczegółowo rozpisana i dobrze przemyślana mechanika oceniania tytułowego rosołu. Skoro jest to centralny element przygody, to doceniam, że nie potraktowano tego po macoszemu. Wspiera kombinowanie i różne wątki w scenariuszu. Gracze od początku wiedzą, co będzie oceniane, a później mogą zdobyć dalsze pomocne informacje.

Sama część w wiosce wystarczyłaby za gotową przygodę. Rozpisana okolica i poszczególne lokacje do odwiedzenia podnoszą w moich oczach scenariusz naprawdę wysoko. Lokacje z mapkami do walki przydadzą się osobom lubiącym element taktyczny w D&D5.

Ogólnie jestem pod wielkim urokiem tego scenariusza. Bardzo jestem ciekaw, jak sprawdziłby się w praktyce (może kiedyś go wypróbuję?), bo trochę się boję, że nie wszystko udałoby się odpowiednio przedstawić graczom. Ale podejrzewam, że przy sprawnym MG i drobnych modyfikacjach mogą z tego wyjść 2-3 sesje wybornej zabawy.

Paweł Jakub Domownik

Rosół z kuroliszka jest zabawny, jest grywalny i ma świetne świeże pomysły. To doskonałe dedeczki. 

Podoba mi się:

  • Porządne wprowadzenie, streszczenie i zachęta do tego, żeby MG jasno i wyraźnie komunikował swoje zamierzenia graczom.
  • Klasyczny motyw wioski zawierającej pakt z mrocznymi siłami, bardzo fajnie użyty. W ogóle jestem fanem lokalnego diaboła.
  • Przygotowany front wydarzeń niezależnych, którę popychają fabułę do przodu.
  • Super tabelką pokazująca upływ czasu z podziałem na wątki
  • Bardzo fajne atrakcje festiwalowe :), chociaż dobrze by było jakby poza kiełbaska z grilla można by wygrać coś związanego z plotem
  • Swobodna sandboxowa eksploracja doliny.  
  • Przezabawne encountery – możemy tu zmierzyć się z pstrągołakami i wampirycznymi świstakami. Te proste reskiny z drobnymi modyfikacjami robią robotę jeśli chodzi o mała różnorodność przeciwników na niskich levelach. Bardzo podoba mi się określaniu celu w starciu.
  • Fajne tabele plotek i questy poboczne
  • Bardzo porządne opracowanie mechaniczne, Autor/autorka dba o to, żeby przydały się nawet rzadziej używane umiejki. Świetny ruch np. z możliwością oceny przydatności kuroliszka przed upolowaniem go. 

Uważam, że należy poprawić: 

  • Skoro już dajemy graczom gotowe postacie można pokusić się o mocniejsze związanie ich z fabuła.
  • Szumnie zapowiadane na początku wątki erotyczne są trochę mokrym kapiszonem Należałoby je rozbudować albo wyrzucić w całości.
  • Miejscami szwankuje kolejność przekazywania informacji. Dowiadujemy się np. co zrobią „czujne oka” i „zakon chochli”, zanim wiemy kim są. 
  • Jest tu bardzo dużo opisów rywali i NPC-ów to super. Jednak próba wykorzystania ich wszystkich na jednej sesji może zjeść katastrofalnie dużo czasu.
  • System craftingu/gotowania jest w gornej granicy komplikacji, która ja osobiście mogę znieść.
  • Możliwe zakończenia — np to z pojawieniem się diablicy są nieco deus ex machina.

Mam wrażenie, że projektanci erpegów od jakiegoś czasu próbują skutecznie przenieść sensowny z system craftingu z gier komputerowych zazwyczaj z opłakanym skutkiem. Rosół z Kuroliszka flirtuje z bardzo wąskim ujęciem tego pomysłu i dzięki temu wychodzi z tej próby zwycięsko. Te fajne lekkie i zabawne dedeczki :), które mimo pewnych niedociągnięć — mają mój głos.

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

To są takie dedeczki, jakie ja bardzo lubię i doceniam. Świetnie spisany scenariusz, zawierający wszystkie niezbędne elementy tekstu użytkowego, a jednocześnie dostarczający mnóstwo dodatkowego dobra. Znajdziemy tu i dedykowane mapy, rozpisane spotkania i możliwe walki, tabele losowe oraz system oceniania konkursowego rosołu. Urzekł mnie humor oraz ton całej przygody, widać że osobie autorskiej nie sprawia problemu poruszanie się po meandrach mechaniki 5e, a jednocześnie nie obawia się tego, że odejście od lore’u czy konkretnej zasady popsuje zabawę graczom. Chciałoby się w Rosół z Kuroliszka pograć dłużej i poeksplorować wszystkie wątki – bo naprawdę jest co! Jeden z moich faworytów tej edycji. 

Wojciech Rosiński

Luźna przygoda do D&D 5e dająca graczom dużo swobody. Widać, że autor włożył dużo wysiłku w mechaniczne przygotowanie przygody a do tego duża część elementów przygody nadaje się do wykorzystania poza nią (zaproponowane starcia czy lokacje nieopodal miasteczka). Z mojego punktu widzenia na przygodę składają się trzy wątki. Nie są złe ale można by w nich poprawić pewne elementy.

Dochodzenie zaprojektowane za pomocą nodeów a nie dziejących się po kolei zdarzeń ułatwiłoby wciągnięcie w nie graczy.

Na eksplorację okolicy nie ma za dużo czasu (zakładając 8h marszu na dzień jak w 5e RAW) a lokacje są trochę za proste. To dungeons & dragons, przydałby się chociaż jeden loch z prawdziwego zdarzenia.

Mini gra w gotowanie jest jak dla mnie trochę zbyt skomplikowana. Jako czytający, nie poprowadziłbym raczej tej przygody z samego względu, że nie chciałoby mi się mozolnie zapisywać składników i na koniec kalkulować. Jest to jednak osobista opinia, złożoność tej mechaniki, może być dla niektórych odbiorców dużym plusem.

Ogólny zamysł fabularny przygody przypadł mi do gustu. Wprowadza on także bardzo ważny w D&D limit czasu jednak zdaje się on co nieco wisieć w próżni. Przygoda tak naprawdę zostawia także największą część roboty czyli rozpisanie “dni podróży” i dobranie encounterów po stronie prowadzącego.

Trochę również szkoda, że autor wybrał poziom pierwszy na tej na którym rozegrana ma być przygoda. Ma on to do siebie, że rozgrywka na nim jest bardzo losowa a postacie graczy mają jeszcze bardzo skromny arsenał czarów i umiejętności. Z tego powodu nawet jeżeli damy im dużo pola do popisu to nie będą miały jak z niego skorzystać. Przygoda ma mnóstwo potencjału aby wykorzystać zabawki, które gracze mają na wyższych poziomach, więc szkoda, że z niego nie skorzystano.

Janek Sielicki

Zabawna, lekka przygoda, ale niekoniecznie dla 1. Poziomów i niekoniecznie dla DnD. Natomiast jest znakomicie rozpisana i przygotowana! Bardzo spodobała mi się mechanika rosołu i zabawne spotkania losowe. Jest kilka źródeł podających wskazówki do tajemnicy doliny i ogólnie dość duże zróżnicowanie wyzwań. Świetnie, że autor oszczędził pracy MP i wyskalował starcia dla różnych drużyn.

To niezła przygoda startowa o półotwartej strukturze, a autor/autorka dodała też gotowym postaciom niewielkie osobiste zahaczki. Jednak mam wrażenie, że na 1. Poziom jest tu trochę za dużo wszystkiego, a przygoda spokojnie może zająć i 12 godzin, a tyle czasu 1 poziomie to zdecydowanie za dużo. Zabrakło też choć troszkę bardziej rozbudowanego lochu (np. którąś piwnicę można by opcjonalnie rozbudować).

Podsumowując – bardzo dobra rzecz!

Michał Sołtysiak

Zawsze doceniam przygody do D&D, bo jest przy nich dużo roboty. Tutaj trzeba rozpisać wszystkich Bohaterów Niezależnych, dobrać potwory, zbilansować zagrożenia względem poziomu drużyny etc. To taka praca u podstaw, której często nie wykonuje się dla innych systemów. Do tego wszelkie mapki muszą mieć calową siatkę, a często również pojawiają się tabelki do losowych kreacji potrzebnych elementów. Tutaj jest to wszystko i jeszcze więcej, bo autor przysłał na konkurs pracę dopieszczoną. Brawa mu za to, bo pierwsze wrażenie robi doskonałe.

Jest to kolejna praca „kulinarna”, bo fabuła opowiada o konkursie na tytułowy „rosół z kuroliszka”, którego oczywiście trzeba najpierw upolować, by z niego ugotować rzeczoną zupę. Jest humorystycznie, lekko i gastronomicznie, bo poza mięsem trzeba jeszcze zdobyć warzywa, przyprawy i inne składniki. Drużyna będzie więc poszukiwać rzeczy, potrzebnych do „kuchennego rytuału”, co jest fajną odmianą. Przecież każda poważna przygoda też często jest poszukiwaniem składników do czarów i tutaj mamy ładne nawiązanie do „Dedekowej Alchemii” (tam weź serce smoka i rubin wart 100 sztuk złota, tu korpus ze smoczego kuroliszka i 12 przypraw oraz 7 warzyw).

Wszystko jest, jak trzeba, tylko że ta przygoda powiela stały od lat trend: przygody kulinarne są na wesoło i prześmiewczo. Kuchnia równa się komedia. Nie wszystko mnie tu rozbawiało i mam wrażenie, że już trochę takich rzeczy czytałem. Nic tu nie wybija się ponad komediowy standard, może poza szansą na zupę wegańską.

Jest to więc bardzo dobrze przygotowana przygoda, przyjazna użytkownikom, dopracowana i po prostu ładna, którą pewnie miło będzie poprowadzić, ale szybko się o niej zapomni. Tu niestety nie zapada nic w pamięć, nie ma żadnych zaskoczeń. Przeciwnicy są groteskowi, ale powtarzalni. Nie ma czegoś co by zbalansowało komediowość. Po prostu masa kuchennego humoru i stereotypowych żartów o kucharza. Ta przygoda potrzebowałaby czegoś więcej niż: Polujemy po jaskiniach na potwory. Robimy zupę z kuroliszka. Wrzucamy dużo do gara. Ma być dobre. Smacznego. Kropka.

Andrzej Stój 

Kolejna świetna komedia dostarczająca tego, co zapowiada. Jednocześnie pozostaje przygodą do D&D 5e i daje graczom masę okazji na podejmowanie wyzwań, w tym spotkań bojowych. Wręcz pęka od niewymuszonego, wyważonego humoru. Choć sam nie lubię prowadzić luzackich sesji, “Kuroliszek” ujął mnie swoim urokiem. To jeden z moich faworytów do finału.

Jedyny problem, jaki mam z tym scenariuszem, to odejście od oficjalnych materiałów. Diabły w D&D nie są dobroduszne, to nie “złośliwe ludziki z Piekła”. Co więcej, nie łączy ich z demonami praktycznie nic. W tej przygodzie mamy demonologa przywołującego wszelakiej maści czarty i diabła o imieniu Tomek. Strasznie mi to nie pasuje. Zastanawiam się czy nie byłoby łatwiej uczynić go fae wyglądającym jak rogaty diabeł albo czartem niezwiązanym z typami walczącymi w Wojnie Krwi.

Na szczęście ten problem jest łatwy do naprawy (jeśli dla kogoś to problem). W tekście jest tyle dobra (świecące tatuaże z rudą uranu, temperatura w stopniach Elminstera, napalone pstrągi itd.), że rekompensuje w zupełności diabła Tomka. Plusem są również mapy przygotowane z myślą o walkach na siatce bitewnej.

Asia Wiewiórska

Mechanikę D&D zawsze uważałam za trochę nachalną jak na moje standardy i dlatego nieczęsto w ostatnich latach siadałam do tej gry. Jeśli jednak jest na świecie więcej takich przygód jak “Rosół”, to ja z przyjemnością wrócę do tego systemu.

FORMA

Mimo poważnej objętości, od pierwszych zdań ze scenariusza bije klimat żartobliwej gawędy, napisanej trochę z przymrużeniem oka. Bardzo piękny, poprawny, literacki i pełen ciepła i humoru język to jeden z jego największych atutów. Cała publikacja jest wydana z dużym smakiem: mamy bardzo ładne tło, czcionki jak w D&D i wszystko tu do siebie pasuje. Do tego gotowy pakiet pieczołowicie wypełnionych kart postaci oraz zestaw kolorowych i profesjonalnie wykonanych mapek, pozwalających na rozgrywanie potyczek. Są też inne, bardziej poglądowe mapy w samym scenariuszu. Szkoda tylko, że nie ma wersji bez legendy, aby można było je przedłożyć Graczom i na bieżąco nanosić nań stosowne oznaczenia.

Już sympatyczne i bardzo treściwe streszczenie zapowiada  obiecuje bardzo wiele, jeśli chodzi o wątki i możliwości bohaterów Graczy czy. Jak na 1-2 sesyjny scenariusz wydaje mi się, że jest tego bardzo dużo. Mamy tu też moim zdaniem najlepszy, najbardziej treściwy, spis treści oraz doskonałe wprowadzenie “Przed sesją”. Jest tam kilka bardzo rozsądnych wskazówek, których bardzo mi brakuje w takich publikacjach, szczególnie tych dla początkujących.

W istny zachwyt wprawiła mnie tabela Wątków, naniesiona na coś w stylu osi czasu. Serio, każdy scenariusz powinien mieć coś takiego – kradnę i będę stosować u siebie, jeśli specyfika scenariusza będzie tego wymagać. Z innych tabel – mamy tu do wylosowania mnustwo fantastycznych rzeczy, od atrakcji festiwalowych, przez bohaterów niezależnych, po plotki miejskie.

Oprócz konkretnych opisów najważniejszych BNów, w scenariuszu znajdziemy rozpisane istotne elementy mechaniki oraz statystyki potworów wymyślonych przez autora, czyli takich których nie znajdziemy w bestariuszu do D&D.

TREŚĆ

To byłoby zbyt proste, gdyby dało się ten scenariusz zakwalifikować do jakiejś konkretnej szufladki. Nie da się i to jest jego największy atut. Mamy tu bowiem tak wiele różnych wątków i tak wiele się dzieje, że szczerze nawet najbieglejsi z biegłych mieliby problem, żeby streszczając scenariusz ująć całą jego istotę. I autor też chyba trochę miał, bo czytając wielokrotnie zacinałam zastanawiając się co to za wątek i skąd się wziął. Coś jest bowiem nie tak ze streszczeniem i z opisem przebiegu festiwalu, gdyż pojawia się w nich wiele wątków, których nie będę w stanie pojąć ani połączyć z resztą aż do czytania po raz trzeci. Myślę, że warto pomyśleć o rozbudowaniu streszczenia, aby jednak choćby hasłowo wspomnieć o pominiętych.

W odróżnieniu od, opartego na podobnej zahaczce fabularnej, konkursu piwowarskiego z “Karczemnej gawędy”, w “Rosole” 3/4 bohaterów ma wpisaną w kartę motywację do wystartowania w konkursie na najlepszy rosół z kuroliszka i nawet jeśli stawiamy Graczy nieco przed faktem dokonanym, to przynajmniej ma jakiś sens. Z drugiej strony nie czuję, żeby postacie były drużyną i nie wiem co miałoby tutaj rzeczywiście trzymać ich razem, poza świadomością, że “przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”.

Scenariusz jest naprawdę wyjątkowy, pod względem tego jak bardzo NIE narzuca swojej fabuły. Choć jeden z wątków – tytułowy konkurs na rosół – pełni rolę klamry, obarczając bohaterów pewną presją czasu, pomiędzy początkiem a rozstrzygnięciem konkursu może wydarzyć się tak dużo, jak dużo bohaterowie będą chcieli rzeczywiście zrobić.

Mam za to spory problem z natłokiem informacji, bo jednak dookoła każdej z postaci tła narosło tak dużo wydarzeń, wątków i powiązań z innymi BNami, że mimo kilkukrotnego przeczytania nadal nie mogę wszystkiego spamiętać. Fajnie, że całe to miejsce tętni życiem, ale jeszcze fajniej byłoby, gdyby Prowadzący mógł to efektywnie wykorzystać.

Na koniec parę słów o tym, co w scenariuszu naprawdę zachwycające: uwierzycie, że decyzje Graczy co do gotowania rosołu (wybór kuroliszka, rodzaje warzyw, przyprawy) a nawet przepis, którego użyją, mają realny wpływ na wyniki konkursu? Autor scenariusza zaprojektował całą mechanikę gotowania rosołu oraz jego oceniania, a ponieważ jest to klamra, osnowa całej gry, proszę mi wierzyć, że to wcale nie jest ani banalne ani infantylne. To jest po prostu bardzo bardzo dobre.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Nieczęsto spotyka się scenariusz bliski ideałowi, jeśli chodzi o przygodę nieliniową, wielowątkową i przynoszącą naprawdę dużo beztroskiego funu. Nawet czytając “Rosół” bawiłam się doskonale i czułam mnóstwo autentycznych, pozytywnych emocji.

Wykonanie na najwyższym poziomie: widać, że autor odwalił tutaj tytaniczną pracę: są elementy dungeon-crawla, są tabele losowe, hexy i rozgrywka na mapach, jest cała masa spotkań potocznych i wątków, które można eksplorować. Słowem – wszystko czego potrzebuje dobra sesja D&D, a jednocześnie bez niepotrzebnego zadęcia, że niby to takie wiekopomne dzieło. Gotowa byłabym ograć dosłownie każdy element tej gry, żeby wydusić z niej naprawdę wszystko. Aż do cna.


[collapse]

Testament

Testament – Michał Laskowski, Dawid Szymański / Fobium Industries

Edycja: 2022

System: Zew Cthulhu

Setting: Lekko pulpowy Zew Cthulhu w początkach zimnej wojny

Liczba osób grających: 3-4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Badacze tajemnic zostają zaproszeni na z pozoru zwyczajny odczyt testamentu dalekiego krewnego. Naglący ton telegramu i nutka tajemnicy obrastająca spadkodawcę, a także woń wielkiej fortuny mobilizują zarówno Badaczy Tajemnic, jak i stojące za nimi siły – wywiady niemiecki i polski, a także mroczny kult. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy na miejscu okazuje się, że testament odczytać ma sam zmarły, kontaktując się ze spadkobiercami podczas seansu spirytystycznego.

Triggery: przemoc, groza

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Bardzo ciekawa praca. Ambitny pomysł, nie jestem przekonany, czy dobrze zrealizowany. W dużej mierze nawiązuje do larpów i opiera się na wzajemnych relacjach między postaciami graczy i akcjach, które będą podejmować względem siebie. MG na szczęście ma narzędzia, żeby wpływać na sytuację, ale i tak obawiam się, że mogą się one okazać niewystarczające i gra może być albo krótka albo nudna.

Przyzwoite streszczenie na początku to zdecydowany plus pracy.

W przypadku osadzenia akcji w realiach historycznych naprawdę przydałby się dokładny rok, w którym rozgrywa się przygoda. „Początki zimnej wojny” to o wiele za mało. Można się domyślać, że chodzi o początek lat 50-tych, ale w tym burzliwym okresie realia szybko się zmieniały i już parę lat różnicy może mieć istotne znaczenie.

Podobnie to, że akcja dzieje się w Argentynie, powinno być wskazane dużo wyraźniej, a zwłaszcza wcześniej.

„O akcji nie została powiadomiona Moskwa” – trochę ahistoryczne są realia tego scenariusza. Ale to w sumie szczegół, rozumiem czemu miało to służyć.

Fragment „Przeniesienie tekstu na sesję” – bardzo dobrze, że jest. Szkoda, że napisany w sposób bardzo ogólny. Jestem przekonany, że w tekście tej samej długości można by udzielić bardziej precyzyjnych rad.

„Zaraz po rozpoczęciu sesji Strażnik może pozwolić Graczom przywołać ten moment – przywołując nie tylko ich słowa i reakcje, ale też emocje i myśli.” Rozumiem, że to początek sesji w stylu „hard framing”, ale i tak uważam to za przekroczenie linii oddzielającej MG od graczy.

Pocący się prawnik o rybiej twarzy, to świetny mylny trop w scenariuszu do Zewu Cthulhu! Także i drugi NPC jest pomysłowy i niejednoznaczny. Bardzo fajnie zostało to wymyślone.

Mózg w słoiku jako główny antagonista też jest wybornym pomysłem. Może się to okazać głównym twistem, wcześniej gracze mogą podejrzewać, że mają do czynienia z duchem albo maskaradą kultystów.

Rozpisanych zgodnie z mechaniką NPCów i antagonistę uważam za plus.

Larp w escape roomie. Oryginalny pomysł badający granice, czym może być rpg. Boję się, że nie dla każdej grupy wypali. Tekst też mógłby być dużo jaśniej i precyzyjniej napisany.

