Gore

Scenariusz Konkursowy:

Gore Marcin Kudla

System: Nowy Świat Mroku

Setting: Współczesne miasto i hotel z lat 60.

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: dowolna

Gotowe postacie: brak

Ilość sesji: brak sprecyzowania, raczej jedna

Dodatki: brak

Opis: Stary przyjaciel prosi bohaterów, by odzyskali pewien przedmiot, który podarował ukochanej (która już nie żyje), by sam mógł zaznać spokoju. Spełniając jego prośbę trafiają do upiornego hotelu, co do którego nie ma pewności, czy naprawdę istnieje, a zamieszkujący go ludzi są naprawdę żywi. Ich celem, poza ujściem z życiem, będzie rozwikłanie zagadki tego miejsca.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Po lekturze „Gore” poczułem lekki niesmak i to nie ze względu na drastyczne, nieapetyczne treści. Autor przedstawia sprytny w jego mniemaniu sposób na wykiwanie graczy – zmyłka polega na zasugerowaniu, że przygoda oparta jest na motywach opowiadania Stephena Kinga pt. „Mgła”. Tymczasem scenariusz inspirowany jest powieścią „Lśnienie” tegoż autora, o czym twórca nie raczył wspomnieć. Zresztą tekstowi bliżej do opowiadania niż do scenariusza, ponieważ gracze mają w „Gore” niewiele do roboty, a jeśli mogą już coś zrobić, ich działanie nie ma większego znaczenia dla historii.

Rzecz jest stanowczo przegadana i chociaż nie wykluczam, że da się na podstawie tekstu poprowadzić przygodę, bez większych zmian będzie to po prostu kolejna przygoda o nawiedzonym hotelu zła, z retrospekcjami i denerwującymi zagadkami. Tekst polecam zatwardziałym miłośnikom grozy. Oni i inni czytelnicy docenią zapewne scenę przenikania się rzeczywistości, w której bohaterowie przedzierają się przez mięso w rzeźni. W tym jednym miejscu lektury „Gore” powiedziałem do siebie: „mniam!”.

Artur Ganszyniec

Horror eksplorujący klasyczne wątki tajemnicy z przeszłości, nawiedzonego hotelu i przenikających się rzeczywistości. Mam wrażenie, że może z tego powstać ciekawa sesja, jednak sam tekst czytało mi się ciężko. W scenariuszu nie ma zbyt wiele miejsca na inwencję graczy i jest w nim parę miejsc, w których sesja może zacząć się sypać. Czegoś mi w tekście brakowało, tak jakby potencjał pomysłu nie został w pełni wykorzystany.

Zalety: Klasyczny pomysł i wiele elementów, z których można zbudować dobrą sesję grozy.

Wady: Brak mechaniki, spora liniowość.

Jednym zdaniem: Scenariusz, z którego może wyjść fajna sesja grozy – choć nie jest to niestety pewne.

Magdalena Madej-Reputakowska

Słowo scenariusz użyte do Gore byłoby ogromnym nadużyciem. Tekst określić można raczej jako chaotyczny freestyle na klawiaturze.

Postaci graczy zostają wplątane w ciąg nielogicznych wydarzeń, które w zamyśle autora mają imitować poetykę sennego koszmaru lub wizji. Jest to oczywisty błąd, gdyż jak wykazali Jung i Freud sny nie są pozbawione wewnętrznej logiki i konwencja senna ma bardzo wyraźnie określone zasady. Banalna intryga Gore sprowadza się do biegania po piętrach hotelu i podróżach w czasie, które nieudolnie maskują zupełny brak pomysłu.

Autor zdecydowanie za mocno wczuł się w konwencję gore, przez co tekst przypomina poszatkowany piłą mechaniczną kawałek mięsa. Rozczłonkowanie uniemożliwia identyfikację i dokładne określenie, jakie są podstawowe założenia fabuły.

Tomasz Z. Majkowski

Zwykle, kiedy tekst scenariusza zaczyna się od deklaracji, jak to gracze drżeć będą podczas sesji ze strachu, mam złe przeczucia. Jeśli poprawione jest to sosem meta-gry, na przykład sugestią, by wprowadzić graczy w błąd odnośnie inspiracji, jestem dwakroć bardziej podejrzliwy. I zwykle przekonuje się, że sceptycyzm popłaca.

W „Gore”, jak zwykle w takich wypadkach, góra urodziła mysz: po zapowiedziach, jak to będzie straszno a ambitno, dostaliśmy nader cieniutką historyjkę. W dodatku historyjkę dla Mistrza Gry – gracze mogą co prawda załapać się na gapę na noc duchów w Strasznym Hoteliku, ale ani nie dowiedzą się niczego o przyczynach dziwacznego zajścia, ani się nim przejmą – co najwyżej zastanawiać się będą, czy nie stracą aby postaci. Wszystkie podstarzałe legendy srebrnego ekranu, ich lesbijskie romanse i skłonności do czekoladek taktownie pozostaną poza sceną: gracze zobaczą tylko kawałek przyjęcia, zaliczą początek śledztwa, a potem pooglądają zmasakrowane trupy. Doprawdy, włos się jeży.

W pierwszych akapitach tekstu scenariusz przyznaje się do fałszywej inspiracji „Mgłą” Kinga – i doprawdy, zarówno lektura, jak i rozgrywka jest czymś w rodzaju błądzenia we mgle. Niestety, błądzenia na obszarze doskonale znanym i całkiem przewidywalnym. A w takich wypadkach niemożność rozeznania tonącej w tumanach okolicy nie jest przerażająca. Po prostu irytuje.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

Bardzo zły scenariusz. Zacznijmy od tego, że szwankuje wykonanie – tekst jest miejscami urwany, przystępność dla użytkownika jest bardzo niska – po prostu istny mętlik. Co więcej autor ot tak porzuca dobre, nakręcające fabułę pomysły (np. ten z wynajęciem przez ducha), a dla złych graczy proponuje równie złe rozwiązania. Nikt tu też nie ukrywa, że momentami działania graczy są zupełnie bez znaczenia – bo Narrator ma obowiązek ukryć przed nimi intrygę (po co?). Dalej – zdarza się, że następują jakieś wydarzenia, nikt nie wie co sie dzieje i nie ma na nic wpływu, a potem dopiero prowadzący ma zadanie opowiedzieć jakie to wszystko było sprytne. Oj, chyba nie za bardzo. Jakiś pomysł może w tym był, ale zgubił się w drodze z głowy autora na e-papier.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Jest opis, o co będzie chodziło. To zawsze ułatwia „pracę” MG.
  2. Ciekawy chwyt z wykorzystaniem horroru naprawdę widzianego przez graczy. O ile nie ma służyć wywołaniu strachu, a jedynie napięcia – ciekawe i warto zapamiętać. Można zresztą wykorzystać ten chwyt także z innymi gatunkami, sugerując, że będzie się prowadziło w takiej konwencji.

Na nie:

  1. Autor pisze: „Pragnę by w tej przygodzie poczuli prawdziwy strach, ten wywołany ich własnym charakterem,” – Gry fabularne nie powinny służyć wywoływaniu PRAWDZIWEGO strachu.
  2. Warto dać sobie spokój z takim tonem: „Tak naprawdę prowadzisz na dwóch poziomach. Graczy i postaci w grze, wykorzystuj strach i wyobraźnię obu by wystraszyć graczy. Och, to takie nieuczciwe. Machiavelli byłby z Ciebie dumny.” Scenariusz to tekst użytkowy, a nie forma (i to raczej groteskowa) łechtania ego czytelnika.
  3. Również ten scenariusz zakaził wirus „questowości” (patrz „Sprawa Honoru”). Objawia się on w BARDZO pretekstowej motywacji, rodem z fantasy – odzyskanie przedmiotu, który dało się ukochanej. Pasuje to do zlecającego ducha, ale jakoś słabo do takiego horroru, jaki zapowiada autor. Jeszcze słabiej ten motyw wypada w motywacji psychologicznej jako coś, czego utrata może spowodować cały szereg nieszczęść.
  4. Zły układ scenariusza. Czytający nie ma pojęcia, o co chodzi w fabule, a już dostaje motywacje BNów. Najpierw przydałoby się rozpisać tło, a dopiero potem mówić, co kim kieruje. Przykład: „W tym momencie przypominam, że pomiędzy śmiercią kochanki a przyzwaniem bestii minęło wiele dni, tylko w przygodzie wszystko wydarza się w jedną noc, gdyż wszystkie te wątki doprowadziły do zawalenia hotelu.” – Tymczasem czytający na tym etapie lektury wie tylko tyle, że Hotel się zawalił.
  5. Pojawia się tłum całkowicie niepotrzebnych BNów, ale nieopisany został Przywódca Kultystów (zresztą sami kultyści wydają się zupełnie nie pasować do konwencji).
  6. Autor momentami nie wie, czego chce. Pierwszy akapit opisujący akcję sugeruje, by coś graczom zrobiono, dano kij i marchewkę, ofiarowano coś fajnego, ale też zraniono. A w ostatnim zdaniu akapitu konkluduje: „Nie jest to jednak konieczne.” Wóz albo przewóz, autor ma wiedzieć, co chce zaproponować MG.
  7. Nie trzeba kilka razy powtarzać, jak działa chwyt z niepewnością. Raz na początku wystarczy.
  8. Poważny problem stanowi fakt, że niewiele w scenariuszu istotne już z założenia. Pisze o tym sam autor. Liczy się klimat, ale masa rzeczy, które są opisane – już nie. Po co więc je opisywać? W dobrym scenariuszu nie ma rzeczy nieistotnych, tutaj się od nich roi. Chaos nie oznacza napięcia, lecz dezorientację – a to dwie różne rzeczy.
  9. Tekst ma dwanaście stron. Opis tego, co mogą zacząć robić gracze, znajduje się na ósmej. Mogą zaś zrobić niewiele, bo wszystko dzieje się przed ich oczami, a oni są w stanie najwyżej obserwować rozwój wypadków, gdyż nic ich z tym miejscem nie łączy.
  10. Dochodzenie nie ma znaczenia, co jest frustrujące, bo nic, co gracze zrobią, nie ma znaczenia.
  11. Końcowa sekwencja ucieczki nie pasuje do konwencji.

W trzech słowach:

Już skrót scenariusza, który zamieszcza autor (chwała mu za to!), wskazuje, że fabule nieco brak logiki. Szkoda, że autor tego nie dostrzegł, bo właśnie streszczenie historii zazwyczaj obnaża jej braki. Ale tak naprawdę scenariusz ponosi porażkę przez swoje toksyczne założenia („wywołanie prawdziwego strachu”) i całkowity brak myślenia o graczach.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Tytuł narobił mi apetytu. Gore horror to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych, gdzieś tam we mnie kołatała się nadzieja, że będzie choć trochę krwisto i choć trochę obrzydliwie – myślałem to takich tytułach jak Martwe Zło, Guinea Pig, Cannibal Holocaust, Beyond, Nekromantik (chociaż ponoć lepiej nie przyznawać się do takich skojarzeń) czy choćby słynne Troma movies z Bloodsucking Freaks na czele. Absurd na absurdzie, flaki na flakach, krew na krwi.

Otrzymałem jednak dość udane opowiadanie z dreszczykiem i nawiedzonym hotelem w tle. No właśnie – Gore jest całkiem miłym opowiadaniem, ale jako scenariusz nie sprawdza się wcale – od graczy praktycznie nic nie zależy, są jedynie biernymi widzami wydarzeń i właśnie ten problem sprawia, że nie mogę zaliczyć Gore do tekstów udanych.

Michał Sołtysiak

Nie przepadam za scenariuszami, gdzie postacie graczy trafiają w jakieś miejsce, gdzie ich jedynym zadaniem jest podziwianie intrygi i scen opisywanych przez Mistrza Gry. Ich rola właściwie kończy się na roli obserwatorów, bo nie wolno im przecież zbyt mocno wpływać na „genialne” obrazy scen, stworzone przez prowadzącego.

Taki właśnie problem jest związany z tym scenariuszem. Postacie graczy przenoszą się w czasie do tragicznego dnia z przeszłości i ich rola ogranicza się prawie tylko do obserwacji dramatu, jaki się rozgrywa pomiędzy postaciami odgrywanymi przez prowadzącego. Oczywiście mogą próbować pozyskać więcej wiedzy na temat wydarzeń, ale nie mają realnego wpływu na fabułę. Mogą tylko próbować pojąć genialność i malarskość fabuły.

Nawet na sesjach dziejących się w uniwersum Świata Mroku to duża wada i potrafi naprawdę popsuć zabawę.

plusy:

  • ciekawa lokalizacja przygody i dopracowane postacie BN-ów

minusy:

  • brak realnego wpływu bohaterów na fabułę
  • mała grywalność

Joanna Szaleniec

Przygoda opiera się na fantastycznym pomyśle opartym o wzajemne przenikanie się przeszłości i teraźniejszości, jednak – po raz kolejny w historii Quentina – nie wykorzystuje nawet w małym ułamku własnego potencjału.

Przebieg fabuły jest chaotyczny, rwany, zwroty akcji następują tak szybko, że zastęp interesujących bohaterów niezależnych nie ma okazji odegrać swoich ról, a gracze miotają się w matni, w zasadzie niewiele mając w tej matni do roboty. Dobry Mistrz Gry potrafiłby na pewno stworzyć na bazie tego scenariusza klimat grozy i niesamowitości, jednak autor nie do końca przekazuje jak taki nastrój budować, a jego opisy wydają mi się raczej egzaltowane i wydumane niż realnie użyteczne. Ponadto autor daje Mistrzowi Gry zbyt wiele opcji do wyboru – niby to dobrze, bo przecież na tym polega RPG, ale w efekcie stale wydaje się niezdecydowany jaką wersję przyjąć i ostatecznie nie pisze niczego konkretnego. Podsumowując: świetny materiał na przygodę, a scenariusz – po prostu tylko dobry.

Ulubiony cytat: „Chcemy by gracze stąpali po drucie kolczastym.”

[collapse]

Czasowygrzebywacze

Scenariusz Konkursowy:

Czasowygrzebywacze Przemysław K. Grochulski

System: Deadlands

Setting: Górnicza osada

Gotowa mechanika: oryginalna i dodatkowe autorskie zasady

Modyfikacje zasad: niewielkie, dotyczące dynamiki walki

Ilość graczy: 1 (ew. do 3)

Gotowe postacie: brak

Ilość sesji: 1

Dodatki: brak

Opis: Scenariusz opowiada o pozagrobowej zemście grupy górników. Pięć lat po tragedii, w wyniku której postradali życie, wracają na powierzchnię, by siać strach i spustoszenie. Mordują jednak według specjalnego klucza. Bohater gracza przybywa do miasteczka, by odebrać spadek po krewnej, który to dar losu wciąga go w nieoczekiwane kłopoty. Aby uratować siebie, musi przeprowadzić śledztwo i wyjaśnić zagadkę nieszczęścia sprzed lat.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Dobry scenariusz do Deadlands jest dla mnie zawsze odrobinę lepszy niż dobry scenariusz do większości innych gier. To zaleta systemu, który zwyczajne pomysły zawsze sprzedaje w atrakcyjnym opakowaniu. Czasowygrzebywacze są dobrą przygodą i obok czwórki stawiam plusa. Za ładne opakowanie.

Już na samym początku ujął mnie pomysł ze spadkiem od ciotuni, a jako że lubię historie o duchach wyjątkowo trafiła do mnie opowieść o górnikach, którzy powracają zza grobu, by upomnieć się o swoje srebro. Co więcej dobrego? Narracja prowadzona ze swadą, interesujące postacie, trochę strachu, trochę śmiechu, zwrot akcji oraz ponura i poruszająca legenda w zderzeniu z codziennością małego miasteczka na Dzikim Zachodzie. Historia o upiorach typowa, w końcu wszyscy widzieliśmy „Mgłę” Carpentera, ale przecież Deadlandy ładnie opakowują zwyczajne pomysły.

Co wyszło nie tak? Logika poszukiwań zegarków miejscami kuleje. Ponadto scenariusz jest jedynie horrorem, w którym ciąg z góry ustalonych wydarzeń prowadzi do ponurego finału, a historią detektywistyczną w zdecydowanie mniejszym stopniu niż chciałby autor. Zaserwowana na zakończenie strzelanina rozczarowuje, bo chociaż mieści się w konwencji systemu, mimo wszystko wygląda na wymuszoną puentę. Błądzenie we mgle nie jest dla mnie minusem (choć dla wielu zapewne będzie), ponieważ akurat lubię sobie pobłądzić na sesjach.

Podsumowując „Czasowygrzebywaczy”: jeden z wyróżniających się scenariuszy tej edycji, bez wątpienia wart przeczytania i – po poprawkach – wart poprowadzenia.

Artur Ganszyniec

To jeden z tych scenariuszy, które mogą stać się podstawą dobrej przygody – nie oznacza to jednak, że sam tekst jest dobrym scenariuszem. Oczywiście dobry Szeryf da sobie z nim radę, ale nie będzie mu łatwo. Przygoda przeznaczona jest dla jednego gracza, co bardzo zawęża grono odbiorców, a odgórne ograniczenia, zamykające dostęp do najciekawszych archetypów postaci również nie pomagają. Jaki sens jest grać w Martwe Ziemie, skoro nie można wcielić się w Kanciarza albo Szalonego Naukowca? Warstwa fabularna również skrywa parę pułapek, z których najwięcej kłopotów może przysporzyć wątpliwa motywacja głównego bohatera. Porady mechaniczne można sparafrazować: testuj często spostrzegawczość, ale gdy to konieczne, oszukuj. Wszystko to powoduje, że choć kilka motywów opisanych w tekście spodobało mi się, nie zdecydowałbym się poprowadzić na podstawie tego scenariusza.

Zalety: Parę barwnych postaci pobocznych i całkiem zgrabne zwroty akcji podrzymujące zaangażowanie i uwagę gracza.

Wady: Trudne do dostosowania do drużyny, nie wykorzystuje najciekawszych archetypów Dziwnego Zachodu.

Jednym zdaniem: Niezbyt odkrywczy kryminał dla jednego gracza doprawiony szczyptą horroru.

Magdalena Madej-Reputakowska

Scenariusz został czytelnie i logicznie spisany, dzięki czemu Mistrz Gry, który zdecyduje się go poprowadzić nie będzie musiał poświęcać dodatkowego czasu na przygotowania. Utrzymana w konwencji detektywistycznej fabuła jest wciągająca i interesująca, posiada wiele smaczków i została skonstruowana zgodnie z wymogami gatunku.

Niestety autor w wyjątkowo mało ciekawy sposób zaplanował sposób prezentacji wydarzeń i zdobywania przez postać gracza wskazówek. Bohater otrzymuje gotowe informacje, a detektywistyczny element rozwiązywania zagadki ogranicza się do przemieszczania z miejsca do miejsca. Najbardziej rażącym błędem w prezentacji wymyślonej przez autora tajemnicy z przeszłości jest technika „ataku szczerości”. Mieszkańcy miasteczka w odpowiednim momencie fabuły wyznają potrzebne do dalszego toku opowieści informacje. Taka mechanika scenariusza sprawia, że gracz zostaje sprowadzony do roli widza, który nie ma aktywnego wpływu na wydarzenia.

Tomasz Z. Majkowski

Miało być śledztwo, ale gracz może tylko spóźniać się na różne ważne wydarzenia. Miała być strzelanina, ale przeciwnicy przynoszą na nią kilofy. Miał być nastrój, jest trochę mgły i

bieganiny po niezbyt interesującym miasteczku. Główna tajemnica – sekret srebrnych zegarków – nie daje się wyjaśnić: jedyny gracz otrzymuje za mało informacji, by poznać historię nieszczęsnych górników, a sprytny kalambur z nazwiskami pomordowanch, choć efektowny, zupełnie niczego nie tłumaczy. Wychodzi więc na to, że gracz musi po prostu odsiedzieć na sesji swoje, zanim przyjdą do niego nieumarli przeciwnicy i będzie mógł sięgnąć po wiernego sześciostrzałowa. Trzeba więc postawić sobie pytanie, czy nie lepiej było zacząć od rozwałki z nadgniłymi poszukiwaczami srebra i nie udawać, że przygoda jest o czymś innym?

Moje wątpliwości budzi też czas i miejsce akcji: nie rozumiem zupełnie, dlaczego scenariusz osadzony jest jedenaście lat przed właściwymi „Deadlandami”, zwłaszcza, że oznacza to, iż górnicy poginęli jeszcze przed Pomstą (a więc dlaczego powrócili do życia?). Nie wiem też, czemu za tło wybrano Północ, gdzie niewiele jest miejsca na odcięte od świata osady górnicze, a prawo działa znacznie sprawniej, niż gdzieś na Dziwnym Zachodzie, gdzie szeryfem (czy jego zastępcą) może zostać każdy.

No i jeszcze tytuł: kiedy robiło to Mumio, takie kalambury były urocze. Odkąd w takie gierki zaczynają bawić się wszyscy, męczą.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

Scenariusz dla jednego gracza to ciekawy eksperyment. Czasowygrzebywacze używają tej formuły w połączeniu z detektywistyczną zagadką i opowiastką z dreszczykiem. Tekst czyta się dość dobrze. Stylizacja na Deadlandową pogadankę z czytelnikiem wychodzi różnie – zdarzają się momenty bardzo fajne, ale czasami autor zdecydowanie za bardzo szarżuje. Niestety mam zastrzeżenia do samej akcji. Nasz samotny bohater zostaje bowiem wpuszczony we flipera – odbija się od kolejnych wydarzeń, coraz to nabiera pędu i gdy zaczynam zacierać ręce, że coś z tego będzie… nagle następuje koniec. Tempo wydarzeń jest moim zdaniem zbyt szybkie – raz, że nie ma czasu na oddech, dwa że wydarzenia z przeszłości… naprawdę działo się to tak szybko? Dodatkowo fabuła przypomina mi niektóre z nowych komputerowych przygodówek – musisz tylko grać, żeby akcja toczyła sie do przodu, tak naprawdę nie ma żadnego kombinowania. Podobały mi się na pewno patenty z zegarkami (rozpisanie jako artefakt); myślę też, że na sesji dałoby się osiągnąć odpowiedni klimat. Cóż z tego, kiedy fabuła urywa się zbyt szybko, a nam pozostaje niedosyt – raczej sobie nie pograliśmy.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Na początku dowiadujemy się, o co będzie chodzić. Godne pochwały.
  2. Ten scenariusz PRAWIE jest dobrym śledztwem. Niestety, tylko prawie, a to robi sporą różnicę. Nie zmienia to faktu, że do pewnego momentu gracz może czuć, że rozwiązuje zagadkę.
  3. Nawiązanie do „Mgły”. Proste, klarowne, ale sugestywne.
  4. Ciekawy pomysł na motyw muzyczny do ataków i sugestia jego zastosowania.
  5. Sympatyczny humor, choć miejscami zbyt ciężki (np. dowcip z zegarkiem i burdelem).
  6. Bardzo dobry pomysł na uczynienie z gracza szeryfa.
  7. Zakończenie nr 2 (w odróżnieniu do słabiutkiego nr 1), na które jednak trzeba dać graczowi nieco więcej czasu.

Na nie:

  1. To niestety nie jest idealne śledztwo. W finale to gracz powinien znaleźć Newilla, a nie na odwrót i sam rozwiązać zagadkę. To największa wada „Czasowygrzebywaczy”.
  2. Scenariusz tylko z pozoru jest genericowy, bo BG musi otrzymać konkretną zaszłość w postaci ciotki i jeszcze pasować do archetypu włóczęgi. Jeśli już robi się jednostrzał, warto wymyślić gotową, pasującą do całości postać, tym bardziej, że to solówka. A w takich przypadkach bohater to 90% sukcesu.
  3. Wszystko dzieje się trochę zbyt szybko. Ataków jest za dużo, następują jeden za drugim i to jeszcze z sugestią, by na sesji oddzielała je konkretna przerwa. Brakuje nieco spokojniejszego wejścia w miasteczko, poznania ludzi, chwili oddechu.
  4. W określeniu settingu przydałoby się trochę doprecyzować otoczenie, np. warunki atmosferyczne, by współgrały z nadchodzącą mgłą. W kryminałach to się przydaje.
  5. Ponieważ to jest śledztwo, to gracz powinien zadawać pytania na podstawie wskazówek, które wcześniej otrzymał. Tutaj dopiero na miejscu drugiej zbrodni zauważa, że ofiara ma zegarek, podczas gdy powinien to zobaczyć już przy pierwszej (w końcu sam taki posiada).

W trzech słowach:

To całkiem dobry scenariusz, z paroma ciekawymi motywami, ale klasycznym błędem przygód-śledztw, w których gracz na koniec nie ma wiele do powiedzenia. Zagadkę rozwiązuje BN, co skutecznie niszczy cały pozytywny efekt.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Przez pierwszych kilka stron Czasowygrzebaczy byłem dobrej myśli. Konstrukcja tekstu nie budzi zastrzeżeń – informacje podane są w sposób uporządkowany i klarowny. Tytułowi czasowygrzebacze przedstawieni są dokładnie. Pomysł z przypisaniem żywym trupom motywu dźwiękowego również uznaję za ciekawy. Tekst jest przyjemny w odbiorze, a kilka dowcipnych uwag autora z pewnością wywoła uśmiech odbiorcy. Przyznam szczerze – przez pierwszych kilka stron sądziłem, że znalazłem swego faworyta w tej edycji.

Później jednak na jaw wyszły dość poważne wady scenariusza. W Czasowygrzebaczach fabuła składa się z dwóch głównych elementów – śledztwa i mordobicia. Do mordobicia nie mam zastrzeżeń – wyeksponowanie podanych przez autora efektów specjalnych (mgła, czerwone ślepia majaczące tu i tam) może doprowadzić do naprawdę emocjonującego i dramatycznego starcia. Ale śledztwo jest problemem. Jego główną wadą jest to, że rozwiązuje się niemalże samo – ciężko mi wyobrazić sobie gracza, który będzie się nad nim głowił. Wszelkie potrzebne informacje zostaną podane prawie na tacy. Jednak wartość zdobytych informacji nie jest aż tak wielka – jeden truposz w tą, czy w tamtą aż tak nie wpływa na wielki finał.

I jeszcze jedno – a co się stanie, gdy BG wywali zegarek w diabły? Wtedy też zombie przyjdą? I co się stanie, gdy bestie skompletują zegarki? Umrą spokojne? Wpadną w szał niszczenia?

Czasowygrzebacze, to scenariusz, który może zaowocować udaną sesją, chociaż prawdopodobnie potencjalny MG będzie musiał dopracować nieco element śledztwa.

Michał Sołtysiak

Scenariusze do Deadlandów powinny być czymś więcej niż zwykłym horrorem na Dzikim Zachodzie. Świat tej gry jest pełen fajerwerków i w momencie gdy się tworzy prosty jak drut scenariusz, nie pozwalający wykorzystać wszelkich genialnych motywów z systemu, to pojawia się niedosyt. Takie dokładnie miałem odczucie czytając Czasowygrzebywaczy, Czułem. że czytam scenariusz jakich jest dużo, w którym mamy motyw zemsty, mamy potwora, ale za to brak Martwych Ziem.

Drugą słabością jest fakt, że to scenariusz tylko dla jednej osoby, która chodzi i chodzi, ale tak naprawdę ma mały wpływ na fabułę. Rozwija się ona bez niego, a jemu pozostaje tylko reagować. Dodatkowo na logikę sądząc, zbyt wczesne rozwikłanie zagadki potworów spowoduje, że postać gracza zginie, bo będzie musiała zmierzyć się ze zbyt wieloma przeciwnikami.

Zastanawiam się, czy autor poprowadził ten scenariusz, bo może wtedy by zauważył, że typowy gracz może się nudzić po prostu.

plusy:

  • sprawnie napisany i z charakterystykami

minusy:

  • mało elementów uniwersum Deadlands i klimatu systemu
  • tylko dla jednego gracza
  • mały wpływ gracza na fabułę

Joanna Szaleniec

Zalety tej przygody (poza chytrze ukutym tytułem) to przede wszystkim umiejętne wplątanie gracza w fabułę i umieszczenie go w samym centrum intrygi, a ponadto prawidłowe prowadzenie śledztwa. Działania gracza mają decydujący wpływ na przebieg fabuły, a informacje są dawkowane po odrobinie, by miał okazję podążać po nitce do kłębka. Niestety ostatecznie okazuje się, że składanie skomplikowanej układanki nie miało większego znaczenia dla finału. W kulminacyjnej scenie dochodzi do absolutnie klasycznej rozwalanki z umarlakami – niezależnie od tego, czy gracz wie o nich wiele czy nic, bo wiedza uzyskana w czasie śledztwa prowadzi do wyjaśnienia, ale nie ułatwia wcale rozwiązania – tu i tak liczą się tylko statystyki. Przygoda jest jednak rzetelnie i dowcipnie napisana – warta przeczytania i poprowadzenia.

Ulubiony cytat: Ksiądz dzięki pomocy [Czasowygrzebywaczy] ma teraz okazję empirycznie sprawdzić, czy Bóg rzeczywiście istnieje.

[collapse]

Piekło nad Berlinem

Scenariusz konkursowy

Piekło nad Berlinem Paweł „Chimera” Cybula

System: Cold City/The Seventh Seal

Setting: Berlin w roku 1950

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3-4

Gotowe postacie: brak (wytyczne dla MG i graczy)

Ilość sesji: brak sprecyzowania, raczej więcej niż jedna

Dodatki: przygotowany do wydrukowania list, rysunki pieczęci, zdjęcia Berlina

Opis: Bohaterowie należą do tajnej międzynarodowej organizacji zajmującej się odkryciami i ezoterycznymi badaniami nazistów z czasów II Wojny Światowej. Jednym z takich artefaktów jest tajemniczy sarkofag opatrzony pieczęciami archaniołów, wokół którego zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Aby zapobiec apokalipsie, graczom przyjdzie stawić czoła mocom piekielnym.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Jestem przekonany, że kto raz zagrał w grę komputerową „Berlin 1948”, może już nie dzisiaj, ale jakieś dziesięć lat temu, ten na zawsze pozostanie wrażliwy na ponury urok niemieckiej stolicy, podzielonej na strefy okupacyjne. Zaliczam się do grona uwrażliwionych, więc „Niebo nad Berlinem” już na wstępie zdobyło podwójne punkty za sam klimat i scenografię. Później punktów nie dawałem, bo nie było za co, aż do samego końca, gdy przydzieliłem je za jedno z zakończeń, w którym świat ogarnia Apokalipsa w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Cóż zatem jest źle? – niewiele, ale źle jest w ważnych miejscach. Przede wszystkim na sesji bawi się jeden gracz, drugi ma szansę pograć pod warunkiem, że sam jest wyrozumiały, a jego MG jest biegły w sztuce. Pozostali nie bawią się w ogóle, a doprawdy marny ubaw ma ten, który programowo ginie w środku przygody. Sporo w przygodzie również gadania i biegania po próżnicy i kiedy znudzą się już dekoracje i wszyscy skończą się cieszyć z nazistowskich okultystów, kabalistów, zimnej wojny, tajemnych symboli i zrujnowanego Berlina, prowadzący rozłoży ręce w geście bezradności, a scenariusz nie przyjdzie mu z pomocą.

Tekst jest materiałem na przygodę dla klimaciarzy, szczególnie tych, którzy cenią sobie zabawę w realiach historycznych, oraz dla graczy zdolnych wyzbyć się swoich praw na rzecz stworzenia dramatycznej historii.

Artur Ganszyniec

Stylistyka i scenografia tekstu może być jego największą zaletą lub największą wadą. Tak już jest, że nazistowscy okultyści i anioły apokalipsy budzą raczej skrajne odczucia. Ja lubię Hellboya, więc poczytałem tło za plus. Jest w scenariuszu wiele dobrych patentów, wszyscy gracze mają co robić, nie ma problemów z motywacją, pojawiają się dobrze wykorzystane wątki poboczne, jednocześnie jednak kilka propozycji jest co najmniej kontrowersyjnych. Bardzo ważny dla opowieści jest konflikt w drużynie, a to często prowadzi do niepożądanych efektów, zwłaszcza że jedna ze stron jest wyraźnie faworyzowana przez opowieść. Motywem, który przekracza moim zdaniem pewne granice jest arbitralne zabicie postaci jednego z graczy, zwłaszcza że zainteresowany nie ma żadnego wpływu na sytuację. Mam również wrażenie, że kluczowy dla fabuły wątek pewnych morderstw nie jest wystarczająco wyeksponowany, co przy katastrofalnych skutkach wynikających z przeoczenia go, jest sporą wadą.

Zalety: Dobre motywacje i odpowiednia dawka intrygi, akcji i tajemnicy.

Wady: Arbitralne decyzje co do losu postaci i motywacje odciągające od głównego wątku scenariusza.

Jednym zdaniem: Okultystyczni naziści i mroczne tajemnice w okupowanym Berlinie.

Magdalena Madej-Reputakowska

Ogromny plusem Piekła nad Berlinem jest przyjęta przez autora konwencja komiksu Hellboy. Takie założenie ma swoje plusy i minusy. Plus jest taki, że to wyjątkowo miodna stylistka, którą w scenariuszu zrealizowano bardzo dobrze, a momentami wręcz mistrzowsko. Minus stanowi zaś niebezpieczeństwo „przegadania” w przypadku korzystania z religijnej i mistycznej estetyki. Tutaj autor tekstu po raz drugi zwyciężył i skutecznie uniknął groteski.

Piekło nad Berlinem to także jeden z niewielu scenariuszy, który posiada dobrze zaplanowaną drużynę – postaci mają wątki osobiste i indywidualne motywacje. Niestety akcenty nie zostały równomiernie rozłożone przez co zaplanowany przez autora konflikt pomiędzy bohaterami traci na dramatyzmie. Najważniejszą i ogromną zaletą tekstu jest fakt, że to gracze podejmują arbitralne decyzje w kwestii fabuły.

Tomasz Z. Majkowski

Po cóż, u licha, pisać, że scenariusz osadzony jest w realiach gry „Cold City”, a potem nie wykorzystywać jej elementów? Nie prościej było poinformować po prostu, że rzecz dzieje się tuż po wojnie, w okupowanej stolicy Niemiec, a gracze pracują dla jednego z okupantów? I spójniej byłoby (skoro już zrezygnowano z tego, co jest esencją „Cold City” – napięcia pomiędzy agentami czterech mocarstw), i nie wystawiałby się scenariusz na zarzut, który tak łatwo postawić. Że nie wystarczy sięgnąć po realia, żeby otrzymać obiecywaną grę, zwłaszcza, jeśli to Indie, więc nie w realiach leży cały smaczek.

Tymczasem, jako się rzekło, w scenariuszu nie ma ani strzelania do cthulhaków, ani rywalizacji agentów należących do różnych agencji wywiadowczych. Jest za to gracz, który zostaje Wybrańcem i ma zabawę, jego kolega, odgrywający Przeklętego (jego postać bawi się tylko, kiedy gracz nią akurat nie kieruje), trzeci uczestnik, posiadacz bonusowej scenki dialogowej, oraz czwarty, który okazuje się piątym. Kołem u wozu, oczywiście.

Do tego dochodzi ani oryginalna, ani ciekawa, ani emocjonująca historyjka hebrajsko-egipska, na wszelki wypadek przygotowana tak, że scenariusz nie jest ani opowieścią o zwykłych policjantach, którzy mierzą się z okultystycznym zagorzeniem, ani o wtajemniczonych okultystach, świadomych zbliżającego się końca świata. W efekcie powstaje przygoda o niczym, która nierówno traktuje graczy, przegania ich od scenki do scenki i każdą literką wskazuje: „spójrz, jakim jestem dopracowanym scenariuszem do mało znanej gry, z fajnymi fotkami!”. Niestety, same deklaracje to dla mnie mało. Nie z nami te numery, Brunner.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

Cold City spotyka Seventh Seal dając w efekcie potworne, pretensjonalne nudy. Jeżeli nie liczyć eleganckiego wykonania (dobrze napisany, pomoce do wręczenie grającym, wklejone czarno-białe zdjecia), to scenariusz ten jest jak samo zło. Postacie graczy w sumie nie mają nic do roboty – błąkają się od jednego BNa od drugiego. Ci zaś szybko giną, kiedy przestają być potrzebni. Sceny są opisane mgliście, właściwie bez wskazówek dla MG – czuć, że autora to kręci (całość wygląda, jakby pisał ją archeolog), szkoda że czytelnik ziewa. Jest tu sporo demonów, aniołów, apokalipsa itepe. Współczuję graczowi, który gra postać wybrańca – przez całą sesję kieruje nim mroczna siła, a pod koniec okazuje się. że najlepiej się stanie, jeżeli inni gracze będą go trzymać cały czas pod narkozą. Na szczęście może zginąć i wtedy… nic się nie dzieje. Po prostu wybraństwo przechodzi na inną postać gracza. Nic nie przeszkodzi MG w pokazaniu jaki to fajny scenariusz. Jedyna rzecz, jaka mi się podobała, to kamienica pełna kultystów anioła. Za resztę – gała.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Ciekawe wprowadzenie w czas wojny poprzez grę innymi postaciami. Szkoda, że zamiast sugerowania MG, jak ma poprowadzić scenę, opisano, co mają czuć gracze.
  2. Intrygujący pomysł z przedzieraniem pieczęci.
  3. Zdjęcia pomagające MG złapać klimat settingu.
  4. Dobry tytuł, najlepszy w tej edycji.