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka

W małym pokoju spotyka się całe mnóstwo wątków. Testament to scenariusz na czworo gotowych Badaczy, których historie wyjaśnią się podczas niezwykłego odczytania niezwykłego testamentu w Argentynie. Osoba autorska przedstawia swój scenariusz w kontekście klasycznej zasady trzech jedności — czasu, miejsca i akcji — i pierwsze dwie są spełnione, za to akcja jest skupiona na jednym wydarzeniu, ale spleciona z mnóstwa drobnych wątków.

Bardzo doceniam pomysł stojący za scenariuszem i to, jak zgrabnie zaprojektowana jest centralna lokacja (będąca jednocześnie głównym BNem). Wybór lat tuż po XX wojnie światowej jako czasu akcji ciekawie pasuje do pulpowego podejścia do Mitów Cthulhu, pozwala interesująco zagrać i drugowojennymi, i zimnowojennymi tropami związanymi z wojną wywiadów, okultystycznymi badaniami, Wunderwaffe itp. Bez wątpienia jest to jeden z tych scenariuszy, których poprowadzenie rozważałem najmocniej — strasznie mnie ciekawi, jak cała ta plątanina wątków przełożyłaby się na sesję.

Zarazem jednak obawiam się, że scenariusz ten wymaga do sprawnego poprowadzenia specyficznych narzędzi, ale nie daje ich Strażnikowi. Jest w dużej mierze oparty na rozmowach między Badaczami, ma dużą szansę przerodzić się w konflikt między nimi. Osoba autorska radzi, by porozmawiać z grupą o tym, ale nie pisze, co właściwie warto jej przekazać i jak Strażnik ma prowadzić taką przygodę — czy gracze mają deklarować akcje swoich postaci jawnie; jeśli nie, jak je przekazywać; czy można dopuścić do sytuacji, w których pozostali Badacze zmówią się przeciwko jednemu z nich?

Dostajemy spekulacje o tym, jak prawdopodobnie będą zachowywać się Badacze, ale mam wrażenie, że osoba autorska założyła jeden przebieg ich rozumowania. Scenariusz zawiera też propozycje, jak główny BN może podgrzewać atmosferę między Badaczami, ale obawiam się, że to za mało. Scenariusze, których zasadniczą treścią są interakcje między BG — nieważne, pozytywne czy negatywne — nigdy nie mogą być do końca “oskryptowane”, bo ich rdzeniem mają być nieprzewidziane zwroty akcji na sesji. Warto umieszczać w nich jednak porady, jak Strażnik ma wspierać bądź moderować te interakcje, a w moim przekonaniu tu tego zabrakło.

Zastanawiam się, czy, paradoksalnie, nie jest to efekt zbytniego zagęszczenia intrygi, „zbyt wielu grzybów w barszczu”. Scenariusz ledwie mieści się w limicie znaków Quentina, więc dalsze rady i wyjaśnienia zwyczajnie by się w nim nie zmieściły. Może warto byłoby np. ograniczyć wątki szpiegowskie, a skupić się na rodzinnych zaszłościach i powiązaniach z Mitami Cthulhu, a zaoszczędzone w ten sposób znaki przeznaczyć na dodatkowe rady? Obawiam się, że w obecnej wersji scenariusz jest kompletny tylko dla grup już przyzwyczajonych do intensywnych relacji i konfliktów w drużynie, a stojący za nim pomysł jest na tyle dobry, że także grupy z innymi przyzwyczajeniami mogłyby się przy nim świetnie bawić.

Patrycja Olchowy

Za sam koncept należy się solidna ofiara Przedwiecznym, bo jest genialny w swej prostocie. Jako scenariusz do gry fabularnej, pozostawia pewien niesmak. To decyzje Bohaterów Graczy powinny kształtować przebieg wydarzeń, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z historią opartą o relacje i prowadzone konwersacje. Jednocześnie sami bohaterowie powinni pozostawiać graczom na tyle dużo swobody, by mogli poczuć, że to naprawdę ich postacie i nadać im też własnego charakteru. Obu tych rzeczy jednak brakuje, a zakładanie, że gracze zrobią coś w taki czy inny sposób to prosta droga do nieszczęścia. I to przez duże N. Serdecznie jednak zachęcam wszystkich fanów Zewu Cthulhu do sięgnięcia po ten tekst i zainspirowania się tym wykraczającym poza pojmowanie odczytem ostatniej woli pewnego mężczyzny, który postanowił zrobić nie lada niespodziankę swoim dalekim krewnym. Zwłaszcza, że czeka on na Was w przejrzystej i przyjemnej dla oka oprawie graficznej, z czytelnie przekazanymi informacjami i z całkiem solidnie zredagowanym tekstem. 

Wojciech Rosiński

Kolejny scenariusz w tej edycji, który bardzo cieszy oko dopracowaną stroną wizualną. Kiedy dołożymy do tego ciekawą fabułę to klimat zewu aż wylewa się z tej pracy. Idea mózgu w słoiku jako głównego antagonisty bardzo do mnie trafia i zapewnia “mackowosć”, której oczekiwałbym po lovecraftiańskim horrorze. Na pewno scena konfrontacji z taką poczwarą to godny finał ciekawej intrygi opisanej w scenariuszu.

Niestety pomimo fajnych pomysłów, scenariusz ten raczej nie sprawdzi się dobrze jako coś na bazie czego mamy poprowadzić sesję. Autor w swojej ambicji opowiedzenia wciągającej historii zbliżył się niestety zbyt blisko do formy opowiadania. Widać to już na początku scenariusza przy opisie gotowych postaci. Gdybym otrzymał tak opisane postacie neutralne byłbym bardzo zadowolony, jednak nie pozostawiają miejsca dla graczy aby uczynili je własnymi.

Janek Sielicki

Przygoda oferuje ciekawy pomysł i odpowiednio korzysta z mechaniki gry. Jest też dobrze napisana i mimo ścian tekstu, czyta się to dobrze. Natomiast nie do końca widzę, żeby to np. na mojej sesji, z moimi graczami zadziałało. BT przygotowani są aż zbyt dogłębnie; motywacje są super, ale wskazówki do odgrywania, to już za dużo – takie założenie, że MG będzie wiedział, jak zachowa (albo jak powinna zachować się postać), przesuwa ten tekst bardziej w stronę reżyserowanego scenarusza. Samo zamknięcie akcji w jednym pomieszczeniu będzie moim zdaniem prowadzić do szybkiej frustracji graczy. Ciężko tu o wskazówki inne niż te uzyskane od innych postaci… Gdyby zachować pomysł rodziny, więzów krwi, testamentu, ale „otworzyć” pokój, dodać kilka miejsc do zbadania nawet w samej posiadłości, to mogłoby być coś naprawdę wspaniałego. W tej postaci to dobry, ale bardzo trudny do poprawnego poprowadzenia scenariusz, a na pewno nie dla większości graczy.

Michał Sołtysiak

Trudno mi zaklasyfikować ten tekst, bo z pozoru jest to „LARP w Escape Roomie”, ale biorąc pod uwagę sugerowane naciski, jakie może MG wywierać na graczy, to byłbym bliżej już „Dramy w Escape Roomie” i to takiej reżyserowanej.

Ten scenariusz do Zewu Cthulhu jest pomysłowy fabularnie. Ma niezłe elementy i postacie drugoplanowe. Jest jednak tak naprawdę mało „erpegowo grywalny”. Niebezpieczeństwo narzucania woli MG graczom, co mają czuć, co myśleć, oraz ilość nałożonych na postacie ograniczeń wynikających z historii ich postaci (bo są gotowe), sprawia, że raczej bym w to nie chciał zagrać. Za mało tu miejsca na granie w grę, a nie odgrywanie narzuconej roli. Tylko MG raczej się będzie tu dobrze bawił, chybachyba że gracze będą czerpać radość ze swojej gry aktorskiej, dobrze, że choć improwizowanej, a nie z gotowymi dialogami.

Moim zdaniem została tu przekroczona granica równowagi między MG a graczami, a całość w skrajnych wypadkach zamieni się w reżyserowaną improwizację. Autor powinien dać jednak większe pole inwencji dla graczy, choćby poprzez więcej opcji fabularnych do wyboru dla nich.

Andrzej Stój 

Sprawnie zrealizowany, odważny jednostrzał z gotowymi postaciami, których istnienie jest bardzo mocno uzasadnione. Sprzeczne interesy i jasno określone cele mogą sprawić, że sesja będzie samograjem opartym wyłącznie na rozmowach między graczami. Na wypadek, gdyby interakcje między postaciami nie wypaliły, na miejscu są dwaj bohaterowie niezależni, którzy rola nie musi ograniczyć się do udzielania informacji, a również (zwłaszcza Chico) do aktywnej próby uwolnienia się z zamkniętej części rezydencji.

To, co mi zgrzyta w tekście, to opis przebiegu przygody. Sesja będzie wyglądać tak, jak proponuje autor, jedynie z częścią drużyn (z mojego doświadczenia – niewielką). Historia i cele postaci być może sprawią, że gracze nie zaczną próbować uwolnić się chwilę po tym, jak pomieszczenie zostanie odcięte, wydaje mi się jednak, że stężenie dziwactw dotyczących tej sytuacji (seans spirytystyczny, głos denata, próbki krwi) przekona przynajmniej dwóch by zadbać przede wszystkim o wolność. Dochodzi tu też kwestia mentalności samych uczestników sesji – mało kto akceptuje tak skrajne ograniczanie wolności. Łatwo wtedy wyjść z roli i pokierować historię na tory slapstickowej komedii.

Zabrakło mi również podsumowania całej historii, najlepiej w kilku zdaniach – o roli Angusa, o tym po co jest potrzebna krew itd. Jednocześnie scenariuszowi przydałby się redaktor z ostrą brzytwą, który okroiłby tekst z niepotrzebnych informacji i pomógł mocniej zaakcentować to, co jest niezbędne.

Asia Wiewiórska

„Testament” to backstory bohaterów i głównego wątku a potem dziesiątki spekulacji jak bohaterowie powinni zachować się w takiej a to takiej sytuacji. Zdecydowanie nie jest to gra dla mnie, choć znamienitą część tekstu można by wyjąć na jakiegoś szybkiego LARPa.

FORMA

„Testament” jest naprawdę pięknie i czytelnie wydany: klimatyczne tło, pasujące do settingu czcionki, całość ułożona w eleganckie bloki – jest super. Choć interpunkcja leży, wszystko inne jest po prostu poprawne, wyważone, z ładnym akuratnych słownictwem i czytelnymi podkreśleniami. Podział ja akapity zgodnie z kryterium merytorycznym, choć nie wiem dlaczego w niektórych zastosowano zupełnie inna czcionkę niż w pozostałych. 

Wstęp dobrze prezentujący rzeczy niezbędne do gry i przekazujący istotne detale organizacyjne. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie też podrozdział „Przeniesienie tekstu na sesję”, w którym autor omawia różne logistyczne aspekty grania z agendami czy zarządzania konfliktem pomiędzy Graczami – zwykle brakuje tego w scenariuszach! Są też bardzo fajne porady jak poprowadzić pierwszą scenę sesji. Przedstawiono tam kilka różnych i bardzo ekscytujących opcji i widać, że dla autora tak rozpoczęcie in-media-res jak i bardziej rozciągnięte, pozwalające Graczom trochę się zintegrować, to nie pierwszyzna.

Trochę żałuję, że ładna czytelna mapka jest tylko dla Prowadzącego, przynajmniej dopóki bohaterowie nie odkryją tajnego pokoju. Z drugiej strony myślę: hej, akcja gry dzieje się w jednym zamkniętym pomieszczeniu. Naprawdę potrzebujemy do tego mapy? Albo lepiej: dobrych kilku stron opisu mebli i innych elementów wyposażenia? Serio, jeśli zarówno stół w gabinecie jak i historia postaci opisane są w pięciu akapitach, to daje do myślenia co dla autora było naprawdę w tej publikacji ważne. 

TREŚĆ

Bardzo się ucieszyłam, gdy już na wstępie scenariusz dali do zrozumienia, że będzie to gra z agendami. Wybrany setting jest do tego wręcz idealny – świat u progu Zimnej Wojny, początek rozliczeń za zbrodnie II Wojny Światowej, południowoamerykańskie ucieczki prominentów III Rzeszy – coś wspaniałego! Jakby tego było mało, w to wszystko wpleciona historia pewnej rodziny, której członkowie niejedno mają za uszami. Co ciekawe – wszystko wyżej wymienione to nie jest li i tylko chwyt marketingowy, autor bowiem albo zna te realia jak mało co albo odwalił kawał dobrej roboty i zrobił super research. 

Dlatego byłam wniebowzięta czytając wspaniałe karty postaci. Od razu pomyślałam, że to będzie bardzo „osobista” gra, w której historia postaci i jej rodziny oraz dramatyczne wydarzenia na świecie będą odgrywać kluczową rolę i wcale mi tu nie byli szkoda, że nie można było stworzyć własnych. Ten scenariusz brzmiał dosłownie jak spełnienie moich marzeń!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Pierwsze rozczarowanie przyszło wraz z odkryciem, że scenariusz odbędzie się wyłącznie jeśli uwięzimy bohaterów na dłuższy czas w jednym pomieszczeniu. Nie zrozumcie mnie źle – ja nie mam nic przeciwko klasykom murder-mysery, gdzie często stosowano tej sam zabieg, a jednak tutaj szybko dotarło do mnie, że większość z tych wspaniałych historii postaci, pozostanie w tej sytuacji całkowicie niewykorzystanych. W dodatku – przygoda wcale nie jest oparta na odkrywaniu tajemnic przeszłości postaci Graczy, lecz na gadżecie – pomieszczeniu finezyjnie zintegrowanym z tym co pozostało po przodku bohaterów, tak szczegółowo opisanym, że nie pozostawia wątpliwości co też gra w tym scenariuszu główną rolę. 

Mam wrażenie, że to raczej scenariusz filmu grozy niż gry RPG, gdzie nie ma ograniczeń w wykorzystaniu deus-ex-machina i gdzie „ulubiony bohater niezależny” scenarzysty nie kłuje tak bardzo w oczy.

„Zaraz, zaraz” – zaraz ktoś zakrzyknie – „To scenariusz gry dramatycznej, trochę improwizacyjnej, w której bohaterowie mają odkrywać swoje relacje!”. I ja to rozumiem (notorycznie gra się to na LARPach), z tym, że publikacja nie daje żadnych wskazówek jak zachęcić Graczy do takiej rozgrywki. Wręcz przeciwnie – w opisach postaci daje konkretne zadania, z których spora część jest w tej sytuacji nie do zrealizowania. Wychodzi bowiem na to, że bohaterowie mają raczej niewielką sprawczość albo nie mają jej w ogóle i to w sytuacji, w której jedynym logicznym rozwiązaniem, pozwalającym działać i realizować cele, jest wydostanie się z pomieszczenia. Jak dla mnie gra dla Graczy zacznie się dopiero wtedy, gdy zrealizuje się jedno z możliwych zakończeń pt. „Uwolnienie”.

W bezbrzeżnym zdumieniu pozostawiły mnie też:

– niekończące się dywagacje, jak mogą zachować się bohaterowie Graczy w której scenie czy sytuacji. W scenariuszu szkoda na to czasu, spekulacje takie zachowajmy dla Prowadzącego i Graczy;

– planowanie, jak pod wpływem wydarzeń zmieni się nastawienie Graczy. Hej – niech o tym zdecydują Gracze;

– szczegółowe planowanie z podziałem na „części” sesji, co też Gracze zrobią w której z nich (autor zaplanował, że Gracze najpierw będą szukać informacji, potem pojawia się konflikty między nimi a na końcu będzie eskalacja konfliktu między nimi a Wenzlem). Serio?

– wyliczanie głównych wątków rozmów Graczy w rolach… [mentorskim tonem] Tu zalecam podzielić się nimi z Graczami, na wypadek gdyby sami nie wpadli, żeby o tym porozmawiać.

I tutaj ujawnia się, jak bardzo scenariusz ów nie wie czym właściwie chce być: z jednej strony wymaga od Graczy dużo improwizacji, oczekuje, że będą współtworzyć relacje rodzinne, generować wspólne wspomnienia i plotki, z drugiej – stawia przed bohaterami zadania, których zamknięci z gabinecie nie mogą zrealizować, podcina im skrzydełka i odbiera całą sprawczość.

Tej scenariusz świetnie się zapowiada. Jest malowniczy i początkowo tu uwielbiam: tajemnice rodzinne, mroczna historia, eksperymenty medyczne. Potem jednak odkrywam, że dla wielu Prowadzących i Graczy (w tym dla mnie), jest on zwyczajnie niegrywalny, choć może się sprawdzić w środowisku LARPowym, które domyślnie ogranicza przestrzeni do działania i nie przejmuje się dywagacjami, co też w trakcie gry może się wydarzyć.

[collapse]

Zaginiony

Zaginiony – Adam Tabaka

Edycja: 2022

System: Zew Cthulhu 7 ed.

Setting: Boston, rok 1925

Liczba osób grających: 1-3

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1-2

Dodatki:

Opis:

Zaginiony to przygoda na podstawie opowiadania H. Heald powstałej we współpracy z H.P. Lovecraftem. Badacze mają za zadanie zbadanie sprawy zaginionego dziennikarza Stephena Jonesa. Śledztwo doprowadza ich do muzeum z tajemniczą wystawą “tylko dla dorosłych”.

Triggery: Scenariusz opiera się na ukazaniu grozy głównego miejsca, przez co niektóre sceny mogą być uznane za nieco drastyczne.

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Najklasyczniejsze Cthulhu, w dodatku oparte na opowiadaniu Lovecrafta!

Podoba mi się, że autor rozegrał swój scenariusz kilka razy i opisał, jak poszczególne sprawy wyglądały u niego na sesjach. Myślę, że to duża pomoc dla osób, które chciałyby poprowadzić tę przygodę.

Doceniam uwzględnienie mechaniki w rozpisce przygody. Fajnie byłoby, gdyby w przypadku oblanych testów też działo się coś ciekawego. Na szczęście na główną lokację, muzeum figur woskowych wskazuje wystarczająco dużo poszlak, więc któraś na pewno sprowadzi tu Badaczy. Przydałaby się też rozpiska mechaniczna Orabony. Gracze nie będą z nim raczej walczyć, ale znajomość jego cech i umiejętności może się przydać także przy innych interakcjach z tą postacią.

Duże wrażenie robią starannie przygotowane handouty i mapka muzeum. Sama wystawa i to, jak jest opisana, też jest bardzo fajna. Dobrze stopniuje klimat niesamowitości.

Bardzo przyzwoity scenariusz, swobodnie można go wykorzystać do poprowadzenia jednorazowej przygody na pojedynczą sesję (rozciągnięcie tego na dwie też pewnie by się udało, kosztem utraty pewnej dynamiki).

Żeby uznać go za wybitny, potrzebne byłyby tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze, jakiś element zaskoczenia, bo w tej chwili przebieg fabuły jest tak standardowy, jak to tylko możliwe. Przychodząc na sesję Zewu Cthulhu, zasadniczo spodziewamy się właśnie czegoś takiego, ale atrakcyjniejsze byłoby, gdyby te oczekiwania były w jakiś sposób przełamane – dodaniem jakichś zaskakujących elementów lub wydarzeń. Fajny jest motyw z odnalezieniem zaginionego w szpitalu psychiatrycznym – rozwiązanie sprawy, od której zaczyna się przygoda może nastąpić przed kulminacją w muzeum. Ale że tak się stanie, jest mało prawdopodobne. Przydałoby się tutaj więcej takich bocznych wątków. Druga sprawa, której nieco brakuje, to większa interaktywność, wpływ graczy na przebieg wydarzeń. Mogą kombinować, jak dostać się na zaplecze muzeum i jak obejść Orabonę. Ale poza tym to niewiele w praktyce mają do zrobienia. Ten scenariusz to trochę taka, nomen omen, wizyta w muzeum – mogą przechodzić z miejsca na miejsce, obejrzeć, co mają do obejrzenia, ale mogliby mieć więcej okazji do wykazania się pomysłowością.

Dobrze poprowadzony, ten scenariusz może być podstawą klimatycznej sesji. Cieszę się, że dołączy do kolekcji darmowych przygód na stronie Quentina.

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka 

Wydaje mi się, że scenariusze do Zewu Cthulhu na bazie opowiadań Lovecrafta to sensowny pomysł – więcej osób dziś słyszało o autorze i grze fabularnej, niż czytało wszystko. Bardzo popularne są dzisiaj zresztą paragrafówki Choose Cthulhu, które pozwalają czytelnikom właśnie rozegrać klasyczne fabuły Lovecrafta. Tu wybór jest szczególnie pasujący, bo Horror w muzeum to jeden z mniej znanych tekstów Samotnika z Providence.