Na nie:

  1. Brak streszczenia na początku.
  2. Jeden gracz ma fajny motyw, bo jest opętany. Drugi jest wybrańcem, ale na tym jego wyjątkowość się kończy. Pozostali nie mają nic. Poza tym konflikt między Wybrańcem a Opętanym powinien być sednem scenariusza, a tutaj MG sam musi sobie wszystko wymyślić.
  3. Temu scenariuszowi mocno brakuje rozpisania na sceny, gdyż gracze za wiele dowiadują się nie z akcji, lecz z ust MG.
  4. BARDZO ryzykowna scena zabicia kochanki jednego z graczy. To jest chwyt poniżej pasa, szczególnie jeśli wcześniej gracz miał się przejmować tą postacią (na co szanse są małe, bo romans jest bardzo pretekstowy i nie został przygotowany żadną sceną). Na dodatek gracz nie ma na to wpływu.
  5. Autor sugeruje, by pokazywać graczowi Opętanemu i pozostałym różne niepokojące wizje. Niestety, nie widać celu tych scen, które jedynie dezorientują.
  6. Brak sugestii przebiegu sceny z pierwszymi oględzinami Pandora’s Box.
  7. Szkoda, że któryś z graczy nie dostał postaci Constantine’a. Poza tym wprowadzenie w połowie scenariusza bohatera z własnym rozbudowanym tłem i motywacjami jest bardzo słabym pomysłem. Jeśli już wprowadzać taką postać, to od samego początku.
  8. W temacie BNów: nazwisko Moreau może wprowadzić spore zamieszanie, a Hans Slaughter jest trochę zbyt pretensjonalne.
  9. Męczący jest styl narracji w SCENARIUSZU. Opisy scen mówią, co robią gracze i to jest jeszcze w porządku. Ale gdy dochodzi do sytuacji, w której gracz coś ma zobaczyć, pojawia się opis skierowany jak gdyby do gracza, a nie do MG. To jest niefunkcjonalne. MG i tak tego nie przeczyta graczowi, bo wyszłoby sztucznie, a tak musi wydobywać z opisu całą sytuację i ją sobie wyobrażać, a potem opisywać na nowo.
  10. Brak opisania na początku, co spowoduje Apokalipsę, budzi pod koniec konfuzję.

W trzech słowach:

Duży rozmach, ale mało deszczu z tej chmury. Jak na pulpową zabawę motywami chrześcijańskimi zabrakło w nich spójności i większego postawienia na mistykę, a nie krwawą jatkę. Najpoważniejszy problem jest jednak zawsze ten sam: za mało dla graczy.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Niezbyt często spotyka się w scenariuszach RPG realia Berlina podczas zimnej wojny, a zwłaszcza podczas pierwszych jej lat, gdy zniszczenia wciąż są widoczne i mimo podziału na strefy okupacyjne nie ma jeszcze muru. Za osadzenie akcji scenariusza w takim otoczeniu autorowi przyznaję duży plus. Powiązanie okultyzmu i nazizmu już tak świeżym pomysłem nie jest, ale wciąż ma w sobie dość „fajności” by na jego podstawie zbudować ciekawą fabułę. I chociaż Piekło nad Berlinem to całkiem niezły scenariusz, jest kilka powodów, dla których nie nazwę go tekstem wybitnym.

Przyznam szczerze, że lubię przejrzyste i klarowne scenariusze. Dlatego też sądzę, że dobrze rozpocząć tekst od skrótowego zarysowania fabuły – by odbiorca z grubsza orientował się, czego ma się spodziewać. Brak szkicu wydarzeń sprawił, że Piekło nad Berlinem było dla mnie dość ciężkie w odbiorze.

Ale głównym zarzutem wobec scenariusza jest nierówny podział ról graczy. Jasne – zdarza się, że wybraniec jest tylko jeden, ale wówczas należy pozostałym graczom jakoś to zrekompensować. Niech mają własne sceny, własne wyzwania, niech okażą się ważni dla fabuły, chociaż nie cały blask reflektorów skierowany będzie na nich. Szkoda, bo przecież motyw współpracy agentów różnych mocarstw jest niesamowicie nośny fabularnie.

Michał Sołtysiak

Uwielbiam pulpowe horrory oraz wszelkie okultystyczne bajania na temat historii. Hellboy, Constantine, Twierdza, Supernatural – to wszystko przyszło mi na myśl, gdy rozpoczynałem lekturę Piekła nad Berlinem. Autor obiecywał wskrzeszenia starożytnych sił, nazistowski okultyzm, a wszystko to zanurzone w szpiegowskich klimatach.

Rzeczywiście, okultyzmu tu dużo, aż tak dużo, że świat może zginąć, nie jest to jednak wadą. Problemem jest, ze byłoby to lepsze opowiadanie niż scenariusz. Autor opisał masę barwnych scen, masę ciekawych miejsc, ale mało pozostawił dla postaci graczy. Odnosi się nawet wrażenie, że będą oni ciągnięci i zmuszani do różnych zachowań, w celu realizacji wizji prowadzącego.

Docenić oczywiście należy stworzenie pomocy do gry i dopracowanie tła scenariusza. Niestety, to nie jest scenariusz w który bym chciał zagrać.

plusy:

  • okultystyczne motywy rodem z pulpowytch horrorów
  • dopracowane sceny pod względem wizualnym
  • pomoce do gry

minusy:

  • więcej barwnych scen do opisania dla MG, niż do rozegrania dla graczy
  • lepsze byłoby z tego opowiadanie, a nie scenariusz
  • wiele motywów żywcem przeniesionych z filmów i książek, bez odrobiny modyfikacji

Joanna Szaleniec

Zaczynając czytanie tej przygody nastawiłam się chyba na coś innego… Berlin zrujnowany po II Wojnie Światowej, ruiny kryjące zapewne ślady największych tajemnic III Rzeszy, miasto będące sceną walki o wpływy największych mocarstw. Tymczasem Berlin okazał się tylko scenografią dla historii nie do końca wykorzystującej ten potencjał. Mimo to bezwzględnie uważam przygodę za godną uwagi.

Ulubiony cytat: brak

[collapse]

Drugie dno

Wyróżnienie:

Drugie dno Kamil „Talandor” Sobierajski

System: Warhammer 2 Edycja

Setting: miasteczko i dwór hrabiego

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: kilka autorskich propozycji rytuałów i umiejętności

Ilość graczy: 2-4

Gotowe postacie: brak, wytyczne dla MG

Ilość sesji: kilka

Dodatki: dwa handouty do wydrukowania

Opis: Bohaterowi zostają wysłani z przesyłką do spokojnego miasteczka położonego w lasach Reiklandu. Zbieg okoliczności sprawia, iż zostają wciągnięci w skomplikowaną intrygę, związaną z powrotem z grobu potężnej wampirzycy. Starcie z potworem rozegra się w scenerii dworu hrabiego, w którym każdy z mieszkańców realizuje swoje własne cele.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Całkiem przyzwoity scenariusz, wykorzystujący typowe motywy. Jednak Warhammer ma długą tradycję opowieści, które nazywam „o wiosce”, a tutaj historia wyłożona jest nad wyraz zgrabnie. Zarówno forma tekstu, jak i wszystkie przygotowane dla MG pomoce aż zachęcają do poprowadzenia przygody. I będzie to pewnie fajna przygoda, pełna akcji, trochę straszna, trochę śmieszna, ale jak mi się zdaje, nie wybitna.

Polecam „Drugie dno” przede wszystkim miłośnikom klimatów Warhammera, a w następnej kolejności Mistrzom Gry, którzy nie chcą ryzykować sesji z eksperymentami.

Artur Ganszyniec

Warhammer ma szczęście do dobrych scenariuszy. Takich jak ten. Cieszy zarówno treścią, jak i formą. Tekst jest bardzo przyjazny dla MG, pełen porad odnośnie prowadzenia, ramek i propozycji pomagających dopasować sesję do reakcji graczy. Gdy dodamy do tego bardzo dobrze uchwycony klimat warhammerowej groteski, dużo akcji i ciekawych, posiadających własne motywacje bohaterów niezależnych. Nawet to, że motywacja graczy nie wykracza poza zwykłą, awanturniczą, nie przeszkadza. Bo akcji tu dużo i dobrej jakości. Z chęcią bym zagrał i poprowadził ten scenariusz.

Zalety: Interesująca treść i przyjazna forma

Wady: Niedokładna korekta tekstu

Jednym zdaniem: Wart polecenia awanturniczo-rozrywkowy scenariusz do WFRP

Magdalena Madej-Reputakowska

Drugie dno to scenariusz, który swoim tytułem obiecuje ukrytą w fabule tajemnice. Niestety trudna lektura długiego i chaotycznego tekstu nie spełnia tych oczekiwań. Autor porwał się na ambitny cel spisania mini kampanii, która zapewne prowadził od dawna. Stąd ogromny natłok szczegółów, który sprawia, że bardzo trudno dojrzeć nawet „pierwsze dno” scenariusza. Na ogromną pochwałę zasługuje sposób przygotowania tekstów, w który autor włożył dużo pracy. Ilustracje i ramki bardzo ułatwiają odbiór scenariusza i pokazują drzemiący w nim potencjał.

Drugie dno imponuje rozmachem z jakim autor potraktował fabułę. Niestety założenia scenariusza to powtarzalny standard – uniwersalna drużyna bez osobistych motywacji, wpadła w pretekstową fabułę, która odwalają za nich Bohaterowie Niezależni – który nie oferuje graczom niczego, czego nie widzieliby wcześniej. Mieszające się i urywane wątki tworzą prawdziwy węzeł Gordyjski, którego gracze nie mają szans przeciąć, ani rozwikłać. Ciężar skomplikowanej fabuły w pełni spoczywa na barkach Mistrza Gry i Bohaterów Niezależnych. Postaci graczy nie mają praktycznie żadnego wpływu na tok przygody i jedynie mogą czerpać przyjemność z obserwowania wydarzeń.

Tomasz Z. Majkowski

Nie ukrywajmy: ten scenariusz oparty jest na idiotycznym i nie trzymającym się kupy pomyśle Strasznej Intrygi Wilkołaka, jednak jej groteskowa śmieszność przewrotnie zgadza się z resztą tekstu. Bo ten jest groteskowy od początku do końca, co czyni go, ku mojej uciesze, chyba pierwszym w historii Quentina scenariuszem do „Warhammera”, który faktycznie posiada nastrój i estetykę tej właśnie gry.

Znajdziemy tu zatem szczwane wilkołaki, manipulujące ludźmi do swoich celów, zepsutych do szpiku kości, zaprzedanych ciemnym mocom artystów, bezwzględnych morderców udających safandułów oraz dekadenckich, romantycznych i całkiem nieżyciowych arystokratów (i ich podejrzanie inteligentnych służących). Ale i to nie wszystko: pojawi się jawna kpina z prawa przestrzeganego co do litery, zemsta zza grobu (w pewnym sensie nawet podwójna) oraz spaczeń w kremie. Obrazu dopełnią spasieni urzędnicy miejscy, cwane choć płoche córki piekarzy, ambitni kapłani, groźni inkwizytorzy oraz – last but not least – halabardnicy z jedną nogawką obcisłą, drugą bufiastą, którzy wszakże ucieleśniają Warhammera.

A więc pal licho głupie założenia i kilka nieudanych scen (w tym otwierającą). Scenariusz jest na tyle śmieszny, a jego humor jest na tyle czarny, by z ochotą zakrzyknąć: wreszcie 100% „Warhammera” w „Warhammerze”! I choć Quentina nie dostanie (bo jednak założenia fabularne są głupie), na zawsze zachowam go we wdzięcznej pamięci.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

Wbrew tytułowi ten dwuczęściowy scenariusz zbliża się do dna w swojej pierwszej odsłonie, by potem się od niego odbić i wynagrodzić nam nasze cierpienia całkiem udanym rozgardiaszem, ze sporą rolą graczy. Zaczyna sie jednak fatalnie – gracze spotkają superBNa, który wymyśla plan godny młodego adepta gier fabularnych i realizuje go, pozwalając graczom dać się w to wszystko wplątać. W tle mamy wiele kanonicznych elementów Warhammera, choć efekt psują takie cuda jak łowca o nazwisku Hanter, dziewiętnastoletnie panny (w WFRP? chyba wdowy) i błędy (językowe, stylistyczne). Ogólnie – groteska.

Scenariusz rozkręca się jednak w drugiej połowie. Tutaj bohaterowie, którzy zostają zmuszeni do uczestnictwa w procesie, mają sporo do powiedzenia. Jest też kilku mniej lub bardziej ciekawych BNów (na przykład Hrabia, który na mnie sprawił wrażenie alter ego autora tekstu). Podczas lektury pomyślałem sobie, że ten scenariusz dałoby się fajnie rozegrać, gdyby drużynę graczy zamienić na jedną postać (wiedźmina), resztę bohaterów także zamienić w graczy, a wcześniejsze wydarzenia opowiedzieć w retrospekcji. Klimat bowiem nie jest już tak bardzo warhammerowy jak na początku – właściwie niektóre momenty są bardzo zabawne (wielki zły śmiejący się diabolicznie itp.) i aż proszą się o sprośny komentarz w stylu Sapkowskiego.

Tymczasem jednak scenariusz w takiej postaci jak został zaprezentowany wydaje się być trochę niespójny. Pierwsza część wydaje się być idealna dla graczy biernych, chętnie obserwujących co się wokół nich dzieje, zaś druga – tutaj bierni gracze, którzy nie przejmą inicjatywy mogą sobie nie poradzić. Zresztą miejscami scenarzysta przyłapany na kontrolowaniu akcji BNami ratuje się ramką z uwagami o BG – to dopiero kuriozum. Zdarzają się też wpadki typu zameczek hrabiego musi słać po zapasy do miasta (pewnie nie słynie ze swych przepastnych piwnic), a magiczny przedmiot trzeba po użyciu oddać z powrotem (w drugim scenariuszu do WFRP było to samo!).

Ogólnie jednak całość nie jest zła i po lekkim liftingu powinna się nadać niejednemu miłośnikowi Warhammera (albo Wiedźmina). Gdyby jeszcze scenarzysta nie skąpił tak pedeków…

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Ciekawy pomysł na intrygę wilkołaka. Szkoda, że gracze są pionkami, nie decydują o niczym, choć w samym scenariuszu jest masa możliwości, których chyba sam autor nie zauważył.

Na nie:

  1. Brak streszczenia, dość zniechęcający do skorzystania z tego bardzo długiego scenariusza.
  2. Są pomoce dla MG, ale niezbyt staranne, co zabija ich przydatność.
  3. Autor nie narzuca postaci, ale stawia kilka ograniczeń, więc de facto zaprzecza genericowości. Co więcej, te ograniczenia wcale nie są istotne dla przebiegu scenariusza i można bez problemu grać postaciami posiadającymi „zakazane” cechy.
  4. Gracze nie poznają historii BNów.
  5. Wszystko dzieje się za plecami graczy, zwłaszcza spisek Monique i Mattiasa.
  6. Pretekstowe i sztuczne zmuszenie graczy do walki z Antonem Hertelem.
  7. Część BNów została potraktowana nieco niechlujnie. Przykładowo, grabarz lub kleryk nie posiadają imion, choć doczekali się ramek. Autor ma zresztą problem z wymyślaniem ciekawych imion dla postaci.
  8. Autor pisze, że ważna będzie znajomość świata. Po pierwsze, sam robi drobne błędy w nazwach własnych (to akurat może być przypadek), a po drugie znajomość realiów nie ma większego znaczenia.
  9. Mnóstwo zbędnych BNów w części „dworskiej”. Każdy ma swoje plany, które nie zostają przedstawione w przygotowanych scenach. Autor dodaje też, że można wprowadzać dodatkowych intrygantów, by robili zamieszanie. To spory błąd, gdyż zaczyna się tworzyć chaos. Na dodatek autor zakłada, że mają nie mieć wpływu na fabułę – po co zatem ich wprowadzać?
  10. Na początku pojawia się opcja, by gracze pracowali dla Manfreda. W dalszej części scenariusza została pominięta.
  11. W jednej ze scen Mattias chce ocalić chłopca w zamian za służbę graczy do świtu. Brak niestety sceny związującej graczy z paniczem.
  12. Wilkołak sam zabija wampirzycę.

W trzech słowach:

Pozwolę sobie na zwrot wprost do autora, który pojawił się na spotkaniu Quentinowym (godne pochwały!) na ConStarze i opowiadał o swoim scenariuszu. W pamięć zapadły mi słowa (przekazuję sens), że gracze są oczywiście najważniejsi, ale to BNi popychają fabułę do przodu. To błędne założenie stoi za porażką „Drugiego dna” – to scenariusz, w którym świat żyje bez BG. Dobry scenariusz oddaje WSZYSTKO w ręce graczy.

Ilustruje to dobrze jeszcze jeden przykład ze scenariusza.

„BG pewnie szybko się domyślą, że celem tego straszliwego działania jest osoba hrabiny. Ale raczej nie mają czasu teraz w tej sprawie interweniować, można tylko mieć nadzieję, że biedaczka do tej pory nie skorzystała z daru skrytobójcy.”

Ale kto ma mieć tę nadzieję? Na sesji RPG nic nie dzieje się samo i zależy tylko od MG. Autor scenariusza ma zaś podać propozycję swojej wersji wydarzeń i działań bohaterów (zwłaszcza niezależnych).

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

I po raz kolejny w tej edycji stykamy się z Warhammerem. Muszę przyznać, że jako gracz nie mam wielkich wymagań – by dobrze bawić się na sesji potrzebuję dynamiki, paru fajnych BNów, ciekawego wątku głównego i dobrego tłuczenia. Jeśli na sesji pojawią się te czynniki, to wyjdę z niej raczej zadowolony. I gdybym zagrał w Drugie Dno, to pewnie podobałoby mi się – jasne, jest tu kilka potknięć fabularnych – średnie rozpoczęcie, naciągany plan Wilkołaka, dość groteskowy pomysł z rozparcelowaniem martwych już zwłok – to wszystko prawda. Jednakże znalazłem tu również całą galerię ciekawych bohaterów niezależnych, walkę z nekromantą i wampirzycą i naprawdę dynamiczny finał. By nie psuć niespodzianki powiem tylko, że ostatniego dnia scenariusza dzieje się naprawdę wiele i gracze nie będą się nudzić.

Drugie Dno to scenariusz, w który chętnie bym zagrał, jednak zdaję sobie sprawę, że na Quentina to trochę zbyt mało. Ale jeśli szukasz ciekawego scenariusza do wplecenia w swą kampanię, to poświęć nieco uwagi Drugiemu dnu – być może to właśnie to, czego szukasz.

Michał Sołtysiak

To kolejny klasyk do Warhammera. Widać świat, widać klimat systemu, wszystko w tle jest w najlepszym porządku. To prawdziwy kanoniczny Stary Świat. Tyle, że to znowu przygoda dla MG, a nie dla graczy. Głównym motywem jest odradzające się starożytne zło i zemsta. Bohaterowie oczywiście zostaną zamieszani w fabułę, ale na dalszych pozycjach, nie pierwszoplanowych. Będą podróżować od punktu A do B i niewiele będą mieć do zagrania z własnej inwencji. Przygoda jest bardzo szczegółowo rozpisana, ale niestety nie pomaga to graczom odgrywać pierwszych skrzypiec, za to wspomaga fabułę, tworząc z niej całkiem ciekawą warhammerowa opowieść.

Dodatkowo jeszcze autor nie przeczytał po raz drugi przygody przed wysłaniem, bo ma się wrażenie kilku nielogiczności.

plusy:

  • dopracowana w detalach
  • ciekawa historia
  • klasyczny klimat Starego Świata

minusy:

  • liniowa z małymi możliwościami modyfikacji
  • gracze odgrywają drugorzędne role

Joanna Szaleniec

Na początek autor serwuje czytelnikowi przegadany i rozwodniony wstęp, fabuła grzęźnie wśród masy zbędnych szczegółów. Na dodatek tekst, choć elegancko złożony i ładnie zilustrowany, roi się od błędów stylistycznych i (olaboga!) ortograficznych. Kojarzy mi się to z sytuacją, kiedy człowiek porządnie się wyperfumuje, zapominając się wcześniej umyć. Gracze nie mają niestety specjalnego powodu wdawać się w śledztwo, które ich nie dotyczy, jeśli jednak się na to zdecydują, w dalszym ciągu przygody czeka ich miła niespodzianka. Stopniowo bowiem autor tekstu wydaje się rozkręcać, styl nabiera potoczystości, wydarzenia – tempa i dramatyzmu, a nawet Piekażówna zamienia się ostatecznie w Piekarzównę. W mojej opinii gdyby wyrzucić męczący wstęp i SPRAWDZIĆ PISOWNIĘ przed zgłoszeniem pracy do konkursu, jej ogólny poziom byłby naprawdę dobry. Nawet jednak w obecnej formie włączenie jej do kampanii WFRP nie wydaje się złym pomysłem. Dodatkowo przewijający się tu i ówdzie kontekst laryngologiczny (nowotwór gardła, tracheotomia) traktuję jako oczko puszczone bezpośrednio do mnie – choć pewnie niesłusznie???

Ulubiony cytat: Wygląda na jakieś 35 lat, choć może się wydawać, że nie jest aż tak stary (!!!)

[collapse]

Czerwona Praga

Finalista:

Czerwona Praga Marcin „Kiender” Kiendra

System: Modern d20

Setting: Praga roku 1986

Gotowa mechanika: oryginalna, oparta o oryginalne wydanie (opcjonalnie Spycraft)

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: mapy i plany

Opis: Końcówka Zimnej Wojny. Agenci specjalni działający po stronie NATO zostają wysłani do Pragi, by eskortować amerykańskiego generała i pewną tajemniczą walizkę. Szybko okazuje się, że nie tylko dla nich neseser i jego zawartość są niezwykle cenne. Sytuację komplikuje sam generał, który zdaje się nie mówić całej prawdy. Służby specjalne Układu Warszawskiego, latający ołów i gra o wysoką stawkę.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Solidna przygoda w realiach dogasającej Zimnej Wojny, bez elementów nadnaturalnych i udziwnień. Chyba jedyny scenariusz tegorocznego Quentina, który mógłbym poprowadzić z marszu. Scenariusz spodoba się miłośnikom historii szpiegowskich, ponieważ autor często odwołuje się do powszechnie znanych i lubianych stereotypów, gracze nie muszą z niczym się męczyć i mogą skoncentrować się na czystej zabawie. Ta zaleta tekstu jest również jego wadą – autor upewnił się, że przygoda będzie dobra i łatwo przyswajalna, ale tym samym nie zdecydował się na wprowadzenie ryzykownych, ale potencjalnie wyróżniających tekst pomysłów. W rezultacie jest to scenariusz bardzo dobry, ale nie wybitny.

Artur Ganszyniec

Największym atutem tej przygody są jej realia – trudno u nas o czystej wody scenariusze szpiegowskie, pozbawione jakichkolwiek elementów nadnaturalnych. Sama opowieść jest poprawna, choć brakowało mi w niej tego czegoś, co tworzy tekst wybitny. Dobrze opisane sceny akcji, fajnie uchwycony klimat zimnej wojny i odpowiednia dawka epickości to niewątpliwe atuty „Czerwonej Pragi”. Mam jednak wrażenie, że w kilku miejscach scenariusz nie bierze pod uwagę pomysłowości graczy i na pewno nie wybacza błędów. W efekcie może się zdarzyć, że sesja niespodziewanie zakończy się w pierwszych minutach. Zastanawia mnie też, dlaczego w scenariuszu do systemu wydanego po polsku, wszystkie terminy mechaniczne podane są po angielsku.

Zalety: Bardzo starannie przygotowana szata graficzna.

Wady: Scenariusz nie obsługuje niestandardowych zachowań graczy.

Jednym zdaniem: Solidny, pozbawiony elementów nadnaturalnych scenariusz szpiegowski w klimatach zimnej wojny.

Magdalena Madej-Reputakowska

Czerwona Praga to doskonały przykład scenariusz, który bez dodatkowego wkładu ze strony Mistrza Gry od razu nadaje się do przeprowadzenia. Fabuła została spisana w przejrzysty, logiczny sposób, który sprawia, że lektura tekstu to prawdziwa przyjemność. Autor wykazał się ogromnym wyczuciem konwencji i pomysłowością. Scenariusz spełnia wszelkie oczekiwania jakie odbiorca może mieć wobec konwencji filmu akcji, a momentami także zaskakuję jej kreatywną realizacją.

Czerwona Praga to scenariusz, który chce się poprowadzić już po lekturze pierwszych stron tekstu. Dobrego wrażenie nie psują nawet drobne błędy, takie jak brak opisów. Estetyka scen powinna współgrać z wartką akcją. Drużyna również potrzebuje paru kosmetycznych poprawek – podział na wojowniczych amerykanów i brytyjskich spryciarzy eliminuje miodny element rywalizacji. Przemieszanie narodowości i profesji zadziałałoby na korzyść dynamiki fabuły.

Tomasz Z. Majkowski

To właściwie nie jest zły scenariusz, 007. Sprawia jednak problem naszej sekcji: zatrzymał się jakoś w pół drogi i nie potrafi się zdecydować, po której stronie chce służyć. Nie trzyma się konwencji Bonda (na którą powoływał się w początkowej fazie współpracy): brakuje mu efektownych pościgów, długonogich czeskich piękności oraz scen, które byłyby choć trochę emocjonujące i widowiskowe. Choćbyś bardzo próbował, 007, nie zagrasz tu w pokera, nie rozbijesz ani jednej skody ani nie uwiedziesz atrakcyjnej asystentki amerykańskiego generała (bo w tej roli wystąpi chuderlawy wypłosz płci męskiej). Nawet porządnie Pragi nie zwiedzisz.

Problem w tym, że nie jest to też realistyczny dramat szpiegowski czy porządna sensacja: sekcja Q napakowała go gadżetami (nie przeznaczonymi, niestety, do sensownego użytku), w dodatku już na początku okazuje się, że Sowieci internowali amerykańskiego generała, który przyjechał na rozmowy rozbrojeniowe, a nerwowe palce decydentów z Pentagonu nawet nie zbliżyły się do guzików odpalających Pershingi. Zamiast tego brytyjski wywiad ma wymienić go na jakiegoś naukowca, żeby generał mógł, jakby nigdy nic, zdążyć na pokojowe rokowania. Ja rozumiem – gdyby on jeszcze był jakimś szpiegiem. Ale, 007, nie mamy już Zimnej Wojny, a założę się, że gdyby bez powodu aresztowano amerykańskiego generała, wysłanego z misją dyplomatyczną, Wujek Sam pianę z ust i zgrzytał zębami zupełnie się z tym nie kryjąc.

Do tego rzecz zmienia się, gdy na nią patrzysz. Nagle, całkiem z powietrza, pojawiają się agenci CIA, którzy potem się w powietrzu rozpływają. Wraz z początkiem rautu w ambasadzie całkiem przekształca się nastrój i tonacja. I wreszcie – rzecz traktuje, u licha, o atomowej zagładzie, ale ona sama przedstawiona jest wręcz w tonacji buffo. A przecież jest bardzo duża szansa, że agentom się po postu nie powiedzie i miliony ludzi zginą.

A więc, żeby dobrze się sprawił, trzeba ten scenariusz porządnie przeszkolić. Nauczyć, co to znaczy widowiskowość Bonda albo na czym polega dramatyzm poważnych opowieści o szpiegach.

To jest właśnie twoje zadanie, 007. Musisz popracować tam, gdzie tekst zawiódł. A szkoda, nasza sekcja pokładała w nim nadzieje.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

Czerwona Praga to sprawnie napisany scenariusz, którego jakoś nie byłem w stanie polubić. Stało się tak głównie dlatego, że tak po prawdzie to nie dzieje się w nim zbyt wiele. Fabuła rozpędza się bardzo długo i zanim dojdzie do pierwszej sceny akcji będziemy musieli nieźle się naczekać. Sam autor zresztą zdaje sobie z tego sprawę, bo proponuje jakieś pozorowane działania zaczepne. Pierwsza strzelanina jest trochę pozbawiona sensu (taktyka ninja – atak znikąd i znikamy), potem następuje kilka wydarzeń i już jesteśmy przy końcu. Otwarta kwestia zakończenia gry dodatkowo zapunktowała u mnie na minus – w porównaniu z tym, że wcześniej niewiele tak naprawdę się dzieje pozostawia to niedosyt – efekt podobny jak w Czasowstrzymywaczach. Mógłbym się też przyczepić do drobiazgów – laptop w osiemdziesiątym szóstym roku? Scenariusz nazywany opracowaniem? A także szwankująca miejscami korekta. Podobały mi się za to wprowadzenie (odprawa przed misją), mapki z Google Earth i mechaniczne rozpisanie postaci.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  • Świetny pomysł, bardzo filmowy: kontrast globalnego zagrożenia i niewielkiej siły bohaterów.
  • Świetne quote’y przy postaciach pomagające wczuć się w bohaterów. Sami BG należą do najciekawszych w tej edycji.
  • Fajne gadżety dla drużyny (wystrzałowy samochód!) i – co najważniejsze – dokładnie opisany centralny przedmiot scenariusza, czyli walizka. Nic nie jest zwalone na MG.
  • Bardzo dobrze pomyślana sytuacja w ambasadzie, prawdziwe wyzwanie.
  • Świetne postaci BNów, włącznie z ich „rosyjskim” zachowaniem.

Na nie:

  • Brak streszczenia scenariusza. Bardzo by się przydał w tekście, który opiera się o intrygę.
  • Szkoda, że postaci „myślące” i „walczące” nie są przemieszane narodowościowo, co mogłoby stworzyć pole do rywalizacji i bawienia się nią na sesji.
  • Poważną wadę stanowi scena briefingu. Jest za obszerna, za wiele narzuca się graczom. Nawet w filmach akcji wygląda to inaczej: szef daje ogólne wytyczne, ale potem obserwujemy już bohaterów w akcji, którą sami wymyślili (widz nie wie, co zaplanowano). Tak samo można postąpić na sesji RPG. Tutaj za dużo jest zaplanowane za nich, odbiera się sporo kombinowania. Nie powinno się narzucać realizacji scen, a z tym niestety mamy tutaj do czynienia.
  • Brakuje sceny tuż przed wylotem – jakiegoś spotkania z żonami, kochankami, rodziną, przyjaciółmi, które dodałoby bohaterom drugie dno i stworzyło ciekawy kontekst do grania.
  • Choć skład drużyny jest bardzo ciekawy, aż prosi się o przyznanie Jordana jednemu z graczy. Opcjonalnie oczywiście.
  • Wydaje się, że Paul Ritman, „wygadany”, ma nieco mniej do roboty od pozostałych graczy. Słowem – brakuje scen, w których liczy się urok osobisty, czyli czegoś, czym połowę spraw załatwia James Bond. Tym samym wcięło gdzieś obiecywane przez autora „piękne kobiety”.
  • Zakończenie „pesymistyczne” być może pasuje do „d20 Modern”, ale zupełnie nie trzyma się kupy w konwencji kina akcji pod wezwaniem Jamesa Bonda. Bomba nie ma prawa wybuchnąć, bo taka tragedia rozwala lekki i rozrywkowy klimat opowieści szpiegowskiej, jaką tutaj otrzymujemy.
  • Z powyższego wynika, że brakuje jednego zakończenia: generał zostaje pojmany, ale walizka przepada. Nietrudno się domyślić, co będzie w „następnym odcinku”.

W trzech słowach:

Jeden z najlepszych, najbardziej przemyślanych i miodnych scenariuszy edycji. Jeśli ktoś liczy na walkę wywiadów i prawdziwe wyzwania, nie zawiedzie się. Przewaga wytkniętych wad nad wyliczonymi zaletami wynika jak zawsze z tego samego – zbyt blisko do ideału, by nie dostrzec rys.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Po raz kolejny w tej edycji – stykam się z tekstem ciekawym, budzącym ciepłe uczucia, umożliwiającym udaną sesję, ale nie powalającym. Wiele tu plusów – interesujący i wyważeni mechanicznie BG, ciekawe tło, rewelacyjny motyw walki wywiadów, dobrze zastosowana mechanika – wszystko to sprawia, że Czerwona Praga to scenariusz, który można poprowadzić niemal z marszu, bez przeróbek i dobrze się bawić wraz z gronem przyjaciół. To dobry tekst, jednak nie wybitny.

Główny zarzut? Za mało bajerów – akcji, kombinowania, wybuchów, pościgów. Tak, wszystkie te elementy można znaleźć w Czerwonej Pradze, ale chciałoby się widzieć ich jeszcze więcej.

Michał Sołtysiak

Autor obiecuje we wstępie rozrywkę godną filmów szpiegowskich. Wybiera wspaniałe miasto, przygotowuje mapy i plany. Potem zaś nagle z 007 James Bond, przechodzimy do przaśności 07 Zgłoś się. Niestety, choć pomysł samej intrygi jest całkiem ciekawy i wspaniale nawiązujący do filmów szpiegowskich, to kuleje wykonanie. Po pierwsze przygoda jest bardzo długa i obszernie opisana, co wcale nie wspomaga tworzenia nastroju.. Po raz kolejny mamy scenariusz bardziej do taniego filmu, a mniej do RPG, bo w konfrontacji z graczami wiele się może tutaj rozejść z oczekiwaniami.

Problemem jest też brak typowych elementów filmów szpiegowskich. Brak zbyt wielu scena z efektami specjalnymi (np.karkołomnych pościgów) i co najbardziej uderza: nie ma postaci pięknej BN-ki, bez której film szpiegowski się nie mogą się obyć. Jakby nagle autorowi obcięto budżet. Szkoda.

plusy:

  • mapy i dopracowanie

minusy:

  • mała atrakcyjność wyzwań i fabuły.
  • brak wielu kanonicznych elementów, przez co przygoda traci klimat

Joanna Szaleniec

Scenariusz na pewno może stanowić podstawę fantastycznej przygody dla miłośników gatunku, którego wymogi w wielu aspektach spełnia doskonale (spisek na wielką skalę w realistycznym sztafażu, szpiegowskie gadżety itd.) Fabuła przedstawiona jest jasno i logicznie. Autor ufa graczom i nie wpycha im gotowych rozwiązań, nie boi się ryzykować nawet kompletnym niepowodzeniem misji w razie gdyby jej na którymś etapie nie sprostali. Pytanie brzmi: czy to słuszne założenie? Oczywiście opcja „nieukończenia” przygody czyni ją bardziej realistyczną, ale należy zwrócić uwagę, że scenariusz nie jest osadzony w „prawdziwym świecie”, ale w pseudorealistycznych dekoracjach filmu sensacyjnego. A film mógłby się zakończyć wygraną lub katastrofalnym niepowodzeniem szpiegów, ale opcja „ominięcia” fabuły z powodu nie dość sprytnych działań nie wchodzi raczej w rachubę. Ostatecznie jednak maksymalne uzależnienie przebiegu przygody od działań graczy stanowi istotę RPG, dlatego całość oceniam zdecydowanie pozytywnie.

Ulubiony cytat: brak

[collapse]

BlackJack

Wyróżnienie:

BlackJack Andrzej „Karczmarz” Benczek

System: autorski

Setting: Kasyno, więzienie i inne lokacje w Chicago, lata 60.

Gotowa mechanika: tak, wykorzystująca karty

Modyfikacje zasad: mechanika autorska

Ilość graczy: 2

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: karty zadań dla graczy

Opis: Dwaj bohaterowie spotykają się w kasynie przy stole do Black Jacka. To z pozoru zwyczajne wydarzenie uruchamia cały splot rozciągniętych w czasie wypadków. Każda scena tego scenariusz to starcie między bohaterami, w którym stawką jest coś więcej niż tylko życie jednego z nich.

Praca usunięta na życzenie autora.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Przede wszystkim brawa za PDF. Nie ma to jak solidnie przygotowany scenariusz. Po drugie brawa za pomysł: ja tam nie lubię kombinowania, ale doceniam dobre pomysły. Myślę, że wszyscy miłośnicy erpegowych eksperymentów będą wniebowzięci.

„Blackjack” jest w istocie zahaczającą o dramę mini-grą, przeznaczoną dla dwóch bohaterów. Sądzę, że miejscami łatwo zbyt przewidywalną, ale dającą graczom satysfakcję z podejmowania wyborów. Fabuła ma mielizny, ale gdy myślę o niektórych konkurentach z tej edycji, wyobrażam sobie, że nad mieliznami tymi przepływa statek pełnomorski.

No dobrze, napiszę to wprost -tekst bardzo mi się podoba, ale zwyczajnie nie miałbym ochoty w niego zagrać. Podoba mi się z powodów estetycznych i akademickich, ale to nie jest moje RPG.

Przeczytajcie koniecznie i rozważcie we własnym sumieniu.

Artur Ganszyniec

Przykuwa uwagę od pierwszej chwili. Dopieszczona szata graficzna i nad wyraz intrygujący pomysł. Jest to bardziej oddzielna gra, niż standardowy scenariusz rpg. Przeznaczony dla dwóch graczy tekst, choć narzuca konkretne postaci i cele fabularne, daje jednocześnie
możliwość bardzo mocnego wpływu na przebieg opowieści. Jest to moim zdaniem jeden z ciekawszych eksperymentów z dziedziny interaktywnej opowieści, z jakimi zetknąłem się ostatnimi czasy. Skupia się na tym, co jest wyróżniającą cechą RPG jako medium – możliwość bardzo osobistej eksploracji postaci. Z tych powodów nie jest to scenariusz
dla każdego. Obiecuje konkretny typ rozrywki i trzeba wziąć pod uwagę, że wielu graczy szuka czegoś innego.

Jedyne zastrzeżenie, jakie mogę mieć do samej treści, to pewna niesymetryczność przeżyć obu postaci. Nie wiem, czy jest to realny problem i z chęcią zagrałbym w ten scenariusz, żeby to sprawdzić.

Zalety: Dopracowana forma i intrygująca treść.

Wady: Zdecydowanie nie dla każdego.

Jednym zdaniem: Emocjonalna i osobista gra dla dwóch bohaterów, tworzących wspólnie dramatyczną opowieść, której wynik może okazać się bardzo zaskakujący.

Magdalena Madej-Reputakowska

Na temat scenariusza Black Jack można napisać długi pean opisujący jego zachwycające wykonanie i staranności z jaką został spisany. Na Quentina jeszcze nigdy nie przyszedł tak doskonale przygotowany tekst, który został odpicowany w najmniejszym szczególe. Zachwyca oryginalnym pomysłem, stworzoną przez autora niekonwencjonalną mechaniką rozgrywki, interesującymi i nietuzinkowymi postaciami graczy. Na koniec urzeka mistrzostwem z jakim została zbudowana fabuła.

Wszystkie te zalety zostają przekreślone przez zupełnie patologiczne założenie scenariusza. Wzbudzanie w graczach prawdziwych emocji – leków, przemyśleń, miłości, przyjaźni – jest założeniem z gruntu złym i szkodliwym. Toksyczna treść fabuły, która sili się na objawienie przed uczestnikami prawdy życia, może wyrządzić znacznie więcej krzywdy niż dostarczyć dobrej zabawy. Absurdalne zdają się także postulaty autora, który deklaruje, że zależy mu na „prawdziwych przeżyciach: gdy w toku opowieści wyraźnie mówi graczom co czują lub powinni czuć. Pomiędzy trudną sztuką wzbudzania uczuć (tutaj potrzeba zostawić puste miejsce na decyzję gracza), a banalnym wmawianiem uczuć (wpychaniu się w strefę, która jest strefą tabu) przebiega gruba linia.

Na koniec pragnę zaznaczyć, że tematyka którą zajmuje się Black Jack jest wyjątkowo delikatna. W żadnym momencie tekstu autor nie zaznaczył, że wykorzystywanie motywu choroby to bardzo niebezpieczne narzędzie. Najwyraźniej nie ma świadomości, że co 3 osoba na świecie boryka się z tym problemem i może nie mieć ochoty, aby Mistrz Gry robił publiczną sekcję realnego problemu.

Tomasz Z. Majkowski

Kiedy byłem młodszy, na takie rzeczy mówiło się „psychodrama” i stosowano w praktyce psychologicznej oraz na zakrapianych imprezach. Niestety, zamiast przyznać się do tych zacnych korzeni, „BlackJack” wybiera drogę oszustwa: jest scenariuszem, który udaje grę Indie, z mechaniką, która udaje, że działa. Fabuła udaje, że gracze co i rusz dokonują ważnych wyborów, choć tak naprawdę trzy na cztery nie mają żadnego znaczenia. A wszystko razem udaje, że jest scenariuszem do gry fabularnej – wiecie, takiej z Mistrzem Gry i graczami. Naprawdę, nie wiem dlaczego.

Bo jeśli odrzucić warstwę deklaratywną, otrzymamy rzecz nie pozbawioną pewnego polotu, zwłaszcza w kompozycji możliwych zakończeń, oraz uroku typograficznego. I wierzę, że w odpowiednich rękach może, mimo pozorów (czy wręcz wbrew nim), zapewnić dwóm osobom dawkę naprawdę silnych wrażeń. Ja bym się na to nie pisał (tematyka jest dla mnie nieco za ciężka i zbyt osobista), jeśli jednak ktoś lubi takie rzeczy, nie powinien się wahać! Trzeba tylko pamiętać, by zignorować pewne rady scenariusza i zwyczajnie nie zapraszać Mistrza Gry, który wynudzi się za wszystkie czasy obserwując, jak gracze dobrze się bawią. Prowadzącego zupełnie dobrze zastąpią karteczki, które wystarczy w odpowiednich momentach odsłaniać.

Jak to w psychodramie.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

Podobnie jak w przypadku Ultima Thule mamy tu do czynienia z pewnym eksperymentem – scenariusz ten bowiem jest rozpisany tak, by zminimalizować rolę Mistrza Gry, który na sesji będzie tylko moderatorem zabawy, za to zmaksymalizować rolę scenariusza (a zatem także scenarzysty). Eksperyment będzie podwójny, jeżeli dodamy do tego fakt, że (niemal) każda scena Blackjacka odbija się echem na dalszej części opowieści – decyzje i rozstrzygnięcia z przeszłości w bardzo dużym stopniu wpływają na stan rzecz w teraźniejszości.

Scenariusz jest rozpisany na sceny, w których dwójka postaci ściera się ze sobą, próbując wygrać dla siebie najlepsze rozstrzygnięcie. Autor tekstu dostarcza do tego odpowiednie narzędzia – karteczki z instrukcjami dla graczy, odpowiednią mechanikę oparta na kartach do gry. Prowadzący ma dla siebie bardzo niewielu lub zgoła żadnych Bohaterów Niezależnych. kolejne sceny są zaaranżowane i dzieją się w solidnych odstępach czasowych.

Możnaby rzec, że Blackjack bada granice scenariusza opartego na dwukierunkowych wyborach. Gdyby dać ich zbyt wiele, to szybko okazuje się, że nie da się z góry przewidzieć zakończenia. Tutaj zatrzymujemy się właśnie w tym momencie, gdy śledzenie drzewka stałoby się nazbyt kłopotliwe. w istocie sam tekst ma kilka rożnych zakończeń – nieraz w zupełnie odmienny sposób interpretujących dotychczasowe działania graczy. Nie jest stąd bardzo daleko od indiowych gier-scenariuszy takich jak The Shab-al-Hiri Roach, czy The Mountain Witch.

Podoba mi się tez gęsta atmosfera scenariusza. Z odpowiednimi graczami i muzyką dałoby się z niego wydusić naprawdę konkretny klimat.

Blackjack był w moich oczach najpoważniejszym konkurentem zwycięskiego Pociągu, ale ostatecznie musiał mu z moim ze stawieniu oddać pierwszeństwo. Zaważyło na tym kilka uchybień:

  • pierwsza scena jest dość brutalna i mogłaby się wielu graczom nie spodobać. Co gorsza w drugiej okazuje się, że tak naprawdę nic ważnego od niej nie zależało. Jest to pewnie niedostrzegalne z perspektywy gracza, ale razi z perspektywy scenarzysty.
  • pierwsze co pomyślałem po przeczytaniu całości tekstu było – MG nie ma tu zbyt wiele do roboty, nie jestem pewien, czy ktoś zechce to poprowadzić. Później naszła mnie refleksja, że sam prowadziłem podobny scenariusz w półfinale PMMa w 2007 roku i dobrze się nim bawiłem. Ale mimo to – Blackjack zdecydowanie nie jest dla wszystkich.
  • mam wrażenie, że niektóre rozwiązania fabuły (np. 2a) prowadzą do sytuacji, w której po zakończeniu gry następuje moment, gdy Prowadzący siada i tłumaczy jak to naprawdę było.
  • zdarzają się też drobne uchybienia w notkach dla graczy (przy celi powinny być dwie różne notki dla Blacka, w wersji pierwszej więzienia brakuje informacji o zniknięciu)
  • uważam też za niepotrzebne ochy i achy we wprowadzeniu, które ciut psuje ogólne dobre wrażenia z lektury.

Ogólnie jednak uważam ten scenariusz za rzecz bardzo interesującą i cieszę się z otrzymanego przezeń wyróżnienia. Karczmarz będzie zdecydowanie jednym z faworytów, jeżeli zdecyduje się startować za rok.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Pomimo drobnych usterek przy składzie, świetne wykonanie, pasujące do klimatu i ułatwiające korzystanie ze scenariusza.
  2. Z powyższym łączą się przygotowane pomoce do gry. MG musi je tylko wydrukować.
  3. Maksymalne zawężenie konwencji i określenie ram działania daje ogromne możliwości graczom i MG.
  4. Genialny pomysł na BG. Jeden z najlepszych w historii Quentina.
  5. Doskonały pomysł na konstrukcję sesji i sprowadzenie scenariusza do starcia między graczami. Szkoda, że punkty na koniec nie mają większego znaczenia, ale to drobiazg.
  6. Bardzo fajna mechanika karciana, warto wykorzystać.

Na nie:

  1. Przydałoby się streszczenie pokazujące, do czego dokładnie zmierza fabuła. Choćby krótka rozpiska scen, których nie ma wcale tak wiele.
  2. Szkoda, że w grze w oczko zdobyte punkty nie mają znaczenia.
  3. Sporo mielizn teoretycznych (powodowanych częściowo brakiem spójności terminologicznej), które autor podaje jako założenia, choć większość z nich jest co najmniej wątpliwa. Ważniejsze wyliczam poniżej.
  4. Przykład nr 1: „Gracze nie powinni kreować fabuły w sposób bezpośredni.” – Inne sposoby nie istnieją. Gracz, grając, kreuje fabułę i tyle. Nie ma znaczenia, czy jest bardzo kreatywny w opisie, czy głęboko odgrywa swoją postać, czy tylko rzuca kostkami. Jeśli chce się nie kreować fabuły, należy nic nie robić, a najlepiej się nie odzywać.
  5. Przykład nr 2: Autor zapomina, że MG nie kontroluje scenariusza, ale przygodę, czyli to, co dzieje się na sesji. To jeden z głównych problemów tego tekstu – autor scenariusza chyba chciałby, aby sesja nieznanego mu MG wyglądała dokładnie tak, jak on sobie zaplanował. Wydaje się, że nie taki jest cel pisania scenariuszy.
  6. Przykład nr 3: Autor pisze, że gracze nie będą mieli za dużo swobody, bo scenariusz narzuca mnóstwo ograniczeń. Tymczasem swoboda gracza zawsze jest nieograniczona, jeśli rozumie, jakie są zasady obowiązujące w konwencji. Jak wąskie by one nie były, możliwości działania jest nieskończenie wiele. Co więcej, deklaracjom autora przeczy zupełnie proponowany przebieg scenariusza – gracze mogą robić mnóstwo różnych rzeczy, ogranicza ich tylko własne dążenie do spójności fabuły i logika podejmowanych działań. To idealny przykład scenariusza, który – bardzo ostro precyzując zasady konwencjonalne – daje ogromne pole do popisu dla graczy. To jego nieoceniona zaleta!
  7. Przykład nr 4: Autor za mocno utożsamia bohatera i gracza. Bohaterowie nie posiadają psychiki. Psychikę posiada gracz. Nie posiadają też emocji, uczuć i przemyśleń – to są atrybuty gracza.
  8. Przykład nr 5: Storytelling to nie jest „rozwiązywanie wszystkich problemów bez odwoływania się do losowej mechaniki”. To mit, że storytelling wyklucza mechanikę.
  9. Poważną wadą jest chęć autora, by decydować za graczy, co mają odczuwać (narzucając to co pewien czas karteczkami). To strzał w stopę całego pomysłu. Dochodzi tu do paradoksu: gracz musi się co scenę wczuć w nową sytuację (i dobry gracz to na pewno zrobi), ale z drugiej strony co scenę istnieje możliwość „wyzerowania” jego poprzednich uczuć. Osłabia to związek z postacią i na dłuższą metę – jeśli coś graczowi nie podpasuje – może być bardzo nużące i zniechęcające. Jeśli gracz ma naprawdę coś przeżywać, to mają to być jego emocje, a nie emocje wmówione przez MG poprzez wskazówki. Wystarczy, że graczowi coś z tej rozpiski nie będzie pasować (np. prowadzący Blacka gracz nie uważa, że mu się udało lub że postąpił słusznie) i wszystko się wali.
  10. Męczy protekcjonalny styl autora, który połowę wstępu poświęca pisaniu o tym, że to „niestandardowy” scenariusz. Nie warto tego na każdym kroku podkreślać (tym bardziej, że widać, iż to w wielu aspektach naprawdę niestandardowy i nietuzinkowy scenariusz). Lepiej to udowodnić tekstem. Jest to tym bardziej chybione, że autor odnosi się z pełnym zaufaniem do własnego doświadczenia, a wiele rzeczy, które uważa za niestandardowe, są bardzo powszechnymi i szeroko stoosowanymi chwytami.
  11. Brak sceny (najlepiej przed tymi, które są opisane), w której gracz mógłby zżyć się z Margaret. Odgrywanie „z marszu” uczucia do nieznanego BNa wypada zazwyczaj słabo.
  12. Nie najlepszy pomysł na rozwiązanie cięć. Przykładem jest dziewięciomiesięczna przerwa w toku akcji, którą ma opisać MG. Tymczasem bez żadnego problemu można by dać tu pole do popisu dla gracza, a MG mógłby tylko podchwycić pomysły. Retrospekcje powinno się rozgrywać, nie opisywać.
  13. Wszystko jest dopowiedziane, nie ma miejsca na niepewność tego, co wydarzyło się pomiędzy scenami. Co najmniej jedna z postaci to wie, wie również MG. Zniszczenie potencjału płynącego z niepewności.
  14. Cele Jacka w 1B nie brzmią jak cele.
  15. Najgorszą wadą tego scenariusza jest założenie autora, że zmusi on graczy do poważnych przemyśleń. Niestety, wybór tematu – schizofrenia i umieranie ukochanej osoby – są potraktowane bardzo powierzchownie i sytuują ten scenariusz w kategorii toksycznych i patologicznych. Zwłaszcza drugie zagranie jest bardzo niskie i niebezpieczne. Gra między Blackiem a Jackiem mogła toczyć się o wiele innych rzeczy, które mogły motywować gracza – choćby o własne życie, pozostanie na wolności itp. W scenariuszu, który mówi, że gracze mają się przejmować swoimi postaciami i mocno z nimi utożsamiać, odgrywanie obawy o umierającą żonę jest skandaliczne. Co gorsza, część scen ma prowokować gracza do emocji bliskich odrazie.
  16. Do tego podejścia pasuje bardzo łopatologiczne moralizatorstwo, a poważnych tematów do przemyślenia – wbrew zapowiedziom – nie ma. Chyba że ktoś ma wątpliwości, czy powinno się zabić własną żonę, gdy jest dla niego przykra. Tak też wygląda Epilog, w którym gracze nie mają niczego do zagrania.

W trzech słowach:

Świetny pomysł i wykonanie, toksyczna treść. To mógł być rewelacyjny scenariusz, najlepszy w całej historii Quentina, ale tematyka i sposób jej podjęcia jest nie do zaakceptowania.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Żaden inny scenariusz tej edycji nie poruszył mnie tak jak Black Jack. Bardzo lubię sytuacje, gdy od graczy zależy naprawdę wiele – i tak właśnie jest tutaj. Osią gry jest „starcie” dwóch silnie zmotywowanych bohaterów i od tego, który z nich zdoła przeforsować swój punkt widzenia zależą dalsze wydarzenia sesji. Dla mnie rewelacja. Jeśli dodamy do tego naprawdę mocny finał, tu uzyskamy scenariusz naprawdę bardzo interesujący.

Jednak jest w tej beczce miodu i łyżka dziegciu. Autor sugeruje, że Black Jack ociera się o systemy Indie. Otóż nie – Indie, prócz niebanalnego podejścia do tematu, mają jeszcze mechanikę wspierającą założenia gry. W Black Jacku mechanika (niemal całkowicie losowa) po prostu zakłada, że jeden z graczy osiągnął sukces, lub sukces z fajerwerkami. Nie ma miejsca na kompromisy i tym podobne. To problem, bo jeśli jeden z graczy będzie uporczywie bronił jakiejś kwestii, mówiąc „Nie i już!”, to tak naprawdę to, czy zostanie przekonany, czy nie zależy od zwykłego farta.

Drugi zarzut jest równie poważny – autorze, nie mam ochoty snuć refleksji nad ewentualną śmiertelną chorobą mojej Ewuni. Emocje na sesji są super, ale kiedy wychodzą poza ramy zwykłej rozrywki, to mniej super. Na sesji mogę odczuwać gniew, strach, potrzebę uzewnętrznienia się (to w L5K), mogę rozpaczać nad śmiercią BNa – nie ma sprawy. Ale nie chcę łączyć refleksji sesyjnych, z moim rzeczywistym życiem. Tu nie jest jeszcze tak źle – w tej edycji trafił się scenariusz pastwiący się nad graczami w znacznie większym stopniu.

Tym niemniej – uważam Black Jacka za bardzo udany scenariusz. A gdyby pozbyć się tej całej egzaltowanie – refleksyjnej otoczki i zostawić po prostu kapitalną historię o Blacku i o Jacku, to tekst jeszcze by zyskał.

Michał Sołtysiak

Gdy zobaczyłem formę tego scenariusza, ilustracje i skład, liczyłem na dobrą gangsterską, opowieść. Otrzymałem zaś coś co już nie jest scenariuszem do RPG, ale amatorską psychodramą, która niestety nie była konsultowana z psychologiem. Zawiera więc wiele toksycznych elementów, które oczywiście są snobistycznie ambitne, ale w ogólnym rozrachunku odrzucają, jako źle wyważone. Ciekawe czy autor liczył się z tym, że będzie czytany przez osoby młodsze i mniej dojrzałe, oraz czy bierze za to odpowiedzialność.

Jest to bardziej scenariusz dla teatralnej psychodramy, dla mnie to już nie jest RPG, trzeba postawić gdzieś znak rozgraniczenia. U mnie zaś ten jest daleko przed BlackJackiem. Właśnie tego nie lubię w dzisiejszych eksperymentach z RPG, po pierwsze, że używa się dość niebezpiecznych narzędzi, bez odpowiedniej wiedzy, a dodatkowo przesadna egzaltacji i nadmierna ambitność autora czynią z tego coś, co nie przyniesie grającym pozytywnych wrażeń. Katharsis na pewno się nie pojawi.

Oczywiście powstaje pytanie, czy ten konkurs powinien doceniać awangardowość, ale gdzieś trzeba powiedzieć dosyć. Mam nadzieję, że osoby próbujące grać w Blackjacka będą dojrzałe. Ja bym wolał jednak mieć jak najmniej do czynienia z tego typu tekstami w połączeniu z RPG. RPG to w końcu rozrywka, a jeśli uderza w „wysokie C” i ambitność rodem z tragedii teatralnych oraz kina moralnego niepokoju, to niech to będzie robione z wiedzą i odpowiedzialnością.

plusy:

dopracowanie i korekta
atrakcyjna szata graficzna

minusy:

  • egzaltacja i nieodpowiedzialność w stosowaniu psychodramy
  • sztampowość problemów psychologicznych i wykorzystanych motywów

Joanna Szaleniec

„Blackjack” jest z jednej strony świetnie skonstruowanym scenariuszem, z drugiej – może się stać punktem wyjścia dla pewnego alternatywnego gatunku RPG. Myślę, że wpisuje się doskonale w zjawisko Nowej Fali i jako taki znajdzie na pewno zarówno swoich zagorzałych zwolenników, jak i wrogów. Przyzwyczajeni do klasycznego RPG gracze-odgrywacze zarzucą mu zapewne pewną sztywność konwencji. W „Blackjacku” nie chodzi jednak zasadniczo o odgrywanie postaci, ale o ich intelektualny i emocjonalny pojedynek. Podziwiam konsekwencję i precyzję, z jaką autor opisuje wszelkie możliwe rozwiązania i opcje rozwoju scenariusza. Sądzę, że na kanwie tego niezwykle inspirującego tekstu może powstać wiele kolejnych historii, opartych na analogicznych założeniach.

Ulubiony cytat: brak

[collapse]

Ultima Thule

Ultima Thule Mateusz „Craven” Wielgosz

System: brak, survival horror

Setting: Biegun Południowy, rok 1986

Gotowa mechanika: Q10

Modyfikacje zasad: sugestie dla MG dotyczące walki

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: karty postaci, mapka

Opis: Ekspedycja naukowa dociera do bazy na Biegunie Południowym, by dokonać rutynowych pomiarów. Już pod drodze grupie przydarza się wypadek, a na miejscu okazuje się, że baza jest opustoszała. Los poprzedniej załogi może niebawem stać się losem ekspedycji bohaterów graczy, gdyż szybko okazuje się, że na śnieżnej pustyni nie są sami…

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Scenariusz nie przypadł mi do gustu, ponieważ grając w filmową przygodę nie chciałbym wcielać się w rolę statysty. Ultima Thule posyła przeciw grupie polarników potwora i każe bronić się przed nim na lodowym pustkowiu oraz na terenie stacji badawczej. Członków ekspedycji jest wielu, giną często i postacie graczy zmieniają się w trakcie sesji. Nie jest to więc scenariusz dla graczy, którzy lubią nacieszyć się bohaterem – wszystko poddane jest fabule w konwencji survival horroru i przyjemność czerpie się z uczestniczenia w znanym z kina schemacie.

Na korzyść scenariusza przemawia dobre przygotowanie. Autor dokładnie wykłada zasady proponowanej zabawy, a ponieważ odbiegają one od standardów RPG, przypominane są po wielokroć, może aż za często. Tekst zawiera masę wskazówek ułatwiających MG rozwiązywanie problemów i podkręcanie akcji w monotonnym jakby schemacie pościgu i ucieczki. Niestety, mimo podziwu dla jakości przygotowania scenariusza, który jakby nie było zawsze powinien być tekstem użytkowym, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jest to tekst almanachowy albo gra Indie, z banalną fabułą na doczepkę

.

Jeśli macie ochotę przeczytać dobrze przetestowany i przygotowany scenariusz obracający się wokół niebanalnego pomysłu, polecam tekst gorąco. Jeśli lubicie horror, powinniście zagrać koniecznie. Natomiast wszyscy, którzy tak jak ja przywiązują się do postaci i w przygodzie cenią barwną fabułę, będą zawiedzeni.

Artur Ganszyniec

Bardzo porządnie przygotowany scenariusz – oparty na solidnym pomyśle, ciekawy, pełen przydatnych rad i dobrze przetestowany. Każda z tych cech cieszy moją duszę praktyka. Tekst napisany przyjemnie, bardzo dobrze złożony z funkcjonalnymi ramkami, listą utworów nadających się na ścieżkę dźwiękową na marginesie każdej strony i tego typu gadżetami. Zaczyna się od akcji i od początku do końca, konsekwentnie utrzymany jest w filmowej stylistyce. Czy ma jakieś wady? Tak. Cały oparty jest na niebanalnym pomyśle formalnym dotyczącym sposobu prowadzenia postaci. Jeśli gracze to podchwycę, zapewne wszystko pójdzie dobrze. Jeśli z jakiś przyczyn, trik nie zadziała, tekst nie ma wiele więcej do zaoferowania. To bardziej podstawa do stworzenia własnej przygody, niż klasyczny scenariusz.

Zalety: Profesjonalnie przygotowany i złożony tekst, pełen ciekawych pomysłów i przydatnych porad.

Wady: Wszystko postawiono na jedną kartę, i jeśli gracze nie podchwycą głównego pomysłu, nie będą się dobrze bawić.

Jednym zdaniem: Profesjonalny zestaw narzędzi umożliwiający rozegranie pasjonującej, filmowej przygody w niebanalnej scenerii.

Magdalena Madej-Reputakowska

W moim osobistym rankingu na tytuł scenariusz Ultima Thule zajmuje pierwsze miejsce. Chwytliwy, dobrze dopasowany tytuł to już połowa sukcesu. W przypadku tego scenariusza możemy śmiało mówić o spektakularnym sukcesie z drobnymi zaledwie potknięciami.

Ultima Thule to tekst idealnie nadający się do natychmiastowego poprowadzenia, spisany przejrzyście, ciekawie i logicznie. Fabuła jest zaskakująca, oryginalna i wciągająca. Autor żongluje konwencjami i z doskonałą świadomością ich praw konstruuje swoją opowieść. Ultima Thule jest nie tylko przemyślana na wszystkich poziomach, ale przede wszystkim realizuje temat rzadko spotykany na polu RPG. Adoptując prawa filmu akcji połączonego z horrorem autor oddał prawa konwencji w estetyce i mechanice. Na największa uwagę zasługuje sposób w jaki została skonstruowana drużyna. Pomysł na zmienianie postaci to jednocześnie największa zaleta i wada scenariusza. Przydzieleni graczom bohaterowie mają jedynie imiona (niestety za długie i trudne do zapamiętania), co nie pozwala im łatwo wczuć się w szybko ginące postaci. Znacznie lepiej zadziałałoby podzielenie postaci na funkcje fabularne i nadanie im budzących skojarzenia imion, które oddawałaby ich charakter i rolę. Brak wyraźniejszego rozróżnienia (które uważam za niezbędne do wzbudzenia w grających emocji) pomiędzy bohaterami to nie tylko nie znaczące, przydługie imiona, ale także brak postaci płci żeńskiej. Wprowadzenie kobiety do konwencji horroru zawsze potęguje emocje. Jak to zawsze bywa w przypadku scenariuszy genialnych, nawet najmniejszy błąd urasta to rangi problemu.

Tomasz Z. Majkowski

Zarzuty, które mógłbym „Ultima Thule” postawić, w 90% wiążą się z fatalnym stylem tekstu – doprawdy, można było posiedzieć nad nim i rzecz poprawić. Pozostałe 10% to niepotrzebne zastrzeżenie, by nie informować graczy o wymianie postaci. Poza tym uważam, że to scenariusz od początku do końca świetny: nowatorski, ale nie cudaczny, emocjonujący, ale nie przekombinowany, filmowy, ale nie liniowy.

Oczywiście, można czepić się, że tekst nie prezentuje zdarzeń w porządku logicznym, ani chronologicznym, ani nawet alfabetycznym: mówi jednak rzeczy sto razy ważniejsze. Zwykle
po lekturze scenariusza wiem, co ma się dziać i zaczynam zastanawiać się, jak to zrobić. „Ultima Tiule” informuje mnie natomiast o sposobach przeprowadzenia: to scenariusz, który nie tylko doskonale wie, jak go rozegrać ale, co ważniejsze, potrafi to przekazać. Jeśli więc w tekście pojawia się jakiś motyw, wyjaśnionym zostaje, czemu ma służyć – i doprawdy, wolę to, niż opis sceny, w której motyw zostaje wykorzystany. Taka prezentacja daje bowiem Mistrzowi Gry to, co jest mu najbardziej potrzebne: wie zawsze, jak reagować na poczynania graczy i może na bieżąco dostosowywać fabułę do toku przygody, bez konieczności naruszania struktury zdarzeń. W konsekwencji, „Ultima Thule” zostawia bardzo dużo swobody graczom: mogą wprowadzać w życie swoje pomysły, nikt nie przepędza ich, jak owieczek, z jednej sceny do drugiej – po prostu MG wie, jak skroić przygodę dokładnie na ich miarę.

Informacje o tym, dlaczego potwór wygląda, jak wygląda, i jakie wrażenie ma budzić, pomysły na sekwencje zmiany postaci, zestawienie najbardziej prototypowych pomysłów graczy: wszystko to sprawia, że „Ultima Thule” jest narzędziem doskonale użytecznym. Świetnie znany z kina, ale niezbyt ograny w RPG temat dodaje jej świeżości. Samoświadomość, wyrażana na przykład w powtarzanych często radach, by nie popadać w nadmierną psychologizację czyni ją tekstem bezpretensjonalnym (a to w grach fabularnych szczególna zaleta!). Dodajmy do tego jeszcze pomysły na sesyjne handouty, które nie pojawiają się z morderczą regularnością w każdej edycji Quentina oraz jedyne chyba w tej edycji spostrzeżenie, że drużyna może składać się z osób różnej płci, ale nie musi (i rady, jak postępować w obu przypadkach), a otrzymamy tekst będący esencją dobrej zabawy w RPG, i to w dodatku zabawy dla każdego.

Niewiele spotyka się scenariuszy przygotowanych tak, jak „Ultima Thule” – ale jeżeli o mnie chodzi, wszystkie mogłyby być tak konstruowane. W tym roku to mój zdecydowany faworyt.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

To zdecydowanie jeden z najlepszych tekstów tej edycji. Napisany zgrabnie, dopieszczony w kwestiach dodatków, z jasno nakreślonym pomysłem. Z bazy polarnej nie docierają od dawna żadne sygnały – rusza grupa mająca wyjaśnić całą sprawę. (dalej spoilery) Na miejscu czeka na wyprawę bezlitosna, potężna bestia. Pomysł na rozegranie Ultima Thule jest taki, że z bohaterami gry nikt się nie patyczkuje – jeżeli zagrasz zbyt ryzykownie, zaatakujesz potwora itd. – natychmiast giniesz… i otrzymujesz do gry kolejną postać, dotychczasowego BNa.

Prosty, acz bardzo efektywny chwyt. Niestety do samej treści scenariusza mam sporo zastrzeżeń. Po pierwsze fabuła – jest kilka wprowadzających wydarzeń, potem wielkie bum, akcja nabiera tempa i… zostajemy zostawieni sami sobie. Wygląda na to, że docelowo scenariusz mają nakręcać wymiany bohaterów – jak dla mnie to trochę mało i chętnie widziałbym więcej naszkicowanych wydarzeń, gotowych do zaadaptowania podczas faktycznej sesji. Niewykorzystany został także potencjał innych elementów gry. Mapka jest w sumie zbiorem prostokątów, a mogłaby przysłużyć się do jakiejś taktycznej zabawy z bestią. Bestia jest tylko pretekstem do zabijania graczy, a mogłyby stać za nią jakieś watki fabularne (legowisko? obrona terytorium? osobnik drugiej płci poszukujący partnerki/partnera?). Pewną niedogodnością są też nazwiska postaci, które jakoś nie chcą zapadać w pamięć (a przy takiej ilości bohaterów o pomyłkę nietrudno). Co do samych klisz – być może lepszy efekt dałoby ukierunkowanie postaci jednym przekonaniem dotyczącym jej misji. Nie zaszkodziłoby też rozrysowanie mapy relacji pomiędzy postaciami – dla lepszego zwizuwalizowania sobie sytuacji przez MG.

Brawa należą się za to za omówienie kwestii kobiety w drużynie, dobranie odpowiedniej muzyki i sceny wejściowej czy dołączenie statystyk bohaterów (zgodnych z systemem Q10). Całościowo Ultima Thule mi sie podobała i zdecydowanie polecam ją wszystkim, którzy chcą zobaczyć jak wygląda dobry scenariusz oparty na jeszcze lepszym pomyśle.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Przydałoby się nieco obszerniejsze streszczenie, ale przynajmniej od początku wiadomo, czego się spodziewać.
  2. Całość jest spisana schludnie, klarownie, precyzyjnie. Brak miejsca na nieścisłości. Po lekturze można prowadzić niemal z marszu. Przygotowane są również karty postaci.
  3. Dobre, horrorowe odcięcie od cywilizacji – zwłaszcza komunikacji. Świetny, klimatyczny setting.
  4. Ryzykowny, ale bardzo efektowny pomysł z zabijaniem postaci graczy. Bardzo pasuje do klimatu i konwencji.
  5. Bardzo dobre uwagi, by pozwalać graczom określać bohaterów, którymi grają.
  6. Bardzo bogate i zróżnicowane propozycje muzyczne.
  7. Bardzo funkcjonalne opisy: co i jak zadziała, co się stanie, jak się bronić.
  8. Doskonały pomysł z wykorzystaniem świec chemicznych.

Na nie:

  1. Jest tylko „opcja”, by wprowadzić postaci kobiece, choć aż prosi się o przynajmniej jedną taką rolę na starcie. Nic bardziej nie podkręca emocji w horrorach i thrillerach.
  2. Brakuje scen z szefem wyprawy, które pozwoliłyby go poznać i mocniej poczuć jego stratę.
  3. Słabym pomysłem jest opisywanie w scenariuszu, co samemu się zrobiło podczas sesji testowych. Z punktu widzenia konkursu, jest to pokazywanie warsztatu MG, a nie autora scenariusza, oraz wmawianie, co powinno być fajne i ekscytujące (nie ma gwarancji, że takie będzie dla innego gracza). Scenariusz, szczególnie konkursowy, to nie actual play. Nie jest to też tekst pisany z myślą o własnych, sprawdzonych (i to dosłownie) graczach, którzy podjęli „dobre” decyzje i go nie skopali. Przykład: „Gracz dość szybko został ubezwłasnowolniony, więc nie pograł długo tą postacią, jednak po sesji był bardzo zadowolony z takiego przebiegu zdarzeń. Uznał to za pasjonujący motyw.”
  4. Wydaje się, że postaci jest trochę za dużo. Na dodatek nie wszystkie są równie ciekawe. W horrorze dobrze jest wybić wszystkich zbędnych, a zostawić do końca tych, którzy mają przeżywać emocje.
  5. Szkoda, że autor nie zaproponował swojej wersji genezy bestii. Naturalnie, może być ona całkowicie nieistotna, ale brak tego dna trochę zubaża pomysł. Znika też dodatkowy motyw, którym można zainteresować i postraszyć graczy.
  6. Ekipa, jak na Amerykanów, jest bardzo słabo zróżnicowana kulturowo. Widać to szczególnie w mało charakterystycznych i oklepanych nazwiskach.
  7. Do momentu przybycia do bazy przerwy w budowaniu napięcia są bardzo dobrze rozplanowane. Wydaje się, że atak potwora następuje minimalnie za szybko, gdy jeszcze można myśleć, że prawdziwym przeciwnikiem jest Biegun (nic nie wskazuje, że jest inaczej, wręcz przeciwnie). Wystarczyłyby 2-3 sceny, by poznać stację i jej wyposażenie, oraz zorientować się, że coś jest nie tak.
  8. Potwora również warto było „ukryć” na 1-2 sceny. Nawet gdyby bestia atakowała i zabijała, jest to tym łatwiejsze, że autor sam stworzył chwyt, który mógł w tym pomóc (rozdzielający wiedzę postaci i gracza).
  9. Klasyczne „karteczki” mogą się sprawdzać (choć to trochę wyświechtany motyw), ale nie jest dobrze pisać graczom, co myślą i czują. Połączenie sugestii „karteczki nr 4” z ramką tuż pod nią brzmi bardzo sztucznie i niekonsekwentnie. Zabrakło tutaj „brzytwy Ockhama” – z tego można było spokojnie zrezygnować bez straty dla scenariusza.
  10. W połowie scenariusza autor zostawia resztę w rękach graczy i MG. To jeszcze jest w porządku, ale ogromnie brakuje choćby paru gotowych ramowych pomysłów na sceny (pomiędzy którymi jest miejsce na wypełnienie inwencją graczy) i przynajmniej 2-3 sposobów na zabicie potwora. Gracze na pewno są kreatywni, ale pomysłowość autora scenariusza powinna pomagać MG.

W trzech słowach:

Jeden z najlepszych scenariuszy edycji, w którym – jak zawsze w przypadku tekstów nietuzinkowych – tym więcej wad widać, im bliżej mu do ideału. Szkoda, że po stworzeniu świetnego tła i wprowadzenia (plus masy miodnych „gadżetów” dla MG), autor nie zaproponował równie efektownego rozwiązania akcji (lub choćby jego zarysu).

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Oparty na uniwersalnej i darmowej mechanice Q10 scenariusz osadzony we współczesnych realiach z jednym ponadnaturalnym, krwiożerczym i futrzastym dodatkiem. To już pierwszy plus – na dobrą sprawę w Ultima Thule może zagrać każdy – nie trzeba znać podręczników, dodatków, światów, mechanik – wszystko czego potrzebujesz to dostępna za frajer mechanika i tekst scenariusza.

A co dalej? Starannie zarysowane tło, fajne wprowadzenie, dobre przedstawienie bestii, dokładnie opisana arena wydarzeń, kilka pomysłów na fabułę i… i tu w zasadzie scenariusz się urywa. Tak drogi MG – zostajesz zdany na siebie. Na szczęście autor na tyle dokładnie przedstawił sytuację, ze dalsze prowadzenie nie nastręczy problemów.

Warty uwagi jest pomysł przydzielenia graczom więcej niż jednego bohatera. Tzn. na raz kontroluje się jedną postać (czyli tradycyjnie), jednak jeśli nastąpi zgon, to gracz otrzyma kolejnego bohatera. Pomysł podoba mi się, jednak ja poszedłbym dalej – od razu na wstępie powiedziałbym graczom, że mają rezerwowych zawodników. To powinno spowodować większą śmiałość graczy, skłonność do zabawy samą postacią, tworzeniem i rozwiązywaniem konfliktów, a nie tylko panicznym strachem o przetrwanie.

Nie jestem również wielkim zwolennikiem karteczek – uważam, że w sytuacji „karteczkowej” nie należy za wszelką cenę budować tajemnicy, tylko pozwolić wszystkim graczom poznawać fabułę – to nieraz daje wspaniałe efekty.

Ale to tylko dwie drobne uwagi, nie wpływające na odbiór całości – Ultima Thule to kawał świetnego scenariusza. Warto prowadzić, warto czytać.

Michał Sołtysiak

Zacząłem czytać ten scenariusz i zapragnąłem go poprowadzić. Survival Horror, idealnie wpisujący się w klimat filmów o potworach. Grupa ludzi na Biegunie, w śniegu i mrozie walczących ze skrzyżowaniem goryla z bizonem, czy czymś tam podobnym. Oczywiście rzucają się w oczy nawiązania do Coś Carpentera, oczywiście widać pewną plastikowość rodem z amerykańskich filmów, ale widać też chęć zabawy i wysoką grywalność.

Minusem może być wymaganie, żeby gracze szybko pogodzili się z konwencją i dużą arbitralnością Mistrza Gry. Niestety, to może tworzyć zgrzyty, gdyż muszą bardzo mocno zaufać i zmodyfikować swój styl do wymagań survival horrorów, gdzie wiadomo, że dużo osób musi bezsensownie zginąć, zanim ostatnia garstka pokona potwora.

Podsumowując jednak, to dobrze napisany i bardzo grywalny, ale trudny scenariusz. Nagroda należała mu się słusznie, bo był najbardziej grywalny i skierowany na graczy ze wszystkich scenariuszy w tegorocznym Quentinie. Grający maju tutaj naprawdę wspaniałe pole do popisu.

plusy:

  • klimat filmu z gatunku survival horror
  • prosta jak drut, ale ma wspaniały nastrój
  • świetnie napisana
  • ciekawy pomysł na sama rozgrywkę

minusy:

  • wymóg pogodzenia się z arbitralnymi decyzjami Mistrza Gry
  • dość trudny do rozegrania z niedoświadczonymi lub mało elastycznymi graczami

Joanna Szaleniec

Nie ma co do tego wątpliwości, to doskonała przygoda!

Na początku nie byłam pewna: jeśli gracz otrzymuje nową postać kiedy jego własna zostanie uśmiercona, czy będzie się z nią na tyle utożsamiać, żeby drżeć o jej życie? Czy też będzie czuł się jak w starej komputerowej zręcznościówce, gdzie bohater dysponuje po prostu większą liczbą „żyć”? Z drugiej strony zmiany postaci (zwłaszcza na bohaterów o kompletnie odmiennym charakterze) to ciekawe wyzwanie roleplayowe. Przekonuje mnie oświadczenie autora, że to motyw wypróbowany i się sprawdza.