Scenariusz Zaginiony to całkiem zgrabna adaptacja tego opowiadania, w dodatku solidnie przetestowana i wzbogacona o wnioski z tych testów. Obawiam się jednak, że zawodzi w kluczowym momencie — muzeum jest rozległą, ale dość pustą lokacją, a w nocy można w nim właściwie tylko wpadać na wrogie postaci. Sądzę, że te, kulminacyjne przecież, chwile scenariusza powinny dawać graczom więcej wyborów i rzeczy do zrobienia. I tak nie da się zagwarantować, że dojdą do oryginalnego zakończenia (i wymuszanie tego znacząco osłabiłoby ten tekst!), więc warto dać im jak największą swobodę.

Patrycja Olchowy

Na fali gier paragrafowych aż chce się brać kolejne opowiadania i dokładać do nich interakcję. To, co jednak sprawdzi się w przypadku paragrafówki, nie zawsze podoła w grze fabularnej. I muszę przyznać, że Zaginiony jest całkiem udaną próbą przełożenia prozy Lovecrafta na rozgrywkę. Osoba autorska dowozi nam solidny kawałek – co ważne – przetestowanej i okraszonej wnioskami rozgrywki. Oczywiście, można by było to wszystko jeszcze dopracować, obudować, ale nie jest źle. Zaginiony dodatkowo pokazuje, jak bardzo niskim nakładem sił i prostym formatowaniem tekstu można dodać czytelności i wznieść użyteczność materiału na wyższy poziom, a dołączone handouty robią fajne wrażenie. Choć wciąż przydałoby się materiał jeszcze przeczytać i dopracować pod kątem językowym, dobrze jest zobaczyć taki klasyczny chwyt na scenariusz do Zewu. 

Wojciech Rosiński

Gdyby quentin był konkursem na jedynie przygotowanie rozgrywki ta przygoda wypadłaby bardzo dobrze. Jest czytelnie rozpisana, zawiera mechaniczne elementy oraz porady dla mistrza gry. Wszystko to jest starannie złożone a autor włożył widoczny wysiłek w przygotowanie handoutów, które na pewno znacznie umilają rozgrywkę i przyłożą się do wzbudzenia w graczach immersji.

Quentin jest jednak także konkursem na oryginalną fabułę. Pod tym względem w pracy nie ma absolutnie nic twórczego. Przedstawiona historia oraz postacie są kalką tych z książki, którą autor się inspirował. Sprawę ratuje fakt, że na całe szczęście nie ukrywa się on z tym. Autor ma warsztat i bardzo chętnie zobaczę tak samo starannie przygotowaną pracę wokół, historii napisanej przez niego.

Janek Sielicki

Przygoda, jak sam autor przyznaje, to „Horror w Muzeum” RPG (a jak się inspirować, to dlaczego nie Lovercraftem?). Interaktywne zwiedzanie ogólnodostępnego opowiadania. Dlatego przeznaczona jest dla początkujących osób, które nie znają opowiadania, a i samo śledztwo jest proste. Można odwiedzić kilka miejsc, nawet znaleźć tytułowego Zaginionego, a potem badać tajemnicze muzeum, uciekać przed szaleńcem i zobaczyć mackoboga. A na koniec przeczytać opowiadanie i mieć to miłe uczucie „o tam byliśmy!”.  Warsztatowo jest w porządku, mimo rozmaitych błędów stylistycznych itp. tekst jest w miarę jasny, pomagają też kolory, pomysły z ramek i handouty.

Droga osoba autorska, teraz czas na spisywanie własnych pomysłów, bo podstawy już ogarnięte!

Michał Sołtysiak

Chciałbym najpierw pochwalić, to co mi się niesamowicie podobało w tym scenariuszu do Zewu Cthulhu:

  1. edycji i redakcja – dobrze się czyta i widać, że autor wie, jak ważna jest redakcja i korekta przed wysłaniem.
  2. pomoce dla graczy są pierwsza klasa, ładne i klimatyczne.
  3. scenografia, a szczególnie muzeum jest dopracowana i inspirujące.
  4. autor testował to najwyraźniej cztery razy i wyłapał wiele momentów, które mogą być wyzwaniem dla prowadzącego i dał swoje rozwiązania oraz dodał liczne ciekawe motywy do ewentualnego wykorzystania.

Tylko nie rozumiem, dlaczego zamiast adaptacji opowiadania zrobił swoiste odwzorowanie 1:1. „Przekład może być albo piękny, albo wierny”. Widać w przekładaniu tekstów Lovecrafta na scenariusz RPG jest podobnie. Jest wiernie i niezbyt porywająco. Zastanawiam się, czy autorowi, prowadzącemu to cztery razy, nie przyszło na myśl coś zmienić, coś dodać. Dopracować fabułę i wzbogacić, tak by były zwroty akcji, by była większa tajemnica, by postacie otrzymały np. wyjaśnienia, których nie ma w tekście oryginału. Ma doskonałe tło, na którym niewiele się dzieje. To, co w opowiadaniu może zachwycać (opis zwiedzania muzeum), w grze będzie monologiem Mistrza Gry, który może znużyć graczy. Oni przyszli grać, a nie słuchać.

Ten scenariusz spokojnie by dostał Quentina, bo ma jakość edycyjną godną braw, ale fabularnie może być mało satysfakcjonujący. Oczywiście przysłowiowy „Dobry MG” zrobi z tego cuda, ale zapewne adaptując po swojemu, bo wiele osób czytało to opowiadanie i zna intrygę.

Ten tekst mnie najbardziej rozczarował, bo jest straconą szansą. Autor ma warsztat, umie pisać. Rozumie, jak ważne jest stworzenie inspirującej scenografii, ale nie dał godnej tego wszystkiego fabuły. Odwzorował tekst Samotnika, ale nie zaadaptował go i nie zmodyfikowała, by z dobrego opowiadania zrobić dobry materiał na sesję. Wielka szkoda.

Andrzej Stój 

Jeden z lepszych tekstów, jakie miałem okazję przeczytać z okazji tegorocznej edycji. Nie wyróżnia się rewolucyjnymi pomysłami lub nietuzinkowymi rozwiązaniami, a solidnym opracowaniem. Autor szanuje czas czytelnika i skupia się na tym, co niezbędne albo przydatne, a nie możliwe do wrzucenia do scenariusza.

Myślę, że ten scenariusz bardzo dobrze sprawdzi się dla jednego gracza, niż większej drużyny. Śledztwo na pewno doprowadzi BT pod właściwy adres, więc nie ma ryzyka wykolejenia się przygody ze względu na brak dobrych pomysłów. Scenariusz może natomiast wyjść poza ustalone ramy jeśli Badacz (albo Badacze) nie będą chcieli spędzić nocy w muzeum. Wymusi to nieco improwizacji, jednak jest do zrobienia – dlatego nie rozumiem dlaczego w tekście pojawiają się sugestie by lekko railroadować BT sugerując w metagrze gdzie czeka dalsza część przygody.

Choć chętnie wyróżniłbym ten tekst na tle innych, nie jest to mój kandydat do zwycięstwa. Po pierwsze, ze względu na bardzo mocne (otwarte) zapożyczenia z opowiadania Lovecrafta. Po drugie, ponieważ brakuje tu czegoś, co sprawiłoby, że chciałbym z miejsca poprowadzić ten scenariusz. Trzymam jednak kciuki by autor spróbował swoich sił w kolejnej edycji, koniecznie z przygodą opartą na własnych pomysłach.

Asia Wiewiórska

Malowniczy scenariusz oparty na naprawdę atrakcyjnej lokalizacji. Byłoby o wiele fajniej, gdyby wszystko to wymyślił autor scenariusza, a nie H.P.Lovecraft.

FORMA

Czytelny spis treści już od progu zwiastował nienaganny porządek. I tak rzeczywiście jest: wszak mamy tu nie tylko bardzo przejrzyste wprowadzenie dla kogo jest ten scenariusz i jaką w zasadzie ma strukturę, ale nawet – świetny pomysł! – konsekwentne oznaczenie kolorami niektórych istotnych dla niego elementów. Nadal wprawdzie nie wiem  komu przyda się ogólny zarys scenariusza w formie książkowego “blurba”, z którego nie sposób wyczytać o czym naprawdę opowiada ta historia, ale pewnie jestem zbyt surowa dla osób, które zechcą go poprowadzić… Może i im należy się odrobina zaskoczenia i suspensu?

Lingwistycznie publikacja wypada nad wyraz dobrze. Choć interpunkcja i ortografia gdzieniegdzie niedomagają, to jednak nie zauważyłam tam nic, czego nie wyeliminowałby jeden rzetelny proof-read. Nie mogę też nie docenić poprawnego użycia zwrotów, które wprawdzie już dawno wyszły z użycia, ale istnieją i brzmią w użytym kontekście całkiem jak trzeba oraz nauczenia mnie, językoznawcy, zupełnie nowego słówka (“teratologia”). Dzięki!

Dodam też, że rzeczowe i skondensowane opisy lokacji, bohaterów niezależnych i wydarzeń oraz to, że treść handoutów tekstowych pojawia się tak w scenariuszu jak i w wystylizowanej formie w apendixie, również robią tu dobrą robotę.

TREŚĆ

I tu mój pierwszy niepokój, bo co będzie, jeśli Gracze jednak czytali “Horror w muzeum” i znają rozwiązanie intrygi? Autor, choć sugeruje, że warto się upewnić, nie pomaga – czy takiego Gracza wyprosić? Wcielić w któregoś z bohaterów niezależnych? A może uczynić drugim Strażnikiem Tajemnic (bo ponoć prowadzenie dwójkami teraz coraz bardziej modne)? Na szczęście tekst jest znacznie bardziej pomocny, gdy chodzi o nienaganny trail-of-clues, w którym pominięcie wskazówki w jednym miejscu wcale nie rujnuje możliwości jej zdobycia. Gdy wskazówki spadają tam, gdzie są właśnie potrzebne a nie leżą przyklejone na Superglue, że nie sposób przenieść ich w inne miejsce, znać, że dla autora scenariusz śledczy to nie pierwszyzna. Gra nie będzie prowadzić Graczy za rączkę i nawet punkt startu zależy od tego, w jaki sposób bohaterowie powiązani są z sytuacją lub niektórymi bohaterami niezależnymi. Jest dobrze.

Do dziś zachodzę jednak w głowę, w jaki sposób mogłabym wykorzystać te wszystkie, opisane na kilku stronach, piękne muzealne lokalizacje, w których absolutnie nic się nie dzieje, nie rozwijają fabuły ani nie dostarczają żadnych wskazówek? Bardzo fajnie, że pobudziły moją wyobraźnię, ale po to siądę raczej do książki a nie do tekstu ściśle użytkowego, jakim jest scenariusz do gry. Czuję, że w większości przypadków literacki ów materiał pozostanie zwyczajnie niewykorzystany.

Jest tu za to kilka elementów niezwykle cennych na tle wielu innych scenariuszy, a choćby “Pamiętnik Mistrza Gry” (sprytne, sprytne), konsekwentne i czytelne stosowanie mechaniki, w której wszystko zdaje się grać i zachowywać logikę przyczynowo-skutkową oraz informacje praktyczne, wskazująca dajmy na to, pakiet umiejętności z Zewowej 7-mki, szczególnie przydatnych dla tego scenariusza.

Problemy fabularne zaczynają się – mam wrażenie – w momencie, gdy bohaterowie Graczy powinni pojawić się w muzeum nocą. No bo, co tu dużo mówić, nie do końca przekonują mnie przedstawione tu motywatory, a już na pewno nie przekonuje mnie ten, w którym właściciel muzeum proponuje im zostać tam z własnej woli, z bronią złożoną w depozycie, aby udowodnić sobie i innym, że są wystarczająco odważni (już lecę!). Nie do końca też rozumiem, dlaczego dorośli ludzie mieliby co pół godziny robić wtedy test, żeby nie zasnąć na pniu. W skrócie – widzę oczywiście, że autor scenariusza chce po prostu opowiedzieć  historię podobną jak w opowiadaniu sprzed prawie stu lat, tyle że… to nie jest opowiadanie a my jesteśmy w 2022.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Lubię takie kolorowe i malownicze opowieści grozy. Emocjonalnie czułam się trochę jak pomiędzy “Klejnotem siedmiu gwiazd” Stokera a odkrywaniem jednego ze scenariuszy do “Posiadłości Szaleństwa”. Każdy bohater niezależny ma tu w sobie coś charakterystycznego, a to zabawną dykteryjkę, a to cechę wyglądu lub zachowania, które bardzo działają na wyobraźnię podczas czytania i nie raz sama uśmiechałam się od ucha do ucha.

Było mi też trochę przykro, że Gracze w zasadzie nie mają większych szans ustalić co naprawdę stało się z zaginionym i że tytuł scenariusza oraz ogólny jego zarys nijak się ma do tego co tam w środku rzeczywiście siedzi. Czasem to ma sens, żeby zagrać Graczom na nosie, robiąc plot-twist, gdy okazuje się, że gra jest jednak o czymś innym, ale tutaj zaginięcie okazuje się być jednak tak bardzo pobocznym wątkiem, że w zasadzie można o nim zapomnieć.

Trochę łamie mi się także serce, że cyt. “cokolwiek się wydarzyło”, nawet jeśli Gracze nie rozprawią się własnymi rękami ze złem, to jeden z bohaterów niezależnych i tak zrobi to za nich. Ostateczna decyzja grających nie ma więc tu specjalnego znaczenia a wszystko to w imię li i tylko ładnego, literackiego widoczku, żeby historia z opowiadania Lovecrafta miała swój finał. A co z historią Graczy, czyli tych bohaterów o których Lovecraft jakoś nie napisał?

Mam podobne wrażenie, co autor: że lokalizacja z opowiadania ma ogromny wręcz potencjał. Widzę ją nawet w roli miejsca, w którym wydarzy się origin-story i po rozegraniu scenariusz stanie się swego rodzaju bazą wypadową oraz źródłem różnego rodzaju informacji o innych istotach, które bohaterowie spotykać będą w przyszłych scenariuszach. Dlatego bardzo żałuję, że autor nie pokusił się o stworzenie tu własnej fabuły, całkowicie nowego scenariusza. Trudno jest bowiem ocenić walory tego obecnego, jeśli się wie, że to nawet nie “adaptacja” a “ekranizacja” opowiadania. Żałuję, że zamiast piać peany, pogratulować mogę jedynie bardzo przyzwoitego przekładu na inne medium.

[collapse]

Parszywa piątka

Parszywa piątka – Julia Rosowska

Edycja: 2022

System: Deadlands (2015)

Setting: Western

Liczba osób grających: 3-5

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1-3

Dodatki:

Dodatki nie były brane pod uwagę przy ocenie pracy z powodu przekroczenia limitu znaków.


Opis:

5 nieznajomych musi połączyć siły, by wspólnie odnaleźć chłopaka, który zaginął bez śladu w okolicach małej osady, na północy Idaho. Czy uda im się odkryć, co lub kto stoi za tym tajemniczym zaginięciem?

Triggery: Body horror, przemoc wobec dzieci, organizacje destrukcyjne, śmierć, religia

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Nie da się nie zauważyć odniesień i pewnych kalek ze ST – zarówno pod względem ekspozycji środowiska antagonisty, budowy świata i nazwisk głównych NPCów😉

Nie przeszkadza mi to absolutnie, ba, fajnie, że ST zainspirowało autora, który postanowił zrobić z podobnego pomysłu swoją własną wersję. I to w DeadLandsach, co szanuje bardzo. Po przeczytaniu scenariusza, tak jak Michał S., mam ochotę od razu zagrać w DL. Dodatkowo zachęca mnie konwencja horroru, którą, moim zdaniem, autor rozumie i umie się w niej poruszać.

Problemem i zaletą tego scenariusza są postacie graczy – ciekawie zbudowane, z ciekawymi backstory, ale niestety nijak te szczegóły nie przekładają się na przebieg rozgryki i odkrywanie tajemnicy (poza tym, że PG są związani z niektórymi NPC). Szkoda, bo backstory Indianina można naprawdę ciekawie wpleść w główny wątek (nie tylko w sytuację ze zwierzyną na ranczu, co zresztą, także prosi o się o jakiś dodatkowy komentarz do wykorzystania przez MG). 

Wprowadzenie PG na scenę można by zamknąć tak naprawdę w jednym akapicie, a nie próbować „unaturalnić” przypadkowość ich spotkania – moim zdaniem za dużo miejsca to zajmuje w tekście, a wystarczy jeden wspólny i zwięźle przedstawiony wątek. To jest drobiazg, ale zawsze warto pomyśleć o tym, co jest zbędne, a czego np. brakuje i temu poświęcić miejsce w tekście.

Las jest zamknięty i nie ma wyjścia – rozumiem walkę z bossem, ale co, jeśli PG od razu się tam udadzą? Jeśli autor zakłada kilka epilogów, to warto by pokusić się o akapit, co jeśli PG będą chcieli uciec, może jeśli wejdą za wcześnie do lasu, to coś się wydarzy? Swiat B przeniknie się ze światem A? Będą jakieś konsekwencje widoczne, dzięki którym PG coś więcej odkryją i dowiedzą się o świecie gry? To dość łatwe do naprawienia, a może wiele wyklarować, uatrakcyjnić i uspójnić 😊

Zastanowiłabym się także tak rozłożeniem wskazówek, które nie byłyby zabklokowane testami – polepszyłoby to progres przygody.

Niemniej, wszystkie moje powyższe uwagi to sugestie, co zrobić, aby ulepszyć ten scenariusz. Nie zmienia to jednak faktu, ze ja chętnie bym w niego zagrała albo poprowadziła – jest klimatyczny, krótki, ma fajną zagadkę i ciekawy pomysł – serio, podoba mi się. Plusem jest także fajny skład i klarownie wyjaśnienie wszystkich wątków na samym początku. Od razu wiem o co chodzi w przygodzie.

Piotr Cichy

Streszczenie na początku scenariusza! Oby więcej prac miało takie jasne wprowadzenie dla MG.

Szkoda, że nie ma na początku spisu NPCów występujących w scenariuszu. Ich imiona pojawiają się, zanim jest wytłumaczone, kto jest kim.

Historie bohaterów graczy są trochę zbyt rozwlekle opisane. Przydałoby się je skrócić tak, aby przekazać tylko najważniejsze informacje mające znaczenie dla przygody, a resztę niech uzupełnią sobie sami gracze.

Zazębiające się historie bohaterów powinny dać dobre podstawy do ciekawych i potencjalnie dramatycznych relacji wewnątrz grupy. To może okazać się ciekawsze niż sam główny wątek fabuły. Istnieje niestety niebezpieczeństwo, że wszystko za bardzo eskaluje i gracze nie dokończą razem przygody. Mam wrażenie, że to dość ryzykowne podejście.

Jednym z większych minusów tej pracy jest rozwlekły i mało konkretny język, jakim jest spisana. Autor pisze o wielu oczywistych rzeczach, zamiast zadbać, żeby treść scenariusza była zaskakująca, interesująca, żeby wyróżniał się od innych przygód, które MG prowadził. Nawet najładniejsza oprawa graficzna (a tutaj jest bardzo ładnie) nie pomoże, jak treść nie jest porywająca.

Z opisu kościoła wynika, że jest katolicki a nie protestancki. To dość dziwne jak na Dziki Zachód. Nie jest to w żaden sposób wytłumaczone.

Śledztwo w akcie I jest moim zdaniem nadmiernie utrudnione. Gracze mogą spędzić sporo czasu na bezowocnych próbach dowiedzenia się czegoś w osadzie, co zamiast niepokoju wzbudzi raczej tylko frustrację i zniechęcenie.

„Kiedy gracze zdecydują się wejść w głąb lasu, nie będzie już odwrotu, każda próba powrotu na trakt będzie kończyła się przeniesieniem z powrotem do jego środka.” To raczej nie jest zbyt fajne założenie. Powrót powinien być trudny, ale nie z góry niemożliwy. Scenariusz nie powinien mieć tylko jednego, z góry założonego przebiegu wypadków, na który gracze nie mają wpływu.

Doceniam zamieszczone w scenariuszu rozpiski mechaniczne przeciwników, kolejna rzecz, której MG nie będzie musiał przygotowywać sam.

Pomysł z nieumarłą wiedźmą, nawiedzonym lasem i osadą, w której panuje zmowa milczenia nie jest taki zły. Myślę, że autor za bardzo był przywiązany do swojej wizji przebiegu przygody i za mało umieścił w niej elementów, z którymi interakcje graczy mogłyby coś znacząco zmienić. Potencjalnie największą szansą ożywienia sesji są relacje między gotowymi postaciami graczy. Może warto było mocniej pociągnąć ich wątki w scenariuszu, żeby bardziej to wykorzystać?

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka 

Ten scenariusz zawiera dwie dobre historie, ale nie jestem pewien, czy one się spotykają i dobrze łączą w jedną przygodę. Mamy tu ciekawą sieć powiązań między BG i BNami, ludźmi z trudną przeszłością i dużym poczuciem winy. Mamy też pełen wyzwań las, z którego nie ma odwrotu i na końcu którego czai się groźny przeciwnik. Brakuje mi jednak powiązań między jednym a drugim. Historie BG oraz BNów z miasteczka sugerują w miarę spokojną sesję śledczą, w której emocji dostarczać będzie głównie powrót mrocznych wątków z przeszłości postaci. Potem zaś wchodzimy w las, nie możemy z niego wyjść, i nagle wszystko zaczyna się toczyć wokół walk i skradania się. Wydarzenia z lasu nie rozwijają historii postaci, a główna antagonistka jest z nimi dość słabo powiązana. 