Spomiędzy linijek tekstu wyziera ogromne doświadczenie autora jako Mistrza Gry (banalny z pozoru przykład: „Zbyt precyzyjny opis nie ułatwi zapamiętania kilkunastu sylwetek, natomiast posługiwanie się kluczami typu brodaty, ryży, grubasek, klimatolog znacznie ułatwi kojarzenie BNów.”). Wszystko zostało dokładnie zaplanowane. Autor świetnie się orientuje w dynamice sesji RPG, jej wymaganiach i ograniczeniach. W sposób przemyślany sugeruje wykorzystanie muzyki, handoutów, gadżetów. Jest nawet miejsce na scenę mającą zapoznać graczy z mechaniką, a także uwagi dotyczące wszelkich potencjalnych problemów w czasie sesji, jak chociażby zmienianie płytek z muzyką. Są to teoretycznie drobiazgi, ale każdy doświadczony MG zdaje sobie świetnie sprawę, jak skutecznie mogą rozproszyć klimat sesji, jeśli się ich nie dopilnuje.

Kilkukrotnie w czasie czytania miałam pewne wątpliwości, ale za każdym razem okazywało się, że autor ma przygotowane gotowe wyjaśnienie już w następnym akapicie (patrz np. „Czemu potwór pojawia się tak szybko?”). Tutaj na marginesie chciałabym zaznaczyć: nie zgadzam się z zarzutami, że przedwcześnie pokazując potwora autor łamie konwencję. Fakt istnienia„The Thing” nie przesądza, że jedyną konwencją dozwoloną w scenerii śnieżnej pustyni jest horror. Ta przygoda – jak zaznaczono już na samym początku – to przede wszystkim survival. Sądzę, że gdyby autor zdecydował się jednak na polarnego misia zamiast umięśnionej zjadarki, uniknąłby nieporozumień w tej kwestii.

Kolejną rewelację stanowią sugestie dotyczące włączenia postaci kobiecych i znaczenia „zmiany płci” bohatera dla przygody czy interakcji z pozostałymi postaciami. Tak jest, baba to nie jest to samo co facet w spódnicy, nawet jeśli wykonuje ten sam zawód, czegokolwiek by o tym nie mówili zwolennicy równouprawnienia.

Ten tekst to scenariusz pełną gębą, a nie tylko opowiadanie, w którym prowadzenie części bohaterów powierza się graczom. W przygodzie znajduje się wszystko co niezbędne, a nic co zbędne, dzięki czemu udało się ją zamknąć w kilkunastu, a nie kilkudziesięciu stronicach (co tam, że w 2 szpaltach).

Ulubiony cytat: Czy można graczowi na pytanie „czy te stoły są metalowe?” odpowiedzieć „nie”?

[collapse]

Pociąg

Scenariusz Konkursowy:

Pociąg Piotr Odoliński

Zwycięzca

System: Nowy Świat Mroku

Setting: magiczny pociąg relacji Wrocław-Warszawa

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: zmienione zasady dotyczące Moralności, dodatkowa mechanika gry w karty

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: rysunek i plan pociągu

Opis: Postaci graczy trafią do tajemniczego Pociągu, który zabierze ich w nieznane. Zwiedzą jego wnętrze i poznają jego niezwykłych pasażerów. Początkowo podróż może wydawać się ciekawym doświadczeniem, z czasem jednak okaże się, że środek transportu jest tak naprawdę przerażającym więzieniem, którego mieszkańcy toczą ze sobą okrutną wojnę, a bohaterowie znaleźli się w samym jej środku. Jedynym rozsądnym wyjściem okaże się ucieczka. Problem w tym, że Pociąg rządzi się własnymi prawami, według których wpuszcza i wypuszcza pasażerów, a czasu pozostało niewiele…

Oryginalna wersja

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Pociąg jest moim faworytem w tegorocznej edycji.

Największą zaletą tekstu jest bezpretensjonalność historii, która bywa moralizatorska, zabawna, delikatna lub naiwna w dobrym znaczeniu tego słowa. I nigdy nie jest głupia. Jedyne małe zastrzeżenie, jakie mam do tego scenariusza, to zaszyty w nim potencjał nudy, która może ujawnić się na sesji, jeśli Narrator źle go rozegra. Historia opiera się bowiem na wędrówkach pomiędzy Bohaterami Niezależnymi, którzy są interesujący, ale nie za każdym razem. Mam ponadto podejrzenie, że gracze mogą nie poczuć się dobrze w przygotowanych rolach.

„Pociąg” kojarzy mi się z „Alicją w Krainie Czarów”. Wiem, że jako gracz miałbym przyjemność rozwikływania zagadek spotykanych postaci, a jako MG doceniłbym możliwość poprowadzenia przygody do WoDu, w której bohaterowie są śmiertelnikami, a istoty nadnaturalne są potężne lecz wprowadzone zostają z umiarem, nie nachalnie.
Polecam!

Artur Ganszyniec

Mam problem z tym scenariuszem. Wiem, że jest dobry a jednocześnie nie zachwyciła mnie przyjęta konwencja. Zdecydowanie go jednak polecam, warto wyrobić sobie własne zdanie. Tekst ma w sobie elegancję dobrej, komputerowej przygodówki – to spory komplement. Stawia przed postaciami wyzwania na wszystkich płaszczyznach, a gracze też będą
mogli sobie pogłówkować. Dlaczego mi nie podszedł? Umieszcza graczy w bardzo specyficznym miejscu i ściśle reguluje ich możliwości kontaktów z otoczeniem. To nie wada, jednak czułem się jak miłośnik filmów akcji oglądający teatr telewizji. Polecam.

Zalety: Ciekawa opowieść i sceneria, dużo kombinowania i klimatu.

Wady: Sceneria i klimat bardzo specyficzne, albo to kupisz, albo zupełnie nie.

Jednym zdaniem: Bohaterowie wsiadają do pociągu, a potem już nic nie jest takie, jak dawniej.

Magdalena Madej-Reputakowska

Pociąg to scenariusz wybitny! W przypadku takich scenariuszy widać nawet najmniejszy błąd, który psuje ogólne wrażenie. Baśniowa estetyka opowieści zachwyca swoją innowacyjnością, ale są także drobne potknięcia – przykładowo wprowadzenie techniki. Momentami autorowi zabrakło wyczucia tak bardzo potrzebnego w przyjętej magicznej konwencji. Sposoby rozwiązywania niektórych z magicznych prób sprawiają wrażenie nieco nie przemyślanych – jak na przykład słaba puenta wątku z Lilith. Zupełnie urzekającym pomysłem jest gra o wspomnienia w której bohaterowie mogą ocalić miłość państwa młodych. Jest to kolejny przykład na niedopracowanie świetnego elementu scenariusza. Autor przygotował zasady gry, ale nie przemyślał jej konsekwencji – bohaterowie powinni tracić wspomnienia istotne dla fabuły i rozwoju ich osobistych wątków.

Drobne niedociągnięcia to jedynie kropelka goryczy w oceanie wspaniałym pomysłów jakie autor zawarł w tekście. Pociąg to niezwykle oryginalny i ciekawy scenariusz, który aż prosi się o poprowadzenie i zagranie. Niestety ma jedną zasadniczą wadę – źle skonstruowaną drużynę. Postaci graczy to podstawa fabuły – jej istota, która emanuje na całą konstrukcję opowieści. Pociąg ma trzech bohaterów, z których tylko jeden ma wątek osobisty. Pozostała dwójka ma jedynie słabo zarysowane tło, które nie odgrywa w przebiegu wydarzeń istotnej roli. Postać profesora i złodzieja mają w scenariuszu „swój moment”, natomiast ambitna karierowiczka ani razu nie wysuwa się na pierwszy plan opowieści.

Tomasz Z. Majkowski

Pociąg ma wszystko to, czego nie ma Ultima Thule: jest doskonałą fabułą dopiętą na ostatni guzik. I tym właśnie trochę mnie zraził – perfekcjonizm wykonania zbliżył tekst do starych przygodówek. Odnoszę wrażenie, że w „Pociągu” wszystko odbywa się wedle schematu: porozmawiaj z osobą A, a dostaniesz przedmiot 1. Użyj go na obrazku w przedziale osoby B, a dowiesz się od niej, jak przekupić osobę C przedmiotem 2, który znajdziesz w toalecie $, za rurą. Oczywiście, to nie jest wada dyskwalifikująca, a może nawet nie jest wadą w ogóle – tekst nie polega na przedstawianiu graczom kolejnych scenek i pozostawia niejedną drogę do wyboru, wciąż jednak: dysponując opcjami A, B, C i D nie można wybrać opcji 1. Dlatego mam wrażenie, że prowadząc ten scenariusz udusiłbym się, zawsze wiedząc, co gracze muszą teraz zrobić, by uruchomić kolejną część przygody. Wolałbym więc informacje bardziej ogólne, rady, jak rzecz przeprowadzić: klocki zamiast kunsztownego puzzla, który zawsze układa się w ten sam obrazek, choć można kłaść elementy w różnej kolejności.

Nadto, przygoda powiela kilka błędów filmu „Interstate 60” (w Polsce, z niepojętych powodów, pod tytułem „Ale jazda!”), którym się bez zażenowania inspiruje (bardzo twórczo – nic zdrożnego, tak się właśnie robić powinno). Tak jak i w filmie, bardzo ciekawe, świeże pomysły sąsiadują tu z nieco tandetnym, wczesnolicealnym symbolizmem – mamy więc z jednej strony atrakcyjne wątki Pierwszego Biletu czy interesującą postać Hegemona, z drugiej – ograne do nieprzytomności (i pachnące truchłem „Wesela”) osoby Lilith czy Państwa Młodych. Drażni mnie też (całkiem jak w filmie!) jawny seksizm, gdy tekst co i rusz podsuwa bohaterce sugestie, który z dwóch pozostałych członków drużyny jest w danym momencie atrakcyjniejszy i co jakiś czas radzi uwiedzenie – bo w końcu „sex appeal
to nasza broń kobieca”. Takie stawianie sprawy nie każdej grającej musi odpowiadać i wcale nie wydaje mi się dowodem na rolplejową dojrzałość.

Ale, choć tyle wywlekam zarzutów, nie chcę, żebyście mieli wątpliwości: „Pociąg” to bardzo dobra przygoda, którą zdecydowanie uważam za godną Quentina. I zapewne w niejednej recenzji przeczytaliście już, że ma interesujący pomysł, niebanalne wykonanie i emocjonujące zakończenie. Wskazując na jego wady nie chcę go ani na jotę umniejszać – a raczej podpowiedzieć, co niekoniecznie musi w nim odpowiadać (mnie, na przykład, zraża sztywna struktura).

I wskazać, nieco na przekór, dlaczego choć „Pociag” jest naprawdę bardzo dobry (i warto go przeczytać!), ja stawiam na „Ultima Thule”.

Krystyna Nahlik

Tomasz Pudło

Pociąg to zdecydowanie jeden z najsolidniejszych scenariuszy tej edycji Quentina – nie ukrywam, że był moim faworytem a jego zwycięstwo uważam za w pełni zasłużone. Ma wszystkie cechy, których wymagałbym od dobrego jednostrzału – zamknięta strukturę, przygotowane postacie, kilku ciekawych BNów, których poodgrywać może MG. Jest w tym także trochę magii – kolejny dowód (po zeszłorocznym Po drugiej stronie lustra) na to, że klimaty rodem z World of Darkness w odpowiednich rękach mają naprawdę duży potencjał.

W rozmowie z autorem na tegorocznym Constarze wyszło na jaw, że scenariusz był przez niego prowadzony, a ostateczny tekst uwzględnia uwagi graczy. Moim zdaniem – to widać (np. w finale – pigułki na trzeźwienie – brzmią jak genialny przebłysk jednego z graczy). Autor z całą pewnością zrobił też dobry użytek ze scenariuszy z poprzednich lat – momentami da sie tutaj wyłapać pewne podobieństwa.

Czytałem swego czasu opowiadanie pt. Złota strzała, autorstwa Wiktora Pielewina. Ciekawym, czy autor także, bo klimaty, jakie udało mu się stworzyć w jego własnym Pociągu są moim zdaniem bardzo podobne. Druga rzecz, jaką przywodzi na myśl zwycięski scenariusz to stara gra przygodowa – musimy tu bowiem niejednokrotnie połączyć ze sobą fakty i w kontekście odkrycia porozmawiać z określonym BNem.

Nie oznacza to jednak, że nie będziemy musieli wybierać – przeciwnie – wybór stron w konflikcie jest jednym z ważniejszych elementów scenariusza (i za to mu chwała). Jednocześnie autorowi udało się tak opisać środowisko gry, że Narratorowi powinno być dość prosto improwizować w trakcie sesji. Zachowano zatem walory użytkowe tekstu.

Jako wielki fan mechaniki na sesji nie mógłbym też nie wspomnieć o tym, że została ona tutaj bardzo udatnie wpleciona w najważniejsze wydarzenia. Wyścig z czasem na końcu, gra w karty o wspomnienia – bardzo smakowite kąski. Choć może test zamykania okna to lekka przesada.

Oczywiście każdy świetny scenariusz dałoby się w wielu miejscach dopicować, także poniżej kilka wypunktowanych uwag zanotowanych podczas lektury:

  • ograne przysłowie na początek wcale nie musi być elementem quentinowego standardu
  • motyw z harcerzami wydaje się być świetny, ale w grze pewnie łatwo byłoby go przerysować. Wydaje się tez być nieco zaniedbany w dalszych częściach fabuły.
  • danie najbardziej narwanej postaci rewolweru może nie być najlepszym pomysłem – co jeżeli gracz szybciutko zacznie grać twardo?
  • opowieści cyganki są fajne, ale wydaje mi się, że jest ich nieco zbyt dużo i trudno będzie wpleść je wszystkie płynnie w fabułę. Treść scenariusza też nie daje dobrej odpowiedzi jak to zrobić.
  • gra o wspomnienia – zdecydowanie traci się zbyt mało. Obniżenie czegoś o punkcik? Wolne żarty.
  • kwestia wysiadania na czwartej stacji wydaje mi się niedostatecznie precyzyjnie rozpisana. Przez długą część lektury zastanawiałem sie co się stanie, gdy ktoś zechce wysiąść wcześniej, po otrzymaniu swojego biletu. Poza tym postacie graczy mogą przecież zacząć działać przeciwko sobie?
  • nie zaszkodziłoby też napisać którędy wsiadają inni pasażerowie na pierwszych stacjach
  • albo bardziej zbalansować fabularnie postacie graczy – wydaje mi się, ze kobieta została potraktowana po macoszemu

I na koniec drobne smaczki, które najbardziej mi sie podobały:

  • sensownie dobrane nazwiska postaci
  • miła dbałość o drobiazgi
  • gracze mogą patrzeć z góry na harcerzy, ale wkrótce pani z cukierkami potraktuje ich tak samo
  • historia pana młodego

Podsumowując – polecam wszystkim, nawet niezainteresowanym nowym Światem Mroku.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Pełna „zajawka” scenariusza, którą bez przeróbek zamieściliśmy na stronie.
  2. W ramach żartu jest Lilith. To zawsze dobry omen, a tutaj jeszcze jest bardzo „lilithowata”.
  3. Ciekawe sugestie muzyczne.
  4. Najciekawsi BNi tej edycji, o ile nie w całej historii Quentina. Co ważne, pomimo sporej ich liczby, są bardzo wyraziści, mądrze nazwani i zapadają w pamięć. Idealni do prowadzenia dla MG i do wchodzenia w interakcję dla graczy. Całościowo, razem z settingiem, przypominają świat, który mógłby zostać wykreowany przez Neila Gaimana.
  5. Fantastyczna gra w karty o wspomnienia, ale… (patrz punkt 5 „Na nie”).
  6. Rewelacyjne questy. Wymagające dobrego wyczucia konwencji i zadawania właściwych pytań właściwym osobom. Co ciekawe, w zasadzie żadnego z nich nie da się „popsuć”, a większość można rozwiązać na kilka sposobów.
  7. Wewnętrzna, dodatkowa mechanika Moralności, która może zaowocować różnymi – ale wciąż spójnymi! – zakończeniami.
  8. Rewelacyjnie pomyślane cezury czasowe, pozwalające MG dowolnie przyspieszać lub spowalniać akcję.

Na nie:

  1. Największą słabością „Pociągu” są BG. Z jednej strony mamy gotowe, starannie opracowane postaci do grania, ale z drugiej dziwi, jak słabo część z nich pasuje do fabuły i do najważniejszego chyba BNa, czyli nieżyjącego jubilera. Z tego punktu widzenia bardzo ciekawy jest Staszek, ale już pozostali bohaterowie powinni zostać podrasowani. Tylko blokers jest naprawdę zagubiony i wie, że zrobił coś złego. Reszta nie ma czego w sobie zmieniać (zwłaszcza Andrzej). Wychodzi to w momencie, gdy na trzeciej stacji pojawia się Duch, który jest motywem w zasadzie wyłącznie dla Staszka – pozostali BG nie wyrządzili mu żadnej krzywdy.
  2. Autor pisze: „Przeczytaj, co każda z postaci może pomyśleć o pozostałych i – jeśli zechcesz – podaj te informacje również odpowiednim graczom.” – Powinno się unikać mówienia graczom, co myślą i czują ich postaci. To należy sugerować, choćby opisem, a nie mówić wprost. Lepiej by MG nie trzymał się kurczowo tego, co autor napisał w akapitach o tym, co postaci myślą o sobie. Postaci nie myślą – myślą gracze, a ci powinni myśleć za siebie.
  3. Ten punkt to mniej wada, a bardziej uwaga (choć brak takiego akapitu to lekki minus). Spotkanie z Frollo: autor powinien bardzo jasno i precyzyjnie określić zasady, a MG przedstawić je graczom, by wiedzieli, na jakich regułach działają. Inaczej w skomplikowany świat zależności wedrze się chaos. Przynajmniej część reguł powinna być jasna, a sformułowana choćby w taki sposób: „Musicie dowiedzieć się, kiedy wysiąść i jak tego dokonać.” Gracze muszą po prostu znać swój cel, by nie włóczyć się między wątkami na chybił-trafił.
  4. W przypadku części BNów gracze poznają tylko ich historię. Mogą nawet z nimi grać, poznać ich losy w aktywny sposób, ale nie mają na nich wpływu.
  5. (patrz punkt 5 „Na tak”) …ale autor zatrzymał się w pół kroku. Przede wszystkim partii jest za wiele i za często można w ten sposób poznać wskazówki. Do tego ciągłe partie tylko nadmiernie rozdymają rozgrywkę. Partię należałoby rozegrać raz, zrobić z tego mocną i trzymającą w napięciu scenę, a BG powinni tracić coś naprawdę cennego, czyli własne wspomnienia (a nie tylko nieistotne w jednostrzale kropki). Po zwycięstwie w takiej partii można by mieć już nieograniczony dostęp do wiedzy Docenta pod warunkiem zadania odpowiedniego pytania.
  6. Dość istotny błąd popełniono podczas spisywania scenariusza, który momentami przypomina śledztwo. Z tego powodu, dla wygody czytającego, wiedza każdego BNa powinna być opisana w jednym, poświęconym mu akapicie (albo w tabelce). Tutaj, niestety, jest ona często rozrzucona, spisana przy questach, do których jest potrzebna. To bardzo utrudnia korzystanie z tekstu.
  7. Drobny błąd może nastąpić pod koniec. Autor pisze: „Nadszedł czas, by śmierć spojrzała im w oczy. Przygoda zbliża się już ku końcowi, więc w razie utraty postaci, gracz może spokojnie posiedzieć jeszcze te parę minut i pokibicować kolegom. W tak krótkim czasie nie powinna dopaść go nuda.” – Scena jest naprawdę dramatyczna, ale ten scenariusz, jeśli już tyle się przeszło, nie powinien kończyć się taką przypadkową śmiercią. Zupełnie nie pasuje to do wcześniejszych wydarzeń. Sednem scenariusza jest rachunek dobrych i złych uczynków, a nie walka o życie.
  8. Gracze startowo nie powinni mieć raczej różnego poziomu moralności, szanse powinny być równe.

Nominacja do cytatu roku:

Moralność naszych bohaterów będzie skakać w górę i w dół jak ratlerek na trampolinie.

Cytat roku:

Prawdziwa miłość z niewielką pomocą postaci graczy musi zwyciężyć, nawet w Świecie Mroku. – Jeden z nielicznych autorów, który rozumie, że WoD to system o romantycznych korzeniach, w którym miłość jest główną siłą.

W trzech słowach:

„Pociąg” to scenariusz w zasadzie kompletny. Jest coś dla opowiadaczy, którzy lubią budowanie spójnej fabuły; jest dla strategów, bo w każdej sytuacji można poturlać; jest wreszcie dla miłośników odgrywania, bo prowadzenie tego scenariusza zakłada wiele interakcji z BNami i pomiędzy BG. Wytknięte wady, jak zawsze w przypadku scenariusza bliskiego ideałowi, to rysy na tym, co chciałoby się widzieć.

I drobna uwaga dla potencjalnego MG: Zanim poprowadzi się ten scenariusz, warto powiedzieć głośno dwie rzeczy. Graczom – że tu wszystko ma znaczenie. Sobie – by nie mówić rzeczy mało istotnych, aby nie wprowadzić chaosu.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Pociąg to specyficzny scenariusz – jego nastrój sprawia, że z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Ja sam raczej nie gustuję w tego rodzaju RPG – a mimo to Pociąg bardzo mi się spodobał.

Największą jego zaletą jest dostosowanie go do różnych potrzeb graczy. Praktycznie każdy gatunek RPGowca znajdzie w Pociągu coś dla siebie – jest tu miejsce i na odgrywanie i na taktykę i na kombinowanie i na interakcje wewnątrzdrużynowe i na dialogi z BNami i na mądrze zastosowaną mechanikę i na wpływanie na kształt fabuły. To ostatnie urzekło mnie najbardziej – lubię scenariusze, w których gracze są w centrum akcji. Bohaterów Niezależnych jest naprawdę wielu, a mimo to nie zlewają się w szarą masę – gdy piszę te słowa minęły już trzy miesiące od ogłoszenia wyników. Pociąg jest jedynym scenariuszem, który nie wymagał ponownego czytania – bo okazało się, że wszystko pamiętałem.

To świetny scenariusz, z całą pewnością wart polecenia.

Michał Sołtysiak

Bardzo długa i ciekawa przygoda z gotowymi postaciami, z których każda jest odmienna. Widać, że autor bardzo porządnie przemyślał obsadę, choć przez to odrobinę pozbawił scenariusz uniwersalności. Jest to jednak w pełni zrozumiałe. Z odrobiną wysiłku łatwo będzie dopasować ten scenariusz do innych postaci. Napisany został dla doświadczonych graczy, którzy lubią kombinowanie i odgadywanie wszelkich symbolicznych ora ezoterycznych zagadek. To rasowy scenariusz do Maga: Przebudzenie, tym samym więc duży nacisk został postawiony na wykorzystanie inteligencji przez graczy. Ma naprawdę niezły klimat, choć odnosi się wrażenie, że wszelkie użyte motywy już gdzieś były, a autor je tylko połączył. Symboliczność pewnych scen jest aż uderzająco stereotypowa, co oczywiście nie psuje, ale pozbawia scenariusz odrobiny tajemnic.

Problemem jest to, ze postacie nie są sobie równorzędne. Od razu widać, że jedna z nich będzie miała większe pole do popisu. Tak samo zbyt dużo jest tutaj sugestii dla graczy, jak mają się zachować ich postacie, co może doprowadzić do konfliktów na sesji, gdy gracz nie będzie chciał zagrać tak, a nie inaczej. Generalnie jednak jest to bardzo dobry scenariusz, który po przeczytaniu od razu chce się poprowadzić.

Nagrodzenie Pociągu główną nagrodą jest całkowicie zrozumiałe. Warto go rozegrać.

plusy:

  • dopracowana ambitna fabuła
  • dopracowane sceny pod względem wizualnym
  • bardzo dobrze oddany klimat i tajemniczości Świata Mroku
  • duże pole do popisu dla graczy

minusy:

  • stereotypowy symbolizm
  • chwilami odnosi się wrażenie intelektualizowania na siłę, by scenariusz był bardziej ambitny.
  • brak zbalansowania postaci graczy pomiędzy sobą

Joanna Szaleniec

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że to dzięki temu właśnie scenariuszowi również i ta edycja Quentina nie obyła się bez LILITH!!!

Na pierwsze pociągnięcie nosem przygoda pachnie Gaimanem (Pociąg do Nigdziebądź?). Przeczytałam ją z przyjemnością, praktycznie od początku do końca będąc pod dużym wrażeniem i jak to zwykle bywa w przypadku najlepszych przygód, napisanie recenzji sprawiło mi szczególnie duży kłopot. Może to dlatego, że scenariusze o najwyższym potencjale mają w sobie coś więcej, nie są tylko prostą sumą pewnych poprawnie zrealizowanych wytycznych – niosą jakąś „iskrę” wymykającą się prostemu podsumowaniu. Kilka pozytywnych cech postaram się jednak skatalogować. Gracze uwięzieni zostają w świecie rządzącym się własnymi prawami, ale w żadnym wypadku nie alogicznym. Postaci, które spotykają na swojej drodze, są dziwaczne, ale skonstruowane w sposób zaplanowany i celowy. Zadanie, jakie stoi przed graczami, wymaga od nich wiele inicjatywy, bez ich udziału nic się samo nie rozwiąże, a o sile ich motywacji w dążeniu do rozwiązania nie muszę chyba nikogo przekonywać. Dodatkowym atutem jest kreatywne (modne słowo!) wykorzystanie mechaniki, która nakręca emocje zamiast (jak to często bywa) stawać się kulą u nogi.

Ulubiony cytat: Moralność naszych bohaterów będzie skakać jak ratlerek na trampolinie.

[collapse]

Władca szklanej wieży

Scenariusz Konkursowy:

Władca szklanej wieży Cezary „Kalean” Skorupka

System: autorski

Setting: Unia Słowiańska, mocarstwo w alternatywnej cyberpunkowej przyszłości

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 4

Gotowe postacie: tak, możliwość stworzenia własnych wg wytycznych

Ilość sesji: raczej więcej niż jedna

Dodatki: pomoce dla graczy, plany, karta postaci

Opis: Przygoda przedstawia losy 4 z pozoru zwykłych ludzi, którzy dostają się w wir niezwykłych sytuacji. Zadanie
włamania się do biurowca korporacji „Solar”, wywołuje lawinę zdarzeń diametralnie zmieniających życie bohaterów. Na drodze do odzyskania najcenniejszych dla nich rzeczy stają im wynajęci zbóje, potężne konsorcja i coś, o czym nie mówi się głośno. Na domiar złego okazuje się, że bohaterowie nie są tym, kim się wydają na pierwszy rzut oka.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Przygoda osadzona jest w realiach systemu autorskiego, który nie przypadł mi do gustu. Mroczni pansłowianie między młotem istot „demonicznych” i kowadłem istot „anielicznych z pozoru” – to nie moje klimaty. Co innego przygoda – jest bardzo wartościowa, choć nie pozbawiona wad.

Ponieważ na Quentina notorycznie przychodzą scenariusze, w których bohaterowie cierpią w ciemności, dawno już założyłem, że jest to dowód na istnienie graczy lubiących gdy ich postać cierpi w ciemności. W pierwszej części „Władcy szklanej wieży” bohaterowie tracą niemal wszystko i bardzo dawno już nie widziałem, żeby proces ten był tak dobrze przedstawiony. Strata jest dotkliwa, motywacja do rozwiązania zagadki silna, a scenariusz z niemiecką skrupulatnością podaje odpowiedzi na dociekania graczy. Jest rzeczowo, a dzięki fajnym mapkom również przejrzyście.

Kłopot rozpoczyna się wraz z wejściem na scenę nadnaturalnej przeciwniczki bohaterów. Świetnie nakreślony świat przyziemnych problemów i ciemnych sprawek staje się nagle światem niezniszczalnych bytów, a kluczową rolę zaczynają odgrywać mroczne supermoce. Bohaterowie wodzeni są za nos przez jednych i bezsilni wobec drugich. To co w początkowej fazie przygody miało urok, tu staje się wadą.

Na szczęście po lekturze pozostaje dobre wrażenie wykreowane przez sceny włamań i poszukiwania informacji. I przeświadczenie, że paradoksalnie świat gry skrępował przygodę, która miała ten świat promować.

Wojciech Doraczyński

Na początku kolejna w tej edycji uwaga w stylu „parental advisory”. Tym razem daruję sobie złośliwe uwagi, choć język mnie świerzbi.

Mamy tutaj do czynienia nie z przygodą, lecz grywalnym demem autorskiego systemu. Tekst, choć mieści się w granicach zakreślonych regulaminem konkursu (jest zamkniętą całością do której rozegrania nie są potrzebne żadne dodatkowe materiały), niebezpiecznie się do nich zbliża. Nie nastraja mnie to przychylnie.

Niestety zarówno świat jak i mechanika nijak mną nie wstrząsnęły. Zasady, oparte o rozwiązanie roll&keep, są do bólu nieoryginalne, nic nie zachęca do ich stosowania. Świat to mieszanka cyberpunka, dystopii, spiskowego thrillera oraz nadprzyrodzonych dodatków. Jak mawiają Anglosasi: nothing special.

Sam scenariusz za to balansuje gdzieś na granicy tekstu dobrego i bardzo dobrego. Przygoda toczy się sztywno od sceny do sceny; są one ułożone zgodnie z następstwem czasowym. W obrębie poszczególnych aktów drużyna ma jednak sporo swobody, co świadczy na korzyść scenariusza. Swobodę tą wspiera szczegółowe opracowanie (także mechaniczne) poszczególnych wątków oraz miejsc, w których toczy się akcja. Brawa za mapki.

Fabuła toczy się wokół zmagań drużyny z tajemniczymi siłami i organizacjami, które wykorzystują ich jako pionki w swoich intrygach. Fakt, że postacie są manipulowane może działać frustrująco na graczy, cóż, taka jest jednak specyfika gatunku „conspiracy thriller”. Podobne uwagi tyczą się też zakończenia, które jest, jak dla mnie, trochę zbyt sztywne. Nie będę jednak marudził. Scenariusz ten to porządna, rzemieślnicza robota.

Tekst zrobiłby na mnie dużo lepsze wrażenie, gdyby został umieszczony np. w lekko zmodyfikowanym świecie Cyberpunka. Tutaj zaś mało oryginalny świat ciągnie w dół przyzwoitą fabułę. Z tego powodu tekst, choć niezły, nie wybija się jakoś ponad przeciętny poziom.

Artur Ganszyniec

Warto zaznaczyć, że scenariusz jest przede wszystkim prezentacją autorskiego settingu i dobrze się z tej roli wywiązuje. Prezentacja mechaniki jest poprawna, tekst przejrzysty i czytelny. Ryzykiem autora jest w tym przypadku to, czy czytelnik kupi pomysł na system. Przyznam, że do mnie słowiański mistyczny cyberpunk ku pokrzepieniu serc, średnio przemawia. Rozumiem założenia, wiem co jest w nich fajnego, jednak całość nie powoduje u mnie przyspieszonego bicia serca.

Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na bardzo dobrze poprowadzoną sekwencję przejścia ze stylistyki cyberpunkowej w klimat zbliżony do Świata Mroku. Moment, w którym gracze zorientują się, że historia ma drugie dno powinien wyjść bardzo fajnie na sesji. Klimatyczne są też plany wieżowców i inne przygotowane pomoce.

Nie do końca przekonuje mnie mechanika rzucania kostką na czas. Mam też pewne zastrzeżenia co do konstrukcji fabuły – przez większość czasu praktycznie nic się nie dzieje, a cały scenariusz to de facto dwie akcje do zaplanowania i dużo scen, które trzeba odegrać, bez wpływu na ich przebieg.

Jeżeli tylko przekonują was założenia systemu, to warto zapoznać się z tym scenariuszem. Można w nim znaleźć kilka naprawdę intrygujących pomysłów.

Piotr Koryś

Całkiem fajne, szkoda tylko, że mechanika wspiera… railroad. Gdyby nie to, to byłoby całkiem nieźle. Ale i tak, sama konstrukcja
scenariusza, pomoce do niego oraz przygoda jest bardzo fajna. Szkoda tylko, że niektóre momenty (wybuch gazu i rzucanie kostkami na czas) są troszkę zbyt dziwne. No i szkoda, że autor nie mógł się zdecydować, czy tajna polska organizacja nazywa się Patrioci czy Husaria. Aha, jedno co mi się nie podoba – to nachalne gnojenie graczy. Ale ogólnie nie jest źle.

Magdalena Madej-Reputakowska

Władcy szklanej wieży to grywane demo autorskiego systemu. Tekst zawiera informacje na temat świata, konwencji, mechaniki i proponuje typowy scenariusz dla wymyślonego przez autora uniwersum. Pomysł na połączenie okultyzmu z cyberpunkiem nie szczególnie przypadł mi do gustu. Za dużo cybera i za mało mistyki. Świat wielkich korporacji rządzonych przez pesudoanioły lub demony, alternatywna wersja historii i wybrane jednostki to pojemny worek, do którego można wrzucić wszystko. Postmodernistyczne przemieszanie proponowane w Władcy szklanej wieży wydaje mi się zbyt pstrokate i należałoby z czegoś zrezygnować dla dobra wyrazistości.

Za największą zaletę scenariusza uważam próbę przeprowadzenia przemiany poszczególnych bohaterów. Obudzenie ich darów i indywidualne rozegranie ich historii. Szkoda, że cześć drużyny nacieszy się super mocami przez prawie całą sesję, a reszta jedynie na końcu. Zabrakło wyważenia w wątkach osobistych. Niektóre z nich są znacznie bardziej miodne i dopracowane. Przykładowo motyw zaginionej rodziny hackera znika na długo autor przypomina sobie o nim w ostatniej chwili.

Początkowo wydawało mi się, że po nieudanym teście na Świadomości MG przejmuje kontrole nad postacią gracza, która dopuszcza się jakiegoś straszliwego czynu. Pomyślałam, że to słabe. Później po uważnym wczytani zrozumiałam, na czym polega proponowany mechanizm. Nadal uważam, że to mało udany pomysł. Deklarowanie sprytnych, błyskotliwych akcji, których głupia drużyna się nie domyśliła może być krępujące dla grających. W końcu są aż tak mało domyślni, że Mg musiał im w tak ordynarny sposób pomóc.

Na koniec rzecz, która mnie najbardziej irytowała. Po raz kolejny pojawiają się „ci dobrzy” (Świetliści), którzy powielają tę bardziej wyeksploatowaną część schematu kulturowego Lucyfera. Dumni, wyniośli, nieludzcy i z jakichś powodu bardzo zainteresowani losami ludzi. Mocno oklepane.

Tomasz Z. Majkowski

Tekst nie jest jakimś tam sobie scenariuszem: to w pełni grywalne demo autorskiego systemu, z autorskim settingiem, autorską mechaniką oraz autorską metafizyką. W zamyśle zatem prezentować ma grę od najlepszej strony, jednocześnie podsuwając typową dla niej przygodę i opisując podstawowe cechy charakterystyczne świata. Powinno zapalać wyobraźnię i powodować, że czytelnik zakrzyknie „chcę jeszcze!” To trudna sztuka, która, szczerze mówiąc, bardzo rzadko się udaje (ręka do góry, kto widział fajne demo!). Więc właściwie trudno się dziwić, że i ten tekst ponosi fiasko.

W jakimś sensie winny jest nadmiar. Gra chce być nad-fajna, więc komponuje dwa nie pasujące do siebie wcale motywy: okultyzm rodem z „Kultu” i estetykę patriotycznego „Cyberpunka”. I tu pojawia się problem: jednoczesność ta sprawia, że żadnej części settingu nie sposób wziąć na poważnie. Gdy próbuję przyjąć konwencję rzeczywistości, co to jest kłamstwem, moją uwagę odwraca alternatywna, wszechpolska historia, w której to nasz kraj mocarny jest siłą aparatu bezpieczeństwa oraz fanatycznych patriotów. Kiedy przechodzę w tryb historii alternatywnej, w której Europą trzęsie Unia Słowiańska, nagle z głupia frant wyskakują mi jacyś Świetliści i ich odwieczni wrogowie, związani z brakiem światła. Kłopot polega na tym, że obydwie koncepcje zasadzają się na przeobrażeniu elementów znanej codzienności. Nadają im albo inne znaczenia (opcja „Kultu”), albo alternatywny układ (opcja wszechpolska). Kiedy zmienia się i układ, i znaczenia, przeciążona modyfikacjami całość zmierza w stronę dna.

Ale – Quentin to konkurs na scenariusz, nie na setting. I tu też jest tak sobie, głównie dlatego, że gracze występują w roli ofiar. Chociaż budzą się w nich super-moce, które teoretycznie powinny czynić z drużyny głównych bohaterów, w praktyce przeklęty ów dar powoduje, że trafiają po prostu między ostrza wielkich szermierzy. Robią za pionki: pierwsza część scenariusza to mokra robota, której z niewiadomych powodów wszyscy się podejmują, potem zaś następuje seria oszukańczych objawień, matactw i manipulacji. W tym czasie bohaterom niszczy się życie, budząc w nich chęć zemsty, a potem tę zemstę uniemożliwia, dowodząc przy okazji, jacy to są malutcy w konfrontacji z Ulubionym Bohaterem Mistrza Gry.
Nieprzesadnie podoba mi się takie rolpleing i trąci cokolwiek niewłaściwym rozpisaniem ról. Gdy wielki finał obwieszcza: gracze powinni zrozumieć, jak to nie mają szans i jeśli będą mieli szczęście, uniosą życia z konfrontacji Potężnego Enpisa z innymi Potężnymi Enpisami, złamana zostaje zasada formułowana podczas nauki grania w RPG. Że oto możesz być jak bohater książki lub filmu akcji. Który zawsze ma szansę na desperackie starcie, a jego życie ma znaczenie.

Tym samym demo osiąga ten oto cel praktyczny, że dokumentnie zniechęca mnie do zapoznania z systemem, gdzie przyszłoby mi grać marionetką potężnych sił w niezrozumiałym, przefajnowanym świecie.

A więc czy jest w tym tekście coś godnego polecenia? Chociaż konstrukcja w skali makro jest wadliwa, ułożona została z fajnych klocków: kolejne epizody przygotowane są pieczołowicie, dają graczom sporo swobody i proponują interesujące sceny. Na szczególną uwagę zasługuje otwarcie, a scena włamania do korporacji przeprowadzona wedle wskazówek „Władcy” może wyjść naprawdę fajnie. Z powodzeniem można przeszczepić ją do zwyczajnego „Cyberpunka”, pozbawionego kultowo-wszechpolskich udziwnień.

Polecam miłośnikom tegoż. Zwłaszcza ze względu na świetne plany pięter wieżowca, niezastąpione podczas szturmu na siedzibę Arasaki.

Michał Markowski

Ładne wprowadzenie do autorskiego systemu Urban fantasy, którego realia kojarzyły mi się ze światem „Straży…” Łukjanienki powiązanego z Cyberpunkiem. Scenariusz napisany jest czytelnie, ładnym językiem, okraszony pomysłowymi i ładnie wykonanymi handoutami. Fabuła operuje kamieniami milowymi scen, pośród których drużyna ma względną swobodę w ciągnięciu innych wątków.

Autor przygody przesadził z kontrolą i podporządkowaniem graczy. Ma to miejsce w wielu aspektach scenariusza – od opisanych przez autora „półinteraktywnych scenek” do konstrukcji fabuły i mechaniki.

Gracze w całej historii są zwykłymi marionetkami w rękach potężnych postaci niezależnych (odniosłem nawet wrażenie, jakby autor upajał się w tekście ich potęgą, coś na kształt ulubionych NPCów Mistrza Gry). Coś wokół bohaterów się dzieje, ale nie znają przyczyny, nowe organizacje, nowe stronnictwa, a oni w tym całym chaosie mają się odnaleźć. I choć konwencja to usprawiedliwia, to jednak wielu graczy nie przepada za podobnymi zabiegami.

Dodatkowe zgrzyty to niektóre zabiegi i rady odnośnie mechaniki, które wydają mi się kontrowersyjne lub nie do końca są przemyślane koncepcyjnie. Przykładowo – test na świadomość, a jeśli nie wyjdzie to MG ma prawo przejąć zachowanie postaci gracza. W praktyce test ten to zwykła ściema – skoro częstotliwość testu oraz poziom trudności wyznacza MG i tak praktycznie może w każdej chwili przejąć postać gracza. Widać to wyraźnie w tekście przygody – gracz ma robić, co chce MG albo „Gracz musi wykonać bardzo trudny, ukryty, test Świadomości, żeby się opanować” (s. 18). Autor zrobił to zbyt brutalnie, istnieje wiele sposobów, dzięki którym gracz sam z własnej woli zrobi to, co autor scenariusza zamierza, bez tak mocnych technik dominowania go ze strony prowadzącego. Inna technika – w przypadku dynamicznych scen autor radzi dla podniesienia dramatyzmu ze stoperem w ręku odliczać 15 sekund graczowi na deklarację, lub uznać, że jego postać nic nie robi. Czyli pełna identyfikacja gracz – jego postać, prymat odgrywania. Albo weźmy scenę pościgu – w ciągu 15 sekund ścigający się rzucają jak najszybciej kośćmi, aby uzbierać jak najwięcej sukcesów. Czyli nie wygrywa postać, która najlepiej prowadzi lecz gracz, który najszybciej rzuca kostkami.

Od strony przygotowania i fabuły, scenariusz był dobry. Świetne były rekwizyty np. wezwanie, mail, mapki. Tym, co jednak w moich oczach osłabiło jego zalety, była chęć zbyt mocnego i ostrego kontrolowania graczy, co w rezultacie zmniejsza „grywalność” – wielu graczy nie lubi, gdy mają mały wpływ na fabułę i są w niej tylko marionetkami.

Piotr Odoliński

Na początku tekst zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Autor w skrócie przybliżył realia systemu, ładnie zarysował postaci. Początkowa misja bohaterów również wydała mi się ciekawa i jako gracz z pewnością świetnie bym się podczas niej bawił (plus za plany budynków). Jednak potem było już tylko gorzej. Zaczął się wysyp kolejnych organizacji, tajemniczych postaci, niewyjaśnionych zdarzeń. W tym momencie, gdyby przeczytanie tekstu do końca nie było moim obowiązkiem, zakończyłbym lekturę. Autor najwyraźniej starał się pokazać w tym scenariuszu swój system autorski w pigułce. Niestety, wyszła z tego piguła zbyt wielka, by ją połknąć.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Przygotowane handouty.
  2. Klarowne rozpisanie, o co chodzi w świecie. Przydałoby się więcej o fabule i tym, do czego zmierzają gracze.
  3. Bardzo dobry pomysł na pokazanie codziennego, zwykłego życia graczy przed niezwykłymi wydarzeniami.
  4. Interesujący pomysł z wykonywaniem na czas rzutów w czasie pościgu.

Na nie:

  1. Nierównomiernie opisane gotowe postaci.
  2. Mała uwaga co do samego systemu autorskiego: siłą rzeczy jest on nieco zabawny, parodiuje znane gatunki, lecz stara się być przy tym poważny, budować wizję niezbyt optymistycznej przyszłości. To może się udać, ale… niezbyt współgra z tym Tarczew (miasto jak sądzę fikcyjne) jako wielka metropolia i centrum wydarzeń. Warszawa czy jakiejkolwiek inne wielkie polskie miasto nadałoby się jednak lepiej i mocniej działałoby na wyobraźnię.
  3. Przejmowanie postaci gracza, by coś osiągnąć (np. zabicie BNa) to zawsze ryzykowna sprawa. Dobry gracz, jeśli umiejętnie poprowadzić scenę i odpowiednio go zmotywować, zrobi coś takiego sam.
  4. Przydałoby się – skoro są sceny życia codziennego – pokazać w paru scenach, jak działa system państwa. Niestety, gracze działają trochę na białej kartce, nie znają zasad, jakimi rządzi się świat, w którym funkcjonują (chyba że MG przeczyta im wprowadzenie przed sesją, ale wtedy musi chyba też opowiedzieć o „drugim dnie” tego świata).
  5. Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem, ale system zakłada, że po nieudanym teście Świadomości, MG może wykonać za gracza akcję. W tym zrobić coś, co uważa za korzystne dla graczy, choć sami na to nie wpadli (np. wykonanie zdjęcia tajemniczego zleceniodawcy). Jeśli tak to wygląda, to jest to co najmniej mocno ryzykowny pomysł, wielu graczy może poczuć, że robi się z nich idiotów, pomagając im w tak prymitywny sposób. Wygląda to na zabezpieczenie MG przed mało kreatywnymi graczami, lecz brzmi jak wylewanie dziecka z kąpielą i zwalnianie ich z myślenia.
  6. Autor przedstawił skrót zasad dotyczący walki i testów, ale nie opisał, jak można podnosić umiejętności (a jest mowa o rozwoju po zakończeniu aktu 2).
  7. Dary powinny chyba ujawniać się szybciej, a przynajmniej bardziej miarowo. Jeden bohater czuje, że jest inny na początku, Haker znacznie później (pewnie na innej sesji), a kolejni…? Trwa to trochę zbyt długo.
  8. Nieco absurdalna propozycja Ziętkiewicza dla Księgowego.
  9. Śmieszne motywacje i zachowanie członków „Majestii”, zwłaszcza Klary, zupełnie nie z tej konwencji, pasujące raczej do Świata Mroku.
  10. Wraz z rozwojem fabuły scenariusz spisany coraz mniej klarownie, bez polotu i momentami nieco chaotycznie, jak strumień świadomości. Trudno powiedzieć, by wciągał w atmosferę settingu, dostarcza wyłącznie informacji.
  11. Niemalże zabity dramatyzm sceny z „rosyjską ruletką”. Gracz naprawdę powinien rzucać i myśleć, że ryzykuje życiem, albo cała zabawa nie ma sensu, bo nie budzi emocji. Dopiero przy takich założeniach warto przejść do efektownego przebudzenia daru. Przecież gracz nic nie ryzykuje, więc fabuła się nie posypie. Po co zatem odbierać mu frajdę z rzucania?
  12. Nie pociągnięty wątek utraty rodziny przez Hakera. Zero prób szukania bliskich. Gdy wątek powraca, jest tylko i wyłącznie wątkiem tła. Autor nawet nie pisze, co się stało z rodziną.
  13. Motywacja Świetlistej może być bardzo irytująca dla graczy. Siły, które bawi los śmiertelników, są poza tym mało ciekawe, nie budują konfliktu (z samej definicji są obserwatorami, a nie stroną).
  14. Banalna, nachalna erotyka. O ile nie chce się powodować zażenowania graczy, tego typu motywy trzeba wprowadzać ostrożnie i umiejętnie, a nie wmawiać graczom, że ich bohaterowie są podnieceni.
  15. Scena w wieżowcu to klasyczny punkt kulminacyjny, po którym… od nowa zaczyna się snucie intrygi. Wkręcanie bohaterów w kolejny podstęp Husarii zaburza logikę rozwoju fabuły.
  16. Ekstremalnie pretekstowe zawiązanie akcji w akcie 6. Niepotrzebne dodawanie nowych organizacji i gmatwanie intrygi.
  17. Zupełnie niepotrzebne rozciąganie w czasie opowieści w akcie 6.
  18. Odbieranie graczowi kontroli nad postacią swoje wady ujawnia szczególnie w finale. Gracze nie mają wiele do powiedzenia, są tylko pionkami w rozgrywce większych sił. Na dodatek na końcu dowiadują się, że ktoś cały czas robił ich w konia (o ile dali się wciągnąć w tę naciąganą intrygę). To może być mocno frustrujące.
  19. Po co stawiać w finale przygody graczom na drodze przeciwnika, którego nie da się pokonać (Lalka)?

W trzech słowach:

Intrygujący autorski system z dość ryzykownym (nie wszyscy gracze to akceptują) motywem przejmowania postaci graczy przez MG, na dodatek niezrównoważonym mechanizmem działającym w drugą stronę (gracze nic nie mogą przejmować).

Bardzo mocno umowne i pretekstowe zawiązanie drużyny, wynikające z poczucia, że należy działać razem, skoro świat nas do tego zmusza. Wiele motywów i pojedynczych elementów tego tekstu stanowi niezłą reklamę autorskiego systemu, do którego został napisany. Niestety, sam scenariusz dość szybko staje się mocno naciągany i stanowi zbiór chaotycznych wydarzeń, które następują wyłącznie wtedy, gdy gracze na coś wpadną.

Nominacja w kategorii Najbardziej chybione imię/nazwisko BG/BN:

Maciej Klawisz

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Nie powiem, Władca Szklanej Wieży całkiem mi się podobał. Założenia świata gry – czy to sytuacja polityczna, czy przeplatanie pozornie realistycznej opowieści mistyką bardzo mi się podobają. Jest tu miejsce i na spiski i na tajne organizacje. To wszystko duży plus.
Nie urzekły mnie za to zasady gry. Są dość nijakie. Zastanawiam się, czy nie lepsza byłaby jakaś istniejąca, gotowa mechanika. Może d20 modern, czy FATE, czy moje ulubione Savage Worlds.

W scenariuszu jest kilka naprawdę fajnych scen (rosyjska ruletka na ten przykład), nie brakuje też dynamicznych akcji. Są jednak trzy zarzuty, które nazwałbym poważnymi:

  • Przejmowanie kontroli MG nad postacią gracza. To dość konfliktogenny środek i jako gracz miałbym pretensję o nadużywanie go (czyli używanie częściej niż raz na całą masę sesji) w błahych sprawach.
  • Nierówni bohaterowie. Nie oszukujmy się, hackerka ma najmniej do roboty. Również jej zdolność specjalna daje najmniej fajerwerków. Jej motywacja jest bardzo mocna (porwane dzieci), a mimo to ma ona najmniej możliwości jeśli idzie o działanie.
  • Syndrom Wielkiego Cthulhu. Chodzi o pojawienie się na sesji niezniszczalnego, wszechpotężnego bohatera niezależnego, któremu nie da się nic zrobić, a drużyna jest dla niego pyłkiem.

PS. Świetne mapki.

Michał Sołtysiak

Bardzo cieszy mnie, gdy dzięki takim konkursom jak Quentin, ludzie piszący w Polsce własne systemy RPG mogą wypromować swoje dzieło. Scenariusz ten jest takim „quick-start-em” dla systemu Piętno i pozwala dzięki uproszczonej mechanice, zobaczyć jaki to będzie system i co zaoferuje graczom. Kłopot z takimi „zwiastunami” systemu jest taki, że często dają przedsmak, ale mają dotrzeć do gustów jak najszerszej rzeszy ludzi, a dodatkowo pozostawić dużo niedopowiedzeń, żeby zainteresować całością systemu.

Tak jest właśnie w tym przypadku: mamy gotowe, dość typowe postacie (sam systemu jest taki nie jest), intrygę która sprawnie przedstawia świat i klimat systemu, ale raczej nie jest rewolucją i dużo niedopowiedzeń, które sprawiają wrażenie „pilota do serialu”, a więc pozwalają się spotkać drużynie i poznać warunki fabuły, ale to tylko wstęp do czegoś więcej.

Generalnie więc warto się zapoznać i zobaczyć czym jest „zwiastun” systemu Piętno, ale nie można oczekiwać jedynej w swoim rodzaju opowieści, która porwie MG podczas czytania, choć nie można nie docenić zgrabnego stylu autora.

Joanna Szaleniec

Nadmiar wątków, których bohaterowie nie mają okazji do końca wyjaśnić, a zwłaszcza mnogość tajnych organizacji mieszających w życiu postaci może sprawiać, że z punktu widzenia graczy przygoda będzie sprawiała wrażenie chaotycznej i sprowadzi się do przeskakiwania bez głębszego zrozumienia (i zainteresowania) od akcji do akcji. Bo skoro i tak nic się nie wyjaśnia, to po co się nad tym głowić? Zachęcający jest natomiast zestaw bohaterów przeznaczonych dla graczy (zwłaszcza Księgowy to postać, jaką rzadko ma się okazję odgrywać).

[collapse]

Wakacje z tosterem

Scenariusz Konkursowy:

Wakacje z tosterem Jędrzej Bukowski

System: Neuroshima

Setting: front walk z Molochem

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: brak

Opis: Po tygodniach walk o miasto Milton maszyny nagle wycofały się. Oddział doborowych żołnierzy Posterunku zostaje wysłany, by zbadać ruiny.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

W podobnie jak „Zabić mutanta”, tak i „Wakacje z tosterem” sięgają po rozwiązania i rekwizyty stare a sprawdzone. Tak jak Warhammer ma wioski kultystów i mutków, tak Neuroshima ma miasta przez które trzeba się przedrzeć i złowrogie maszyny, które nie są tym, czym się wydają.

A więc grupa ludzi próbuje przedrzeć się przez niebezpieczne miasto, najeżone pułapami i wrażymi maszynami. Postaci graczy są tak zróżnicowane, że konflikt charakterów jest gwarantowany. „Głębię” zapewniają złowieszcze sny jednej z postaci.

Niestety, mam obawy, że wszystko to wygląda lepiej na papierze, niż mogłoby wyglądać u przeciętnego MG na sesji. Bo miasto, owszem i fajne, niebezpieczeństwa niebezpieczne, ale ja jako gracz chciałbym być lepiej umotywowany fabularnie, żeby przyjemniej mi się pokonywało te wszystkie trudności. I nie mam na myśli backgroundu postaci lecz to, co rodzi się na sesji. Bohaterowie graczy: bardzo fajni, ale czy nie są wzięci ze zbyt różnych światów? Gdybym zobaczył, że MG rozdał mnie i współgraczom takie postaci, sądziłbym że oczekuje konfliktu na ostro (nota bene postać kobieca jest ewidentnie faworyzowana). Niepokojące sny? Kto co lubi – do mnie nie trafiają, ale zdaję sobie sprawę, że introspekcje to kwestia bardzo subiektywna i znam graczy, którzy by je docenili.

„Wakacje z tosterem” to niezły scenariusz. Wart rozegrania. Całe moje narzekactwo bierze się chyba z tego, że inaczej niż w pozostałych tekstach, nie doszukałem się w nim niczego, czym mógłbym się podjarać. Miłośników uczciwej rozgrywki nie powinno to zrazić.

Wojciech Doraczyński

Pierwszy w tym roku scenariusz do Neuroshimy wita nas pregenerowanymi postaciami, nie powiem, bardzo pomysłowymi i wyrazistymi. Jednakże nie jest to rozwiązanie za którym przepadam – za bardzo zawęża ono krąg potencjalnych odbiorców.

Główny wątek scenariusza, czyli eksploracja opuszczonego miasta gdzieś w pobliżu linii Molocha to neuroshimowy klasyk. Autor poradził sobie z wyzwaniem i jego przygodę można śmiało stawiać na równi z innymi tekstami w tej kategorii. Samo miasto zostało opisane trochę zbyt pobieżnie, za to zawarte w tekście narzędzia wskazujące jak tworzyć klimat na sesji są bardzo dobre (chodzi mi głównie o propozycje „jak opisywać” opuszczone ruiny, nie zaś o muzykę). Pomysł z walkie-talkie sam w sobie jest interesujący, ale myślę że mało kto zada sobie trud jego realizacji. Niebezpieczeństwa w Milton całkiem ciekawe, miejscami jednak nieprawidłowo opisane. Autor powinien dorzucić tu trochę mechaniki, zaś mniej stwierdzeń typu „coś robi krzywdę BNowi” (takie rozwiązania powinny być podane jedynie jako alternatywa, jeśli z testów nie wyjdzie nic interesującego). Przecież to mechanika właśnie sprawia, że przygoda toczy się wokół drużyny, a na sesji to bohaterowie graczy, a nie bohaterowie mistrza gry winni być na pierwszym planie. Błędem w sztuce scenopisania jest też sugerowanie prowadzącemu by za pomocą przeciwników zaganiał drużynę w jedno, z góry określone miejsce (tunel metra).

Główna oś scenariusza, czyli „zdrajca w drużynie” to temat w Neuro już mocno wyeksploatowany. Ponadto ten wątek trochę tu kuleje. Chodzi mi o finałową scenę, która została opisana zbyt zdawkowo i nader chaotycznie. Dość niemiłym zagraniem jest uzależnienie zachowania zdrajczyni nie od decyzji gracza, lecz wyłącznie od rzutów, w dodatku z faworyzowaniem Molocha. Osobiście, przyznałbym tu mechanice rolę pomocniczą (rzut na Charakter nie decydowałby na stałe o wyborze stron, lecz np. odrębnego testu wymagałaby każda akcja wymierzona w siły Molocha).

Ogólnie rzecz biorąc, scenariusz trzyma poziom. Autor dobrze sobie radzi z dostarczaniem narzędzi do kreowania klimatycznego tła, na przyszłość powinien jednak przyłożyć się do mechaniki i dokładniejszego rozwinięcia finału.

Artur Ganszyniec

Zupełnie nie kupiłem pomysłu na tę przygodę. Scenariusz narzuca bardzo specyficzne postaci, obdarzone licznymi fetyszami i zboczeniami, po czym praktycznie w ogóle nie wykorzystuje tego w przygodzie. Dowolne trzy postaci, z których jedna jest podstawiona przez Molocha, dałyby radę.

Sama przygoda też nie trafiła mi do gustu. Po scenie wprowadzającej mamy dużo, z założenia klimatycznej, eksploracji, podczas której w zasadzie nic konkretnego się nie dzieje. Niezależnie od poczynań graczy, bohaterowie i tak trafią do tunelu metra, a o losie głównej bohaterki i tak zadecyduje rzut kostką.

Niestety mam wrażenie, że forma scenariusza przerosła treść. Nie miałem po lekturze ochoty ani poprowadzić, ani zagrać. W sumie szkoda.

Piotr Koryś

Pełen railroad. Idziemy, idziemy, idziemy, a i tak wszystko już postanowiono za graczy. Szkoda, że szeroko pojęty „klimat” przysłonił pomysł, bo wystarczy zrobić z tego sandbox, w stylu „Zabij Mutanta”, bo mogłoby być jednym z moich faworytów. Nie podoba mi się z tych właśnie powodów. Jak dla mnie, autor mógłby zmienić sposób konstrukcji scenariusza i byłoby super.

Magdalena Madej-Reputakowska

Scenariusz zaczyna się pozornie z wykopem. Autor stworzył dla graczy bohaterów „na krawędzi”, czyli pijaka, lesbijkę i skrajnego egoistę. Niestety żadna z tych kontrowersyjnych cech nie znajduje realizacji w trakcie fabuły. Nie pojawiają się sceny pozwalające ograć charakter poszczególnych członków drużyny. W ogóle w trakcie rozgrywki nie ma prawie sekwencji przeznaczonych dla pojedynczych postaci. Jedynie wątek łowczyni został do końca zrealizowany. Niestety z czasem wysuwa się on na plan pierwszy i zupełnie spycha pozostała dwójkę w fabularny niebyt.

Scenariusz to następujące po sobie pułapki, w których giną towarzyszący graczom BNi. W większości sytuacji teoretycznie centrale postaci scenariusza nie są wstanie zrobić nic, aby zapobiec zagrożeniu lub zmienić bieg wydarzeń. Autor serwuje im krwawy spektakl, który ma wybudować poczucie zagrożenia i napięcie. Lepszym pomysłem byłoby obciąć przykładowo nogę weteranowi i pozwoli mu się wykrwawić do ostatniej sceny przygody. W końcu, jeśli grałby nim dobry gracz to nie powinien przeżyć do kolejnego scenariusza.

Mało dramatyczne jest też zakończenie, które nie daje grającym szczególnego pola do popisu. Zabrakło konsekwencji w budowaniu bohaterów i przygotowania ich na finalnego starcia.

Tomasz Z. Majkowski

Zastrzega tekst w pierwszych słowach, że scenariusz inspirowany jest mało znanym filmem „Tajemnica Syriusza” – wypada zatem dla porządku dodać, że jest to ekranizacja opowiadania jeszcze mniej znanego, nieżyjącego już niestety prozaika amerykańskiego nazwiskiem Dick. I z dickowskiej atmosfery tekst niewątpliwie coś ma, pytając o wyznaczniki człowieczeństwa. Rzecz jednak w tym, że scenariusz maskuje przy tym główne źródło inspiracji, czyli serial „Battlestar Galactica” (w nowej wersji): niby się do niego przyznaje, ale nieco półgębkiem. A tymczasem, z „Tajemnicy Syriusza” zaczerpnięte jest kilka gadżetów, z serialu natomiast – oś fabuły, bohaterowie, tytuł nawet.

Przygoda zaprasza do gry trojgiem bohaterów o kontrowersyjnych skłonnościach (lesbijką, pijakiem i egoistycznym draniem), nie zapewnia jednak szczególnych konsekwencji fabularnych takich decyzji. Przez to rzecz wygląda, jakby autor oddawał sprawiedliwość bohaterom, w których wcielili się gracze podczas sesji. Albo ulubionemu serialowi, skoro pułkownik jawnie do niego nawiązuje, a główny wątek tropicielki mutantów z tegoż właśnie jest wyprowadzony.

Nim jednak dojdzie do rozwiązania fabularnego węzła, skądinąd nader poprawnie zasupłanego, gracze przedrzeć się muszą przez opuszczoną, acz pełną pułapek ruinę miasteczka wraz z przyległą elektrownią atomową. By zachować proporcje między nastrojem zagrożenia a koniecznością zachowania graczy przy życiu, proponuje scenariusz grupę bohaterów niezależnych, których zadaniem jest wpadać w kolejne pułapki. Na wszelki wypadek, bez mechaniki: w efekcie zatem drużyna przez większość przygody przysłuchuje się opisom makabrycznych zgonów towarzyszących jej BNów (całkiem im przecież obcych), a potem wzrusza ramionami i idzie dalej.

Trzeba przygodzie przyznać uczciwie, że proponuje całkiem efektowne sposoby dawkowania napięcia, za pomocą dźwięków wykrywacza ruchu i innych gadżetów. Tu jednak wypada sparafrazować znane powiedzenie lorda Vadera: technologiczna przemoc nie znaczy nic wobec potęgi narracji i sądzę, że scenariusz zyskałby, gdyby zagrożenie nie było całkowicie pozorne. W budowaniu napięcia pomóc też mają sny, dręczące postać. Jakkolwiek rozumiem, skąd się one biorą, nieco mnie odrzucają – ani wizje tego rodzaju nie pasują do „Neuroshimy”, ani nie są szczególnie subtelne. W dodatku część po prostu nie ma sensu – skąd w głowie postaci pojawia się nagle maszynowy pogromca Molocha, którego rolą we właściwej przygodzie jest nie wystąpić? Nadto, wizje przydarzają się tylko uroczej łowczyni, która związana jest z głównym wątkiem, a rolą pozostałych graczy jest natomiast pętać się za nią aż do kulminacyjnej sceny. Zaskakująco zresztą dobrej, umiejętnie rozgrywającej napięcie – i całkowicie spapranej za pomocą odebrania graczom decyzji o wyborach postaci i przeniesieniu ich na mechanikę. Doprawy, lepiej było używać zasad na potrzeby rozgrywania pułapek i zaufać graczom, że nakręcą interesujące zakończenie.

Polecam osobom, które ronią łzy na wieść o śmierci przypadkowego enpisa, miłośnikom pustych lochów oraz serialu „Battlestar Galactica” (reimagined).

Michał Markowski

Scenariusz urzekł mnie ładną formą, językiem, ilustracjami i umiejętnościami autora selekcjonowania informacji, koncentrowania się na najważniejszych elementach. To, co podobało mi się mniej, to pomysł na sceny. Motyw wędrówki, w której giną postaci drugiego planu oraz licznik, który pika jakby się coś zbliżało, jednak wroga nie widać, to najbardziej oklepany pomysł, który był świeży na budowanie nastroju 20 lat temu, zaraz po nakręceniu Aliens. W sumie można to prowadzić współczesnym nastolatkom, które nie znają klasyki – dla choćby przeciętnie obytego pulpowo miłośnika fantastyki motyw taki nie niesie żadnego zaskoczenia ani niespodzianki. Całość pomysłu, choć całkiem fajna, siada w punkcie kulminacyjnym – skończy się zapewne nawalanką, ale taką bez polotu, nudną. Próba zaskoczenia graczy motywem kulminacyjnym, zapewne skończy się mruknięciem graczy „aha, ciekawe”, a po tym podsumowaniu fabuły końca, bohaterowie przystąpią do tradycyjnej rozpierduchy. Krótko mówiąc – dla mnie autor nie miał pomysłu na rozwinięcie i zakończenie dość ciekawego założenia, jakie postawił na początku gry.

Piotr Odoliński

Dziwne wizje, „tostery” i nieświadome swej tożsamości roboty – Battlestar Galactica pełną gębą. No, prawie, bo autor nie wykorzystuje potencjału tego pomysłu. Pomysłu, który zamieniłby zwykłą przygodę o eksploracji ruin (całkiem ładnie opisaną – brawa za dodatki) w opowieść niezapomnianą. Scenariusz nie kładzie nacisku na niepewność własnej tożsamości, a ostateczna decyzja robota uzależniona została od rzutu kostką. Nie wiem, co jest gorsze – brak potencjału, czy jego zmarnowanie. Jednak i jedno, i drugie przekreśla szanse scenariusza. Szkoda.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Intrygujący tytuł, choć niezbyt pokrywający się z treścią scenariusza.
  2. Sympatyczne rysunki (niektóre). Niepowalające poziomem wykonania, ale dodające smaczku lekturze.
  3. Gotowe postaci, ale… (patrz punkt 1. poniżej)
  4. Estetycznie, ładnie przygotowany tekst.
  5. Ciekawe pomysły na handouty oraz dodatki, szczególnie sygnał detektora ruchu.

Na nie:

  1. …ale jeśli już się daje postaci graczom, to warto spisać je w całości. Statystyki by nie zaszkodziły.
  2. Zdrada gracza nie powinna zależeć od rzutu kością.
  3. Bardzo deus-ex-machinowe wnioski Case na temat samej siebie.
  4. Dużo łażenia po ruinach, podczas gdy ciekawy jest tylko sam finał. W finale ukazuje się lekko nadrzędna rola Case w fabule (to nie jest wada, o ile ma się tego świadomość).

W trzech słowach:

Sprawnie napisany scenariusz do Neuroshimy z typowymi dla świata i konwencji bohaterami oraz miejscem wydarzeń. Chyba zbyt typowymi. Kilka pojedynczych pomysłów zasługuje na uwagę, ale stworzona drużyna zasługiwała chyba na nieco ciekawszą i mniej sztampową fabułę.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Wakacje z Tosterem to porządnie spisany scenariusz do Neuroshimy. Widać, że włożono w niego wiele pracy. Opowieść o grupie bohaterów przemierzających opustoszałe miasto jest z pewnością bardzo nastrojowa, zwłaszcza gdy okaże się, że łączność została zerwana i w pobliżu coś się czai. Pal diabli, że to motyw, który w kinematografii pojawił się już parokrotnie. To dalej działa na sesjach.

Widzę jednak kilka dość poważnych wad tekstu. Po pierwsze – bohaterowie. Sami w sobie nie są wadą. Ale nie wiem, czy warto narzucać gotowych bohaterów, gdy tak naprawdę liczy się jeden z nich (a i tak jedyne co istotne, to fakt, że jest maszyną Molocha). Sam wątek bycia owocem z drzewa Molocha jest tak sobie wprowadzony – powinien być zasygnalizowany dużo wcześniej, by w końcu ukazać się w całej krasie, a nie wyskoczyć jak Filip z Konopii (Idziesz, idziesz, idziesz, idziesz, idziesz, jesteś narzędziem Molocha! Rzuć kostką i sprawdź co z tym zrobisz.)

Staram się oceniać scenariusz jedynie na podstawie tekstu. Oprawa graficzna scenariusza nie wpływa na moją ocenę.

Michał Sołtysiak

Kolejny scenariusz do Neuroshimy czytałem z dość dużą ostrożnością. Autor bowiem zadał sobie trud pokazania bardziej zgorzkniałego i zepsutego wizerunku świata gry. Alkoholicy, neurotycy, ludzie wypaleni i cierpiący zaludniają strony tego scenariusza. Pomysł fabuły powiedzmy jest dość ograny, ale autor starał się go jak najbardziej umiejętnie zaadoptować, na potrzeby gry, więc nie można mówić o sztampowości.

Kłopot jednak dla mnie był taki, że cały scenariusz był pisany pod jedną postać. To jej losy są najważniejsze, jej problem i tajemnica największe. Reszta graczy ma do odegrania swoje role, ale pozostaje pytanie czy po sesji będą zadowolone. Oczywiście, jeśli lubią odgrywanie ludzi naznaczonych problemem, bardziej ich cieszy to niż być bohaterem głównym, to oczywiście nie będzie to wada rozgrywki. Kłopot jest taki, że cenię w scenariuszach myślenie o drużynie, gdzie nie jest tak ewidentnie zakłócona równowaga na rzecz jednego gracza. Dlatego choć uważam Wakacje z tosterem za całkiem udany scenariusz, to jednak głównej nagrody bym mu nie dał. Zabrakło mi większej ilości pomysłów w nim na to co może być wyzwaniem dla pozostałych graczy, by bawili się równie dobrze, jeśli też zechcą mieć swoje pięć minut.

Joanna Szaleniec

Dziesięć plusów za tytuł. Drugie dziesięć plusów za dźwięki z wykrywacza ruchu. Podoba mi się sposób, w jaki autor buduje napięcie. Bohaterowie są interesująco zaplanowani, mimo że ich charaktery i wzajemne relacje muszą doprowadzać do nieustających konfliktów w drużynie (tak, tak, rozumiem, że sesje Neuroshimy nie na tym mają polegać, żeby było miło). I muszę powiedzieć, że podoba mi się ustawienie preferencji Case – wiele graczek potrafiłoby zarżnąć klimat tej postaci przez ciągłe wdzięczenie się do towarzyszących jej facetów. Nie przekonuje mnie natomiast „Dramatyczny finał”. Rozwiązanie poważnego osobistego dylematu na zasadzie „rzucaj test na zdradę” kompletnie kładzie na łopatki ten najważniejszy moment scenariusza. Wydaje mi się, że autor również na wyrost zakłada, że Case „uświadomi sobie” rozwiązanie, które wcale nie jest takie oczywiste.

[collapse]

Preludium

Scenariusz Konkursowy:

Preludium Hubert Kwatek

System: Wampir: Mroczne Wieki

Setting: 1429, Czechy w trakcie wojen husyckich

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: gracze tworzą postaci wg wytycznych

Ilość sesji: 1

Dodatki: mapy dla MG

Opis: Pewnej mrocznej nocy Przemysław, wampirzy książę miasta Hradec Králové, wysyła swojego Potomka z ważną i sekretną misją do Pragi.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Średniowieczne Czechy, czas Wojen Husyckich. Bohaterowie wyruszają na południe z misją polityczną i szpiegowską. Najważniejszy jest jeden z nich, ale to tylko pozór… Dalej mogłoby być coś o historii, która przeplata się z losami jednostek i osobistych dramatach rozgrywających się na tle wielkich wydarzeń. Zamiast tego zadaję sobie pytanie: ale dlaczego wampiry? Moim zdaniem scenariusz zyskałby gdyby bohaterowie byli śmiertelnikami, ale mniejsza o to, skoro autor postanowił inaczej.

Fabuła „Preludium” skonstruowana jest w tai sposób, by „oprowadzić” bohaterów graczy po rozmaitych ciekawych miejscach. Wydarzenia, które się tam rozgrywają gwarantują zabawę zarówno graczowi, który preferuje atrybuty fizyczne, jak i temu, który wybrał społeczne. Gorzej natomiast wygląda kwestia interakcji pomiędzy postaciami graczy. Bardzo trudno ją rozegrać oscylując między teatralną umownością, a podchodami z rezultatem śmiertelnym. Szkoda ponadto, że finał tego wątku znalazł się poza rozgrywką.

Wojciech Doraczyński

W tegorocznej edycji Świat Mroku jest licznie reprezentowany, co więcej reprezentują go teksty które (w większości) są rzeczywiście dobre. Scenariusz poniższy do nich należy – jest całkiem niezły, świetna podstawa dla sesji, lecz niemiłosiernie przegadana. Ale po kolei.

Trylogia husycka Andrzeja Sapkowskiego doczekała się wreszcie erpegowego hołdu. Autor do inspiracji się zresztą przyznaje, chwała mu za to. Jak dla mnie, osadzenie przygody w powszechnie znanych realiach to duży plus. Scenariusz to w zasadzie dwa przeplatające się wątki. Wątek główny jest prosty jak budowa cepa: podróż, starcie (opcjonalnie) i przesłuchanie, znowu podróż, karczma, finał. Wątek poboczny to oczywiście mroczna i podstępna intryga. Na szczęście jest całkiem wiarygodna, sensowna i dobrze połączona z resztą scenariusza. Mam jednak małą uwagę: nie dość dokładnie określono, co należy uznać za zdradę Księdza, a co nie. Na początku jest mowa o „każdym objawie nielojalności”, potem już tylko o wydaniu lokalizacji Adama. To akurat powinno być opisane dość ściśle, gdyż niejasne kryteria sprzyjać mogą dręczeniu gracza – tym bardziej, że lojalność tą ocenia inny gracz.

Jak na scenariusz o nieskomplikowanej budowie, tekst jest za długi. Zawiera nieprzydatne dla prowadzącego informacje, rozwlekłe, niepotrzebne opisy, itp. Miejscami przytłacza także obfitością nazw własnych i imion. Nierzadko zorientowanie się wśród natłoku postaci i faktów historycznych wymaga sporego wysiłku. Autor lepiej by zrobił gdyby informacje historyczne podał osobno, w wyróżnionym miejscu, zamiast umieszczać je w głównym tekście przygody. Ciekawostką jest lubczyk w postaci „posypki” – tu ubawiłem się setnie.

Przygoda byłaby trzy razy lepsza, gdyby była dwa razy krótsza. Zwięzłość ułatwia korzystanie z tekstu, zaś scenariusz ten nie jest na tyle porywający, bym wybaczył tą wadę.

Artur Ganszyniec

Kolejny w tej edycji scenariusz, w którym MG z jednym graczem bawią się kosztem reszty drużyny. Postaci mają bardzo niesymetryczne role, a główna intryga jest bagatelizowana kosztem rozbudowanego wątku księdza. Inna sprawa, że sam główny wątek również nie jest jakoś szczególnie przekonujący. Coś się tam dzieje za kulisami, jakaś wielka polityka, jakaś miłość silniejsza niż śmierć, jakieś wojny husyckie – niestety gracze mają małe szanse, by to zauważyć.

Nie jestem w stanie z czystym sumieniem polecić tego scenariusza.

Piotr Koryś

Ciekawa, acz przegadana praca. Ja uważam, że podstawą jest zwięzłość, a tu tego brakuje. Spokojnie można to byłoby
napisać krócej, bez niepotrzebnego wodolejstwa. Szkoda, bo to dość dobra rzecz. Pozostawia wiele dla Graczy, co jest dla mnie ważną
rzeczą w scenariuszach z intrygami.

Magdalena Madej-Reputakowska

Autorowi preludium należy się ogromna pochwała za krótkie streszczenie scenariusza, bez którego wyjątkowo trudno byłoby zorientować się w fabule. Sytuacje próbuje ratować także zaproponowane, archetypiczne postaci, pod które gracze mogą dopasować wymyślone przez siebie konkretne osobowości. Niestety to tyle plusów, które ledwo utrzymują się na powierzchni bardzo chaotycznego tekstu opisującego panoramiczne tło i wielce zawiłą intrygę.