Mam wrażenie, że w tym scenariuszu krąży dużo ciekawych historii, które mogą wybrzmieć na sesji i stworzyć ciekawe sceny, ale nie łączą się w spójną całość.

Patrycja Olchowy

Prosta historia w ociekającym klimatem wydaniu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie źle przygotowane śledztwo i milion szczegółów tam, gdzie ich wcale nie potrzeba. Przyznam, że choć scenariusz spełnia większość moich wymagań dot. budowy tekstu użytkowego, tak niestety ma niedociągnięcia fabularne, które nie pozwalają mi przyklasnąć i powiedzieć “super, chcę to poprowadzić!”. Jeśli wykonanie dodatkowej pracy nie jest czymś odstraszającym dla potencjalnych prowadzących, trochę modyfikacji i można z tego wycisnąć kawałek przyjemnego horroru na Dzikim Zachodzie. 

Wojciech Rosiński

Starannie przygotowana i bardzo klimatyczna przygoda. Cieszy mnie, że w tej edycji znalazło się miejsce na western do tego połączony z horrorem. Jest to bardzo ciekawe połączenie i sama koncepcja zachęca do tego aby dać szansę tej pracy. Pełne wsparcie mechaniczne oraz to, że w pracy zawarte są wszystkie potrzebne informacje na pewno pomoże w tym przedsięwzięciu.

Niestety praca napisana jest mocno rozdmuchanym językiem a stosunkowo prosta historia gubi się w gąszczu tekstu. Pierwszy akt daje graczom stosunkowo dużo swobody jednak wynik zawsze jest ten sam i prowadzi do stosunkowo liniowych aktów drugiego i trzeciego. Szczególnie zakończenie mogłoby zostać rozwiniętą. Pomóc w tym mogłoby wprowadzenie trzeciej frakcji, np. plemienia indian mieszkających w lesie, którym zależałoby na przywrócenie balansu w naturze. W obecnej formie gracze mają małą sprawczość w kwestii tego jak skończy się finał ot albo wygrają albo przegrają walkę gdyż nie widzę powodów, które sprawiłyby aby przeciwstawili się mieszkańcom miasteczka.

Janek Sielicki

Prosta historia rozdmuchana do ogromnych rozmiarów. Autor na pewno świetnie czuje klimat Deadlands, a przygotowane postacie mają ciekawe powiązania i historie. Dostajemy też opis miasteczka, który można wykorzystać w innych przygodach. Niestety, przygoda cierpi na wiele problemów. Pierwszy z nich to zbytnia szczegółowość opisów (zresztą też niekonsekwentna) – samo poznanie się PG można załatwić jednym akapitem. Jednak większym problemem jest samo śledztwo, które powinno być ciekawsze i coś wnosić do ostatecznego spotkania z wiedźmą. A tu, nawet jeśli PG poznają przeszłość wioski i Sophie, to w sumie nic z tego nie wynika. Nie ma tu też wskazówki prowadzącej do wiedźmy innej niż „we wschodnim lesie”. W dodatku, jeśli gracze wybiorą postacie inne, niż zaoferowane (bo na przykład gramy kampanię), przygoda ulegnie dodatkowemu spłyceniu.

Tę przygodę da się naprawić i zrobić z niej dwugodzinny, prosty monster hunt – albo na przykład odwrócić kolejność i zacząć od przypadkowego spotkania wiedźmy w lesie, jakiejś klątwy i próby jej zdjęcia poprzez ukaranie winnych samosądu. Ewentualnie w historiach postaci dodać jakieś powiązania z właśnie z wiedźmą, a nie ofiarą.

Michał Sołtysiak

Lektura tego scenariusza sprawiła, że mam ochotę wrócić do prowadzenia Deadlandsów. Jest klimatyczny i korzysta z tego świata garściami. Autor czuje horror w westernie i umiejętnie go pokazuje. Jego wizja systemu jest mi bardzo bliska (ale nie do końca), bo też zawsze wolał horror na Dzikim Zachodzie, zamiast groteska i szalona nauka wśród kowbojów. Dla mnie takie są właśnie Deadlandy, jak autor opisał. Trafił bardzo w mój gust. Co tu ukrywać.

Fabularnie jednak jest już mniej doskonale. Pominę redakcję i stylistyczne potknięcia, które trochę utrudniają czytanie. Ogólnie rzecz biorąc, scenariusz jest ładnie złożony, słabo zredagowany.

Mamy miasteczko w Idaho, gdzie trzeba rozwiązać problem z zaginięciem bliskiej osoby postaci graczy. Autor nie skorzystał chyba z mapy zbyt uważnie, gdyż akcje powiązał z miasteczkiem w pobliskim Oregonie. To setki kilometrów, jak to w USA, a trudno szukać wzmianki, że wszyscy przybywają z daleka. Zwalmy to jednak na magię westernu, te wszystkie cięcia i akcje ”wsiedliście i już jesteście”. Mamy pięć gotowych postaci (z bardzo fajnymi historiami), które w Saloonie w Silentfield odkrywają, że mają dużo wspólnego i mogą się wesprzeć nawzajem. Mamy miasteczko pełne nieprzyjaznych typów i tajemnicę, którą trzeba rozwiązać.

Postacie są fajne, bo reprezentują każdy z podstawowych typów bohaterów systemu. Brakuje odrobinę Pobożnego, który by dodał klimatu, ale i tak mają świetne historie. Niestety te historie niewiele znaczą. Nie wiadomo gdzie maja być wykorzystane, więc choć są fundamentem postaci, to nie odgrywają zbytniej roli. Autor trochę marnuje ich potencjał i nie pozwala na przezwyciężenie traum, którymi obdarza postacie. Zastanawia mnie też postać gracza, jakby rodem z Matrixa, która jednak się nie budzi, ale to może przypadek i zbieżność nazwiska oraz imienia.

Miasteczko Sillentfield (prawie jak Silent Hill) jest bardzo szczegółowo przygotowane i widać, że autor poświęcił mu dużo pracy. Czasem wręcz zbyt szczegółowo podaje opisy i co się gdzie znajduje. Aż taka inwentaryzacja wyposażenia może zostać kompletnie niewykorzystana, jeśli postacie nie będą żądać pełnych opisów pomieszczeń.

Fabuła i zawarte w niej śledztwo łatwo może stać się męczarnia dla graczy. Postacie mają swoje traumy (z własnych historii), ludzie są tu niemili i generalnie mam wrażenie, że autor przesadził z tworzeniem nieprzyjaznej atmosfery i zbyt mocno pogłębia psychologię postaci. Ten scenariusz ma potencjał do stania się zaprzeczeniem barwności Deadlandsów, bo horror to jedno, ale nic na siłę. Nie wszystko, na czele z ludźmi powinno być wrogiem drużyny. To jednak więc nie do końca moje Deadlandsy, bo ja bardziej lubię kontrastowość w tworzeniu świata gry. Tutaj jest smuta i znój, a do tego bliscy odchodzą, umierają, pojawiają się problemy z alkoholem, wyrzutami winy etc.

Mam też wrażenie, że dużo informacji zależy tu od rzutów, bo autor nie daje zbyt wielu szans na dowiedzenie się czegoś od ludzi poprzez odgrywanie postaci. Nikt tu nie lubi posse. Po prostu nikt nic nie powie, nikt nie pomoże. Omerta.

Ten scenariusz po prostu jest dobry jako pomysł, ale zawiodło wykonanie i prowadzenie fabuły. Wymaga pracy od Szeryfa, ale polecam go jednak z całego serca, po adaptacji oczywiście.

Andrzej Stój 

Przygoda jest oparta na pomyśle z dużym potencjałem, który niestety został obudowany przeciętnej jakości treścią.

Choć jestem fanem przygód przeznaczonych dla dowolnych postaci, nie przeszkadzają mi gotowe, jeśli ich istnienie jest uzasadnione. W przypadku tego tekstu tak jest – każdy bohater ma własny wątek, a dodatkowo historie większości się zazębiają (tylko dlaczego nie mają gotowych charakterystyk?). Niestety, autor nie wykorzystuje tego potencjału. Zamiast przygody opartej na postaciach dostajemy scenariusz ze śledztwem bez znaczenia, kończący się chodzeniem po lesie i finałową walką z bossem. Gdyby lekko zmienić scenografię, mogłoby to być polowanie na wiedźmę w Warhammerze albo na nekromantkę w D&D. Chyba każdy grał co najmniej kilka razy takie sesje i pewnie nieraz dobrze się na nich bawił – niestety, to zbyt mało jak na pracę konkursową.

Tekst sprawia wrażenie, jakby nie był przetestowany (albo był rozegrany w ekipie, która potulnie idzie tam, gdzie MG każe). Pierwszy akt to śledztwo, które ma duże szanse zakończyć się klasycznym tekstem “Walić to, idziemy do lasu”. Jeśli wątek samosądu ma być ważny, bohaterowie powinni dostać choć część kluczowych informacji na tacy. W drugim akcie autor odbiera drużynie sprawczość (jeśli postacie chcą się wycofać, są na powrót wteleportowywane w środek lasu). Czemu nie mogą uciec? Bo scenariusz nie skończy się finałową walką? Swoją drogą jestem w stanie wyobrazić sobie drużyny, w których Parszywa piątka skończy się podczas prologu – skoro bohaterowie się nie znają, wcale nie muszą zacząć działać razem. Sesja może się skończyć równie dobrze strzelaniną jeszcze zanim ekipa dotrze do właściwego miasteczka.

Przygoda nie jest zła, ale brakuje w niej tego, co wyróżnia ją na tle innych.

Asia Wiewiórska

Mimo takiego a nie innego tytułu, przygoda w Silentfield jak nic puszcza oko do fanów miasteczka “Silent Hill”, szczególnie tego filmowego, w którym Alessa Gillespie… eee, tak wiem, nie czas tu i nie miejsce. Trzeba Wam jednak drodzy czytelnicy wiedzieć, że przez to “Parszywa piątka” ma u mnie fory.

FORMA

Jak ten scenariusz ładnie wygląda – pomyślałam, gdy pierwszy raz rzuciłam na niego okiem. Tam wszystko, od okładki, przez tło i czcionkę, gra a przeurocze mapki po prostu rzucają na kolana. Do tego spis treści, może nazbyt szczegółowy jak na dwadzieściakilka stron, ale to przecież nie grzech.

A potem zaczynają się streszczenia, za które w pierwszej chwili brawo, bo czytający ma jasną sytuację – prowadzić czy nie. Ale potem jest jeszcze więcej streszczeń, teł wydarzeń, wprowadzeń. W sumie stanowią one ponad 20% całej publikacji a niektóre zdają się dublować między sobą sporą część treści. Przykładowo? Zawartość podrozdziału “Streszczenie historii” oraz sporej części “Tła wydarzeń: Silentfield” to jedno i to samo. Z kolei podrozdział o “Rusty Creek” solidnie dubluje się w backstory Agenta. Ja się nie czepiam, ale jednocześnie do publikacji dołączono liczne dodatki, które wykroczyły poza przyjęty w Quentinie limit znaków. Wiecie, to taki trochę miecz obosieczny, bo z jednej strony niby sprytne obejście zasad a z drugiej trafisz na taką Wiewiórską, która postanowiła nadmiarowych dodatków nie przeczytać i może gdyby było mniej “streszczeń”, to w treści znalazłoby się miejsce na dodatki a ona nie miałaby tylu natrętnych uwag? Hę?

W prologu autor umieszcza też niedługie gotowe opisy do głośnego przeczytania Graczom, co może być super sprawą dla początkujących, albo takich mniej wygadanych Mistrzów Gry. Potem jednak okazuje się, że takie ułatwienia to tylko w Prologu a dalej już nie. Szkoda. Moim zdaniem albo wszędzie albo wcale.

To czego nie sposób tu nie docenić to czytelny, poprawny i po prostu ładny język. Choć ilość informacji jest chwilami przytłaczająca i zalecałabym, aby Prowadzący przeczytał scenariusz nie raz a nawet zrobił sobie jakieś wypisy czy diagramy powiązań, tekst bardzo dobrze się czyta.

TREŚĆ

Uwielbiam przygody, w których tempo i konwencja ulega dużym zmianom w toku gry, a zestawienie: śledztwo detektywistyczne + survival horror + folk-horror, to dla mnie wyjątkowo smakowite połączenie (czy wspominałam już coś o “Silent Hill”?). Historia, która wpływa na bohaterów i fabułę jest tutaj wielowątkowa i zaczyna się na lata przed spotkaniem bohaterów w saloonie Buckhorn. Materiału z którym Prowadzącemu przyjdzie pracować jest więc wyjątkowo dużo i wiele wątków może być obiektem śledztwa, o ile oczywiście Gracze zawieszą na nich oko.

Prolog to mocny hard-framing, który od pierwszej sceny uczy Graczy, że będzie grane filmowo. Jeśli mimo to nie połapią się, żeby podążać za Prowadzącym i przygodą, to cała gra drużyną może się w tym oto momencie posypać, gdyż żadna z podgrup nie przyłączy się do pozostałych. I w niczym nie pomogą tu sugestie karczmarza, bo część backstory bohaterów może naturalnie stymulować nieufność wobec obcych. Prowadzącym scenariusz zalecam więc jasne ustalenie przed sesją, że pomimo tak czadowych indywidualnych motywacji, powinni mimo wszystko grać na drużynę.

No właśnie, indywidualne motywacje. Powiem Wam, że każdy z bohaterów przybywa tu do Silentfield z własną historią, czasami bardzo rozbudowaną, że Prowadzący scenariusz będzie musiał włożyć sporo dodatkowego wysiłku, aby je w pełni wykorzystać podczas sesji. Bardzo podobają mi się te miniopowieści, z których każda mogłaby być materiałem na osobny scenariusz. Napisano je z wyjątkowym wyczuciem konwencji, pasują do settingu jak nic a do tego sprawiają, że każda postać ma jakiś lekko mroczny, dramatyczny sznyt. Dwie postacie – Indianin i Rewolwerowiec – wydają się tu nieco odklejone od wątków, które wiążą resztę bohaterów, choć historie mają i tak cudowne. Tylko czy uda się je, że tak powiem, godziwie “zakończyć” podczas tej jednej czy dwóch sesji?

Zdarzają się drobne nieścisłości fabularne, które w najgorszym wypadku mogą mieć poważne konsekwencje. Na przykład ta, gdy autor pisze, że o jednej z pewnej klimatycznej lecz “tajnej” lokalizacji, bohaterowie mogą dowiedzieć się od jednego z tubylców (nie precyzując od którego), podczas gdy w opisach tych tubylców każdorazowo podano przecież zakres wiedzy, którą się podzielą. I wiecie co? Albo ze starości niedowidzę, albo nigdzie nie trafiłam na informację o owej tajnej lokalizacji. Wygląda więc na to, że Prowadzący będzie musiał szyć, inaczej Gracze nigdy tam nie trafią a byłoby szkoda, zważając, że z miejsca owego wycisnąć można kawał niezłej atmosferycznej grozy.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Opisane w publikacji lokacje są tak malownicze, że bujałam w obłokach i zerkałam na regał z eRPeGami, zastanawiając się gdzie mogłabym je podkraść (“Vaesen”? “Zew Cthulhu”?). Niestety tu muszę jednak lojalnie poinformować, że spora cześć tych eleganckich opisów prawdopodobnie nie zostanie podczas sesji skonsumowana. Bohaterowie zwyczajnie do wielu z tych miejsc nie dotrą, bo i nie mają żadnych ku temu powodów. No bo sami zobaczcie: skoro barman jest taki od początku do końca nieufny i małomówny, to po co bohaterowie mieliby zwiedzać opisany przez pół akapitu pokoik w którym mieszka? Z resztą i tak nie ma tam nic co popychałoby grę do przodu, więc nawet nie polecam bezmyślnego zwiedzania lokacji, jak w jakiejś kiepskiej jakości grze komputerowej.

Bardzo źle odbieram też pasywno-agresywną postawę prawie wszystkich bohaterów niezależnych i ostrzegam, że to może zirytować Graczy i rozłożyć rozgrywkę. To może nie jest jakiś szczególny pro-tip, ale w śledztwie to niestety jest tak, że jak nikt bohaterom nie będzie chciał niczego powiedzieć, to oni raczej nie pójdą tam, gdzie jest przygoda. Dlatego warto jednak raz na jakiś czas przemycić do śledztwa jakiegoś życzliwego i lepiej poinformowanego świadka.

Mam też uczulenie na agresywne sposoby zatrzymywania bohaterów w lokacji poprzez zastosowanie nadnaturalnego “nie-możesz-stąd-wyjść-i-co-mi-zrobisz” (jak w takiej starej kultowej grze komputerowej o cichym miasteczku, z mgłą w tytule, gdzie każda próba wydostania się przed finałem kończyła się fiaskiem). Niestety przenoszenie tricków z gier video na sesję sprawiło, że już niejednemu podwinęła się noga, a mnie najwidoczniej przyjdzie jeszcze poczekać na najlepszą eRPeGową adaptację mojej ukochanej gry wideo.

Podsumowując: stoję z “Deadlands” trochę w rozkroku. Z jednej strony uwielbiam horror – z drugiej nie znoszę westernu, ale wskazane w scenariuszu triggery bardzo zadziałały mi na wyobraźnię i jakoś specjalnie nie odczułam nielubianych przeze mnie wątków ze świata kowbojów, szeryfów i rewolwerowców. Uwielbiam folk-horror a w “Parszywej” mamy jego najbardziej generyczne wydanie, z dobrze opracowanymi i rozpoznawalnymi popkulturowymi nawiązaniami. Widzę za to w scenariuszu całą masę problemów, które trzeba rozwiązać zanim wpuści się do tego świata Graczy. Jest to do zrobienia i nawet warto, bo core intrygi ma tę moc!

[collapse]

Ostatnia wola

Ostatnia wola – Angelika Smólska

Edycja: 2022

System: DnD 5E

Setting: ForgottenRealms

Liczba osób grających: 3-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 5

Dodatki:

Opis:

Saragarda Viscioza urodziła się, jako Saragarda Stormraven, córka służących na dworze państwa Arayen i wychowywała się wspólnie z ich córką – Misadielą Arayen. Przyjaźniły się one w dzieciństwie. Saragarda jednak nie wiedziała, wtedy że jest ocaleńcem po ataku wampira na jej matkę. Gdy została nastolatką, mroczne moce, którymi została naznaczona jeszcze przed swoimi narodzinami, obudziły się i zaczęły niespodziewanie manifestować. Młoda zaklinaczka bardzo sprawnie zdobyła nad nimi kontrolę, a także nauczyła prostych sztuczek swoją przyjaciółkę – Misadielę. To było prawdziwe błogosławieństwo dla domu Arayen, który starał się o nawiązanie kontaktów z prawdziwą siłą, która rządziła Luskan – Bractwem Tajemnic. Za wstawienictwem pana Arayen i Misadiela, i Saragarda dostały się na naukę u tamtejszych magów. Saragarda, jako naturalnie utalentowana, szybko zaczęła zostawiać sfrustrowaną Misadielę w tyle. Przez kilka lat nauki przyjaźń przekształciła się w rywalizację, a później – nawet wrogość. Misadiela zaczęła być zazdrosna o sukcesy niegdysiejszej przyjaciółki. Zjadająca ją od środka frustracja przerodziła się w zawiść i wściekłość – aż doprowadziła do tego, że przez jej sabotaż eksperymentu przeprowadzanego przez Saragardę doszło do magicznego wybuchu, z którego tylko cudem tamta uszła z życiem. Została okaleczona, oszpecona, a także osądzona za straty i wydalona z Bractwa. Upokorzenie i zdrada sprawiły, że razem ze swoim mężem – Lucienem Visciozą, zaszyła się w Dworze Czarnego Kamienia na północ od Luskan i rozpoczęła własne, bardzo radykalne eksperymenty. Zaczęła szybko rosnąć w siłę i knuć zemstę. Jej aktywność nie została przegapiona przez Bractwo, które zrozumiało swój błąd. Magowie z Wieży Tajemnic spotkali się z Saragardą i dobili targu. Niedługo później Misadiela Arayen znikła bez śladu. Bractwo Tajemnic przehandlowało życie swojego mniej znaczącego członka w zamian za lojalność Saragardy – umowa została przypieczętowana i poświadczona przez lorda piekieł, Baalzebula, którego wyznawczynią stała się zaklinaczka. W drodze do odzyskania statusu zawarła z nim umowę, której stawką stała się jej własna dusza. Jednak kiedy jej cel został osiągnięty, z równie wielką obsesją zaczęła myśleć o sposobach na uniknięcie tej najwyższej ceny. Najłatwiejszym sposobem, który wymyśliła – i jaki stosowało wielu czarodziejów przed nią – było zwrócenie się ku nekromancji, aby zwyczajnie nigdy nie umrzeć. Sztuka ta znana jest niewielu, przez większość znienawidzona i pogardzana. Zatem dojście do upragnionego skutku wcale nie mogło być proste… Saragarda, ciesząca się wsparciem władcy Malodomini dopóki żyje, prowadzi serię koszmarnych eksperymentów (w tym również na własnej najbliższej rodzinie – oficjalnie jej córka i mąż nie żyją) i doszła do kilku strasznych wniosków. Czarownica odkryła, że jej magia ma źródło w wampirzej magii i teraz próbuje, korzystając z niej stworzyć dla siebie nowe, nieśmiertelne ciało. Doszła do konkluzji, że potrzebuje do tego odpowiednich części, a najlepiej nadawać się będą te należące do osób spokrewnionych z nią lub wampirem, który naznaczył ją swoją mroczną magią.

Triggery: przemoc, eksperymenty na ludziach, groza

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Klasyczna przygoda w nawiedzonym dworze. Trochę za bardzo klasyczna. Czym właściwie się różni ta przygoda od dziesiątek podobnych? Ok, jest całkiem sprawnie rozpisana, można w to dość łatwo zagrać. Jest tu parę klasycznych scen z opowieści o duchach. Miłośnicy gatunku mogą to docenić.

Nie jest podane, do której edycji D&D jest to przygoda. Można się domyślić, że do ostatniej, piątej, ale warto to gdzieś zaznaczyć.

„Saragarda Viscioza – (homebrew, patrz: Apendyks A) jest główną bohaterką przygody.” Apendyks mi się kojarzy z wyrostkiem robaczkowym. Podejrzewam, że tutaj jest to po prostu mało zręczny anglicyzm. Poważniejsza sprawa to, że antagonistka postaci graczy zostaje uznana za główną bohaterkę przygody. To oni powinni być głównymi bohaterami przygody i warto o tym nie zapominać.

Dziwi mnie brak korekty w tekście, zwłaszcza że wystarczyłoby chociaż zwrócić uwagę, które wyrazy Word podkreśla na czerwono.

Bardzo mi się podoba mapka posiadłości, oryginalna, przejrzysta, z zaznaczonymi najważniejszymi obiektami w poszczególnych pomieszczeniach. Brakuje jedynie zaznaczonych tajnych przejść.

W opisie Przedpokoju błędnie podano numery pomieszczeń, do których można stąd przejść.

Scenariusz w pełni korzysta z mechaniki D&D, co zdecydowanie można potraktować na plus. Jedna rzecz mniej do wymyślania przez MG.

Warto byłoby dodać do opisów pomieszczeń, a wcześniej NPCów, także propozycje, jak służba i Malvothen będą odnosić się do postaci graczy. Na początku mamy wspomniane, że służba otworzy drzwi i zaprosi do dworu, ale co dalej? Zaproszą do pokoi gościnnych czy na kolację? Co będą mówić o odczytaniu testamentu, co przecież jest zahaczką do całej przygody? Kiedy zjawi się Malvothen i co na początku mówi bohaterom?

Podobnie brakuje informacji o Sartemie Ardencie. Jak potraktuje go służba? Jak Malvothen? Czego będzie chciał od graczy? Czy będzie z nimi szabrował dwór? Pójdzie do gabinetu lub gdzieś indziej na własną rękę? Jak się zachowa w zastanej sytuacji?

Przydałoby się więcej informacji, jak poprowadzić ten scenariusz. Ale ogólnie jest całkiem dobrze. Przydatny materiał do wykorzystania.

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Horror w dedeczkach to coś, co mi osobiście bardzo odpowiada. Bardzo dobrze rozpisana przygoda, zarówno pod kątem wydarzeń i spotkań, jak i lokacji. Wskazówki mechaniczne, załączniki ze statystykami… No cacy! To czego brakuje? Formatowania tekstu, redakcji… Ale nad tym dałoby się zrobić krok i jednak się zachwycić. Zatem? Chyba zaskoczenia. Wszystko jest dość oczywiste i choć świetnie przygotowane, nie wywołuje tej nagłej potrzeby, żeby w to zagrać. Mimo kilku ciekawych myków. Jeśli jednak potrzebujecie w swoim arsenale przygody osadzonej w nawiedzonym domu, którą dość łatwo przygotujecie i poprowadzicie – warto zajrzeć.  

Wojciech Rosiński

Klasyczna “horrorowa” przygoda do piątej edycji najpopularniejszej gry fabularnej świata. W jej trakcie bohaterowie graczy będą zwiedzać nawiedzony oraz bardzo dobrze opisaną i zmapowaną posiadłość. Bardzo podoba mi się sposób w jaki wprowadzony jest niezbędny dla tego systemu limit czasu czyli przypadkowo podpisywany przez graczy cyrograf. Idealnie wpasowuje się w praworządny zły charakter antagonistów przygody. Przygoda jest do tego bardzo solidnie przygotowana mechanicznie. W szczególności wielkie brawa dla autora za wykorzystanie legendarnych akcji, jest to doskonałe rozwiązanie, które sprawi, że końcowa walka z wiedźma będzie ciekawa.

Przygoda ma klimatyczną acz trochę za prostą linie fabularną. Tak naprawdę sukcesy oraz porażki graczy mają jedynie mechaniczny wpływ na finał, fabularnie tak czy siak skończy się walką. Trochę szkoda gdyż gdyby dodać trzecią frakcję (np. chaotycznego złego demona) przygoda mogłaby nabrać wielowymiarowości. W obecnej formie to fajna i raczej prosta do poprowadzenia przygoda.

Janek Sielicki

Bardzo solidna, świetnie przygotowana przygoda do D&D. Zawiera motywacje postaci (dość ogólne, ale inspirujące), mapki, statystki przeciwników i różnorodne spotkania. Co ważne, jest też odpowiednio mocno osadzona w Zapomnianych Krainach i uczestnicy przygody mogą przy okazji dowiedzieć się nieco o świecie w kontekście historii głównej złolki, a to cenna cecha. Autor/ka nie zapomniała też o licznych mniej lub bardziej cennych skarbach i opisaniu wyzwań za pomocą mechaniki gry. Dzięki temu można tę przygodę raz przeczytać i poprowadzić i wszyscy powinni się dobrze bawić (może z wyjątkiem automatycznego cyrografu z miecza, tu przydałby się jakiś rzut obronny albo jasna deklaracja postaci tak/nie).

Brak tu natomiast jakiejś oryginalności. Ot, kolejny nawiedzony dom przypominający „Dom Grozy” lub „Świrowisko Pieszczoty Tashy”, a na końcu czeka boss – szkoda, że nie ujawnia się wcześniej, oferując własną wersję wydarzeń i ukazując część swoich zdolności, co może PG pozwolić się przygotować i nie trzeba ich będzie ratować (a przygoda sugeruje rozwiązanie Deus Ex).

Mimo tego, polecam, bo to świetnie przygotowana i stosunkowo łatwa do poprowadzenia rzecz

Michał Sołtysiak

To bardzo klasyczna przygoda do DnD, ale przez to mało wybija się spośród innych. Drużyna trafia do lokacji, rozgryza zagadki, bije potwory, pokonuje złego. Wszystko przygotowane, dopracowane, ale nie porywające. Ja już widziałem i grałem w wiele takich przygód i zawsze w pewnym momencie mam wrażenie powtarzalności.

Przydałby się jakiś zwrot akcji, coś, co by zaskoczyło grających. Na tę chwilę po prostu fajnie, że jest, bo wzbogaci bibliotekę dostępnych przygód „na najbliższą sesję”. Dobry Mistrz Gry ładnie ją poprowadzi. Będzie się cieszył z wszelkich pomocy, jakie dostał od autora i doceniał jego ciężką pracę przy przygotowaniu niezłych map, spotkań i Bohaterów Niezależnych. Tylko potem zrobi kolejną taką przygodę, kanibalizując charakterystyki i nikt nie będzie pamiętał, bo Ostatnia Wola nie wryła się w pamięć.

Po prostu dobrze przygotowana przygodą na kolejną sesję w Dedeki.

Andrzej Stój 

Asia Wiewiórska

W przygotowanie tej przygody w stylu dungeon-crawl ktoś włożył bardzo dużo pracy. Wszystko jest bardzo profesjonalnie i solidnie przygotowane. A ja nie mogę nie docenić, że to kolejna opowieść grozy w tej edycji!

FORMA

Gdy czytam nowy scenariusz, pierwsze długie minuty poświęcam na zrozumienie tego, co właściwie Gracze będą mieli tam do roboty. Czasem aż do końca przygody nie za bardzo wiem i muszę czytać ponownie. Czasem z kolei – jak tu – pierwsze czytanie właściwie załatwia sprawę. Niczego tak bardzo bowiem nie uwielbiam, jak przejrzyste i łatwe do zapamiętania backstory i podsumowanie przygody oraz jasne wyłożenie stanu początkowego i wymagań, jakie muszą spełnić Gracze, aby móc wejść w przygodę.

Od razu rzucają się w oczy pewne problemy z interpunkcją i nieliczne, ale jednak literówki, które przy zdaniach tak wielokrotnie złożonych mogą prowadzić do katastrofy. Tutaj nie jest źle, w gruncie rzeczy scenariusz jest bardzo ładnie napisany i estetycznie przygotowany, a te niewielkie potknięcia jakoś nie robiły na mnie dużego wrażenia.

Jestem pod wielkim wrażeniem zastosowanych wizualizacji, które szczególnie ułatwiają zrozumienie co będzie się działo i co auto miał na myśli. Do tego mapki, które może nie są specjalnie wyraźne, ale mają klimat i na ich podstawie da radę coś wyrzeźbić, nawet nie mając bardzo szczegółowego opisu posiadłości. Szkoda tylko, że są przeznaczone raczej dla Prowadzącego niż dla Graczy, bo po znajdujących na nich rysunkach można łatwo wywnioskować rzeczy, które powinny być odkryte w przygodzie dopiero później.

TREŚĆ

To już kolejna w tej edycji Quentina przygoda, której motywem przewodnim jest zwiedzanie bardzo mrocznej posiadłości. Realizuje więc mniej więcej te same cele co “Więc chodź odczaruj mój świat”, co prowadzi mnie do refleksji, że z jakichś powodów mroczne i śmiertelnie niebezpieczne siedziby Bardzo Złych Kobiet, cieszą się nadzwyczajnym zainteresowaniem. 🙂

Jest, no właśnie, mrocznie, zwłąszcza jak na D&D i Forgotten Realms, ale ja łykam taką konwencję. Wprawdzie żałuję, że nie Ravenloft, ale co kto w sumie lubi. Zawiązanie przygody jest bardzo lekkie, proste i nie zwiastuje zagrożenia (choć Gracze na pewno pomyślą swoje). To, na co kręcę nosem, to określanie głównej antagonistki mianem “ głównej bohaterki przygody”. No nie, głównymi bohaterami przygody mają być bohaterowie Graczy a nie “ulubiony BN Mistrza Gry”.

Doceniam za to jak szalona, że bohaterowie niezależni mają swoje backstory, czasami trochę smutne, czasami mroczne. Mają charakter, motywację. Wprawdzie jest ich zbyt wielu, aby tak na raz pamiętać zależności między nimi, ale i tak są super!

W scenariuszu jest cudowne who-is-who i niech się inne scenariusze uczą. Tak dotkliwie odczuwalne jest, gdy w co bardziej zawiłych intrygach takiego przedstawienia postaci nie ma, że tutaj całuję autora po rękach. Wprawdzie trochę niepotrzebnie dwukrotnie przedstawione jest to samo backstory głównej antagonistki, ale rozumiem zamysł, żeby najważniejszą postać bardzo wypalić w pamięci czytającego.

Z rzeczy bardziej standardowych: jest szczegółowo rozpisana mechanika wewnątrz gry, losowe tabele znajdziek, statystyki niestandardowych potworów, spis magicznych przedmiotów, dobrze napisane dymki, dzięki którym można odczytać Graczom co się dzieje w scenie, bez konieczności – jak ktoś nie przepada – samodzielnego improwizowania i coś cudownego – przedstawiona w czytelnej graficznej formie chronologia wydarzeń… tylko czy Gracze zaaferowani próbą przeżycia w posiadłości Saragardy, będą w stanie odkryć choćby część tej dobrze zbudowanej historii?

Bardzo mi się podoba, że autor zaproponował alternatywne do wampiryzmu przyczyny całego ambarasu pomiędzy główną antagonistką a bohaterami. Szczerze mówiąc wampirów mam ostatnio po dziurki w nosie, więc chętniej poprowadziłabym taką przygodę choćby w klimacie faerie. To mogłoby być coś!

Jest wprawdzie trochę sztampowych aż do bólu wyborów fabularnych (np. duch dziecka, które walczy do upadłego, chyba że bohaterowie zniszczą jej lalkę), ale hej – czym byłaby konwencja bez konwencjonalnych rozwiązań!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Najfaniejsze w tym wszystkim jest to, że mimo iż to “radosne DeDeczki”, główna antagonistka i towarzyszący jej folołersi, to w gruncie rzeczy postacie bardzo tragiczne – i być może dlatego ta opowieść tak mi ostatecznie pasuje.

Dwa, że bohaterowie są tu w pewnym sensie w centrum uwagi i to na nich skupia się cała aktywność kluczowych bohaterów niezależnych. Nie są oni bowiem przypadkowymi przechodniami, czy losowo wybranymi poszukiwaczami przygód, lecz mają konkretną rolę do odegrania w tej opowieści, nawet jeśli ta rola to walka o życie z zasadzającą się na nich antagonistką.

Niestety, do hurraoptymizmu brakuje mi tu ognia. To prawda, że jest spójny i szczegółowo opracowany ciąg przyczynowo-skutkowy, ale gdzieś w tym wszystkim brakuje mocy, jakby – pomimo poważnego backstory bohaterów – sama przygoda była jakaś taka wyłagodzona. Jakby bała się wyjść poza standard dla takich przygód.

Szkoda, bo mógłby być hit.

[collapse]

Na glinianym wzgórzu

Na glinianym wzgórzu – Karol Gniazdowski

Edycja: 2022

System: Symbaroum

Setting: Symbaroum

Liczba graczy: 2-4 (optymalnie 3)

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 2-5

Dodatki:

Opis:

Klasyczny scenariusz ze śledztwem w sprawie kultu i wojną gangów, która wisi w powietrzu: Na wykopaliskach pod Starym Kadizarem odnaleziono przejście do miejsca mocy. Zepsuty kapłan Almevar zamierza wykorzystać okazję. Proste poszukiwania zaginionego strażnika wplączą graczy w intrygę, która może skończyć się zniszczeniem miasta.

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Ten scenariusz czytało mi się znakomicie, zarówno pod względem merytorycznym, jak i strukturalnym. Przejrzystość tekstu sprawiła, że nie gubiłam się w przedstawionej historii, mimo małej znajomości świata. Bohaterowie nie są oderwani od głównej osi fabularnej, a Autor bardzo zgrabnie osadza ich wątki w pełnej historii, chociaż początkowo wydawało mi się, że za słabo podkreślone są motywacje. Podoba mi się ogromnie wątek gangów, a jedyne co ewentualnie bym poprawiła (choć myślę, że ten fakt najlepiej zweryfikować w praktyce, prowadząc) to początek, który dość powolnie się rozwija. Mam tu na myśli zdobywanie informacji podróżując między Kajfaszem a Annaszem. 

Piotr Cichy

Mam poczucie jak dwa lata temu przy „Salamandrze” Enca. To inny poziom scenariusza niż konkurencja. Profesjonalizm na każdym poziomie i wyjątkowa praca.

Scenariusz twórczo bazuje na opisie Yndaros z podręcznika głównego. Podoba mi się takie porządne osadzenie przygody w świecie.

Udało się bardzo dobrze oddać klimat Symbaroum, nawet bez wycieczki do puszczy (tym większy plus, moim zdaniem). Z jednej strony mamy walkę stronnictw, różne sekrety i osobiste interesy, a z drugiej tajemnice pradawnej cywilizacji i magiczne artefakty niosące zepsucie i zniszczenie.

Postaci graczy są bardzo sensownie zahaczone w fabule, choć później trochę brakuje odniesienia, co Berano i Demegai powiedzą na wieści o swoich zaginionych pracownikach. Także przejście do Aktu III następuje trochę siłą rozpędu – wydarzenia powinny zmotywować graczy do próby zejścia w podziemia, ale podejrzewam, że np. przy rozbuchanej wojnie gangów i bohaterach zaangażowanych po stronie Mirzaha, gracze mogą uznać inne sprawy za istotniejsze.

Super jest świadome wcześniejsze sygnalizowanie wątków, które dopiero później się pojawią! Bardzo to jest rzadkie, a świetnie spaja fabułę i sprawia, że przejścia do kolejnych wydarzeń są płynniejsze.

Doceniam alternatywny przebieg wydarzeń zależny od działań graczy. Widać, że bohaterowie są istotnym czynnikiem całej sytuacji.

Rozpiski mechaniczne przeciwników są przydatnym elementem scenariusza. Przydałyby się jeszcze charakterystyki niektórych bohaterów niezależnych, np. Gamereia.

Przejrzyste mapki, akurat na tyle dokładne, na ile jest to potrzebne. Dobrze są rozmieszczone w tekście.

Fajnie został przedstawiony proces tłumaczenia symbarskich runów. Dużo scenariuszy pomija ten ciekawy aspekt odcyfrowywania starożytnych zapisków.

Pomysłowe zagadki w podziemiach. Alternatywne drogi pomagają nie utknąć, jeśli ma się z którąś problem. Gorzej w ostatniej części – ale moim zdaniem, nie są na tyle trudne, żeby ich nie przejść. Uwzględnione są też sytuacje taktyczne – w ten sposób walki też można potraktować jako zagadki, w tym finałowe starcie.

Scenariusz uwzględnia, co zrobić w przypadku Total Party Kill i mówi, żeby nie chronić na siłę postaci przed śmiercią. Dobre podejście!

Naprawdę wyjątkowy scenariusz. Zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Precyzyjnie opisany wstęp, bardzo sensowne założenia projektowe i timeline wydarzeń.
  • Bardzo jasno i klarownie przekazywane informacje — pod względem technicznym jeden z najlepszych tekstów tej edycji.
  • Bardzo ładne i przede wszystkim czytelne mapki (szkoda, że loch, który przedstawiają, jest liniowy do bólu.
  • Ciekawa intryga, autorka/autor umiejętnie buduje napięcie, stosuje foreshadowing, napięcie rośnie, wszystko ma ręce i nogi.
  • Dobrze opracowane mechanicznie, fajne tabelki losowe.
  • BG mają zwłaszcza w pierwszej części dużo swobody w wyborze swojej drogi, podejściu do questów i w ogóle eksploracji miasta.

Uważam, że należy poprawić:

  • Niestety niewiele tu Symbaroum, ta przygoda spokojnie mogłaby dziać się w zapomnianych krainach a przy odrobinie wysiłku nawet w Starym świecie. 
  • Jak na przygodę wprowadzającą do świata mogłoby też być ciut więcej ekspozycji. Nie tylko scenerii, ale i NPC-ów, którzy są dość przeźroczyści.
  • W pierwszej fazie jest tam mnóstwo chodzenia od Annasza do Kajfasza. 
  • Niektórzy NPC zdają się cierpieć na plot-ślepotę. Dlaczego Marbella nie wie, jak podróżowało do niej berło? Dlaczego przed drugim aktem nikt nawet nie wspomni o tym, że poszukiwany miał pokój w tawernie z łodzią? Dlaczego NPC-e nagle czują przemożną chęć dzielenia się z BG historiami, o których zapominali wcześniej? Za bardzo to przypomina oskryptowany świat Crpg
  • Metoda szukania człowieka bez oka w 1 akcie jest bardzo fajna, ale wymaga, żeby ją jakoś zakomunikować graczom, inaczej będą szukali klasycznych tropów i wskazówek (których nie ma).

Na glinianym wzgórzu to bardzo dobrze napisana miejska przygoda fantasy. Ma pewne niedociągnięcia i troszkę za bardzo próbuje być komputerowym erpegiem, ale to nadal mocny kandydat do finału.

Ola Durlej

Kawał dobrej roboty! Scenariusz jest napisany poprawną polszczyzną, zadbany pod względem korekty i czytelny. Stosowane terminy i sposoby wyróżniania treści są opisane tak, żeby ułatwić MG korzystanie z materiału. Doceniam skrót scenariusza i oś czasu – wiele ułatwiają. Zarówno to, jak i czytelne rozpisanie scen i opcji ich motywacji tworzy technicznie bardzo dobry materiał.

Widać, że osoba autorska zna mechanikę i płynnie się nią posługuje. Brakuje mi jednak nieco szerszego zarysowania lore, dodania kilku smaczków.