Od lat czekam na dobry scenariusz o wampirach i za każdym razem zamiast wykorzystania klasyków, otrzymuje udziwnienia oraz wariacje na temat dzieci nocy. Tym razem miałam wrażenie, że ktoś napisał scenariusz do Dzikich Pól, a następnie przerobił go na Świat Mroku. Wampiry w Czechach wydaja mi się niesamowicie zabawne i groteskowe. Tym bardziej, że wojny husyckie, przedwieczny Przemyślid i polityczne gierki to jedynie cukierek za szybką. W scenariuszu wampiry rozbijają się po gościńcach, zatrzymują w karczmach i biją w ruinach.

Na koniec hit tej edycji dla mnie. Sugestia, że można napoić krwią konia traci cały urok po wizualizowaniu. Jakby odraz nie można było dać drużynie upiornych wierzchowców.

Tomasz Z. Majkowski

Preludium bywa tworem samodzielnym pod piórem Chopina czy Debussy’ego. Zwykle jednak to tylko część całości, przygotowana by umożliwić przygotowanie do właściwego występu. W nomenklaturze WoDu jest właściwie podobnie – to przedakcja, fabularna miniaturka, która pozwala wyeksponować postaci i zawiązać pierwsze wątki właściwej kampanii. Wysyłanie preludiów na konkursy, w których mierzą się kompletne scenariusze, to pomysł doprawdy ekscentryczny.

Gdybyż jeszcze było nasze „Preludium” dziełem genialnym, które otwiera tak fantastyczne wątki i sugeruje tak zapierające dech w piersi kontynuacje, że żaden czytelnik nie zasnąłby spokojnie, póki nie stworzyłby dalszego ciągu! Albo chociaż było autonomiczne, niczym miniatury muzyczne romantycznych wirtuozów fortepianu! Niestety, tekścik, który się pod tym tytułem zawiera jest nie dość, że pretekstowy, to jeszcze wszystkimi wadami starego Świata Mroku a’la polonaise.

W pierwszym rzędzie pojawia się zatem Rozbudowane Tło ze Skomplikowaną Historyjką, Której Gracze Nigdy Nie Poznają. Osadzona jest, oczywiście, w obowiązkowych Czechach, które są miejscem Prawdziwie Okultystycznym, w odróżnieniu od okolic Radzymina (choć to ten ostatni ma w herbie oko w piramidzie). Podczas Wojen Husyckich, a jakże. Wampirami uczyniono najważniejszych graczy politycznych owych czasów, z Przemysławem Otokarem na czele. O to właśnie ten ostatni, przeobrażony w krwiopijcę Przemyślida, wysyła oszołomionych jego potęgą graczy na Całkowicie Niedorzeczną I Zbyteczną Wyprawę.

Kiedy bowiem cierpliwy czytelnik przebrnie już przez wstęp (który, przyznaję uczciwie, proponuję historyjkę wcale ciekawą i nie pozbawioną potencjału) i rozpoczyna się właściwa przygoda, wszystko poleci jak po sznurku. Nastąpi spotkanie w Pradze, na obowiązkowym Moście Karola (tu ze złośliwym uśmieszkiem wypomnę, jak to jeden z graczy wyłania się zza barokowej figury), zastraszenie jednego świadka oraz scenka rodzajowa w gospodzie, której celem jest wprowadzenie kolejnej historycznej postaci, żeby gracze nie zapomnieli czasem, w jakiej epoce rzecz się dzieje. I całkowicie pretekstowy finał, w którym gracze podjąć mają rzekomo burzącą emocje decyzję, czy urwać głowę zakochanemu młodzieńcowi, czy też zapłakać nad jego czystą miłością. Groteskowość całej sekwencji dopełnia fakt, że scenariusz dostarcza plan kaplicy, w której kulminacja się odbywa, przydatną na wypadek walki – ale prezentuje budynek przykryty dachem. Mapka jest więc absolutnie bezużyteczna.

Czary goryczy dopełniają napięcia w drużynie, oto bowiem jeden z grających ma podjąć decyzję, czy wyprawić drugiego na tamten świat. By jednak pozbawić rzecz emocjonalnego ładunku, wyrok zapada już po zakończeniu sesji i zamiast pozwolić na rozegranie dramatycznej sceny, sprowadza się do przekazania w ręce jednego gracza władzy absolutnej nad postacią innego. I oto samowładnie decyduje, czy kolega grać będzie dalej tym samym bohaterem, czy też musi stworzyć nowego.

Ten tekścik to ledwie preludium i finał roztacza przed oszołomionym czytelnikiem szeroką perspektywę – jeżeli gracze podołali trudnemu zadaniu wysiedzenia na sesji, oto zaczną nagle rozgrywać politykę połowy Europy. Niestety, mnie wyzwanie przerasta. Po takim preludium grzecznie za ciąg dalszy dziękuję.

Polecam osobom, które przed laty lubiły podśmiechiwać się z WoDziarzy, gdy jeszcze byli plagą na konwentach, i chcą przypomnieć sobie tamte odległe czasy.

Michał Markowski

Umiejscowienie akcji scenariusza w czasie Wojen Husyckich to całkiem oryginalny zabieg, ale czytając cały scenariusz miałem wrażenie, że autor sprawdziłby się znacznie lepiej w pisaniu opowiadań, niż scenariuszy do gier.

Przede wszystkim mecząca jest stylizacja, jaką został napisany ten scenariusz. Zamiast ściągi – mam nużące opowiadanie. Kilka wątków jawi się interesująco (historia Marii i Adama), ale zupełnie nie ma ich w grze, czyli nie zaistnieją dla graczy o ile prowadzący sam nie wymyśli sposobu, aby je przedstawić. Autor w scenach koncentruje się na zawiłościach intrygi, a nie na to, jak przedstawić wydarzenia w grze w sposób ciekawy i angażujący graczy.

Zabrakło tez jakiejś magii Świata Mroku, drapieżności wampira, pełnych polotów pomysłów, choćby nutki szaleństwa, odwagi zaprezentowania jakiś scen z wykopem. Podczas lektury, nudzimy się. Właściwie, gdybyśmy wywalili Świat Mroku i zagrali zwykłymi ludźmi w świecie historycznym, to w czasie gry nikt nie odczułby wielkiej różnicy. Oznacza to, że Świat Mroku był tutaj, moim zdaniem, słabo eksploatowany i spełniał rolę fasady.

Jako odbiorca scenariusza, pragnę ściągi na sesję – wszystkie informacje, które nie służą sesji są zbędne. Autor zaś bardzo mocno wszedł w warstwę przynależną głównie do warstwy nastroju w czasie lektury tekstu oraz eksploatacji zawiłości intrygi bez przełożenia na elementy „grywalności”, te które zwiększają zaangażowanie graczy w to, co przedstawia im prowadzący.

Piotr Odoliński

Mówiąc najprościej: długi scenariusz krótkiej przygody. Z tekstu można dowiedzieć się sporo na temat tła historycznego, miejsca akcji oraz najważniejszych postaci, a informacje te są ładnie, klimatycznie podane… i w większości zupełnie niepotrzebne. Ozdobniki sprawdzają się dobrze, jeśli nie tłumią sedna scenariusza. Tutaj sednem jest narastający konflikt interesów, mający swoją kulminację w finale przygody. Szkoda, że autor bardziej nie skupił się właśnie na tym konflikcie i wynikających z niego konsekwencjach. Tam, gdzie powinien był zabłysnąć, dobrowolnie „oddał Narratorowi noc”… i swoje szanse razem z nią.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Szybkie streszczenie, o co mniej więcej chodzi w scenariuszu.
  2. Gotowe, dopasowane archetypy dla postaci graczy, choć autor mógł po prostu stworzyć te postaci w całości. Zdecydowanie najciekawszy jest Ksiądz, wyróżniony jest Szpieg. Bardzo dobrze do siebie pasują ze względu na motyw rozdarcia w ich historiach. Może wystarczyłoby tych dwóch bohaterów?
  3. Podział na sceny, z zaznaczeniem miejsca i składu osobowego.
  4. Trochę to może zabawne, ale przemienienie koni w ghule w celu utrzymania tempa podróży to chwyt zasługujący na wyróżnienie.

Na nie:

  1. Tekst bardzo ciężko się czyta, co utrudni też korzystanie z niego. Akapity warto dzielić, wydzielając co ważniejsze informacje.
  2. Mało klimatyczne handouty, nie pasujące wykonaniem do stylistyki scenariusza.
  3. W porównaniu z pozostałymi bohaterami Szlachcic jest postacią bardzo nieciekawą (wystarczy spojrzeć na ilość miejsca mu poświęconą oraz dylemat, a w zasadzie jego brak).
  4. Styl spisania scenariusza przez chwilę buduje klimat lektury, ale z czasem zaczyna drażnić. Liczy się informacyjność, nie stylizacja za średniowieczne gadanie. Autor chyba zresztą dość szybko zorientował się, że tak na dłuższą metę pisać się nie da i ograniczył się do przerywników.
  5. Celu misji Szpiega wcale nie trzeba ukrywać przed pozostałymi graczami, wręcz przeciwnie. Knucie przeciwko innym graczom jest fajne dla tych graczy wtedy, gdy znają jego reguły i mogą reagować tak, by nie psuć ciągłości fabuły. Poza tym, jeśli pozwala się Szpiegowi momentami prowadzić BNów, to automatycznie demaskuje go jako osobę współpracującą z MG, wiedzącą więcej.
  6. Uzależnianie wykrycia intrygi Szpiega od rzutu kostkami.
  7. Zastępowanie scenariusza raportem sesji w celu podkreślenia grywalności scenariusza. Scenariusz ma się bronić sam, bo MG nie ma gwarancji, że jego gracze wymyślą to samo, co gracze autora scenariusza.
  8. Tekst jest niepotrzebnie rozpulchniony długimi opisami historii poszczególnych spotykanych BNów (większości tych wiadomości gracze nie poznają), które MG i tak musi streścić. Przykładowo, cały akapit o pochodzeniu i wykształceniu Marcina Benesa można sprowadzić do stwierdzenia: „uczyłem się w Pradze i tu poznałem Czyrnę”.
  9. Nie wiadomo, co ma począć MG z monstrualną historią Adama. Skąd w ogóle mają ją poznać gracze? Wygląda na to, że BN ma się „zwierzyć” BG i czekać na ich decyzję. Bardzo sztuczne.

W trzech słowach:

Scenariusz, z którego największą frajdę będą mieli gracze, którzy lubią historię wojen husyckich albo przynajmniej przeczytali trylogię Andrzeja Sapkowskiego (i im się podobało). Tutaj usłyszą wyłącznie jej echa, może to wystarczy. Czy dobrze będą się bawić przy mało oryginalnym, prostym, składającym się z zaledwie kilku scen scenariuszu? Wiele zależy od umiejętności MG, gdyż sama opowieść nie jest zbyt pasjonująca.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Ujmę to tak. Wyobraźcie sobie, że Zeus wysyła Heraklesa po bułki do spożywczaka. Ma to głębszy sens. Plan Zeusa jest sprytny – gdy Hera zobaczy świeże bułeczki od razu pomyśli, że Zeus ma romans ze sklepikarką i będzie czekała w krzaczorach przy sklepie cały dzień, byle tylko nakryć męża na gorącym uczynku. Zeus w tym samym czasie spokojnie pójdzie z Hefajstosem na ryby, pomoczą spławiki i wypiją po piwku. Zeus da też (niby mimochodem) Hefajstosowi te bułki. Hefajstos weźmie je do domu, a gdy Afrodyta zobaczy te wypieki to poczuje się zazdrosna – kto inny jej mężowi robi bułki do pracy! I przez to na jakiś czas zapomni o romansach z Aresem. I to był właśnie prawdziwy cel Zeusa – żeby nikt nie śmiał się z jego syna Hefajstosa, że to rogacz.

Ale Herakles po prostu idzie po bułki. Nie zna wielkich planów swojego ojca. On tylko wchodzi do sklepu, bierze dwie kajzerki, płaci i wraca.

Podobnie jest tutaj. W tle dzieje się wielka polityka. Ba! Nawet dwie – ludzka i wampirza. Husyci wraz ze wszystkimi frakcjami, nieumarli książęta Śląscy, wojna, rozruchy, szmugiel broni i spisek starych krwiopijców. I wiąże się to z misją drużyny. Tylko tak naprawdę dzieje się to poza nimi, a ich własne zadanie jest tak na dobrą sprawę dość proste.

Tekst jest ciężki w odbiorze – osiem ton imion, nazwisk, frakcji, planów i zdarzeń z przeszłości. Miałem dwa podejścia do scenariusza, bo za pierwszym razem się pogubiłem.

Michał Sołtysiak

Baza historyczna w scenariuszach dla Mrocznych Wieków się przydaje, by opisać realia i włączyć intrygę w ciąg prawdziwych dziejów. Kłopot zaczyna się (tak było ze starym WoDem) gdy zbyt dużą rolę zaczyna odgrywać teoria spisku – wszyscy średniowieczni politycy i władcy byli marionetkami w rękach wampirów. Podobnie pojawia się problem, gdy historia wampirzych intryg odgrywa główną rolę, a graczom pozostaje tylko odgrywać postacie z dalszego planu, które w wojnie Starszyzny są jedynie obserwatorami i pionkami, odkrywającymi diaboliczne machinację starych krwiopijców.

Dokładnie tak jest z tym scenariuszem. Postacie graczy wędrują, spotykają potężne potwory, znowu wędrują, a ich wpływ na fabułę jest niewielki. Dodatkowo jest to bardziej opowiadanie niż scenariusz. Autor powinien się poważnie zastanowić nad pisanie prozy, gdyż wiele zawartych w scenariuszu opisów i jego liniowość lepiej by się w niej sprawdziły. Dodatkowo wtedy można by pisać o wielkich intrygach, bez pchających się na pierwszy plan postaci graczy.

[collapse]

Powietrzne miasto

Scenariusz Konkursowy:

Powietrzne miasto Maciej Karwowski

System: autorski

Setting: Powietrzne Miasto i świat na Dole

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 1

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: co najmniej trzy

Dodatki: brak

Opis: Tajemnicza metalowa tuba, która spadła z nieba, budzi w bohaterze podejrzenie, że wbrew słowom starszych Powietrzne Miasto nie jest jedynym miejscem, które przetrwało Kataklizm.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Jest to bez wątpienia scenariusz gry komputerowej, lub tekst mocno zainspirowany cRPG i przygodówkami. Tak czy siak na jego podstawie można zrobić złą grę komputerową lub poprowadzić słabą sesję.

Fabuła opowiada o przygodach żyjącego w utopii młodzieńca (oczywiście okaże się, że to dystopia, ale dopiero gdy młodzieniec wróci z wygnania cwańszy i mądrzejszy). Aaron, bo tak ma na imię, musi uciekać z anielskiego miasta na barbarzyńską ziemię i tam przeżywa przygody. Mówiąc najogólniej jest podobnie jak w Falloucie, tylko gorzej. Już w jednej z pierwszych scen, gdy zamordowany przyjaciel ściska w dłoni liść klonu, a protagonista domyśla się, że tajemnicza tuba ukryta jest w dziupli drzewa, pomyślałem sobie: „bu, nie zamordowali go Kanadyjczycy”.

I chyba niechcący odkryłem potencjał, jaki ewentualnie można odkopać w tym scenariuszu. Ja spróbowałbym go poprowadzić jako humorystyczną opowieść awanturniczą o naiwniaku, który pakuje się w kłopoty. Uczyniłbym z Aarona Josepha Andrewsa, co pewnie nie było zamiarem autora, ale dałoby scenariuszowi szansę na zaistnienie na sesji.

Wojciech Doraczyński

Mądrość ludowa głosi, że nigdy nie ma się drugiej okazji, by zrobić pierwsze wrażenie. Jeżeli porzekadło owo jest prawdziwe, źle wróżyłoby to autorowi scenariusza. Już po lekturze pierwszych akapitów wiedziałem, że jest to tekst należący do rodzaju, którego szczerze nie lubię. Owszem, nie mam nic przeciwko zapoznawaniu się z niezwykłymi, nowymi światami; czytając scenariusze quentinowe wolałbym jednak obcować z twórczym wykorzystaniem pomysłów z oficjalnych systemów. Autorski świat – to jak dla mnie minus.

Porzekadła ludowe nie zawsze są słuszne, gdyż w trakcie lektury tekst okazał się nie tym, czego się spodziewałem, a niektóre, widoczne na pierwszy rzut oka wady okazały się zaletami.

Niestety, z przykrością stwierdzam, że scenariusz zawiera sporo błędów – na poziomie języka, opisu świata, a także konstrukcji związków przyczynowo-skutkowych. Nietrafionym pomysłem jest przeznaczenie scenariusza tylko dla jednego gracza, prowadzącego postać narzuconego mu protagonisty. Irytuje też zbyt dokładne opisywanie działań bohatera, czasem miałem wrażenie, że czytam opowiadanie. Brak mechaniki, choć nie jest zbrodnią, powinien być uznany za poważne uchybienie. Fabuła, oprócz wątku głównego zawiera liczne wątki poboczne. Podoba mi się ich elastyczność i sposób, w jaki się przeplatają (plus za spis misji!), nie podoba ich schematyczność.

Jednakże, muszę się przyznać, iż tekst zaskoczył mnie nie raz w trakcie lektury. Po pierwsze: choć akcja toczy się w nieznanym czytelnikowi świecie, autor prawie w ogóle go nie opisuje. W tekście istotne są tylko te elementy scenografii, które popychają akcję do przodu. Z jednej strony jest to plus, gdyż scenariusz ten to prawdziwa epopeja – dokładne opisy rozdęłyby ten tekst do nieprawdopodobnych rozmiarów. Z drugiej wielka szkoda – gdyż ten szczątkowy świat, wbrew moim początkowym deklaracjom, zaciekawił mnie najbardziej. Nie ma w nim nic realistycznego czy wiarygodnego, jest on swobodną mieszanką różnych wątków, zapożyczeń, stylów. Na początku miałem z tym spore kłopoty, aż w końcu mnie olśniło: to jest po prostu anime! Żałuję, że autor nie podał wprost takiej interpretacji, bo chyba z tego gatunku też trochę czerpał („chyba” – gdyż wbrew deklaracjom autora, dla mnie źródła inspiracji nie są widoczne gołym okiem). Ten zwariowany, chaotyczny świat odczytany w ten sposób staje się sensowny i nader interesujący. Mimo to, wciąż jest zbyt szkicowo zarysowany.

Twarde, lecz szczere słowa do autora: nie mogę uznać tego tekstu za poprawny scenariusz, zawiera on zbyt wiele błędów, które zapewne wytkną inni. Lecz chciałbym cię zachęcić, byś pisał dalej. Rzemieślniczych, scenopisarskich umiejętności nabywa się poprzez długi trening. Zaś ciekawe pomysły, które kryją się gdzieś między linijkami „Powietrznego miasta” nasuwają przypuszczenie, że kiedyś uda ci się napisać coś naprawdę dobrego.

Artur Ganszyniec

Pisanie kampanii na jedną osobę, osadzonej w autorskim świecie i opartej na bezkostkowej mechanice to ryzykowny pomysł. W przypadku “Powietrznego miasta” realizacja również pozostawia wiele do życzenia. Fatalny styl, masa arbitralnych decyzji, co do zachowań bohatera w pewnych sytuacjach, listy “questów” w podziale na lokacje, same zadania opisane skrótowo i bez jakiegokolwiek kontekstu – to wszystko składa się na całość, której po prostu nie da się wykorzystać na sesji.

Zastanawiałem się nad tym, dlaczego autor zdecydował się ta taką formę scenariusza i do głowy przychodzi mi tylko jedno wytłumaczenie – jest to odrzut z niedawnego konkursu TP na grę scenariusz gry komputerowej.

Odradzam.

Piotr Koryś

Bogowie, toż to opowiadanie udające scenariusz. Po co tu Gracz?

Wszystko i tak za niego już zdecydowane! On tylko idzie i patrzy, gorzej niż w grze komputerowej! Zresztą, to wygląda na scenariusz, ale
właśnie do gry komputerowej. Nie wiem, jak to można poprowadzić, bo czyta już się trudno. Poza tym obawiam się, że nie jest dobrym
scenariuszem dla większości mistrzów gry, gdyż przypomina raczej opowiadanie. A nie dość, że jest to słabo napisany scenariusz (i
słaby scenariusz) – ale niestety, jest też kiepskim opowiadaniem. Jest po prostu bardzo kiepskie pod względem treści. Poza tym – dużo błędów, głównie interpunkcja, ale są też i ortografy. Słabo.

Magdalena Madej-Reputakowska

Scenariusz Powietrzne miasto zaczyna się jak typowa manga – to było moje pierwsze skojarzenie, po przeczytaniu rozpoczęcia przygody. Proponowany przez autora świat również przypominał mi magiczne, dziwaczne i „inne” wizję krain z filmów anime. Niestety na tym kończą się pozytywne skojarzenia.

Dzieje centralnej postaci, które chyba miały oddawać epicką przemianę od zera do bohatera, to seria wyjątkowo nielogicznych i niestety nieudanych questów. Chaotycznie spisany tekst nie pomaga zorientować się w pretekstowych i niewiarygodnych (niestety nie w sensie niesamowitych) wydarzeniach. Całość rządzi się logiką gier przygodowych, gdzie trzeba odpowiednio wyklinać drzewko dialogowe, a także użyć przedmiotu na innym obiekcie ze świata opowieści.

Największą wadą wymyślonego przez autora świata jest fakt, iż nie posiada on żadnej wyrazistej konwencji. Gracz zapewne czułby się zupełnie zdezorientowany zabiegiem „ty nie wiesz, ale twoja postać wie” w sytuacji, gdy nie zna zasad spoza świata gry. Na tym opiera się stosowanie tego tricku. Bez wprowadzenia określonej mechaniki działania uniwersum zdezorientowany bohater może jedynie błądzi po fabule.

Tomasz Z. Majkowski

Jakiś czas temu jedna z polskich korporacji rozpisała konkurs na scenariusz do gry komputerowej. Autor „Powietrznego Miasta” najwyraźniej w nim przepadł, ale postanowił spróbować sił w Quentinie. Bo ten tekst nie jest w żadnym razie projektowany do zwykłej gry fabularnej. Przeznaczono go dla jednego gracza, do którego czasem dokleić się mogą enpisi, polega na eksplorowaniu kolejnych lokacji, przyjmowaniu questów i realizowaniu ich w dalszych obszarach, zwykle za pomocą rozmowy z pretekstowymi postaciami.

Rzecz zaczyna się jak z „Final Fantasy”: oto bohater jest młodocianym mieszkańcem latającego miasta, które rzekomo przetrwało globalną katastrofę, odkrywa, że świat jest inny niż sądził i że jego ojciec jest członkiem konspiracji. Na skutek splotu zdarzeń, stanowiących sekwencję animowaną, zostaje wyrzucony do świata „Fallouta”, gdzie początkowo zadaje się z tubylcami, potem natomiast penetruje coraz to nowe skupiska cywilizacji, by w finale, zależnie, czy podąża „złą” czy „dobrą” drogą, zadecydować o losach rzeczywistości i albo wprowadzić ją w nowy złoty wiek, albo utopić w chaosie atomowego ognia.

W efekcie odkrywa całkiem zgrabną, choć z lekka grubymi nićmi szytą historyjkę o tym, że nic nie jest takie, jak się wydaje – to kolejna lekcja j-erpegów, z ich nachalną manierą odwracania sojuszy w połowie rozgrywki. Tu jednak złego słowa nie powiem, światu zapewniono tło interesujące i cokolwiek niespodziewane, dzięki któremu liczne wątki, które z perspektywy scenariusza wydają się całkowicie niespójne, znajdują wspólny mianownik.

Na naganę zasługuje natomiast warstwa formalna, spisana chaotycznie, kiepskim stylem, pełnym komicznych błędów stylistycznych i gramatycznych. Momentami tylko bawią, czasem utrudniają orientację. Do kuriozalnej stylistyki dokłada swoje nie tylko całkowita nieobecność mechaniki, ale nawet brak sugestii, jak rzecz poprowadzić. Oraz niepojęta konieczność nazwania bohatera nic dla historii nie znaczącym imieniem Aaron, które odsyła do brata Mojżesza (bezowocnie) – zgaduję, że było po prostu pierwsze na jakiejś liście („Aaaaby Aarona nająć…”). W tej formie rzecz w zasadzie nie nadaje się do grania, uczciwie jednak przyznam – gdyby poważnie ją obrobić, mogłaby być całkiem fajna.

Polecam poszukiwaczom inspiracji oraz tropicielom zapożyczeń ze znanych gier komputerowych.

Michał Markowski

Wizja powietrznego miasta bardzo przypadła mi do gustu. Poczułem zgrzyt w momencie, gdy świat Na Dole opisywany przez autora jako zrujnowana kraina podczas lektury okazała się wysoko rozwiniętą cywilizacją: z biurami, barami, kompaniami handlowymi a nawet towarzystwem zoologicznym. Fabuła, składająca się na wielką epopeję, była skonstruowana bardzo naiwnie – jako ciąg niezbyt spójnych zadań (questów), które należy wykonać, aby całość w ogóle ruszyła dalej. Autor musi koniecznie popracować nad formą: sposobem podawania informacji, konstruowania zdań i opisywania zdarzeń.

Piotr Odoliński

Czytając ten tekst, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakbym miał do czynienia ze scenariuszem gry komputerowej. Mamy jednego gracza, przybysza znikąd, do którego spontanicznie przyłączają się kolejne osoby, a mieszkańcy odwiedzanych miejsc nagle zapragnęli powierzać mu swe sekrety i zlecać różnorakie zadania. Co prawda regulamin konkursu nie dyskwalifikuje takiej formy scenariusza, jednak na sesji raczej się ona nie sprawdzi. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której gracz na sesji chodzi po miasteczku, puka do kolejnych domów i „klika” na postaci, żeby sprawdzić, czy nie są ważne dla fabuły. Aaron wielokrotnie musi odwiedzić konkretne miejsce lub porozmawiać z konkretną osobą, by ruszyć fabułę do przodu, a więc łatwo można się „zaciąć”. Sytuacja taka boli tym bardziej, że brakuje tu wsparcia innych graczy. Mistrz Gry może naturalnie podsuwać wskazówki za pomocą któregoś z hordy zupełnie niewyrazistych NPCów, ale i tak może to powodować frustrację. Poza tym podana tu została cała masa informacji nieistotnych (dokładne wypowiedzi NPCów), a brakuje opisu świata, który faktycznie ułatwiłby Mistrzowi Gry prowadzenie. Moim zdaniem – scenariusz nie do poprowadzenia w formie sesji RPG.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Doprawdy, ciężko znaleźć choć jeden atut tego scenariusza. Mógłby nim być intrygujący, magiczny pomysł na setting, rodem z filmów anime o mistycznym zacięciu. Niestety, jest chaotycznie opisany (poznajemy go na wyrywki w toku lektury) i razi brakiem logiki.

Na nie:

  1. Autor na wstępie nic nie mówi czytelnikowi o tym, o czym będzie scenariusz. Czytelnik nie ma też pojęcia, co i dlaczego się dzieje, o co chodzi i do czego wszystko zmierza.
  2. Tekst spisany ciągiem, często chaotycznie i urywkowo, trudny w użyciu. Wygląda jak raport z sesji, nie scenariusz do gry fabularnej.
  3. Kolejne wydarzenia nie są wyborem gracza (z jakiejś przedstawionej puli), ale pretekstowo narzuconymi kolejnymi wydarzeniami. To byłoby akceptowalne, ale tylko wtedy, gdyby gracz przynajmniej wiedział, jakimi zasadami rządzi się świat (nie wiadomo też, jaka jest konwencja fabuły). Tutaj nikt mu tego na początku nie mówi, więc musi wszystko brać za dobrą monetę i dawać się ponieść fabule. Nie ma bowiem możliwości kreatywnego negowania tego, co dzieje się wokoło.
  4. Logika prostej przygodówki, w której należy użyć przedmiotu w odpowiednim miejscu lub na odpowiedniej osobie. To może być fajne, gdy gracz (a wcześniej MG) otrzymuje wskazówki, jak odgadywać rozwiązania. Niestety, w tym scenariuszu czytelnik jest zdany na samego siebie.
  5. Mnóstwo nierozpisanych misji, które nie wiadomo do czego prowadzą i ile czasu mają zająć. MG sam musi przy nich wszystko wymyślić.

W trzech słowach:

Oto scenariusz, na podstawie którego można zagrać w przygodę, ale tylko pod warunkiem, że graczowi nie przeszkadza to, że nie wie, co się wokół niego dzieje. Musi mu też odpowiadać granie postacią, o której wiadomo tylko tyle, kim byli jej rodzice i jakich ma przyjaciół. Nie może też liczyć na żadne wskazówki odnośnie logiki i konwencji, jaką rządzi się otaczający go świat. Dla potencjalnego MG tekst ten jest bardzo trudny w użyciu ze względu na formę spisania oraz zupełny brak nastawienia na użytkowość.

Nominacja w kategorii Hermetyczny żart edycji:

Inny pijak, przyjaciel Conrada o imieniu Piotr podśpiewuje: „javohl javohl ich Liebe alkohol.”

Nominacje w kategorii Cytat edycji:

Mieszka tu tylko stary wynalazca ze swoją córką, nomen omen, w wieku Aarona.

Po szczęśliwym pokonaniu Dostawców Aaron może spenetrować Bazę, w której znajdzie mnóstwo dobroci.

Amazonki są duże i obleśne. Wykorzystują Aarona w rytuale Snu- Snu, którego nie muszę chyba nikomu wyjaśniać… Ratuje go nadciągający nagle Fray, który jak wiadomo ma doświadczenie w pewnych sprawach. Kiedy wyczerpane Amazonki padają z wycieńczenia Aaron i Fray uciekają.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Konstrukcja tego scenariusza przywodzi mi na myśl cRPG. Wątek główny, lokacje, powiązani z nimi statyści i wątki poboczne. Fabuła tego scenariusza również przywodzi mi na myśl cRPG. I to dość konkretne. Zresztą, nie owijajmy w bawełnę, 90% braci RPGowej myślało nad przeniesieniem Fallouta na sesję, żaden to wstyd. Sam łamałem sobie nad tym głowę.

Problem w tym, ze fabuła Powietrznego Miasta nie powala. Jasne, jest kilka fajnych motywów, no i jest nawiązanie do Futuramy (zawsze mile widziane, ale na ocenę tekstu nie wpływa), ale to za mało.

Michał Sołtysiak

Moje pierwsze skojarzenie było, mamy opis jak przejść przygodówkę z gazety komputerowej – „Weź wiadro, wymień na laser”. Jednak po wczytaniu się można zobaczyć pomysł i chęci autora, by opowiedzieć graczowi (szkoda, że tylko jednemu), bardzo rozbudowaną historię.

Na plus był właśnie uznał bardzo obszerną fabułę, gdzie ilość elementów i scen pozwala stworzyć całą kampanię. Świat może i jest widocznym nawiązaniem do anime i gier komputerowych, ale oferuje pełną gamę egzotyki.

Niestety jest to przygoda, gdzie bardzo łatwo o uczucie, że gracz „idzie na sznurku”, od punktu A do B, a jego możliwość wyboru jest niewielka. Właśnie na przykładzie takiego scenariusza łatwo pokazać wady liniowości fabuły, kiedy to zamiast śladów są drogowskazy, a możliwość zboczenie ze ścieżki jest prawie niemożliwa. Tak naprawdę nie będzie na to nawet czasu.

Podsumowując: scenariusz ten to pewien nadmiar treści nad formą, a sama treść niestety wymagałaby bardziej plastycznego opracowania.

Joanna Szaleniec

Na scenariusz składa się zestaw słabo opisanych questów, do wykonania których gracza motywuje chyba tylko fakt, że akurat nie ma nic lepszego do roboty. Autor pisze nie tylko, co zrobi gracz, ale nawet co pomyśli, poczuje, a nawet na jakie pomysły wpadnie!!!!!!! Dodam, że choć autor wymyśla rozwiązania za gracza, to bynajmniej mu ich nie podsuwa (ani w sposób subtelny, ani w żaden inny). Zgodzę się, że Powietrzne Miasto to interesujący setting, ale scenariusz RPG haniebny.

Cytat na dobicie: „Mieszka tu tylko stary wynalazca ze swoją córką, nomen omen, w wieku Aarona”. Przydałby się krótki romans ze słownikiem wyrazów obcych.

[collapse]

Pieśni aniołów

Scenariusz Konkursowy:

Pieśni aniołów Bartosz „Baldwin” Król

System: Świat Mroku

Setting: stara rezydencja, Anglia

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: brak

Opis: Gdy rozlegają się pierwsze dźwięki tajemniczej muzyki, trójka młodych ludzi zaczyna podejrzewać, że świat nie jest taki, jakim się zdaje.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Nie ma nic bardziej zgubnego dla twórcy niż pomysł hermetyczny, zazwyczaj zrodzony z najbardziej osobistych doświadczeń i przemyśleń, obezwładniający autora urodą i akuratnością, a przy tym wymykający się opisowi. Pal licho, jeśli takiej koncepcji nikt nie zrozumie. Gorzej, jeśli na jednym takim pomyśle zbuduje się historię, bo zapewne będzie ona dziurawa. Prawdziwie zgubny jest jednak rausz jaki udziela się po zachłyśnięciu takim pomysłem. Historia opowiedziana na takim rauszu zawsze skupi się na tym co nieistotne, zaniedba co ważne i ostatecznie okaże się niezrozumiała.

„Pieśń aniołów” opiera się na ekstrawaganckim pomyśle i wszystko inne w tym scenariuszu istnieje tylko po to, żeby pomysł wypromować. Mistrz Gry może sobie poczytać i docenić artyzm tekstu. Na sesji bohaterowie graczy mogą przybiegać na miejsce zdarzeń i oglądać bądź słuchać, dziwić się bądź podziwiać. Wszystko co najciekawsze dzieje się gdzie indziej i u kogo innego. A formuła scenariusza do RPG jest najgorszym możliwym wyborem do prezentacji pomysłu i głównego bohatera (niezależnego!).

Wojciech Doraczyński

Tekst ten cierpi na przypadłość, ongiś charakterystyczną dla Świata Mroku. Można w skrócie ją nazwać: przewaga egzaltacji nad treścią i techniką. Objawów tej choroby jest wiele: fatalne rozpoczęcie, brak (w zasadzie) mechaniki, mętne opisy udające literaturę piękną i jeszcze kilka pomniejszych. Sam przebieg akcji woła o pomstę do nieba: drużyna miota się po dworku oscylując między nudnymi obowiązkami a niezrozumiałymi, nastrojowymi scenami, przeskakuje w czasie, objawiane są jej Wielkie Tajemnice, które skrywają Jeszcze Większe Tajemnice… dosyć.

O podejściu autora najlepiej świadczy cytat: […] nie dołączam mapy oraz szczegółowego opisu domu. Mapa od razu sprawia, że coś można wyjaśnić i zrozumieć. Ta deklaracja ostatecznie pogrążyła scenariusz. Jasne – można zrobić sesję, podczas której prowadzący roztacza przed graczami dziwny i niespójny świat. Aby jednak uzyskać taki efekt, mistrz gry musi wiedzieć jak to robić, rozumieć zasady podług których funkcjonuje ta niewiarygodna rzeczywistość. Mapka domu to szczegół – gorzej, że autor prezentuje podejście „nie można nic wyjaśnić i zrozumieć” w całym niemal tekście.

Scenariusz, który ma służyć jako podstawa klimatycznej sesji, nie może być tylko i wyłącznie tej sesji zapisem. Musi zawierać techniki, które będzie można wykorzystać w trakcie prowadzenia; jasne i wyraźne założenia przygody, które musi znać i rozumieć mistrz gry, by sprawnie „mącić” w głowach graczom; informacje, z których zostanie stworzona opowieść, lecz nie opowieść samą. Ten tekst posiada nie posiada żadnej z wyżej wymienionych cech. Drodzy autorzy – nie tędy droga.

Artur Ganszyniec

Scenariusz ma pewną cechę, na którą zawsze reaguję alergicznie. Gracze nie mają w nim na nic wpływu. Począwszy od zawiązania akcji, aż po finał, najważniejsze rzeczy przydarzają się postaciom niezależnym, a najważniejsze decyzje podejmuje za graczy MG. Z założenia ma być to opowieść o tajemnicach, jednak gracze nie mają żadnych przesłanek, by je choć spróbować rozwiązać. W większości scen bohaterowie muszą po prostu gdzieś pójść i obejrzeć kolejną dziwną scenę z udziałem postaci niezależnych. W kulminacyjnym momencie wysłuchują MG opisującego, w jaki sposób postaci graczy rozwiązały problem i sesja się kończy.

Kiedy chcę poznać ciekawą historię, opowiedzianą przez kogoś innego idę do kina, lub sięgam po książkę. Kiedy idę na sesję RPG liczę, że będę w pewnym stopniu współtworzył opowieść, że natknę się na ciekawe wyzwania i będę mógł zdecydować o czymś istotnym dla bohatera i fabuły. Po sesji rozegranej na podstawie tego scenariusza, czułbym się cholernie rozczarowany.

Piotr Koryś

Trochę błędów, treść jest słaba, jakby większość istniała nadal w głowie autora. Tekst jest bardzo chaotyczny, czytający musi się zastanawiać, co autor miał na myśli. Poza tym, to jednak opowiadanie, a nie scenariusz, nie podoba mi się podejście „Mistrzu – gadaj, a my nie będziemy Ci przeszkadzać”. Aha, a co to jest nieuciszona mina? No i jeszcze jedno – jeżeli się coś zapożycza, to lepiej podać źródła. Słabo.