Sama przygoda jest wielowątkowa, pozwala graczom na eksplorację różnych wątków i poniesienie konsekwencji swoich decyzji. Zyskałaby na kilku poprawkach, może zmniejszeniu objętości niektórych części. Jest dobrą przygodą dla średniozaawansowanych graczy, ale na pewno nie dla nowych.

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Bardzo bym sobie życzyła, żeby chociaż połowa prac w tej edycji była tak starannie, jasno i poprawnie językowo napisana. Świetne pomoce w formie ramek, mapek i ilustracji sprawiają, że automatycznie wylądowała w mojej topce. Do tego z łatwością skorzystają z niej również fani Warhammera, D&D czy Pathfindera. I to jest jednocześnie chyba największy mankament, jaki jestem w stanie tutaj znaleźć, bo jako scenariusz do Symbaroum, choć uniwersum to znam dość słabo i jedynie z lektury, mam wrażenie przemyca za mało kolorytu tego świata. Złożoność kwestii społeczno-kulturowych ma w Symbaroum ogromne znaczenie i wydaje mi się, że dobrze by było podkreślić, że to jednak do tego, a nie innego systemu scenariusz. Nie jest on też dla każdej drużyny, ani dla zupełnie początkujących graczy. Chyba że właśnie ten zabieg, że BNi przyjmą z otwartymi ramionami każdego, ma być tym pożądanym na początku przygody z RPGami ułatwieniem. Niemniej, polecam. 

Wojciech Rosiński

Przygoda ta zawiera wszystko co potrzebne do rozegrania klasycznej sesji, a właściwie kilku gdyż jest stosunkowo złożona. Bardzo podoba mi się, że autor/ka nie wymyśla koła na nowo a skupia się na dopracowaniu narzędzi, które pomogą mistrzowi gry poprowadzić rozgrywkę. Być może sama fabuła nie jest przesadnie odkrywcza czy zaskakująca ale jestem przekonany, że ze wszystkim tak ładnie podanym na tacy grający przy stole sami poprzez swobodę działania oraz swoje wybory stworzą niezapomnianą historię a to właśnie to jest dla mnie sedno RPG.

Warto wspomnieć, że praca zawiera bardzo fajne i klimatyczne ilustracje oraz handouty. Jeżeli są one dziełem autora to gratuluję mu talentu. Czas włożony w ich wykonanie na pewno zaowocuje przy rozgrywanych sesjach tej przygody.

Janek Sielicki

Znakomicie napisana przygoda z klasycznymi wątkami fantasy. Jest to rzecz dla osób nowych w Symbaroum, dlatego te klasyczność można wybaczyć, zwłaszcza, że w zamian otrzymujemy świetnie, jasno rozpisane sceny, podpowiedzi co zrobić, statystki PN tam, gdzie są potrzebne. Mamy piękne i klarowne mapki, w pełni wykorzystaną mechanikę gry i ciekawą fabułę.

Postacie graczy mają tu dużo do roboty. Szczególnie podobał mi się wątek poboczny walki gangów, w który można się zaangażować. Są też „strzelby na ścianie” – łódź, jednooki człowiek już we wstępie. Mimo dokładnego rozpisania scen i pewnego założenia finału (nie da się powstrzymać pewnych wydarzeń) jest tu dużo miejsca do manewru, jeśli PG zrobią coś nieprzewidzianego – takie solidne podwaliny to podstawa dobrze napisanej przygody.

Widzę tu też dużo opcji do modyfikacji np. finałowe podziemia można skrócić, tak samo śledztwo czy przeszukiwanie bazarku, po prostu podsuwając wskazówkę. Przygodę można też bez trudu przenieść do Warhammera i wielu innych systemów fantasy, co jest dużą zaletą (i wadą).

Do ideału zabrakło mi kilku rzeczy, przede wszystkim jakiejś mocniejszej motywacji PG do działania, jakiś przykładowych zahaczek, zwłaszcza że to przygoda startowa i łatwo je wprowadzić. No właśnie, jak na przygodę startową (a tak jest nazywana) jest ciut zbyt skomplikowana i wydaje mi się też dość trudna i śmiertelna dla PG. Czasem też pewne informacje można by umieścić gdzieś indziej (np. późno dowiadujemy się o co chodzi z tym jednookim uciekinierem). Mam wrażenie że trochę mało tu Symbaroum – choć dzięki temu łatwo przenieść przygodę do innego systemu, to na tym akurat traci. Gdzie ten słynny las!

Podsumowując: bardzo dobra przygoda.

Michał Sołtysiak

Symbaroum nie jest zbyt popularne w Polsce, a szkoda. Moja półka poprawia jednak na pewno średnią i trochę ten system prowadziłem. Bardzo więc się ucieszyłem, gdy otworzyłem plik ze scenariuszem i odkryłem przygodę do tego systemu. Dodatkowo ma to być przygoda wstępna, a więc ma dać szansę zastąpić „Ziemię obiecaną”, która jest dobrym wstępem, ale ma wady. To bardzo ambitne i rzadko kiedy można spotkać dobrze przygody dla zaczynających grać w danym świecie.

Autorowi należą się pochwały za przyjazność dla użytkownika i bardzo przemyślane podejście do skonstruowania samego tekstu. Widać, że mocno przemyślał kwestie organizacyjne, dał dużo miejsca i możliwości samodzielnej adaptacji fabuły dla Mistrzów Gry. Nie bał się też przyznać, że przygoda jest dla postaci graczy i to one mają się znaleźć na pierwszym planie. Nie ma tu „prezentacji wizjonerstwa” ani prób narzucania toku zdarzeń. Ogólnie rzecz biorąc to świetnie zbudowany tekst i choć jest dość długi, to jednak taka objętość ma sens. Daje dużo akcji i dużo możliwości. Co świetne, BN- są rozpisani w standaryzowanych ramkach i łatwo się korzysta z ich charakterystyk.

Zasadniczo po pierwszej lekturze mogę wprost napisać, że to scenariusz godny finału, zarówno za dobrze przygotowaną fabułę, jak i całą edycję, mapy, przejrzystość i redakcję.

Początkowo wprawdzie zastanowiło mnie to, że z całego repertuaru motywów Symbaroum wybrano pomysł na „przygodę miejską”, rozpisaną jak klasyczne D&D, czyli szukamy wejścia do podziemi, spotykamy przeciwników, znajdujemy wejście, eksplorujemy podziemia, w ich centrum finał. Tylko wiele przygód fantasy tak wygląda, więc to nie może być duży zarzut. Symbaroum jest dark fantasy z motywem wielkiego lasu jako dominującego w gotowych przygodach, ale nie można się upierać tylko przy przygodach leśnych. Autor zaryzykował i jako przygoda miejska się broni. Tradycjonalistom może się nie spodobać, bo nie pasuje do ich wyobrażeń o systemie. To jednak problem tradycjonalistów. Przygoda nie łamie zasad świata Symbaroum.

Nie jest idealnie jednak, gdyż jest też jeden konkretny brak w tekście, który utrudnia prowadzenie. Mianowicie, postacie BN nie mają opisów, nawet ci najważniejsi (jak Człowiek bez Oka, którego postacie mają znaleźć, ale czy poza brakiem oka ma jakieś inne cechy szczególnie, to nie wiemy). To stwarza wrażenie, że przeciwnicy są generyczni i każdy wie, jak taki wygląda. MG sobie dopisze, jak mu wyobraźnia podpowie. Brakuje mi choć jednego zdania, na temat pochodzenia, rasy, etc. Świat Symbaroum nie jest tak zuniwersalizowany i bez podziałów społecznych jak D&D, gdzie rasa i urodzenia mają małe znaczenia. Tutaj tego brak, a dodałoby to plastyczności. Tak mamy samych generycznych ludzi, a z innych ras mamy krasnoludy (które w tym systemie są inne niż gdzie indziej) i ogra z wielką łopatą (ogry też są tu inne).

Moja ocena byłaby wyższa jeszcze, gdybym nie prowadził tego systemu. Największą bowiem bolączką tego tekstu jest problem z brakiem informacji, jak stworzyć drużynę, która będzie pasowała do przygody i będzie w stanie w logiczny sposób „wejść w przygodę”. Jeśli damy inne rasy, barbarzyńców, changelingów, gobliny, kapłanów Priosa, przedstawicieli Ordo Magica, wiedźmę itd. to mogą nieźle namieszać. Wzbudzą oni inne reakcje i początek przygody, samo wepchnięcie w fabułę może być utrudnione. Autor całkowicie niestety pominął problemy społeczne, które są jednym z filarów świata Symbaroum. Gdyby napisał, że to przygoda dla co najmniej jednego ambryjskiego szlachcica/żołnierza królowej/kogoś o wyższym statusie, który legitymizuje mniej szanowane postacie, to byłoby łatwiej. Typowa drużyna może mieć problemy, a już obecność pogardzanych ras i profesji, może wykluczyć możliwość bezproblemowego rozpoczęcia. Jak na scenariusz mający rozpocząć przygody w świecie Symbaroum, niestety mało pokazuje ten świat i jego atuty.

Jest to więc świetnie spisana przygoda, kawał doskonałej roboty, ale lepiej by się nadawała do D&D, jeśli się mamy trzymać settingu i zasad dotyczących społeczności Ambrii. Na pewno będę głosował na ten scenariusz, ale nie jest doskonały i szkoda wielka, bo liczyłem na dobry scenariusz do Symbaroum, a nie tylko dobry scenariusz do fantasy.

Andrzej Stój 

Kompletna, przemyślana i prawdopodobnie przetestowana praca, która dowozi to, co obiecuje. Stanowi nie tylko świetne wprowadzenie w Symbaroum, ale nadaje się do konwersji na inne systemy fantasy, nie tracąc swoich atutów. Do Cienia Władcy Demonów można by przenieść ten scenariusz niemal 1:1, podobnie jak do Warhammera.

Olbrzymią zaletą jest sposób spisania tekstu. Dostajemy to, co potrzebne, podane w przystępny i przemyślany sposób. Znalazło się nawet miejsce na wskazówki dotyczące prowadzenia – sensowne i dobrze przemyślane. Tekst jest na tyle zwięzły, że przygotowując się do prowadzenia tej przygody można zrezygnować z robienia bardzo dokładnych notatek.

Podoba mi się również to, że przygoda sprawnie łaczy kilka wątków, które mogą, ale nie muszą zostać rozwiązane przez drużynę (przy czym zignorowanie ich ma pewną wagę – nie jest bez znaczenia). Żadna z dróg nie jest jedyną, a inwencja graczy w każdej scenie może zostać nagrodzona. Super. Otwarta historia oparta na ludziach i miejscach to sprawdzony, działający przepis na udaną sesję.

Mimo, że nie jestem fanem Symbaroum, zostałem oczarowany wizją autora. Czerpie pełnymi garściami z podręcznika, dodając do niego własne – bardzo dobre – pomysły. Poruszanie się po ustalonej konwencji jest dużym atutem tego tekstu.

Asia Wiewiórska

Bardzo lubię scenariusze, w których bohaterowie muszą zmagać się z pychą, rządzą władzy lub chorobliwą ambicją, bo zwykle jest to przepis na świetną grę. Silne emocje bohaterów niezależnych i zdeterminowany antagonista potrafią rozpalić ogień, ale tylko gdy i dla postaci Graczy na szali leży wysoka stawka.

FORMA

To jedna z najbardziej profesjonalnie przygotowanych nieprofesjonalnych publikacji, jakie w życiu widziałam i naprawdę niewiele jej brakuje, żeby z powodzeniem podszywać się pod oficjalne wydawnictwa. Świetny blokowo-kolumnowy układ, piękne mapy i plany, statystyki przeciwników, kolory, tematyczne ramki z dodatkowymi informacjami lub alternatywnymi rozwiązaniami i poradami – wszystko to jest najwyższej klasy i znak, że nad scenariuszem pracowali fachowcy.

Scenariusz otwiera wprowadzenie, które na tle wielu innych scenariuszy świata zdumiewa: nie tylko informuje, ale też “wychowuje”, wchodząc głęboko w rolę tekstu, który ma za zadanie pomóc poznać system RPG w różnych jego aspektach. Jest też szczegółowa infograficzna legenda, jak interpretować określone rozwiązania graficzne publikacji oraz co oznacza zastosowanie różnych wariantów zapisów tekstu. Jestem pod wrażeniem.

Mamy też jeden z najbardziej czytelnych skrótów tego co wydarzyło się zanim Gracze pojawili się na arenie gry, w całym tegorocznym Quentinie. Wytłuszczone imiona i nazwy własne w miarę szybko pozwoliły mi zapamiętać kto jest kim (lub czym) i pomimo tumultu postaci, miejsc i wydarzeń pojawiających się w dalszej części scenariusza, te pamiętałam bez problemu.

Niestety, nie znając dalszej części bardzo trudno było mi poprawnie zinterpretować linię czasu, ale potem staje się ona rzeczywiście jasna i przydatna. Na etapie pierwszego czytania, jednak, do dalszej pracy nad tekstem zmotywowało mnie widniejące tam stwierdzenie: “Armia nieumarłych zalewa miasto”. Yay!

Opisy lokalizacji są konkretne i nieprzegadane; kluczowe informacje, które można uzyskać od bohaterów niezależnych, poprawnie i czytelnie wypunktowane; w treści są informacje mechaniczne o testach, które należy wykonać a gdzieniegdzie także elementy do wylosowania (np. szansa na napaść w mieście). Scenariusz ma jednak niestety duże problemy z interpunkcją i przez to początkowo trudno się czyta a dodatkowo, gdyby nie czytelny podział na akty oraz na sceny/miejsca, naprawdę trudno byłoby za nim nadążyć.

Aż trudno mi uwierzyć, w jaki sposób autorowi udało się zmieścić taką gigantyczną fabułę w tak małej publikacji!

TREŚĆ

Autor zaserwował nam opowieść w trzech wyraźnie odróżniających się aktach.

Pierwszy z nich to śledztwo, na które składa się rozmowa ze zleceniodawcami, przesłuchiwanie świadków, podejrzanych, zwiedzanie miejsca przestępstwa  i towarzyszące temu wypadki. Poprawnie zorganizowano tutaj trail-of-clues, z użyciem zasady powtarzania tych samych informacji w kilku różnych źródłach, co ważne, szczególnie w scenariuszu tak rozbudowanym. W akcie tym bohaterowie poznają też zawiłą i malowniczą strukturę społeczną miasta, która może być świetnym otwarciem na kolejne sesji kampanii w Kadizarze. Wszystko to nie jest oczywiście obowiązkowe, ale sądzę że większość Graczy i tak będzie chciała brnąć w poznawanie niuansów tego uniwersum. Są po prostu intrygujące!

Akt drugi zmienia trochę charakter gry – od teraz będą to różnego rodzaju poszukiwania, intrygi i pierwsze starcia z antagonistami. To najbardziej dynamiczna część, sytuacja często się zmienia i pewnie niejedno bohaterów tu zaskoczy. Niestety będzie też najtrudniejsza do prowadzenia – trzeba bowiem uwzględnić dużo zależności, wcześniejsze działania lub zaniedbania bohaterów, obecną sytuację i fizyczną pozycję bohaterów niezależnych, itp. Sytuacja w poszczególnych wątkach tej części scenariusza zmieni się w czasie i jeżeli Gracze za niektórymi nie nadążą, mogą stracić szansę na łatwiejsze załatwienie  sprawy. Niestety, akt drugi cierpi na chorobę rozbudowanych i wielowątkowych scenariuszy o nazwie “jeśli”. Chodzi o to, że stara się przewidzieć jak najwięcej opcji postępowania Graczy i przez to tekst najeżony jest wariantami “jeśli to, to tamto a jeśli coś innego, to tamto drugie”. Niestety – żeby nie wiem jak scenariusz był ambitny, przemawia to na jego niekorzyść, gdyż traci na tym podstawowy warunek, dla którego ktoś mógłby chcieć go poprowadzić: czytelność. Keep it simple!

W końcu mamy też akt trzeci, nad którym nie będę się rozwodzić. To po prostu typowy klasyczny i dobrze uzasadniony przygodą dungeon-crawl, ze szczegółowo opisanymi podziemiami, potyczkami, pułapkami i artefaktami. Są nawet zagadki! I tu bardzo dużo się dzieje a całość kończy malowniczy i widowiskowy finał, nieco tylko zależny od wcześniejszych decyzji Graczy. Wspominałam: “Armia nieumarłych zalewa miasto”.

Brzmi świetnie, co nie? A jednak łyżka dziegciu: wszystkie efektowne i inspirujące w tym scenariuszu emocje to niestety iluzja: pochodzą od bohaterów niezależnych i niewiele jest scen, które mogą choćby podjąć próbę wykrzesania ich z Graczy. Szkoda, że autor nie zadbał o stworzenie jakiegoś naprawdę temperamentnego powiązania bohaterów ze spektaklem, w którym będą brali udział na zwykłe zlecenie sierżanta Berano.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Jestem pod ogromnym wrażeniem rozmachu tego scenariusza i ciekawa jestem jak wyglądał w testach. Wydaje mi się bowiem, że bardzo by mnie korciło, aby każdy wątek czy wydarzenie jeszcze rozbudować, coś do niego dodać albo przedstawić w jakimś szerszym kontekście i w rezultacie mielibyśmy kampanię na kilka miesięcy grania.

Mimo tego wydaje mi się, że “Na glinianym wzgórzu” jest przygodą, którą bardzo trudno będzie poprowadzić by-the-book. Chodzi o to, że jest tam tak wiele faktów, zależności, osób i informacji – i to takich, których przeoczenie przez Prowadzącego może skutkować tym, że Gracze niechcący ominą jakąś naprawdę ważną dla dalszej gry scenę/lokalizację – że nie ma innego sposobu niż literalnie prowadzić z nosem w scenariuszu albo spędzić dużo czasu robiąc notatki, schematy powiązań czy prawdopodobne chronologię wydarzeń (nieco bardziej szczegółowe niż oś czasu). Do tego pojawia się też sporo elementów lore’owych i sporo scen, w których będzie eksploatowana mechanika. Czy to nie za dużo na raz dla początkujących Prowadzących lub Graczy?

[collapse]

Orli Pazur

Orli Pazur – Jarosław Iwański

Edycja: 2022

System: Dark Heresy 2ed PL

Setting: Warhammer 40k

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 4-6

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 2-4

Dodatki:

Opis:

Orli Pazur to przygoda (w świecie Warhammer 40k) traktująca o przetrwaniu podczas spotkania z wrogiem wewnętrznym. Akolici, podróżując w sektorze Askellon, działają na zlecenie swojego Inkwizytora. Na pokładzie Orlego Pazura mogą się znajdować przedmioty i artefakty związane z przemytem artefaktów xenos. Jest to wątek, który wpycha ich los na pokład Orlego Pazura. Śledztwo przerywa niespodziewane wydarzenie. Akolici zmierzą się z piratami, którzy abordażem wdzierają się na pokład statku. Głównym celem akolitów stanie się przetrwać i nie dać się pojmać tym którzy z trwogi i bólu czynią sobie rozrywkę. Wrogiem także okaże się czas; każda decyzja będzie niosła konsekwencje. Ich zadaniem jest odkryć, czego szukają piraci oraz uciec z zaatakowanego statku. Dodatkowo mogą próbować uratować członków załogi, ostrzec Inkwizytora oraz Gwardię Imperialną o zagrożeniu, które pojawiło się na mapie sektora Askellon.

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Szczegółowe rozpisanie pomieszczeń na statku robi wrażenie. Eksploracja kolejnych poziomów będzie de facto treścią tego scenariusza. Trochę jak przechodzenie kolejnych kręgów piekła u Dantego. Szkoda, że nie zostało to jakoś mocniej pociągnięte w tę stronę. Obecnie, mam wrażenie, całość jest pozostawiona trochę niedookreślona, mało w sumie ciekawa. Będą się działy straszne rzeczy, ale rozpisanie scenariusza tylko w ograniczonym stopniu wspiera MG w poprowadzeniu tego.

Przydałaby się wnikliwa korekta. Błędów ortograficznych i językowych jest wyjątkowo dużo i niektóre są dość poważne. Na przykład rozjeżdża się płeć przywódcy piratów – jest wiele miejsc, gdzie autor odnosi się do niego w rodzaju żeńskim. W jakiejś wcześniejszej wersji scenariusza Dejv Jones była kobietą? Innym błędem, dość dziwnym, jest w pewnym momencie założenie, że człowiek ma dwadzieścia palców u rąk.

Odesłanie do odpowiednich statystyk NPCów w podręczniku głównym jest według mnie dobrym rozwiązaniem. Jakichś dodatkowych punktów za to ta praca nie zdobywa, ale gdyby tego zabrakło, miałbym zarzut.

Brakuje wskazania, jak doświadczone powinny być postaci graczy. Czy ta przygoda jest przeznaczona dla początkujących agentów inkwizycji czy dla takich z potężną kolekcją rozwinięć?

Nie wiadomo dokładnie, jakimi siłami dysponują piraci i ile osób z ochrony statku przeżyło początkowy atak. Bez tego próby zorganizowania oporu przez graczy nie mają większego sensu. Ich powodzenie zależy wyłącznie od widzimisię MG.

Przydałby się nieco dokładniejszy rysopis przemytnika. Skoro bohaterowie go szukają, to warto wiedzieć, o kogo mają wypytywać.

Przydatne byłyby ze dwa dodatkowe zdania wyjaśnień, kiedy nastąpi atak piratów. Czy postaci muszą być na pokładzie XI, czy właściwie nie ma to znaczenia (chyba ma – żeby nie znaleźli się w samym centrum walk). Czy odnaleźli już ładunek, czy dopiero mają go znaleźć?

Wydaje mi się, że rozumiem, co autor scenariusza chciał osiągnąć. Apokalipsa na statku, zdrady, szaleństwo, trudne wybory. Szkoda, że to wszystko nie jest bardziej przemyślane i lepiej opisane. W tej chwili mamy trochę taki worek z motywami, nie wiadomo, które są ważniejsze, a które tylko dodatkowe. Jakie w praktyce gracze mają możliwości działania? Dokładny opis statku trochę w tym pomaga – to najmocniejsza strona tego scenariusza. Przydałoby się lepiej rozpisać NPCów, ich działania, możliwości i motywacje.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Scenariusz jest bardzo porządnie opracowany mechanicznie. Autor mówi, kiedy i na co rzucamy i jaki poziom trudności mają testy.
  • Autor/ka wykazuje się dogłębną znajomością uniwersum WH 40k, przedstawia barwny ciekawy świat „statku” Orli pazur z dużą swadą i dokładnością.
  • Przygoda jest różnorodna, stawia przed BG zupełnie inne wyzwania w pierwszym i drugim akcie. 

Uważam, że należy poprawić. 

  • Tekst zaczyna się 8 stronicowym opisem statku, czytam go i nie wiem, o co chodzi. Najpierw powinno być wprowadzenie mówiące co i kto (którego brak) a ewentualnie opisy gdzie. 
  • Mg poznaje tu świat równolegle z graczami niczym czytelnik powieści kryminalnej, takie coś bardzo utrudnia korzystanie ze scenariusza. MG powinien dostać streszczenie całości na samym początku.
  • Pierwsza część to dość liniowy ciąg questów „idź do A, dowiedz się czegoś, co skieruje cię do B, co zaprowadzi was do C”. Jest skonstruowana na tyle pancernie, że raczej się nie wywali, ale zachęcałbym do tworzenia bardziej otwartych struktur.
  • Druga część to neuroshimowe z ducha przeczołganie BG przez błoto. BG co chwila są skonfrontowani z wszechpotężnymi piratami zmuszeni do brania udziału i ich perwersyjnych grach i w zasadzie muszą się podporządkować. 

Droga autorko, drogi autorze.nie bój się dać BG więcej sprawczości, nie bój się pozwolić im samemu wybierać drogę w waszym świecie, niech to oni będą bohaterami i niech od ich wyborów zależy los statku. Niech nie będą tylko pionkami w grze NPC

Ola Durlej

Mam wrażenie, że przychodzi mi kolejny raz przywdziewać rolę tej marudną osoby komentującej. Scenariusz jest dziełem użytkowym – i jako taki powinien być przede wszystkim czytelny i łatwy w wykorzystaniu. Z powodu kolejności pojawiania się treści, ilości błędów ortograficznych i użycia słów niezgodnie ze swoim znaczeniem – nie jest.

Jednocześnie, jest przyzwoitym scenariuszem z motywem pirackim.

Osoba autorska ewidentnie zna system i świat, w którym rozgrywa się przygoda i zręcznie to wykorzystuje. Postacie są różnorodne, w większości dobrze zarysowane. Brakuje mi nieco informacji, co stałoby się, gdyby bohaterowie graczy postanowili jednak walczyć z piratami po ogłoszeniu “gry”.

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Z jednej strony niesamowicie doceniam ilość pracy włożoną w rozpisanie wszystkich pokładów statku, stworzenie tabeli losowej oraz rozpiskę rzeczy, które mogą stanąć na drodze bohaterów. Z drugiej jednak strony, tekst samej przygody jest tak trudny do przełknięcia, że wyciągnięcie z niego użytecznych informacji jest niemalże niemożliwy. Gdybym chciała poprowadzić kampanię – KAMPANIĘ, nie sesję, bo materiału jest tu aż nadto – w stylu Firefly i Battlestar Galactica spotykają WH40K, to z przyjemnością skorzystałabym z rozpiski i mapy rozlokowania poszczególnych pomieszczeń. Nawet pomysły na spotkania, czy sama misja Akolitów, choć osobiście nie przepadam za DH, są czymś, z czym można by popracować. Jak się już uda przekopać przez tekst, odkopać to, co fajne i zapomnieć, że się musiało to w całości czytać. 

Wojciech Rosiński

Koncept na przygodę jest solidny i jak najbardziej pasuje do mrocznego uniwersum warhammera 40k. Jest inkwizycja, niebezpieczny psionik, bryła metalu mknąca przez przestrzeń kosmiczną nazywana “statkiem” i nawet przebrzydli Xenos się znajdą. Niestety przygoda zbudowana wokół tego wszystkiego jest przedstawiona w bardzo, bardzo uciążliwy sposób.

10 stronicowy opis statku z 11 stronicową mapą to nie lada zapora stojąca przed dalszą częścią tekstu. Podejrzewam, że jest to element, z którego autor jest nad wyraz dumny, co nie dziwi patrząc po ilości pracy włożonej w zaprojektowanie CAŁEGO statku kosmicznego. Tekst dramatycznie potrzebuje jednak czegoś, co zachęci czytającego aby zgłębić ten element przygody. Wstawka wprowadzająca w klimat uniwersum oraz skrót fabuły mogły by zdziałać tutaj cuda. W obecnej formie, przygoda po prostu odrzuca.

Pomysł na statek jako swoisty loch, który nie tylko jest od samego początku do pełnej eksploracji dla graczy ale także zmienia się w trakcie gry jest fajny. Trzeba jednak pamiętać, że to scenariusz do RPG a nie projekt gry komputerowej. Ogarnięcie umysłem takiej ilości danych jest po prostu przytłaczające. Myślę, że dużo lepiej sprawdziłby się tutaj generator pomieszczeń/zdarzeń na statku w postaci tabeli taki jaki mamy w OSRowych generatorach lochu.

Janek Sielicki

Michał Sołtysiak

Scenariusz do Dark Heresy 2ed jest doskonałym przykładem, że spisać scenariusz to nie oznacza „napisać porządnie”. Jest też dobitnym dowodem, że warto czytać, co się piszę, przed wysłaniem i zastanowić się nad użytecznością swojego tekstu.

Tekst opowiada nam o grupie sług inkwizytorskich, uniwersalnej (bo nie znajdziemy jakich większych wymagań wobec nich), którzy trafiają na statek kupiecki „Orli Pazur”, gdzie jak to w uniwersum Warhammera 40 000, roi się od różnych, egzotycznych postaci, a sam statek ma wiele tajemnic. Mają znaleźć przedmiot xenos i zdrajcę Ludzkości. Temu celowi nie poświęcono zbyt wiele miejsca. Są też piraci, którzy napadną na statek i jeden wybór dla postaci graczy w finale, dotyczący ocalenia siebie, lub innych oraz wykonania rozkazu Inkwizycji.

Do tego mamy prawie 10 stron opis statku, jedenaście stron schematycznej mapy Orlego Pazura i 14 stron spisanej przygody. Słowo „spisanej” jest kluczowe, bo łatwo ten tekst pomylić ze spisaną relacją z sesji. Autor mało przekonująco ukrywa ten fakt, że mamy do czynienia z historią, jaka być może rozegrała się na jego sesji, a teraz spróbował zrobić z tego przygodę.

To, czego nie mamy to: wstęp, gdzie byśmy się dowiedzieli, o co chodzi, jakie postacie powinny brać udział, jak wyglądają koneksje i dokładne rozkazy etc. Brak tego jest wręcz szokujący, bo po króciutkim akapicie o świecie Grim Dark-u od razu dostajemy opis kilkunastu poziomów statku, kilkunastu Bohaterów Niezależnych i potem wspomniany wcześniej słabo zawoalowany opis sesji.

Nie będę się tu pastwił nad brakami stylistycznymi, gramatycznymi i ortografią, ale choć autor powinien wziąć swój tekst i spojrzeć na jego konstrukcję. Opis statku na 1/3 tekstu nie jest zachętą do grania. Brak zaś wstępu i wymagań dla postaci sprawia, że nie wiemy, kto ma grać, co się ma dziać i jaka jest fabuła, póki czytelnik nie przebije się przed scenografię i BN-ów.

Bardzo mnie zmęczył ten tekst, bo czuję, że autor chciał stworzyć fajną przygodę z gonitwą przez niekończące się poziomy Orlego Pazura, gdzie będą potyczki z piratami, serwitorami, Adeptus Mechanicus i xenosami. Tylko że nie podołał temu zadaniu. Nawet nie wiem, czy warto go polecać do inspiracji, może sam statek jest ciekawy, jako dekoracja dla innej, dopracowanej fabuły. Na ten moment jednak tekst ten wymaga masy pracy i cierpliwości, żeby go rozegrać. To nie jest tekst na Quentina.

Andrzej Stój 

Czytając ten tekst miałem wrażenie, że intencją autora było stworzenie przygody w stylu Szklanej pułapki. Dokładny, wręcz drobiazgowy opis okrętu wraz z informacjami jak wykorzystać dany system albo przemieszczać się między pokładami potęgowały to wrażenie. Problemem dla graczy byłby na pewno fakt zabicia pasażerów w przypadku zalania pokładów, zatrzymania wentylacji albo skierowania tam trujących gazów – potrafię sobie jednak wyobrazić drużynę Akolitów, dla której wybór jest oczywisty.

Wyjątkowo brutalny, ale jednocześnie wiarygodny jest opis skutków abordażu. Widok miejsc rzezi, konieczność przeciskania się przez spanikowany tłum, okrutne zabawy piratów, odkrycie faktu sprzedania pasażerów w zamian za życie jednostek – a jednocześnie metodyczne czyszczenie okrętu z cennego sprzętu, niszczenie dowodów zdrady i przygotowania do przejęcia kontroli przez zdradliwego Mechanicusa łączą się w obraz kompletnego chaosu. Przygoda jest otwarta, trudno więc zgadywać jakie będzie jej zakończenie, ale jeśli Akolici zachowają się paladyńsko, jest mało prawdopodobne by wyszli z tego cało.

Choć przygoda ma drugie dno, jest duże ryzyko, że Akolici do niego nie dotrą. Z punktu widzenia graczy może być to historia o polowaniu na przemytnika, która okazuje się być lochotłukiem w kosmosie. Przydałby się tu drugi, ukryty cel dla Akolitów, np. zweryfikowanie raportów czy kapitan Orlego pazura nie dopuszcza się herezji.

Scenariusz dużo by zyskał na przeorganizowaniu treści. Na początku aż się prosiło o wprowadzenie – informację kto jest kim i co się będzie działo w przygodzie. Potem powinien pojawić proponowany przebieg sesji, zaś dopiero na końcu opis samego okrętu. Sam tekst właściwej przygody przeorganizowałbym też tak, by znalazł się tam opis co się będzie dziać, minuta po minucie (o ile Akolici nie zniszczą planu piratów). Zabrakło też informacji o stanie osobowym – nie wiem ilu ochroniarzy jest na Orlim pazurze, ilu piratów ich atakuje itd.

Na koniec kilka gorzkich słów na temat języka, jakim jest napisany ten tekst. Jest pełen błędów, z których większość dałoby się wyeliminować czytając go uważnie (najlepiej nie przez autora). Językowy chaos bardzo utrudnia lekturę i zniechęca do niej. Mam nadzieję, że kolejny tekst autora będzie przygotowany staranniej. Jest potencjał, ale potrzeba lepszego wykonania.

Asia Wiewiórska

Dark fantasy w kosmosie to nie jest konwencja dla mnie, ale jeśli dodasz do tego piratów i Davy’ego Jonesa? Coś w tym jest.

FORMA

Przyznam szczerze, że po przeczytaniu tylu scenariuszy ze specjalnie dobranymi czcionkami i innymi ozdobami, miło zasiąść do tekstu czarno-na-białym, zwyczajnym fontem i bez uwodzenia formą. Mam poczucie, że dla dobra jury to powinien być standard. 

W „Orlim Pazurze” już na pierwszy rzut oka brakuje wstępu, który informowałby w co gramy, kim będziemy grać i jaki jest klimat opowieści. Najbardziej odczuwa się brak informacji o potencjalnych bohaterach, bo zakładam, że w „Dark Heresy” można stworzyć więcej postaci, niż tylko akolitów, co nie? Niestety potencjalny Prowadzący będzie musiał wyłowić to sobie z treści scenariusza i to dopiero po jakichś 10 stronach tekstu. 

Zamiast bowiem skupić się na tym, co w zasadzie bohaterowie mieliby na statku robić, otrzymujemy 8 stron opisu statku, 6 stron wydarzeń wstępu do gry, 8 kolejnych stron opisu statku, po wystąpieniu wydarzeń wstępu i 11-stronicowy plan „Orlego Pazura”.

W środku – wiele utrudniających czytanie błędów interpunkcyjnych, trochę ortograficznych a nawet kilka merytorycznych (coś z liczeniem nie tak). Choć mechanika rozpisana jest dość szczegółowo, nie ma tu współczynników, lecz odnośniki do stron w podręczniku głównym – super, bardzo doceniam.

Wszystko to wskazuje mi na to, że mamy po prostu do czynienia z niedopracowanym lochem. Tyle, że na statku.

TREŚĆ

Gdyby nie nawiązania do „Piratów z Karaibów” czy anglosaskich opowieści marynistycznych, nigdy chyba nie przedarłabym się przez tę ścianę tekstu, choć od momentu, gdy startuje opis wydarzeń, wygląda to nawet nieźle. Mamy tu mikrointrygę, która zasadza się na działaniu pod przykryciem na zamkniętej przestrzeni, w celu identyfikacji przemytnika i odnalezienia szmuglowanie przez niego artefaktu. Wygląda na zalążek śledztwa, ale mam co do tego wątpliwości – nagminnie brakuje mi tu informacji o interakcji między bohaterami Graczy a niezależnymi (np. jak w scenie, gdzie autor informuje, że kapitan odpowie na wszystkie pytania bohaterów, tylko nie mówi co ów w zasadzie wie i jakich wskazówek może im udzielić).

Ciąg zaproponowanych przez autora wydarzeń jest logiczny, choć w oczy kole, że jednowątkowy. Gracze mogą robić tylko to, po co znaleźli się na statku i nie uświadczymy tam żadnych aktywności pobocznych, bo za chwilę i tak gra przestanie udawać, że prowadzimy śledztwo. Celem jest zwiedzanie statku. Wyłącznie.

Na szczęście jeszcze w fazie działania, oczekiwane przez autora rezultaty można rzeczywiście rozwiązać na kilkuset różnych sposobów, więc nie czuje się jakby odbierano Graczom sprawczość. Co ciekawe – mamy tu fajny zwrot akcji, gdy zadanie realizowane przez nich od początku sesji okazuje się tylko pretekstem, żeby być w tym miejscu o właściwym czasie i doświadczyć pirackiego abordażu, i mnie bardzo podoba się ten nagły i nieoczekiwany zwrot akcji. 

Sam abordaż opisany jest świetnie. Znajdziemy tu wszystko co trzeba: brawurę, chaos a nawet trochę zaskakującej w tym miejscu, ale dobrze dobranej makabry. I tu się w zasadzie gra kończy, jest nawet info, że tylko do tego momentu przysługują Graczom nagrody za sesję. Po ataku piratów scenariusz zmienia się bowiem nie do poznania i w zasadzie przestaje być scenariuszem. Wracamy do opisu okrętu, tak szczegółowego, jakby to był protokół jego przeszukania. 

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Zapoznawanie się z tą publikacją było jednym z najbardziej męczących dla mnie zadań podczas tegorocznego Quentina. Ściana tekstu, z drobiazgowymi opisani wszystkich pokładów i pomieszczeń po kolei i których nie sposób zapamiętać, to nie jest forma przyjazna dla jakiegokolwiek Prowadzącego (nie wspominając już o czytającym). 

O ile więc nie mam problemów z lochami jako takimi, a nawet zdarza mi się takimi cieszyć jako Graczka, tak tutaj uważam co następuje: gdyby autor tekstu wysłał go na konkurs opisu lokacji do gry komputerowej, którą potem trzeba oprogramować i ugraficznić, to złego słowa bym nie rzekła. A tak mówię: jeśli potrzebujesz wielopoziomowego dungeonu na okręcie kosmicznym w „Dark Heresy” – to… nawet wtedy zastanów się dwa razy. I to pomimo iż motyw z Davy’m, oj przepraszam, Dejvy’m Jonesem – superro!

[collapse]

Bliźnięta z Calamochy

Bliźnięta z Calamochy – Michał Przygodzki

Edycja: 2022

System: October Rust

Setting: Historyczny (Półwysep Iberyjski pod koniec XV wieku)

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Opis:

Społeczność aragońskiej wsi Calamocha pragnie spalić na stosie dwóch transmężczyzn oraz “wiedźmę”, aby dać upust swoim napięciom. Dla rodu szlacheckiego de Calamocha to okazja, aby zaspokoić swoją wiarę w Pakt, który rzekomo go chroni. Wmieszany jest w to inkwizytor, wezwany do wydawałoby się wiejskiej awantury…
Tylko od Was zależy, czy trzy niewinne osoby zostaną uratowane!

Spoiler

Marysia Borys-Piątkowska

Rozumiem powagę i aktualność tematu, który poruszył w tym tekście autor. Osobiście jednak – ta praca podobała by mi się bardziej, gdyby wspomniane trans bliźnięta nie odgrywały tu roli ofiar, a bohaterów (moze i nawet bohaterow graczy), którzy wspomagają BG w uratowaniu wiedźmy. Mogliby rezonować z problemem piętnowania wiedźmy i ostatecznie pomóc oczyścić ja z zarzutów, stawiajac sobie za cel ‘ochronę mniejszosci/ochronę piętnowanych’. Uwazam, ze takie ujęcie byloby duzo korztystniejsze dla przedstawionego tu problemu. Ale, to wyłącznie moja opinia.

W kwestii merytoryczności i grywalności – brakuje mi tutaj jakiegoś twistu. Od początku BG mają jasny cel (co jest fajne), ale ja jako odbiorca od początku wiem, ze nasza trójka jest niewinna, nie zaskoczy mnie nic, musze poprostu ich uratowac. Duzo ciekawiej dla fabuly byloby dodac zwrot akcji, ktory wprowadzilby pewien konflikt moralny – moze bliznieta dopuscili sie czegos, za co faktycznie powinni zostac ukarani i co namiętnie probowaliby tuszować. Taki zabieg dodałby więcej kontrastujących ze sobą emocji, ergo

wpłynąć na decyzję i zachowania graczy. Wybór nie byłby taki prosty – uratowac czy nie, wierzyć im czy nie? Tak samo rola cyruliczki moglaby byc bardziej rozwinieta – brak mi tu zwyklej motywacji, która mogłaby stanowić o jakims sekrecie skrywanym przez Veronicę i ergo zmusic ja do podjecia pomocy bliznietom, mimo wiadomej grozby inkwizycji.

Przygoda bardziej przypomina scenę z postawioną jasno tezą, nizeli pełnoprawny scenariusz. Oczywiscie rozumiem, ze jest to wpisane w konwencję October Rust, co Autor bardzo klarownie tłumaczy, tym niemniej nie do konca umiem ocenić ten tekst jako scenariusz. To jasno i logicznie postawiony konflikt, w ktorym moze brakuje tzw. drugiego dna, ale z drugiej strony wrzuca BG w gotową sytuację do rozwiązania. Mamy tu rozne strony tego konfliktu, duzo przeszkod na drodze i faktyczny wplyw graczy na ostateczny wynik (choć ten zaklada proste rozwiązanie A lub B). Niemniej, w mojej sesji chętnie taki wątek bym wprowadziła i skorzystalabym z gotowego tutaj modułu.

W obliczu wielu innych rozbudowanych prac, które w tym roku przyszły na konkurs, nie widzę niniejszego tekstu w finale, ale uwazam, ze jest to solidna, przemyslana praca, dostosowana do systemu, ktory Autor sobie wybrał.

PS. Przydałaby się redakcja językowa.

Piotr Cichy

Cieszę się, że ta praca skłoniła mnie wreszcie do porządnego wczytania się w October Rust, całkiem interesującą gierkę. Nadal jeszcze w nią nie zagrałem, ale może kiedyś?