Magdalena Madej-Reputakowska

Mariaż „artystycznego nieładu” z nadmiarem egzaltacji raczej nie rodzi pięknych dzieci. Dowodem na to jest scenariusz Pieśni aniołów, który bardziej przypomina wprowadzenie do mrocznego klimatu niż właściwy scenariusz. Bohaterowie histerycznie miotają się od jednej mrocznej sceny do drugiej. Odkrywają wielowarstwowo sekrety, które kryją kolejne tajemnice. Całość zapowiada się bardziej jako długi monolog Mistrza Gry niż aktywne współtworzenie rozgrywki.

Ostatecznie w moich oczach autora scenariusza pogrążyło wyznanie, iż „Jednak uważam, że ta historia wymaga zakończenia. Jest wiele możliwości…”. Po tym stwierdzeniu nie padają żadne propozycje z tych niezliczonych wersji zakończeń. Po raz kolejny na konkurs na najlepszy scenariusz przyszedł tekst niepełny, pozbawiony podstawowych propozycji dla prowadzącego – początku, rozwinięcia i zakończenia fabuły.

Tomasz Z. Majkowski

Jeżeli chcesz poznać niezawodny patent na rozdrażnienie przynajmniej jednego jurora Quentina – proszę, oto on. Bez jakiegokolwiek powodu przytaczaj kawałki modlitw jego religii, żeby pokazać, jaki to scenariusz ambitny. Sukces gwarantowany.

Moja jednak irytacja to jedna rzecz, wartość natomiast scenariusza – całkiem inna. I niech mnie kule biją, chętnie bym się przełamał i zdusił w sobie niewczesny gniew, gdyby tylko po litanii następowało coś przyzwoitego! Niestety, „Pieśń Aniołów” jest zła aż z dwóch powodów. Po pierwsze, jest klasycznym, WoDziarskim opowiadaniem, które z jakiś powodów napisano w czasie teraźniejszym, a momentami w trybie przypuszczającym. Ale nie dajcie się zwieść – gracze nie mają nic do powiedzenia. Biegają, zwyczajowo, pomiędzy dziwacznymi scenkami, obserwując kolejne niezwykłości tajemniczej rezydencji i poznając muzyczny „fenomen nuem” (który, skądinąd, polega na tym, że poprzedzają zapis nutowy). Przy okazji kilka razy przenoszą się w czasie i wchodzą w interakcję ze wszechpotężnym, dziwacznym kamerdynerem i jego ledwie żywym panem.

To jednak tylko grzech pierwszy: drugi polega na tym, iż nie dość, że przygoda jest opowiadaniem, to jeszcze opowiadaniem złym. Fabuła jest chaotyczna, niezrozumiała i niepotrzebnie rozdymana pseudointelektualnymi wstawkami o wyczytanych w Wikipedii ciekawostkach. W dodatku zapowiadany główny wątek, związany z muzyką, z niepojętych względów realizuje się w szeregu paradoksów czasowych. Scenariusz jest przez to rozdwojony, nie wiadomo ani przez chwilę, co się w nim dzieje, a subtelne sugestie, iż historia jest w jakiś sposób koherentna bardzo łatwo przegapić. Dopiero finał przynosi jakie-takie wyjaśnienie: oto sparaliżowany geniusz za pomocą muzyki może dowolnie kształtować rzeczywistość. A zatem, wszystko co się do tej pory działo, każdą niepokojącą niedorzeczność, można wytłumaczyć tym właśnie wytrychem. Po cóż jednak angażować w tę fabułę to podróże w czasie, to fotografikę? Być może pewne światło na tę niespójność rzuca zestawienie otwarcia i zakończenia przygody. Opowiadanko początkowe sugeruje, że gracze są zagrożeni i jeżeli nie wypełnią swojego zadania na czas, czeka ich zagłada. W finale napięcie znika, a początkowy fragment zostaje opisany w całkowicie nowych kategoriach. Wygląda więc na to, że przygoda początkowo miała jakiś wątek przewodni, wymknęła się jednak z rąk prowadzącego, zaczęła żyć własnym życiem, na pół improwizowana na podstawie notatek.

Umiejętność przekształcenia swojego pomysłu, by iść za graczami jest oczywiście chwalebna. Ale po cóż od razu robić z tego tak sztywny i pełen niedorzeczności scenariusz? Odradzam.

Michał Markowski

Scenariusz zawiera sporo dobrych pomysłów (teoria neumów, obrazy, żywy dom, podróż w czasie), z których można zbudować oszałamiającą przygodę. Niestety, autorowi zabrakło kunsztu scenarzysty gry – gdyż całość podał w niestrawnej dla scenariusza formie. Zamiast ściągi do poprowadzenia sesji, mamy hybrydę opowiadania i zapisu swojej sesji.

W zasadzie czytelnik nie wie, o co chodzi, bohaterowie miotają się po domu i dopiero ostateczna spowiedź NPCa daje odpowiedzi. Nie wszyscy gracze lubią przez całą sesję obserwować dziwne, zdawałoby się niespójne wydarzenia, by całą tajemnicę poznać dopiero na sam koniec.

Scena pierwsza in medias res nie daje żadnego popisu graczom, gdyż Ci nie wiedzą, co mają robić. Biec i słuchać opisu MG? Zebranie grupy, ich motywacja są mocno naciągane, mechaniki praktycznie nie ma tam, gdzie podkręciłaby grę (za to np. mamy sugestię, by zrobić test na kichanie na s. 8). Grupa w scenariuszu zachowuje się niezbyt logicznie, podobnie również postaci drugoplanowe np. po fakcie, że zobaczyli najpewniej najdziwniejszą rzecz w ich życiu, autor zakłada, że spokojnie idą spać. Młody William bez mrugnięcia wierzy w ich nieprawdopodobną historię, że przybyli z przyszłości. Ogólnie cała drużyna zachowuje się zgodnie z żelazną wolą prowadzącego – coś im się udaje albo nie „bo tak chce MG” (np. scena kroków na schodach). Wygląda, jakby grupa była po prostu rekwizytem dla autora, a nie punktem kluczowym – a sesja jest dla graczy i scenariusz powinien pomóc im rozwinąć skrzydła, a nie ciągnąć jak po sznurku.

Moje ogólne wrażenie było takie – ten scenariusz bazuje na show Mistrza Gry, do którego gracze są doklejeni jako widzowie jego spektaklu.

Piotr Odoliński

Autor wychodzi z założenia, że fajnie jest, jak gracze nie wiedzą o co chodzi. Z tym nie będę dyskutował. Jednak kiedy to Mistrz Gry nie wie o co chodzi, zdecydowanie fajnie nie jest. Dlatego przynajmniej on powinien być w stanie wszystko „wyjaśnić i zrozumieć”. Niedoczekanie – autor idzie w zaparte. Poza tym scenariusz wydaje mi się po prostu nudny – i to potencjalnie dla wszystkich: i czytelnika, i MG, i graczy. Dla tych ostatnich chyba najbardziej, bo co chwila muszą wysłuchiwać opisów czytanych z kartki. Przez większość czasu nie dzieje się tu nic ciekawego, a kiedy już coś dziać się zaczyna, gracze nie mają na to żadnego wpływu. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że sesja na podstawie tego scenariusza raczej zmęczy wszystkich jej uczestników, niż dostarczy im rozrywki.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Słuszna uwaga, by uprzedzić graczy, że na sesji mogą pojawić się niecodzienne chwyty fabularne (np. zakłócenie chronologii). Oczywiście warto stosować się do tej rady tylko przy graczach, którzy nie znają zastosowanych chwytów.
  2. Sugestie muzyczne (niektóre mniej znane), choć chyba zbędne jest przyznawanie się do tego, że samemu ma się problem ze zgraniem muzyki ze scenami. Zwłaszcza w scenariuszu, który zakłada spory udział muzyki. Poza tym… (patrz punkt 9. poniżej)
  3. Pomysł na podróż w czasie… szkoda, że niewiele z niej wynika.

Na nie:

  1. Cytat: „Scenariusz jest bowiem tylko szkieletem, który w czasie sesji będzie obudowywany w ciało, aby stać się w pełni żywą opowieścią.” – Tak. I właśnie dlatego w tym konkursie należy opisać ten szkielet.
  2. Brak jasnej (jest sporo poezji) deklaracji, o czym będzie opowiadał scenariusz.
  3. Jeśli gracze na początku mają nie dostać kart postaci do rąk, to te karty muszą być gotowe, by je im później wręczyć. Łącznie z mechaniką. Chyba że komuś zależy na utracie tempa po dynamicznym wstępie.
  4. Czytanie czegokolwiek na sesji jest bardzo sztuczne, o ile tekst nie liczy kilku zdań.
  5. Mocno pretekstowe zawiązanie drużyny i zupełnie przypadkowy jej skład, zupełnie nie pasujący do tematyki scenariusza.
  6. Strasznie przemieszane cytaty z różnych dzieł i autorów. Lec obok Tolkiena to już szczyt postmodernizmu, ale trochę bez głębszego sensu.
  7. Brak oznaczeń scen, jakiegoś wyraźniejszego podzielenia tekstu, by łatwo się z niego korzystało.
  8. Gracze dużo obserwują, ale nie są głównymi bohaterami opowieści.
  9. Autor daje sugestie muzyczne. Dlaczego nie ma wśród nich np. Schuberta, skoro słychać go w jednej ze scen?
  10. Wyjaśnienie tajemnicy w formie spowiedzi BNa.
  11. Cytat: „Jednak uważam, że ta historia wymaga zakończenia. Jest wiele możliwości… Kto wie, może stanie się to zalążek do wielkiej kampanii…” – Też tak uważam. Szkoda, że autor tego nie zrobił.

W trzech słowach:

Scenariusz do Świata Mroku (choć nic na to nie wskazuje w zasadzie) rozgrywający się na magicznej brytyjskiej prowincji. Bardzo pretekstowy tekst, w którym gracze są świadkami rozmaitych wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości starego domu i jego mieszkańców. W kilku (niewielu) sytuacjach mogą coś nawet zdziałać, lecz niestety nie bardzo wiadomo, do czego zmierzają. Może byłby to jednak lepszy materiał na opowiadanie, a nie na scenariusz do gry fabularnej?

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Kurcze, nie przepadam za takim RPG. Dla mnie najważniejsze jest, by gracze mogli współtworzyć historię. By byli autorami, a nie odbiorcami. Ja wiem, że jest wielu graczy, którzy uwielbiają gdy MG opowie im historię i poudaje przy tym, że coś od nich zależy, ale oceniam kierując się własnym gustem.

A mój gust mówi, że to historia z dreszczykiem w której gracze non stop stykać się będą z dziwnymi wydarzeniami, jednak dopiero pod koniec będą w stanie połączyć ją w logiczną całość. Przez większość sesji mogą co najwyżej zastanawiać się o co chodzi, nie będą jednak w stanie znaleźć w tym sensu. Co najważniejsze jednak – będą odbiorcami, świadkami jedynie. Historia rozegra się na ich oczach, jednak rola BG to wyłącznie odbieranie dziwnych zdarzeń dziejących się wokół nich.

PS. Boję się scenariuszy zaczynających się od Kyrie Eleison.

Michał Sołtysiak

Cieszy mnie zawsze w scenariuszach, gdy autor stara się wykorzystać jakiś mniej znany motyw historyczny lub dziedzinę, która rzadko gości w przygodach do gier fabularnych. To właśnie jest największa zaleta tego scenariusza, gdyż motywem przewodnim jest tutaj muzyka i magia dźwięków. Fabuła nawiązuje do mitycznego symbolu, jakim jest „pieśń Stworzyciela”, dzięki której można kształtować światy. Mamy motywy zapętlenia i wiele tajemnic, które dla postaci graczy będą na pewno niezłym wyzwaniem.

Kłopot z tym scenariuszem mam jednak następujący: mam ponowienie wrażenie, że lepsze byłoby z tej fabuły opowiadanie niż scenariusz. Tak zazwyczaj jest ze scenariuszami, gdzie bohaterowie graczy nie mają prowadzić fabuły, a jedynie ją „przeżyć”, ponieważ La Grande Finale jest znany z góry i oczywiście ma być wielki oraz olśniewający w swej głębi. Gdyby pozostawić to zakończenie w gestii graczy, mogliby zepsuć całą fabułę. Nie przepadam za takimi scenariuszami.

[collapse]

Ostatnie tchnienie Sumpfbrucke

Scenariusz Konkursowy:

Ostatnie tchnienie Sumpfbrucke Wiktor Gruszczyński

System: Warhammer 2 ed.

Setting: pogranicze Middenlandu

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: postaci dla BG, mapka dla MG

Opis: Dwóch kapłanów Sigmara wraz ze spotkanym po drodze wojownikiem trafiają do podupadłej miejscowości wśród bagien, gdzie przyjdzie im się zmierzyć z dramatycznymi następstwami pewnej starej historii.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Całkiem spoko przygoda. Fabuła zasadza się na konflikcie, lecz tym razem nie jest to jedynie konflikt między postaciami, lecz miedzy społecznościami. Największe znaczenie dla przygody mają tarcia między ludźmi i mieszkającymi na wygnaniu mutantami, a od poczynań bohaterów zależało będzie jak ten konflikt się rozwinie.

Fajna scenografa, bo rzecz dzieje się głównie w wiosce przy jeziorze, ciekawi NPC, świetny patent z potworem, który jest wyspą i nie mniej dobra historia o założycielu rodu, który z bestią walczył (plus wszystkie następstwa).

Co natomiast jest nie tak? Nadmiar wątków, bo na przykład historie postaci wspierane są bardzo słabo i nie wiadomo, czy ważniejsze jest paktowanie z cha ośnikami, czy ratowanie mutantów. Prócz tego nie należy zapominać, że jest to w raczej tradycyjny, żeby nie powiedzieć staro szkolny scenariusz „o wiosce”, a przez to nie każdemu może odpowiadać.

Mi odpowiada lecz nie na tyle bym miał go wyróżniać.

Wojciech Doraczyński

„Ostatnie tchnienie…” to scenariusz ułożony podług klasycznych wzorców Warhammera. Mamy tutaj samotną wioskę, mutantów, kultystów Chaosu i tajemnicze wydarzenia z przeszłości. Wszystko to zostało ładnie wkomponowane w strukturę klasycznego questa.

Nie za bardzo rozumiem, czemu autor przygotował postacie dla graczy – przecież ten scenariusz można spokojnie poprowadzić każdej drużynie (to jedna z jego zalet). Mamy tu trochę śledztwa, trochę wyborów moralnych oraz poszukiwanie artefaktu. Przebieg wydarzeń nieco sztywny, lecz pasuje do scenariusza typu quest, charakterystycznego dla Warhammera zresztą. Wszystko zostało przejrzyście opisane. Generalnie za fabułę przyznaję plusa.

Autor postanowił przełamać stereotyp mutanta, lecz mam wątpliwości, czy pomysł ten wypali na sesji. Sądzę, że mało która drużyna zrezygnuje z walki w wiosce mutantów, szczególnie gdy ujrzą kultystów Khorne’a. Ponieważ uniemożliwi im to odnalezienie włóczni, umieściłbym w tekście jeszcze jakiś alternatywny sposób odszukania miejsca jej spoczynku. Świetna natomiast jest scena finałowej, epickiej bitwy – oto jest prawdziwy Warhammer! Widok ogromnej bestii wynurzającej się z bagna z pewnością wstrząśnie niejedną drużyną.

Słowo na koniec: standardowa przygoda do młotka z paroma zapadającymi w pamięć scenami. Podoba mi się, aczkolwiek wyjątkowa niestety nie jest.

Artur Ganszyniec

Bardzo przyjemna i grywalna przygoda do Warhammera, ma wystarczająco klasycznych motywów, by zanurzyć się po uszy w specyficznym klimacie świata i wystarczająco dużo świeżych pomysłów, by zaciekawić. Tekst napisany bardzo czytelnie, wszystko składa się na jedną całość i w zasadzie nadaje się do poprowadzenia od ręki.

Mam zastrzeżenia tylko do jednego wątku. Autor proponuje trzy, bardzo konkretne postaci, których światopoglądy i motywacje mogą wprowadzić ciekawą dynamikę na sesji. Po czym zupełnie nie uwzględnia tego w tekście. Za każdym razem, gdy trafiałem na scenę, w której aż się prosiło o wykorzystanie specyfiki bohaterów, żałowałem zmarnowanego potencjału. Dysonans między tym, co obiecały mi postaci, a tym, co dostarczyła przygoda, trochę mnie rozczarował.

Co nie zmienia faktu, że grając w tę przygodę zapewne dobrze bym się bawił. To solidny kawałek klasycznego WFRP.

Piotr Koryś

Niestety, dużo błędów. A szkoda, bo sama przygoda jest sympatyczna. Niestety, scenariusz już nie – trudno się go czyta, właśnie przez błędy. Gdyby nad tym tekstem popracować, to ma on jednak potencjał dania ludziom dobrej zabawy.

Motyw zdrajcy jest nie wykorzystany, można go pominąć.

Magdalena Madej-Reputakowska

Ostatnie tchnienie Sumpfbrucke to Warhammerowa klasyka. Niestety nie w dobry tego słowa znaczeniu i raczej należałoby użyć słowa: sztampa. Momentami jednak scenariusz ma swoje przebłyski. Na uwagę zasługuje historia o legendarnym przedstawicielu rodu, który walczył z chaosem i pokonał wielką bestię. Pojawia się także wyjątkowo miodna scena starcia ducha rycerza z siłami spatrzenia i śpiący na jeziorze zmutowany krab. Pozostaje jednak pytanie: czemu te wydarzenia nie dotyczą bezpośrednio graczy?

Bohaterowie zostali dopasowani bardziej do mrocznej konwencji Warhammera, niż do wydarzeń w scenariuszu. Walczący o „duszę” młodego akolity mistrzowie światła i ciemności muszą sami ciągnąć swoje wątki, które z czasem rozpływają się w prezentowanych wydarzeniach. I tak na plan pierwszy wysuwa się absurdalne pertraktowanie z wyznawcami Korna, zamiast psychomachia czy próby ratowania miejscowe ludności przed mutantami.

Tomasz Z. Majkowski

Mam z „Ostatnim tchnieniem” problem, bo bardzo chciałbym, żeby to była dobra przygoda, zwłaszcza, że na otwarcie kusi fajną ilustracją i sugestywnym wstępem. Mało tego, na dobrą przygodę wyraźnie ma zadatki, otwierając ciekawe i łączące się w spójną, bardzo zresztą warhammerową, całość. Niestety, gdy idzie o realizację, wychodzi coś w rodzaju serialu „Wiedźmin” – niby materiał świetny, niby aktorzy dobrzy, ale zabrakło konsekwencji, by przeprowadzić rzecz do końca i środków, żeby nadać jej odpowiednią oprawę. W efekcie otrzymujemy zatem scenariusz mniej więcej tak dobry, jak inkryminowana produkcja telewizyjna. A ja – cóż, żałuję go tak samo, jak opowiadań Sapkowskiego.

Motywów do rozwinięcia jest co niemiara. Mamy zatem historię miasteczka, która zbliża się oto do konkluzji i posiada bardzo namacalne konsekwencje. Jest wątek polityczny, związany z pogranicznym położeniem tytułowej miejscowości. Jest problem społeczny, czyli kwestia akceptacji mutantów, elegancko zresztą z mitem założycielskim spleciona. Pojawia się wątek kryminalny, z obowiązkowym morderstwem na osobie, którą drużyna planowała odwiedzić. No i wreszcie, jest problematyka psychologiczno-osobista, związana z walką o przekonania niewinnego chłopca, którą prowadzą jego dwaj towarzysze o, oględnie mówiąc, przeciwnym światopoglądzie. Na koniec natomiast otrzymujemy przyzwoitą porcję batalistyki, z gatunku tej, która pozwala wyjąć na stół figurki i błysnąć wypieszczoną armią do WFB.

Jak widać, jest dość ambitnie i niestety scenariusz całego tego ładunku udźwignąć zwyczajnie nie potrafi. Wątki zostają zarysowane i porzucone bez żadnych konsekwencji, czy sugestii, jak można je rozegrać – dotyczy to w pierwszym rzędzie planu osobistego, gdzie scenariusz stwarza wprawdzie sytuacje, by go wyeksponować, trzeba ich jednak szukać ze szkłem powiększającym. Sceny, które mogłyby być bardzo przejmujące, rozchodzą się po kościach, kończą bez emocji, jakby tekst nudził się własnymi pomysłami, co rusz podchwytywał nowe, a potem znowu je porzucał. W efekcie, mimo całego potencjału, rzecz zamienia się w konglomerat luźno zestawionych scen, wypranych z fabularnego czy emocjonalnego ładunku i niebezpiecznie dryfujących w stronę przeciętnej przygody na piątkowy wieczór. Oczywiście, nie mam nic przeciw solidnej przygodzie tego rodzaju – ale materiał, z którego tę kurtę uszyto, nadawał się na coś lepszego.

Trudno powiedzieć, gdzie leży przyczyna porażki tego obiecującego tekstu. Czy autor się wystraszył, że jeżeli wyposaży potencjalnego MG w więcej narzędzi i nie ograniczy się do rzucania pomysłami, rzecz stanie się liniowa? Czy testowi gracze byli skrajnie bierni lub zblazowani, ignorowali więc kolejne wątki, które zaczęły się spiętrzać w nadziei zainteresowania drużyny? Czy też tekst próbuje uwzględniać wszystkie gusty, w efekcie gubiąc myśl przewodnią? Tak czy inaczej – szkoda tej przygody. Warto nad nią porządnie popracować.

Polecam osobom, które szukają w scenariuszach inspiracji, a nie rozwiązań.

Michał Markowski

Ta przygoda posiada niemal wszystko, co lubię w RPG w konwencji fantasy. Autor zawarł w niej masę fajnych pomysłów, wprowadzonych bez krępacji i oporów: wyspa, która okazuje się grzbietem plugawego stwora, którego chcą przebudzić kultyści; świetna scena pojedynku z szamanem przeplataną retrospekcjami; kamień wymiany; emocjonujący finał. To samograj – jest w niej złota hollywoodzka zasada – wszystkiego po trochu: nieco intrygi z wyraźnymi tropami, dramatycznej walki, bardziej ludzkiego spojrzenia na mutantów bez przesuwania punktu ciężkości ku konwencji kina moralnego niepokoju; mocnej interakcji czyli próby przekonania mutantów, aby nie wchodzili w sojusz z kultystami. Innym słowy – jestem zachwycony, to samograj gwarantujący emocjonująca sesję.

Ale…

Dużo błędów. Stylistycznych, formalnych, literówki. Autor chyba musiał przestawiać odpowiednie rozdziały, gdyż w kilku partiach wspomina o faktach, które następują dopiero później (np. s. 10 „Na szczęście BG kultyści nie mają czasu na poszukiwania włóczni” – ale autor nigdzie wcześniej nie napisał, że kultyści przyszli szukać włóczni. Takich błędów jest więcej. ). Przydałaby się korekta oraz podkręcenie formy . I chociaż jestem bardzo tolerancyjny w sprawach błędów i formy – tutaj było tego tak dużo, że świadczyło o braku zadbania o szczegóły.

Druga sprawa – autor stworzył trzy gotowe postaci. Zupełnie nie wiadomo po co, ponieważ przygoda jest tak grywalna, że każdy Mistrz Gry bez problemu może wrzucić w nią graczy ze swojej kampanii. Gdyby autor pominął te gotowce, scenariusz byłby dużo lepszy. Tymczasem, skoro już zaprezentował jakieś typy, należało je mocno umocować w scenariuszu – wykorzystać ich potencjał. Ich rola sprowadzała się jedynie do zapewnienia motywacji do podjęcia zadania. Postaci sobie, scenariusz sobie. Autor próbował jeszcze wśród gotowych postaci zarzucić haczyk – czym sobie tylko jeszcze mocniej palnął w stopę. Założył, że zadaniem jednej z tych gotowych postaci, będzie przeciągnięcie na stronę kultu innego gracza. No to wyobraźmy sobie – 10 minuta gry, agent kultu próbuje przekabacić postać gracza, tamten odmawia (zazwyczaj gracze odmawiają przejścia na druga stronę barykady, o czym autor powinien wiedzieć) i wtedy zapewne wszyscy gracze zabijają tego, który grał agenta kultu. 10 minuta gry – jeden z graczy idzie do domu. Niefajne.

Podsumowując, scenariusz bardzo grywalny, mój ścisły faworyt w tej kategorii. Stanowi przykład, jak powinna wyglądać fabuła dobrej przygodowej fantasy. Wartka akcja, pomysłowa fabuła, dramatyczne sceny. Scenariusz nie zanudza nas życiem codziennym bohaterów, nie skupia się na symulowaniu epoki historycznej, ani nie męczy odbiorcę „trudnymi” tematami, lecz zapewnia świetną rozrywkę graczom, którzy wymagają od RPG przygody z jajem i wykopem. Gotowe postaci, jakie proponuje autor wywalić do kosza, wziąć swoje stare z aktualnie toczącej się kampanii, dobra sesja zapewniona!

Piotr Odoliński

Zaczynając czytać tę pracę od razu czułem, że mam do czynienia z tekstem solidnym. I nie zawiodłem się. Widać, że scenariusz został dokładnie przemyślany, a autor sprawie prezentuje swoje pomysły czytelnikowi. Na pochwałę zasługuje także sposób przedstawienia ważnych dla śledztwa informacji. Dobra robota. Problem w tym, że mamy tu do czynienia ze świetnie napisanym scenariuszem zupełnie przeciętnej przygody do WFRP. Mamy mutantów, kultystów, zwierzoludzi… Wszystko, co być powinno i nic, co by wyróżniało tę przygodę spośród dziesiątek innych. Kolejny tekst, który zgubiły niskie ambicje autora. Szkoda.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Szybkie streszczenie tego, o co chodzi w scenariuszu.
  2. Gotowe, dopasowane do scenariusza postaci. Potencjalnie ciekawy skład drużyny.

Na nie:

  1. Niezbyt ładna mapka. Pozwala MG zorientować się w układzie terenu, ale handouty powinny być również estetyczne. Niezbyt nadaje się do użycia na sesji.
  2. Kuriozalna scena, w której bohaterowie spierają się z wyznawcami Khorna o przeciągnięcie na swoją stronę mutantów.
  3. Miała być walka o przeciągnięcie młodego akolity na swoją stronę, a nie ma żadnych pretekstów do tego. Przy takiej konstrukcji drużyny, to ona sama powinna być przynajmniej równorzędnym tematem opowieści.

W trzech słowach:

Scenariusz bez historii. Prosty, klasyczny, w klimacie fantasy. Można obronić wioskę, zabić paru mutantów. Szkoda, że zupełnie nie wykorzystano jedynego ciekawego motywu: niecodziennego składu drużyny. W trakcie fabuły autor nie proponuje nic, by istniejący w jej obrębie konflikt w jakikolwiek sposób zagrał.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Bardzo solidny scenariusz, ale nie ma tego, co mogłoby prawić, by stał się scenariuszem świetnym. Nie brak mu dobrych pomysłów. Ale ani stare pole walki z chaosem, ani lokalna społeczność współpracująca z mutantami nie są niczym nowym. Podobał mi się motyw z agentami Marienburga, ale w scenariuszu to tylko wątek poboczny. Nie zabrakło i kwiatka – drogowskazu (bo taki kwiatek, zawsze rośnie tylko w jednym miejscu).

Co mnie jednak najbardziej boli – wątek kapłana i kultysty rywalizujących o chłopaka wcale nie został wykorzystany. To trochę boli – jeśli już narzucamy bohaterów, to powinni być w jakiś szczególny sposób z akcją związani. Konflikt Sigmaryty z utajonym kultystą powinien być dominujący, a na sesji pojawi się tylko jeśli gracze sami z siebie będą chcieli się nim bawić.

W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, by poprowadzić Ostatnie tchnienie… swojej stałej drużynie. Rezygnacja z narzuconych bohaterów wymagać będzie jedynie minimalnych zmian, a to idealny scenariusz na piątkowe popołudnie.

Michał Sołtysiak

Kiedyś czytałem taki komiks Aria: Łzy Bogini. Była tam wioska i jezioro, którego wody powodowały mutacje u ludzi. Motyw jaki tu znajdujemy, jest podobny. Mamy wioskę mutantów, którzy dalej są ludźmi, a ich krewni ukrywają ich istnienie. Mamy tajemnicę przeszłości i wielkiego kraba na finał. Ten krab był dla mnie zaskoczeniem, bo od razu pomyślałem o porządnym „bossie” na koniec. Tak więc klasyka w pełnej krasie, tyle że bardziej komputerowa lub filmowa, co jednak nie psuje odbioru scenariusza.

Widać tu pewien potencjał, bo jako klasyczny Warhammer scenariusz się broni. Są wojownicy chaosu, mutanci, łowy na czarownice , zapadła wioska i niejednoznaczni BNi. Przyznam się, że bardzo ciekawi mnie jak to wyjdzie na sesji, bo tekst ten daje pole do popisu dla MG i graczy. Podejrzewam, że będzie to jeden z częściej ściąganych scenariuszy ze strony Quentina, bo to dobra przygoda na sobotnia sesję. Bez wielkiej rewolucji, ale za to łatwy do poprowadzenia oraz bardzo klasyczny.

Joanna Szaleniec

To ciekawa i wielowymiarowa przygoda, a przy tym prawdziwie Warhammerowa, co budzie we mnie nutkę nostalgii 😉 Czuję niedosyt jeśli chodzi o motywacje i historię postaci. Ich osobiste wątki w niewielkim stopniu wplatają się w całość opowieści. Autor nie eksponuje sytuacji, które mogłyby postawić akolitę przed życiowymi wyborami, nie wykorzystuje też dostatecznie pomysłu, by jeden z graczy był sługą Tzeentcha. Czy osobiste zaangażowanie którejś z postaci nie byłoby większe, gdyby sama cierpiała z powodu wstydliwej mutacji? Ostatecznie przygoda, która niesie obietnicę pewnej emocjonalnej głębi, sprowadza się do prostego śledztwa, trywialnego wyboru moralnego, który żadnego z bohaterów realnie nie angażuje uczuciowo oraz Wielkiego Wygrzewu. Podsumowując: warto zagrać, ale na Quentina trzeba by jeszcze to i owo „podkręcić”.

[collapse]

Mroczna tajemnica nawiedzonego zamku na wzgórzu grozy

Scenariusz Konkursowy:

Mroczna tajemnica nawiedzonego zamku na wzgórzu grozy Jakub „Erpegis” Osiejewski

System: Dungeons and Dragons 4 ed.

Setting: tajemnicza nawiedzona twierdza

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: drużyna 1 pozimowych postaci

Gotowe postacie: nie

Ilość sesji: 1

Dodatki: mapki dla MG

Opis: Bohaterowie otrzymują zlecenie zbadania i oczyszczenia z potworów opuszczonego zamku Elsington.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Sympatyczna i porządna przygoda. Paradoksalnie przez swoją normalność wyróżnia się pośród pozostałych. Bez udziwnień i kombinowania daje to, co obiecuje tytuł, a jedyną ekstrawagancją, na jaką pozwala sobie autor jest dyskretne poczucie humoru. Dyskretne, więc nie zakłóca koncentracji przy rzucie k20, a może trochę szkoda. Przydałoby się rozbroić czasami tę poprawność, tak jak przydałoby się nadać fabule trochę większego rozmachu, na przykład poprzez rozbicie podziału na levele i rozwiązań, które stosuje się tylko w obrębie levelu.

Polecam nie tylko fanom „D&D”

Wojciech Doraczyński

Starożytny pogląd głosi, iż harmonia i proporcja to podstawy piękna. Autor proporcji ni umiaru nie zna, co widać po tytule. Nagromadzenie złowrogich epitetów daje efekt komiczny, a nie makabryczny.

Pomijając tragiczny tytuł, mamy tutaj do czynienia z całkiem dobrym scenariuszem, a także – co dla mnie jest bardzo ważne – ze scenariuszem dostosowanym do wybranego systemu i przygotowanego zgodnie z jego założeniami. Przygoda to klasyczny dungeon crawl, niezbyt oryginalny, ale za to wykonany z rzemieślniczą precyzją. Wszystkie zawarte w nim narzędzia do poprowadzenia sesji zostały wyostrzone i naoliwione: mamy dokładne opisy mechaniczne, opisy testów umiejętności, a także mapki taktyczne. Przygoda nie sprowadza się do krojenia goblinów na plasterki – w jej trakcie drużyna odkrywa historię opuszczonego zamku. Owo tło fabularne nie jest szczególnie nadzwyczajne, aczkolwiek zostało ładnie wkomponowane w całość tekstu. Finałowy przeciwnik jest także całkiem interesujący.

Kiedy czytałem ten tekst, nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, iż grając w tą przygodę czuł bym się niesamowicie skrępowany. Owszem tekst, jak każdy klasyczny tekst o lochach, nie wspiera railroadingu. Problem polega na tym, że ów loch jest niezwykle statyczny. Cokolwiek drużyna zrobi w jednej lokacji, nijak nie wpływa na całość świata. Gracze mogą jedynie wykonać ściśle przewidziane czynności (przynieść oko, uderzyć w dzwon – to fajny patent). Nie mogą jednak napuścić koboldów na gobliny, namówić szkielety by wspomogły ich w walce, urządzić zasadzkę na Kendrę w takiej lokacji, w której trudniej będzie jej się bronić (autor wspomina, że mogą spotkać jej w innym miejscu niż świątynia, lecz nic więcej o tym nie pisze). Zdaje sobie sprawę, iż taka konstrukcja jest narzucona przez system, w którym trzeba dokładnie opisać każde spotkanie. Moje zarzuty nie są więc zbyt poważne, to raczej stwierdzenie, iż wołałbym penetrować lochy opisane inną, bardziej elastyczną mechaniką.

Zatem, pomimo mojego marudzenia, mamy do czynienia z porządną przygodą, upichconą zgodnie z klasycznymi recepturami. Zagrają ci, którzy są przekonani do czwartej edycji D&D, docenić także mogą, ci którzy są względem tego systemu sceptyczni. Doceniam zatem i ja.

Artur Ganszyniec

Kiedy przeczytałem tytuł, pomyślałem sobie „Łał, ktoś miał jaja, wysyłając ten scenariusz na Quentina”.

Scenariusz to bardzo solidnie przygotowany moduł do DnD 4.0. Wykorzystuje wszystkie założenia systemu i dostępne mechanizmy – są skill challenges, zróżnicowane taktycznie walki i dużo okazji, w których postaci mogą się wykazać. Ostatni boss to w ogóle mistrzostwo świata. Nie jestem tylko pewien, na ile dobrze wyważone są walki – spotkałem się z opiniami, że część z nich może być za trudna dla początkującej drużyny. Warto wziąć to pod uwagę planując rozgrywkę.

Tekst napisany jest sprawnie i z jajem. Bardzo fajnie łączy grywalność z humorem, a to nieczęsto się zdarza. Jest parę literówek, błąd w tytule jednej z tabel, ale w sumie to pierdółki.

Co nie zagrało? Moim zdaniem fabuła nie doskoczyła do poprzeczki ustawionej przez tytuł. Historia w tle jest, ale nie ma mrocznej tajemnicy, za mało tam zaskoczenia i rzeczy, nad którymi w ogóle można się zastanowić. Może coś zaskoczy graczy, a może nie. Do tego główny zły, choć fajny, pojawia się w scenariuszu trochę z dupy. Niby jest opisana jego historia, ale MG, prowadząc według scenariusza, za cholerę nie sprzeda jej graczom.

Jest dużo problemów do rozwiązania i wyzwań na płaszczyźnie rozgrywki, ale za mało decyzji i dramatyzmu na płaszczyźnie fabularnej. Mimo to z chęcią bym poprowadził i z jeszcze większą ochotą zagrał – bo to w sumie dobry scenariusz. Tylko mógłby być lepszy.

Piotr Koryś

Dobrze napisany scenariusz, składający się z tego, z czego scenariusz do D&D 4Ed składać się powinien. Mam wrażenie, że autor ociera się o pastisz – nie wiem, czy świadomie czy też nie. Ale nie uważam tego za jakiś problem, przynajmniej nie dla mnie.

Magdalena Madej-Reputakowska

Wyjątkowo bawi mnie nomenklatura D&D, ale doceniam ogrom wysiłku, jaki autor włożył w to, aby zaplanować scenariusz dla pewnej, specyficznej grupy odbiorców. Fabuła jest bardzo rzetelnie rozpisana na kolejne części i zapewne dostarczy miłośnikom podziemi wielu dreszczyków emocji.

Po przebiciu się przez arcygroteskową warstwę słowną dostrzegłam, że pod toną statystyk dycha resztkami sił fabuła. Szkoda, że nie udało jej się przebić spomiędzy kolejnych dziur pod ścianą i odpalających się po wejściu do pomieszczenia bosów. Opowieść o potomku starożytnego rodu, który odzyskuje swoją dawaną siedzibę z rąk mrocznych bogów na pewno zrobiłaby na mnie większe wrażenie.

Tomasz Z. Majkowski

Pod barokowym tytułem, zapowiadającym parodię jeśli nie staroszkolnego D&D, to przynajmniej horrorów z wytwórni Hammer, kryje się tekst z lekka tylko humorystyczny. Jest to w dodatku humor dość wyważony, raczej sytuacyjny, niż wykpiwający sposób, w jaki zwykle pełza się po lochach. I to on właśnie, przyznam bez dalszych deliberacji, nakazuje mi określić tę przygodę jako klawą. Pyszny jest zarówno gobliński szaman, z gatunku tych, którzy zaludniali przygody do WFRP publikowane sto lat temu w MiMie, jak pantomima ze szkieletami, które chciałyby porozmawiać, ale brakuje im aparatu mowy. Balansuje to wszystko gdzieś na granicy makabreski, parodii i całkowicie poważnej przygody, którą rozegrać można bez cienia uśmiechu. A gdy pojawia się finałowy przeciwnik, ujmująco nieoczekiwany, a jednocześnie przywołujący na myśl tytuł największego klasyka komputerowych dungeoncrawli (tak, mam na myśli „Eye of the Beholder”), boki można zrywać.