Nie podoba mi się w pracy wysłanej na konkurs pozostawienie pytań i odpowiedzi w języku angielskim. Rozumiem, że ich wybór to początek rozgrywki, jak jest to opisane w podręczniku do gry, ale pozostawienie ich po angielsku w niczym nie pomaga, a jedynie burzy spójność redakcji i utrudnia skorzystanie ze scenariusza osobom gorzej znającym ten język.

„The dominant religion refuses to acknowledge the desperate need for reform.” Nie widzę, żeby ten scenariusz zajmował się reformami w kościele katolickim. Jako pomoc w improwizacji pozostawienie gotowych odpowiedzi nie jest złym pomysłem, ale jak się decydujemy napisać gotowy scenariusz, warto dodać coś oryginalnego – co zresztą, jak widzę, miało miejsce przy odpowiedzi na pytanie o wrogów czy przy zamianie deszczu w burzę piaskową.

W ogóle dosyć dwuznaczne jest napisanie scenariusza do systemu opartego na improwizacji. Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby szersze przygotowanie sytuacji – dokładniejsze opisanie jej elementów, które mogą mieć wpływ na rozgrywkę. Takie podejście poza samym pomysłem dałoby też konkretną dodatkową pomoc do poprowadzenia sesji. Podejrzewam, że autor nie zdecydował się na takie podejście z obawy przed railroadem, narzuceniem przez osobę prowadzącą sesję zbyt wiele rzeczy we wspólnej fikcji. Niestety, efekt nie jest – moim zdaniem – satysfakcjonujący. Nie będziemy mieli pełnej improwizacji ani też pełnego scenariusza do rozegrania.

To w ogóle jest kwestia wyboru systemu do pracy, którą chce się zaprezentować w konkursie. Jeśli wybierzemy system, który ma sztywną strukturę sesji i wiele rzeczy z góry założonych, to w praktyce napisany scenariusz mniej będzie mógł do tego dodać – a właśnie ten wkład jest tutaj oceniany. Nie oceniamy systemu, ale scenariusz. Moim zdaniem w „Bliźniętach z Calamochy” mamy za mało nowych rzeczy opartych o oryginalne, ciekawe pomysły autora scenariusza, żeby tę pracę wysoko ocenić.

Paweł Jakub Domownik

Nie jest fanem systemów o typu „October rust”. Osiągają to samo co torodrogujący mg, używając do tego doskonale dobranej mechaniki i struktury. To, co zostaje BG to słynna jajówa — bezcelowe odgrywanie postaci siedzących w wagoniku.

Trudno mi więc oceniać scenariusz, który jest na tę jajecznicę przepisem. Przyznaje, że atakuje poważne tematy z właściwą delikatnością, jest super dopasowany do systemu. Osiąga mistrzostwo w przejrzystym i skrótowym przekazywaniu informacji. 

Mam problem z tym, że nie wiem, jak skierować reflektor na BG, nie mam żadnych wskazówek, które pomogą nam ustalić, dlaczego sprawa palonych na stosie stanie się ostatnia reduta akurat naszych bohaterów. 

Wstrzymam swoją ocenę.

Ola Durlej

“Bliźnięta” od pierwszych znaków mocno mnie odrzuciły, jednak wraz z czytaniem zyskiwały na ocenie.

Na pierwszy rzut oka scenariusz wydaje się prosty i czytelny, jednak czytanie dłuższych wypowiedzi kursywą, duża ilość czcionek i brak konsekwencji w ich stosowaniu, jak również błędy interpunkcyjne mocno utrudniały mi zapoznanie się z tym materiałem. Ciężko było mi też przebić się przez nagromadzenie wykrzykników, oraz nietypowo skonstruowane zdania. To są kwestie, które łatwo poprawić przy użyciu gotowych narzędzi, a mocno poprawią odbiór tekstu.

Warta docenienia jest jego długość – to tylko 5 stron, na których zmieściły się wszystkie niezbędne informacje. To godna podziwu zwięzłość, o którą zazwyczaj trudno. Pozwala to na poprowadzenie przygody niemal bez przygotowania, co bywa bardzo wygodne.

Jednocześnie, scenariusz podnosi trudną tematykę i robi to z wymaganą delikatnością. Osoba autorska dba o zaznaczenie triggerów, postacie, mimo że opisane pokrótce, są dość chatakterystyczne, a ich motywacje jasne.

Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że ta przygoda niczym wagonik prowadzi graczy i MG przez kolejne stacje, nie pozwalając dojechać do końca bez odwiedzenia wszystkich z nich. Ogranicza to bardzo możliwości działania postaciom graczy.

Marek Golonka

—————————–

Patrycja Olchowy

Ta pozycja przypomina mi nieco problem, jaki miałam ze scenariuszem do systemu Psy w winnicy w jednej z minionych edycji. Na ile jest to scenariusz, a na ile po prostu założenia sesji rozpisane zgodnie ze schematem przedstawionym w podręczniku? Plus, który normalnie by się tu pojawił za krótką, przejrzystą formę, nie jest do końca zasługą autora scenariusza, a samego systemu. Tematyka mnie również nie porwała, bo choć koncept mógłby być ciekawym i trudnym problemem, tak został on zbyt płytko przedstawiony, by móc potraktować go poważnie. Przydałaby się redakcja tekstu, sensowniejszy skład oraz przetłumaczenie angielskich wstawek z podaniem angielskiego oryginału dla łatwości operowania podręcznikiem. Na Quentina stanowczo za mało.

Wojciech Rosiński

Przygoda gdzie głównym antagonistą jest Jan Paweł chcący spalić na stosie dwie osoby transpłciowe, automatyczne 21/37 punktów.

A tak na serio, to z mojego punktu widzenia scenariusz powinien wykorzystywać mocne strony systemu. W tym wypadku ta strona powinien być brak scenariusza tak wiec mamy tu błąd koncepcji. Z resztą autor przyznaje się do tego sam na początku tekstu. Do tego tragedia dla mnie jest to, że część kluczowych elementów jest nie przetłumaczona. Bije od tego lenistwem i niestety bardzo negatywnie nastawia do scenariusza. Skoro autorowi nie chce się go porządnie spisać to czemu mi chciałoby się go poprowadzic?

Janek Sielicki

October Rust to system, który z założenia nie opiera się na gotowych przygodach, co może być trudne dla osób nowych. „Bliźnięta” starają się pomóc, oferując założenia, czy też raczej sytuację startową, postacie niezależne i odpowiednie komplikacje.

Cała praca mocno wspiera mechanikę gry, często się do niej odwołując, przypominając zasady i oferując rozwiązania. Mamy też krótko, ale konkretnie rozpisane postacie niezależne.

Jestem pełen podziwu dla autora/autorki, że na zaledwie pięciu stronach zdołała zamieścić wszystkie informacje potrzebne do poprowadzenia przygody, nie przygniatając czytelników na przykład wykładem historycznym. To ogromny plus! Całość jest też czytelnie przedstawiona i zaplanowana. Natomiast wydaje mi się, że wszystko by lepiej zagrało, gdyby zaoferowano nam konkretne zahaczki dla każdej osoby grającej (ty jesteś kowalem, ty jesteś wędrownym kupcem itp.).

Fabuła może wydać się kontrowersyjna (ale mamy podane triggery) i każda grupa musi samodzielnie zdecydować czy jest na tyle dojrzała, by ten dość jednak mocny scenariusz rozgrywać i nie spłycić trudności osób trans do rozrywki przy czipsach.

Podsumowując: średnia, raczej poprawna niszowa przygoda, czy też raczej sytuacja rozpoczynająca przygodę.

Michał Sołtysiak

Jeśli w pierwszym zdaniu dostajemy następująca informację: „Społeczność aragońskiej wsi Calamocha pragnie spalić na stosie dwóch transmężczyzn oraz „wiedźmę”, aby dać upust swoim napięciom”, to się poważnie zastanawiam, czy autor umie pisać „po polsku”. Tania Sensacyjność swoją drogą, ale gramatyka, ortografia i anglicyzmy w dalszej części, w rodzaju „prep”, „trigger” itd. mnie odrzucają, bo rozumiem, że to swoisty idiolekt, ale są granice. Podobnie zastanawia nieprzetłumaczenie pomocy do gry z pytaniami z systemu, który może nie został wydany w Polsce, ale nic nie stało temu na przeszkodzie. Nie rozumiem tego zabiegu, bo nic go nie uzasadnia, ani trudność w tłumaczeniu, ani nie ma tu idiomów lub czegokolwiek nieprzekładalnego już nawet z podstawową znajomością języka angielskiego. To ma być scenariusz do użytku dla ludzi, a nie własne notatki, gdzie nie obowiązują żadne zasady.

Autor niestety również fabularnie się nie popisał. Stworzył bardzo chaotyczny scenariusz do systemu October Rust, o czasach Inkwizycji w XV Hiszpanii i próbie spalenia niewinnych etc. Nie będę się odnosił do rzeczywistej sytuacji, historiografii, stanu naszej wiedzy itd. Miałbym trochę uwag, ale to nie jest duży problem.

Kłopotem jest sama fabuła. Autor, ogólnie rzecz biorąc, nakreślił sytuację dramatyczną. Szafuje przy tym anglicyzmami i stara się przekonać czytelnika, że to scenariusz realizujący ideę systemu. Niestety October Rust wymaga, by postacie dotarły do swojej „ostatniej reduty”, a więc wymaga sytuacji dramatycznej, gdzie bohaterowie mają aż nadto motywacji do działania i jest to ich OSTATNIA WALKA/OSTATNI KONFLIKT (z naciskiem na ostatni). Tutaj jedyną motywacją jest fakt, że spalą niewinnych z powodu nietolerancji dla transseksualizmu. To nie jest OSTATNIA WALKA bohaterów z niegodziwym światem! Nie mamy żadnych wzmianek, dlaczego akurat postacie graczy są jedynymi obrońcami skazańców i czy coś im grozi, co sprawia, że ma to być ich „bój ostatni”. Nie ma żadnej wzmianki również, kim mają być postacie, by mogły realizować swoje role w fabule. Zasadniczo autor chyba zapomniała o nich.

Krótko mówiąc, bardzo źle napisana przygoda, niewykorzystująca systemu, do którego została przygotowana z ewidentnymi brakami, dotyczącymi najważniejszego elementu fabuły w RPG, czyli bohaterów graczy. Odradzam.

Andrzej Stój

Jeden ze słabszych tekstów tej edycji. Jedynym plusem jest niewielka objętość tekstu, jest to jednak słaba pociecha. Drużyna chcąca zagrać w October Rust z pewnością wymyśliłaby ciekawszą, bardziej angażującą historię w czasie potrzebnym na przeczytanie tego scenariusza.

Nie kupuję czarno-białego, naiwnego tła tej opowieści. Zły ksiądz, zły inkwizytor, zła szlachta, zły tłum wieśniaków, nawet psy są tutaj złe. W opozycji do tego zestawione są Bliźnięta, które nie wiadomo czy jedynie przebrały się w męskie stroje i przyjęły nowe imiona, czy też faktycznie stały się mężczyznami. Zgadywałbym, że to pierwsze, ale w tekście jest mowa o Pakcie, który może być prawdziwy.

Założeniem systemu October Rust jest (pomijając improwizowanie tła rozgrywki przez uczestników sesji) podjęcie ostatniej walki przez bohaterów. W tym tekście postacie domyślnie są osobami znikąd, mieszającymi się w cudzą historię z niewiadomego powodu. Graczy czeka kawał roboty, by wpasować swoje postacie w scenariusz tak, by ich obecność i starania miały sens. To kolejny argument by zamiast się męczyć z tą historią, po prostu wymyślić własną.

Sytuacji nie poprawia chaotyczny język tekstu. Kolejne sugestie dotyczące rozgrywki jedynie zabierają swobodę uczestnikom sesji, nie przynosząc w zamian wiele korzyści.

Mam wrażenie, że jest to – nieudana – próba promocji October Rust, opierająca się na przekonaniu, że współcześnie ważny temat (problemy mniejszości) z automatu poprawi odbiór. Nie poprawia.

Asia Wiewiórska

Aragonia, czyli region w którym leży tytułowa Calamocha, to obszar, w którym w XV wieku przeprowadzono wiele inkwizycyjnych procesów czarownic. Nie jestem pewna czy to akurat rola scenariusza do gry RPG, ale wiem to tylko dlatego, że publikacja niebagatelnie zainspirowała mnie do takich poszukiwań.

FORMA

Ładna rzecz, skomponowana na klimatycznym tle z dbałością o wizualną czytelność. I rzeczywiście – poszczególne rozdziały, ramki, wytłuszczone hasła, dość płynnie poprowadziły mnie przez całą zawartość, nawet pomimo bardzo irytującej praktyki umieszczania różnej wielkości czcionek w jednym zdaniu.

Niestety sam tekst nie jest czytelny, a powiedziałabym nawet – bałaganiarski, co niekiedy bardzo trudno zrozumieć: czasami stosuje pasywne opisy, czasami zwraca się bezpośrednio do Prowadzącego a czasami do wszystkich uczestników gry. Czasami pojawiają się nieoczekiwane wyliczenia od myślników a czasami akapity, które mają całe jedno zdanie i fajrant.

Na szczęście scenariusz jest krótki, choć te cztery strony jak dla mnie w zupełności wystarczą, aby wyrzeźbić z niego coś ciekawego. Wbrew przewidywaniom, jest tam całkiem sporo do zagrania, choć nie mam wątpliwości, że nie jest to gra dla początkujących Prowadzących.

Bardzo chaotycznie prowadzona jest tu także część mechaniczna. Elementy korespondujące ze strukturą “October Rust” pojawiają się w tekście w trochę losowych momentach, pomimo iż moim zdaniem spokojnie można byłoby najpierw zaznaczyć propozycje/rozwiązania/opcje fabularne, potem wskazać przeszkody a na końcu objaśnić jak te konfliktu przeprowadzić z wykorzystaniem mechaniki systemu.

Mam też poczucie, że fragment o inkwizycji jest tu całkowicie zbędnym wypełniaczem. Na poziomie podstawowym każdy kojarzy czym jest inkwizycja a do zagrania w “Bliźnięta” wcale nie jest potrzebna bardziej szczegółowa wiedza, zwłaszcza, że sam inkwizytor jest całkiem nieźle rozpisany w ostatnim rozdziale publikacji.

Nie sposób też nie przyznać, że w tekście jest zatrzęsienie niepotrzebnych i chwilami bardzo nieoczekiwanych emocji: wykrzykników, podkreśleń, wyrazistego języka ocennego. I tak sobie jednak myślę, że to nie publikacja powinna szarpać nerwy, lecz rozegrana na jej podstawie sesja. Szkoda, bo tekst staje się przez to znacznie mniej użytkowy niż na to zasługuje. Bo sam poziom emocji potencjalnej sesji – jak dla mnie miodzio!

TREŚĆ

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że ja kocham realistyczne settingi historyczne, chociaż tutaj, głównie przez wzgląd na niektóre wybory, decyzje czy zachowania bohaterów niezależnych, mam wątpliwość, czy nie jest to jednak fantastyczna wersja takich historycznych realiów. Nie na tyle jednak znam XV-wieczną Hiszpanię, żeby się na ten temat rzeczowo wypowiedzieć. Opowieści o wojnach religijnych, polowaniu na czarownice i agresywnej homofobii często pojawiają się na moich sesjach, choć raczej w settingach bliższych naszym czasom. Nie mogę więc nie docenić tematyki i wiem z praktyki, że sięgając po te wątki można stworzyć na sesji naprawdę mocne sceny.

I “Bliźnięta” bardzo o to zabiegają, choćby tym, że wszyscy bohaterowie są z góry zaangażowani w konflikt już w przedakcji. Nie ma tu miejsca na wybrzydzanie na jaką interwencję mogą sobie pozwolić, bo są już w samym centrum wydarzeń. I to jest doskonały przykład jak można umieścić bohaterów Graczy w fabule in-media-res. Już na samym początku skomponowano dynamiczną i pełną napięcia scenę z bardzo wysoką stawką – i ja totalnie uwielbiam takie początki!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Choć początkowo trochę trudno mi było stwierdzić, czy jest to opowieść o rodzie szlacheckim zaangażowanym w mroczny kult czy o homofobii, chciwości i okrucieństwie, ale po przeczytaniu całości uznaję, że w tekście aspekty te wcale się nie wykluczają i obawiam się tylko, że przy takiej dawce akcji i emocji już na samym początku, trudno będzie odkryć lub “rozwiązać” wszystkie najciekawsze wątki tej opowieści. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że ten scenariusz bohaterami niezależnymi stoi. Są re-we-la-cyj-ni, łykam ich backstory jak młody pelikan i chętnie obejrzałabym o nich film fabularny.

To natomiast co najbardziej szkodzi publikacji “Bliźnięta z Calamochy” to chaos i rozbuchane emocje. I myślę, że gdyby jedne i drugie powściągnąć i utrzymać w ryzach, porządnie przepisać, zredagować i wyjaśnić kilka wątpliwych teraz kwestii, byłby z tego solidny, mroczny i niejednoznaczny scenariusz, który z przyjemnością zaprosiłabym do swojego stołu. Póki co nie zagram w tą przygodę “as-is”, ale być może zaadoptuję przedstawionych tu bohaterów niezależnych i główny wątek fabularny do swoich projektów.

[collapse]

Przygoda bez tytułu

Przygoda – Ireneusz Worek

Edycja: Express 2021

System: dowolny

Setting: czasy współczesne

Gotowa mechanika: brak

Liczba graczy: dowolna

Gotowe postacie: Nie

Liczba sesji: 1 (?)

Opis: W mieście/wiosce trwa coroczny konkurs na najlepszego wędkarza. Zawodnicy należą do jednego z dwóch obozów Sumów lub Szczupaków.

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Przygoda na podstawie znanej copypasty o ojcu, fantatyku wędkarstwa, w konwencji nasuwającej skojarzenia z Wilqiem Superbohaterem. Przezabawna! Do tego dochodzą różnorodne wyzwania dla graczy (rozmowa -> opcjonalna walka -> śledztwo -> otwarty konflit z wędkarzem -> finałowa konfrontacja), duże pole do manewru podczas poszczególnych spotkań i bardzo barwne postacie (takich bohaterów niezależnych często próżno szukać w przygodach długich, poważnych, wydawanych drukiem). Zwróćcie uwagę, Czytelnicy, jak początkowe zlecenie od Młodego (wybicie ryb w jeziorze) i okazywana od samego początku niechęć do ryb antycypuje jego szalone, rybobójcze zapędy w finale! Minusem pozostaje względnie słaba motywacja graczy (nie każdy załapie się na wyrzuty sumienia), ale komediowa konwencja to przełknie. Swoją drogą, jakby odrobinę zmniejszyć poziom absurdu, byłby z tego solidny jednostrzał do D&D czy innego Warhammera.

Rybia plaga

Rybia plaga – Izma

Edycja: Express 2021

System: dowolny

Setting: czasy współczesne

Gotowa mechanika: brak

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: Nie

Liczba sesji: 1

Opis: W wiosce rybackiej ostatnimi czasy znikają ludzie. Postaci graczy będę skłonni zainteresować się sprawą zniknięcia ojca i wuja jednego z nich, a co odkryją w pobliskich lasach to już ich zmartwienie i sprawa co z tym zrobią.

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Scenariusz poświęca dużo uwagi na opisy. Nie polecamy tego rozwiązania przy pisaniu przygody w godzinę, niemniej… w “Rybiej pladze” opisy razem z nieoczekiwanym, krwawym zwrotem akcji wpływają na niepokojący klimat, poczucie, że coś jest nie tak. Mieliśmy w Kapitule skojarzenia z midnight movies. Poza wstępem przygoda składa się z jednego, otwartego wyzwania, co jest całkiem solidną opcją dla scenariusza do rozegrania podczas jednej, krótkiej sesji.

Najlepsi przyjaciele człowieka

Zwycięzca Quentina Express

Najlepsi przyjaciele człowieka – Jakub “Gachu” Gachowski

Edycja: Express 2021

System: autorski

Setting: mieszkanie

Gotowa mechanika: pełne zasady gry

Liczba graczy: 1-4

Gotowe postacie: Tak!

Liczba sesji: 1

Opis: Znany ichtiolog – profesor Alojzy Sum stworzył nowy gatunek złotej rybki – srebrną złotą rybkę! Brzmi absurdalnie, ale tak wyjątkowe odkrycie przyciągnęło uwagę Witolda Szczupaka. Witold to nikczemny rywal profesora, który wkrótce włamie się do mieszkania Alojzego z zamiarem ukradnięcia srebrnej złotej rybki! Na szczęście wierne zwierzaki domowe Alojzego wyczuwają niebezpieczeństwo i już szykują się na powstrzymanie włamywacza!

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Mamy konflikt, mamy dramaturgię (główny zły wzywa wsparcie), mamy uroczy pomysł i otwarte wyzwanie dla graczy. Czego chcieć więcej? Może dokładniejszego opisu mieszkania, w którym toczy się akcja – ale i bez niego wszyscy powinni się dobrze bawić. Krótka i zabawna przygoda imprezowa, naszym zdaniem zasługująca na zwycięstwo w konkursie.