A jednak, choć scenariusz pełen jest fajnych motywów, lektura dłużyła mi się niezmiernie, a rozwiązania praktyczne cokolwiek irytowały. I nie idzie mi tu wyłącznie o szalenie sztywną strukturę każdego spotkania, gdzie gracze mają do wybory nieodmiennie: a) walkę, b) negocjacje polegające na testowaniu umiejętności. Taka specyfika czwartej edycji, która jest MMORPGiem bez prądu. Niezbyt mi leży, jest bowiem całkowicie odtwórcza i sprowadza się do uporczywej implementacji tego współczynnika, który mamy najwyższy – ale nie można ganić autora za wierność systemowi tylko dlatego, że sam za nim nie przepadam! Irytowały mnie raczej dwie inne skłonności.

Pierwsza jest drobna, lecz uporczywa: zamek jest tak naprawdę zbiorem innych wymiarów, pomiędzy którymi tylko gracze mogą przeniknąć. Pal sześć, że nie dane im będzie na czele wiernych szkieletów pobić bandy goblinów, ani napuścić tychże na koboldy, by pozbyć się problemu. Ważniejsze, że każda kolejna lokacja prezentuje nowy problem oraz komplet narzędzi, by sobie z nim poradzić. Nie trzeba ani ruszyć głową, ani nawet koncentrować się na akcji: wystarczy wysłuchać cierpliwie opisu, chwycić za kostki i iść dalej, ku następnemu całkowicie odseparowanemu wyzwaniu. I owszem, jest tu wątek przewodni, który stopniowo się objawia, ale wolałbym, żeby przygoda pozostawiła graczom więcej swobody działania, oraz przestrzeń, która jest całością, a nie tylko zbiorem rozdzielonych epizodów.

Druga to wada poważniejsza: mimo żartobliwego tonu, nie sposób zagrać humorystycznie. Na poziomie rozwiązań tekst oferuje zawsze wyjścia poważne i dramatyczne, dając do wyboru walkę lub dyplomację. A gdzie szalbierstwo? Gdzie miejsce na popisanie się pomysłowością? To właśnie najbardziej zaszkodziło scenariuszowi w moich oczach – że choć kusi humorystyczną konwencją, uniemożliwia jej podjęcie i nie premiuje rozwiązań, które do takiej rozgrywki pasują, stawiając raczej na metody rozstrzygania konfliktów sprawdzone w poważniejszych scenariuszach.

Polecam zatem miłośnikom D&D i osobom, którym niestraszna specyfika tej gry. Pod warunkiem, że lubią słuchać cudzych żartów, nie żartując przy tym samemu.

Michał Markowski

Nie będę się silił na politykierstwo i nieszczere uśmiechy – czytałem przygodę częściowo z bólem, gdyż nie znoszę podobnych RPGów (kojarzące mi się z grą planszową), a częściowo z sentymentem, gdyż przypominała mi moje początki z RPG przy Dreszczu, Labiryncie Śmierci i Eye of The Beholder I.

Mamy zatem dungeon crawl , typowy scenariusz do D&D., w którym fabuła spełnia rolę bardziej dekoracyjną, a punkt ciężkości nastawiony jest na eksplorację tytułowego zamku. Szkoda, że autor nie streścił całości fabuły na początku scenariusza, pomogłoby to w ogarnięciu całej intrygi i dawkowaniu późniejszych informacji przez istoty napotkane w zamku. Tymczasem całość intrygi czytelnik musi sam wyłuskiwać z dialogów, szczegółowych opisów lokacji itp.

Autor z rzemieślniczą dokładnością opisał każde z możliwych spotkań i zgodnie z formą czwartej edycji D&D wpisał je w mechanikę systemu. Mamy zatem szczegółowe informacje o lokacjach i istotach je zamieszkujących, taktyki jakie przyjmą w czasie walki, tabele związane z interakcjami społecznymi z tymi istotami, a także ramki z tekstem, jaki należy przeczytać graczom lub przytoczone odpowiedzi postaci niezależnych na pytania mogące paść z ust graczy.

To, co mnie raziło to całkowita autonomia lokacji. Nie są one ze sobą powiązane. Autor nie przywidział interakcji między nimi. Gracze nie mogą wyzyskać konfliktu dwóch grup potworów na swoją korzyść lub doprowadzić do jakiś zawirowań, w których działania w jednej lokacji przełożoną się na działania w innych. Zadanie grupy sprowadza się do eksplorowania kolejnych punktów zamku i boję się, że dla graczy przyzwyczajonych do „fabularności” może być to mocno nużące.
W scenariuszu niewiele jest również interesujących pomysłów: ciekawych, zapierających dech w piersiach lokacji, interesujących magicznych przedmiotów, pomysłowych zagadek, sprytnych taktyk. Mamy pewne koloryty -np. ekswódz Mroczny Topór, oszukany przez swego szamana (szkoda, że z tego w kontekście fabuły nic kompletnie nie wynika), zaklęty dzwon lub run i jego mroczna oferta. Całość, niestety, po prostu nudzi – autor nie wyzyskuje tych ciekawych kilku pomysłów, nie zatrzymuje się na nich, nie podpowiada jak je wykorzystać, aby graczom opadły szczęki , lecz sprowadza wszystko do rutyny i schematu. Szablonu, w którym szczegółowego opisuje mechaniczne aspekty wszystkich elementów taktycznych. Tym sposobem sceny z wielkim potencjałem np. spotkanie kowala w kuźni wychodzi jak kolejny kartonik Dungeoneera.

Scenariusz jest tak drobiazgowo opisany, że Mistrz Gry może go wziąć i od razu prowadzić sesję, właściwie bez żadnego przygotowania i nie martwiąc się oto, że zostanie zmuszony do improwizacji i samodzielnego budowania jakichkolwiek scen.

Piotr Odoliński

Autor doskonale zrealizował przyjętą przez siebie formę. Przygoda niczym (nawet standardem map!) nie ustępuje publikowanym scenariuszom spod znaku Lochów i Smoków. Szkoda, że autor nie spróbował nawet tej formy wzbogacić, by przygoda stała się bardziej atrakcyjna. A tak mamy kolejny oldschoolowy dungeon crawl, do rozegrania i zapomnienia.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Bardzo rzeczowe i klarowne wprowadzenie techniczne.
  2. Informacja o wykorzystanych programach.
  3. Proste, wygodne handouty do rozegrania walk, szkoda że niektóre niezbyt estetyczne.
  4. Pełne opisy tego, co i gdzie się dzieje, do czego prowadzi etc.

Na nie:

  1. O dziwo jest tu nawet jakiś pomysł na fabułę w tle (pretekstową formę poznawania historii zamku można zrzucić na przyjętą konwencję), co w przypadku dungeon crawli nie zawsze jest regułą. Niestety, nie jest zbyt porywający.

W trzech słowach:

Jeśli jesteście początkującymi graczami (lub wręcz przeciwnie, starymi wyjadaczami), którzy chcą pozabijać nieco goblinów i innych uroczych stworzeń, rzucając przy tym masą kostek i grając w 100% zgodnie z systemem: to produkt dla Was. Dopracowany, przejrzysty, klarowny, choć bez jakiegokolwiek zaskakującego pomysłu fabularnego. Mega szacunek dla autora za ogrom włożonej pracy.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Klawy tytuł, przypomina mi nieco „Zbłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu nocy potwornego pożądania” Gaimana.

Lubię lochołazy. Dobrze zrobione lochotłuczenie może mieć fajną fabułę, dynamiczną akcję, ciekawe wyzwania i konflikty. I można takie rzeczy tu odnaleźć – mamy zamek, w nim siedzi kilka frakcji – są i koboldy i zielonoskórzy i zła mrocznoelfia panna. Z niektórymi da się dogadać, innych można uniknąć, ale jak ktoś chce to brutalna siła również rozwiąże każdy problem. Zamek ma swoją historię z elfim zbrojmistrzem i jego zawiedzioną miłością w tle. Fajnie. Mechanicznie przygotowane świetnie, formą nie odstające od takiego np. Keep on the Shadowfell.

Co uważam za wadę? Sam tekst czytało mi się ciężko. Nie chodzi o przesycenie mechaniką (to akurat zaliczam do zalet). Ale musiałem zmuszać się, by brnąć dalej. Wiem, że jako gracz byłbym szalenie zadowolony, ale jako czytelnik już mniej. I nie mam też na myśli błędów – tekst ich nie zawiera. Po prostu jest strasznie suchy.

Jest jeszcze coś, ale uczciwie zaznaczam, ze to kwestia gustu. Fabuła wydaje mi się strasznie pretekstowa – to częste w dodatkach do nowego DnD, ale mi przeszkadza. Zamek jako tor wyzwań działa fantastycznie, ale jako wciągająca historia (Dobra, idźmy dalej, musimy dowiedzieć się o co tu chodzi) już mniej.

Michał Sołtysiak

„Dobre didi nie jest złe”, zawsze będę tak twierdził, gdy ktoś powie o jedno słowo pogardy za dużo na temat schematyzmu i naiwności fabuły w przygodach do Dungeon&Dragons. Nie jest łatwo dopracować tak przygody, by prowadzący dostali wszystkie potrzebne im elementy tj. charakterystyki, mapki, opisy przedmiotów, skarbów i lokacji, a jednocześnie była to przygoda o lepszej fabule niż w grach komputerowych, gdzie czasem chodzi tylko o zabijanie wszystkiego w kolejnym miejscu i „level-owanie”. Takie wyważenie i dopracowanie wymaga dużego wyczucia klimatu gry.

Mroczna tajemnica… niestety nie do końca jest „dobrym didi”. Są bowiem momenty, gdzie odnosi się wrażenie, że drużyn zdecyduje inaczej, a scenariusz nie zakłada danej możliwości. Oczywiście wszystkiego się nie da przewidzieć, ale są momenty tak ważne, że autor powinien przewidzieć dane rozwiązanie. Kolejna sprawa to dość duża powtarzalność lokacji i potworów (taktycznie kobold i goblin jest podobnym zagrożeniem), co może właśnie doprowadzić do typowego „hack’n’slash-a” i znużenia od rzucania kostkami. To ostatnie zaś jest bardzo dużym zagrożeniem w D&D.

Zastanawiało mnie jeszcze opisanie wszystkich charakterystyk po angielsku. Gdy tak wiele wyszło dodatków do D&D po polsku, aż ciężko uwierzyć, że nie ma odpowiedników, ale wszystkich podręczników nie przeczytałem, więc uwierzę autorowi.

Joanna Szaleniec

Po przeczytaniu tytułu sądziłam, że chodzi raczej o scenariusz parodiujący patetyczny styl klasycznego D&D, a tu niespodzianka – przygoda na poważnie! Scenariusz napisany jest w sposób niezwykle sformalizowany, z rzucającą na kolana precyzją, zasady na każdym kroku wyjaśnione są w najdrobniejszych szczegółach. Ale czy ma w sobie To Coś, co stawiałoby go ponad setkami innych podobnych przygód? Jedynie dialog ze szkieletami zapada nieco głębiej w pamięć. Tym niemniej, jeśli ktoś lubi D&D, to warto zagrać.

[collapse]

Między młotem a kowadłem

Scenariusz Konkursowy:

Między młotem a kowadłem Anonim

System: Warhammer 2 ed.

Setting: okolice Erengardu

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 2-3

Gotowe postacie: nie

Ilość sesji: ok. 2

Dodatki: mapy

Opis: Bohaterowie zrządzeniem losu wchodzą w posiadanie pewnej broni, na której bardzo zależy kilku tajemniczym stronnictwom.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Najgorszy scenariusz tej edycji. Na jego obronę mogę powiedzieć tylko tyle, że wyposażony został w fabułę (że dziurawą i nabijającą graczy w butelkę to inna sprawa). Podobnie jak w przypadu innych słabszych prac tej edycji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przygoda na podstawie której powstał tekst, dostarczyła grającym masę frajdy.

Ale konkurs rządzi się innymi prawami. Scenariusz zawiera każdy możliwy rodzaj błędu, nie czyta się go dobrze, a na jego podstawie nie byłbym w stanie poprowadzić przygody.

Wojciech Doraczyński

Tekst ten przypomina mi moje scenopisarskie początki. Sentyment jednakowoż nie może wpłynąć na moją ocenę, która jest niestety negatywna.

Scenariusz ten jest chaotyczną konstrukcją, zbudowaną z naruszeniem wszelkich reguł, która nie rozpada się tylko dzięki woli autora. Elementami tej konstrukcji są poszczególne misje. Choć akcja toczy się wokół wątku dwóch sztyletów, wiele wydarzeń jest ze sobą niepowiązanych i występuje na zasadzie „bo tak”; przykładowo: misja z wejściem do domu, czy kopalnia pod klasztorem. Niektóre postacie pojawiają się znikąd i giną gdzieś we mgle – np. Edrick, Salvadore. Brak spójności wyłazi co chwila. Po co zakonnikom sztylet? Jak dowiedzieli się o jego istnieniu? A herszt banitów? Jak on wszedł w posiadanie informacji o sztylecie? Na myśleniu życzeniowym opiera się nie tylko świat, lecz także przebieg akcji. Bohaterowie „muszą” zemdleć podczas walki z banitami (by spotkać się z ich wodzem), uciekną eskortującym ich ludziom Garreta, itp. Pochwalić natomiast muszę autora za zwięzłość i unikanie wodolejstwa. Za plus poczytuję także zamieszczone mapki i charakterystyki.

Scenariusz niniejszy prezentuje niespójny świat i niespójną fabułę. Autor powinien poćwiczyć łączenie wydarzeń w wiarygodne związki przyczynowo-skutkowe, uwzględniając przy tym swobodę graczy. Bez tych umiejętności dobrego scenariusza napisać się nie da.

Artur Ganszyniec

Bardzo chaotycznie spisany scenariusz. Podczas lektury kilka razy musiałem sprawdzać, kto akurat ma fałszywy sztylet, przypominać sobie, kto jest w którym stronnictwie i gdzie dzieje się dana scena. Scenariusz kipi akcją, cały czas się coś dzieje – jednak brakuje w tym głębszego sensu. Nawet po lekturze nie jestem do końca nie jestem pewien, kto i dlaczego chciał położyć łapy na owym tajemniczym sztylecie. Bardzo dużo dałby wstęp do scenariusza, przedstawiający główne frakcje, ich motywacje i streszczający fabułę.

W paru miejscach autor czyni konkretne założenia co do przebiegu akcji, lub decyzji graczy. Jeżeli dla dobra historii gracze muszą przegrać walkę i stracić przytomność, warto zastanowić się, jak doprowadzić do tego w wiarygodny sposób, a jeszcze lepiej – wymyślić alternatywne sposoby przejścia do kolejnej sceny.

Podsumowując – scenariusz przeciętny i dość trudny w odbiorze. Zapewne da się z niego wykrzesać tradycyjną warhammerową sesję, ale ja po lekturze nie miałem ochoty ani zagrać, ani poprowadzić.

Piotr Koryś

Strasznie chaotyczna praca, trudno się czyta, trudno załapać przez to, o co chodzi. Niestety, to duży minus. Słabo. Sama fabuła jest zbyt
mocno naciągana, wygląda to tak, jakby autor spisał swoją sesję – a to nigdy nie działa dobrze.

Magdalena Madej-Reputakowska

Dołączam się do opinii pozostałych kapitulantów. Scenariusz czyta się wyjątkowo trudno i nawet po uważnej lekturze fabuła nie zyskuje na jakości. Autor powinien popracować nad logicznym łączeniem wydarzeń i konstruowaniem związków przyczynowo-skutkowych.
Gratuluje jednak wytrwałości i odwagi wzięcia udziału w konkursie.

Tomasz Z. Majkowski

Doświadczenie uczy mnie, że tego rodzaju teksty przysyłają osoby młode, o niewielkim stażu pisarskim i rolplejowym. Nie mam pojęcia, czy tak jest i w tym wypadku – zakładam jednak, że winien jestem debiutantowi pewną delikatność. Moja rada jest następująca: przeczytaj, proszę, kilka gotowych scenariuszy (osobliwie dobre wydaje Chaosium), dowiesz się, jak takie rzeczy pisać. I niech cię nie zniechęci kilka słów prawdy.

Albowiem tekst jest stekiem bzdur, który popełnia chyba wszystkie możliwe scenopisarskie grzechy. Całkowicie chaotyczny i nieczytelny, wymaga tytanicznej pracy, by w ogóle cokolwiek zrozumieć. Wysiłek ten idzie jednak na marne, ponieważ historyjka jest niedorzeczna, składa się z szeregu scenek, w których przypadkowo pojawiają się i znikają bohaterowie niezależni. Ich jedynym zadaniem jest pognębić graczy, udowodnić im, jak mało znaczą. W dodatku główny łajdak jest tak ukochaną przez autora postacią, że aż użyczył mu swojego pseudonimu – co dość jednoznacznie ustawia wobec niego nieszczęsną drużynę. Kolejne sekwencje nie wiążą się z poprzednimi i następują na mocy życzliwej wiary w to, że gracze mają robić, co im prowadzący nakazuje.

Unikajcie tego scenariusza jak zarazy.

Michał Markowski

Autor miał pomysł, lecz wyraźnie widać brak doświadczenia w ubraniu go w formę, strawną dla odbiorcy. Przede wszystkim widać rolę Mistrza Gry, który jest panem i władca przedstawienia, w którym występują gracze. Są oni tylko dekoracją do tego, co się wokół nich dzieje. Nie mają żadnej mocy wpływu na wydarzenia, w których się znaleźli – to Mistrz Gry wszystko robi za nich, wszystkie zdarzenia są inicjowane przez niego, intryga w zasadzie toczy się pomiędzy postaciami drugoplanowymi. Gracze nie mogą zmienić fabuły – mogą albo zginąć, albo ją ukończyć. Rairoading aż bije po oczach np. „Jeżeli będą stawiać opór to wiadomo, co się stanie”, lub „Rozpocznie się walka, podczas której gracze muszą zostać ranni i muszą zemdleć.”

Do tego mnóstwo błędów językowych we wszystkich chyba rodzajach: tekstowi przydałaby się porządna korekta.

Piotr Odoliński

Ten krótki i chaotycznie spisany tekst aż roi się od błędów i literówek, co znacznie utrudnia jego odbiór. Sama przygoda, której sednem jest wybór jednej ze stron w skomplikowanym konflikcie, nie jest nawet taka zła. Problem w tym, że zakłada ona z góry wiele działań graczy, bez których całość się posypie i MG będzie musiał improwizować na podstawie skąpych informacji. Na osłodę powiem tylko, że w stosunku do zeszłego roku, autor poczynił ogromne postępy. Wciąż jednak ma przed sobą wiele pracy.

Maciej Reputakowski

W trzech słowach:

To niestety bardzo słaby scenariusz. Autorowi należy pogratulować odwagi i decyzji startu w konkursie oraz życzyć mu jeszcze więcej wytrwałości w trudnej profesji Scenarzysty. Tej mu na razie nie zbywa, gdyż to już kolejna edycja, w jakiej bierze udział. Widać pewną poprawę, ale pracy jeszcze sporo. Tak jak rok temu, autorowi polecam lekturę kilku dobrych scenariuszy, chociażby tych, które znalazły się w finale tegorocznej edycji.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Strasznie chaotycznie spisany scenariusz. Wielu rzeczy nie rozumiem. Nie mam pojęcia czemu wszyscy BNi są tak dobrze poinformowani. Cały tekst wygląda jak zapis sesji, która już się odbyła. I jak długo drużyna będzie postępować tak, jak przewidział to autor, to będzie dobrze. Jednak próba zboczenia choć na krok z wyznaczonej ścieżki sprawi, że cała fabuła runie jak domek z kart i MG będzie musiał na bieżąco wymyślać i łatać niespójności scenariusza.

Michał Sołtysiak

Powiem krótko: jest lepiej niż przy Wodnistych, z zeszłego roku. Nie oznacza to niestety, że jest dobrze. Dalej trudno zobaczyć coś więcej niż autoprezentację autora. Poza tym to podobno Warhammer i podobno da się to rozegrać. Ja się gubiłem podczas lektury, bo styl autora budzi czasem osłupienie. Czekam z obawami na przyszły rok.

[collapse]

Labirynt

Scenariusz Konkursowy:

Labirynt Julian Czurko

System: Mage: the Awakening

Setting: Amsterdam, widziany oczami Przebudzonych

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 2-3

Dodatki: brak

Opis: Troje Bohaterów to magowie, pochodzący z Utrechtu. Ich dotychczasowe Sanctum zostaje zaatakowane i zniszczone przez grupę tajemniczych zabójców. Jedyną szansą ucieczki jest odnalezienie wejścia do Labiryntu. Mistyczna podróż zaprowadzi magów dalej, niż się spodziewali.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

W moich oczach ten scenariusz miał szansę na zwycięstwo, gdyby uniknął jednego dużego błędu (uniknięcie mniejszych też by nie zaszkodziło) i w pełni wykorzystał największą zaletę.

Największą zaletą tekstu jest wizyjność. „Labirynt” mądrze wykorzystuje możliwości „Maga”, dzięki czemu bohaterom zawsze towarzyszy zapierająca dech w piersiach scenografia – czy to nadnaturalna, czy zwyczajna. W tej przygodzie obraz jest jednym z narzędzi opowiadania historii. Przede wszystkim retrospekcje, prócz tego narady magów, walka w katedrze, nawet zwykła wizyta w knajpie będą tym, co gracze na pewno zapamiętają po sesji. Sęk w tym, że czasami obrazy te nie służą niczemu.

Wspomnianym błędem są niezrealizowane obietnice i puste zadęcie. Symbole i nawiązania w scenariuszu są raczej szumem informacyjnym niż przemyślaną konstrukcją. Zamiast składać się na głębię tworzą jedynie pozłotkę. Nie w pełni wykorzystani są również bohaterowie. Na naradach magów będą nudzili się ja mopsy. Odnoszę również wrażenie, że scenariusz nie potrafi obsłużyć wszystkich wątków bohaterów, których sam wprowadza.

Szkoda zmarnowanego potencjału. Gdyby para nie poszła w gwizdek to mogła być świetna przygoda.

Wojciech Doraczyński

Ta przygoda sprawiła mi nielichy problem. Nie wiem za bardzo jak ją ocenić.

Ma ona niezaprzeczalne zalety. Starannie opisane i nastrojowe tło (Katedra Światła, motywy antyczne przemieszane z nowoczesnymi), które mogą świetnie zagrać na sesji i stworzyć niezapomniany klimat; ciekawe skonstruowane sceny (może nie wszystkie) oraz retrospekcje; ładnie opracowany pomysł na osobiste poszukiwania bohaterów oraz warstwę symboliczną. Ta ostatnia zaleta jest zaletą największą. Autor całkiem, no powiedzmy, przyzwoicie przełożył nieco pretensjonalne założenia na dopracowaną fabułę. Warto to docenić, zważywszy, że większość podobnych przygód to przeważnie potworny bełkot.

Przejdźmy do wad. Założeniem scenariusza jest pewna teatralność (podkreśla to Tarot), zaś gracze powinni bawić się odgrywaniem podanych im przez prowadzącego motywów. Nie musi być to zarzut. W tym jednak wypadku można by się zastanowić czy zaproponowane role i związane z nimi wątki są na tyle atrakcyjne, by rezygnować ze swobody. Ja miałbym wątpliwości. Niektóre sceny są niechlujnie spisane, zwłaszcza końcówka. Finał jest mętny, więcej mówi o przemyśleniach autora, niż o tym, jak poprowadzić ciekawe zakończenie. Autor zlekceważył też opis mechaniczny. Samodzielne opracowanie współczynników bohaterów graczy jest jeszcze do przyjęcia. Nie ma za to charakterystyk bohaterów niezależnych. Pół biedy, gdyby można było sobie bez nich poradzić. Jednakże autor zawarł w tekście sceny (np. walka z golemami), które wymagają użycia kości. Tekst należy zatem uznać za niedorobiony. To poważna wada.

Może jeszcze mała, osobista uwaga. Z tekstu przebija niechęć do tego, co „banalne i ograniczające”. Moim zdaniem nie ma akurat nic bardziej banalnego niż narzucanie określonej interpretacji symboli, ze swej natury bogatych i wieloznacznych. Z tego powodu niektóre partie tekstu sprawiają wrażenie prymitywnej łopatologii („symbol taki-a-taki znaczy to-a-to”).

Scenariusz ma swe jasne strony. Niestety spore ograniczenia i przebijająca czasem niestaranność, sprawiły, że nie zyskał mej szczerej sympatii.

Artur Ganszyniec

Bardzo ciekawy, plastyczny tekst, pełen niesamowicie fajnych patentów, wiarygodnych postaci i niebanalnych scen. Ocieka wręcz klimatem, jest w nim masa odpowiednio inspirujących i pulpowych nawiązań do mitów i kultury. Na pewno warto go przeczytać.

Mam jednak wrażenie, że na podstawie tekstu po prostu nie da się poprowadzić przygody. Składa się na to kilka czynników, z których najważniejszym jest zupełny brak rad co do stosowania mechaniki. Przydałyby się bardzo, bo jest kilka scen, które poprowadzone zgodnie z zasadami po prostu się wyłożą – opis akcji w scenariuszu nijak ma się do tego, na co w danej sytuacji pozwala mechanika. Widać to zwłaszcza podczas sceny walki z Theodoorem. Jeśli jest to celowe działanie, przydałby się jakiś komentarz odautorski.

Miałem mieszane odczucia również w scenach, w których tekst w zdaniach oznajmujących mówi o czynach i myślach bohaterów. A co jeśli gracze wybiorą inną taktykę, podejmą inne działania, albo dojdą do innych wniosków? Scenariusz pomija tę możliwość. Wszystko to sprowadza graczy do roli obserwatorów. Zastanawiam się, jaki jest np. sens dawać graczowi Józefa do odegrania rolę Abraxas, w scenie inicjacji – jedyne, co gracz ma do roboty, to “uderzyć biczem w samo serce wzorca Dedalee i zacząć je składać”. W dodatku w tekście nie ma nic, co pozwala graczowi domyślić się, że właśnie to ma zrobić.

Nie sądzę, żeby dało się poprowadzić ten scenariusz i nie jestem pewien, czy chciałbym w niego grać – nie lubię scen, w których MG opisuje zachowanie i myśli mojej postaci.

Jestem natomiast pewien jednego – jeśli kiedykolwiek powstałby komiks na postawie “Labiryntu”, kupiłbym go bez chwili zastanowienia. Bo to w sumie bardzo fajny i powalający wizją plastyczną scenariusz, tylko nie do gry fabularnej, a do komiksu właśnie.

Piotr Koryś

Ciekawe. Są zabawne błędy, np. nie mogło być w Katedrze członków Waffen SS, bo ta jednostka powstała w 1940 roku; ale tez trochę zwykłych błędów ortograficznych i interpunkcyjnych. Sam scenariusz jest bardzo interesujący – niestety, jest mocno
„hermetyczny”, przez co dość trudny w odbiorze. Jest jeszcze jedna, ogromna, wada Labiryntu. Napisany jest w sposób, który zakłada to, co gracze robią, co przypomina troszkę zapis z przygody, a nie scenariusz tejże. Gdyby autor napisał opis intrygi, fabułę i jakieś kluczowe sceny, na pewno byłoby lepiej, niż po prostu zrobienie z tego scenariusza filmowego.

Magdalena Madej-Reputakowska

Scenariusz Labirynt w pełni zasługuję na taki właśnie tytuł. Tekst jest chaotyczny i na dodatek spisany egzaltowanym językiem, nafaszerowanym trudną terminologią. Momentami widać, że autora poniosła jego własna wizja i zupełnie stracił nad nią kontrolę. Ogólne przemieszanie panuje także w zamieszkanej przez magów Brukseli. Spośród motywów zaczerpniętych z wielu kultur i tradycji wyjątkowo nie podoba mi się motyw nazistowski. Rozumiem, że autor chciał nawiązać do odbywających się w stolicy europejskości rozliczeń z II Wojną Światową. Jednak mieszanie ideologii czystości rasowej i zbrodni eksterminacji Żydów z mitologią grecką mocno zgrzyta.
Należało zdecydować się na jeden motyw przewodni i w ogól niego wybudować opowieść o odnajdywaniu właściwego miejsca w świecie.

Dzieje trójki magów zdecydowanie zasługują na ponowne zaplanowanie. Tym bardziej, że w tegorocznej edycji Quentina nie ma ciekawszych postaci graczy. Niestety bohaterowie troszkę plączą się od rady magów do kolejnej rady magów, które za każdym razem są bardzo widowiskowe, ale łatwo pogubić się, kto jest kim. Na dodatek w trakcie tych scen żadna z centralnych postaci nie ma nic szczególnego do roboty. Przeszkadza także mitologiczny kocioł, jaki zaserwował czytelnikowi autor. Zdecydowanie lepszym pomysłem byłoby dokładne nowe przepracowanie opowieści o Minotaurze, niż wrzucanie w scenariusz wszystkich miodnych motywów, jakie autorowi przyszły do głowy.
Ogromnym plusem są natomiast wyjątkowo sprawnie i dramatycznie zaplanowane retrospekcje. Sceny te nie tylko pozwalają grającym podejmować dojmujące decyzje o swoich bohaterach, ale także włączają pozostałych uczestników zabawy. Autor zbudował każdą retrospekcje tak, iż grają w nich pozostali członkowie drużyny, którzy wcielają się w BNów. Ogromne brawa za takie rozplanowanie wspólnej zabawy.

Labirynt to także najbardziej dramatyczny scenariusz tej edycji. Nawet jeśli autorowi kilkakrotnie powinęła się ręka przy spisywaniu to uważam, że zaryzykował bardziej niż większość wyjątkowo asekuranckich scenarzystów. Gracze biorą udział w historii, która jest opowieścią o ich postaciach i to oni są w samym jej centrum. Przede wszystkim jednak zmianie nie ulega wioska na pograniczu, czy zapomniany ród, ale sami bohaterowie.

Tomasz Z. Majkowski

Scenariusz ten sprawia problem o tyle, że jest niczym wcielenie ezopowej bajki o górze w połogu, której jęki sugerowały wydawanie na świat miasta wielkości Paryża, urodziła jednak mysz. Założenia tekstu są diablo ambitne, być może nawet nadmiernie: w barszczu tym pływa i grzyb tarota, i mitu Tezeusza oraz Minotaura, zapowiedź opowieści inicjacyjnej, a nawet (neo)naziści z ich okultystycznymi obsesjami. Postaci przygotowane są szczegółowo, wyposażone w mistyczne moce, mityczne historie i symboliczne wartości, z rozmachem nakreślono tło, w gotowości stoi też kulturoznawcza maniera stylistyczna.

Historia natomiast przedstawia się następująco: troje graczy ma retrospekcję, w której oglądają śmierć i narodziny, potem uczestniczą w efektownych sekwencjach posiedzeń magów, których nijak nie mogą zakłócić i chwilę włóczą się po Amsterdamie, przeżywając serię absurdalnych zajść o rzekomej wartości terapeutyczno-symbolicznej. A na koniec następuje wielka rozwałka, podczas której mogą porzucać do siebie i wrogów kawałkami katedry. Brak natomiast napięcia, emocjonalnego zaangażowania i intelektualnej wartości, które sugerował rzetelny i powołujący się na szereg porządków symbolicznych wstęp.

W zasadzie pierwszy odruch nakazuje zatem demaskować autora jako hochsztaplera, który po kuglarsku żongluje elementami tradycji Zachodu, wzywając symboliczne potęgi na użytek oszołomienia graczy (albo czytelników) erudycją. I manipulując nimi dość dowolnie, na przykład gdy Minotaur bez ostrzeżenia przeobraża się w Orfeusza, zstępującego do piekieł jako błagalnik, a Ariadna, szafarka wskazującej kierunek nici, musi sama za nią podążać. Oczywiście, i wybrana gra, i postmodernistyczna lekcja kultury zachęcają do takich zabaw. Są jednak trudne, a samo włączanie w tekst scenariusza kulturowych wątków nie powoduje automatycznie, że nabierają one spójnego sensu. Trochę jest zatem „Labirynt” konglomeratem luźnych skojarzeń, zupą pełną przypraw sypanych na oślep – miast przemyślanym traktatem o kulturowej roli tytułowego motywu.

Rozmach przedsięwzięcia i jego początkowa skrupulatność uchylają jednak, ku mojej uldze, podejrzenie o intelektualny humbug. Marna fabuła sprawia wrażenie nie tyle oszukańczej, co skleconej naprędce – a malejąca ze strony na stronę liczba informacji, wzrastająca zdawkowość opisów, które początkowo były tak kwieciste, coraz większa formalna niedbałość potwierdzają, iż wrogiem „Labiryntu” okazał się w pierwszym rzędzie czas. Tekst położył fundament pod katedrę, ale, chcąc dochować terminu, wybudował na nich szopę. Czego żałuję, bo szkoda intelektualnego wysiłku włożonego w otwarcie. I nie ukrywam, że chętnie prześledziłbym związki między tak rozmaitymi tradycjami symbolicznymi, gdyby tylko scenariusz miał szansę nimi rozkwitnąć.

Oceniam jednak to, co mam. Jako fuszerkę.

Tekst nie jest zły, nie mam zamiaru go odradzać. Ale w jego obecnej postaci doprawdy nie wiem, komu mógłbym go polecić.

Michał Markowski

Jedyny dla mnie scenariusz tego konkursu, który był dla mnie niemożliwy do oceny. Nie znam świata Maga, nigdy go nie zmęczyłem, gdyż wydawał mi się oceanem new age’owych bzdur: milionem terminów z różnych kultur i okresów historycznych, które brzmią „mistycznie” ale stanowią kocioł znaczeń, który nie przekłada się na fajną grę.

Nie inaczej miałem z tym scenariuszem – od razu zauważyłem bardzo ładny język, mnóstwo inspirujących odniesień i ciekawych pomysłów, ale to co zrozumiałem, tonęło w morzu tego, czego pojąć nie mogłem – i stawiam to na karb nieznajomości systemu.

Brnąłem przez ten tekst jak gołą dupą po ściernisku. Ogólną intrygę załapałem, ale szczegółów tej opowieści – w ogóle i nie mogłem sobie ich przyswoić po przeczytaniu. Bardzo podobało mi się operowanie retrospekcjami (szczególnie urzekł mnie motyw nadania imienia Salome): są sensowne i dobrze splatają się z rzeczywistością. Żałowałem, że sceny po kolei opisują co ma się w nich wydarzyć, a nie co mają przedstawiać całościowo.

Ocena scenariusza do systemu którego w ogóle nie znam a jest bardzo istotny do jego ogarnięcia, byłaby nie fair w stosunku do autora i innych uczestników, dlatego wstrzymałem się tutaj od głosu i szczegółowej analizy.

Piotr Odoliński

„Labirynt” to według mnie najciekawsza opowieść tej edycji. Właśnie tak – opowieść. Taka do opowiedzenia graczom, pełna wspaniałych scen, niezwykłych postaci i ezoterycznych symboli. Szkoda tylko, że nad tym wszystkim wisi kartka „nie dotykać eksponatów”. Gracze mają tutaj naprawdę niewielkie pole do popisu – to, „co” zrobią, zostało już określone, a od nich zależy tylko „jak” to zrobią. I chociaż mogą się przy tym doskonale bawić, to od pracy konkursowej oczekuję w tym względzie czegoś więcej.

Maciej Reputakowski

Nawet jeśli nie masz zamiaru grać, koniecznie przeczytaj!

Na tak:

  1. Wykorzystanie Tarota jako sugestywnego dodatku. To z pozoru nieco oklepany chwyt, ale czasem miło go odkurzyć. Zwłaszcza, że tutaj jest na to pomysł. I to przemyślany od początku do końca.
  2. Ryzykowne pomysły w historiach bohaterów: śmierć żony i matki podczas porodu. Jeśli zostaną rozegrane z wyczuciem (czyli tak jak proponuje to scenariusz), powinny świetnie wypaść.
  3. Gotowe, dopasowane do scenariusza postaci, choć nic nie stało na przeszkodzie, by były jednak kompletne. Fantastyczne pomysły na budowę i rozwój bohaterów, szczególnie Salome.
  4. Przejrzysty układ tekstu, rozpisanie na sceny.
  5. Zabawa z relacją wiedza postaci – wiedza gracza.
  6. Wszechobecna magiczność postaci podkreślana na każdym kroku: przez scenografię, logikę działania.
  7. Sporo prostych, ale trafionych wskazówek dla MG, jak prowadzić scenariusz.
  8. Przydzielanie BNów w retrospekcjach graczom.
  9. Plastyczna, oryginalna sceneria niemalże każdej sceny.
  10. Wszystko obraca się wokół graczy. Gracze są tematem fabuły i jej rozwiązaniem.
  11. Genialna inicjacja Jozefa.
  12. Niebanalne podejście do zbrodniczej ideologii.

Na nie:

  1. Nie ma (chyba??) w zasadzie jakiegoś głębszego powodu, by określić rok rozgrywki na 2013. Bardziej nieokreślona data („bliska przyszłość”, „nieokreślona teraźniejszość”) chyba lepiej by pasowała.
  2. Niektóre sceny są spisane zbyt ciągłym tekstem – np. Retrospekcja I. Ciężko prowadząc scenariusza wyłowić szczegóły z takiego bloku liter (zwłaszcza, że nic nie jest podkreślane).
  3. W retrospekcji Jozefa przydałoby się dać mu chwilę pograć z żoną.
  4. To niby jest jasne (inaczej akcja nie ruszy dalej), ale autor mógł mocniej zaakcentować fakt, że w każdej scenie Bohaterowie mają konkretne rzeczy do wykonania. Czasem chwilę zajmuje wyłowienie tych informacji z toku opisu scen (najlepiej zaznaczone jest to przy Inicjacjach).
  5. Szkoda, że gracze przed walką z Theodoorem nie dowiedzą się raczej o jego planie. To nie jest temat ani finał scenariusza, ale wypadłoby lepiej.
  6. W inicjacji Dedalee dziewczyna o niczym nie decyduje, chyba że domyśli się, co do czego służy. Sama konstrukcja sceny na to nie wskazuje.
  7. Błąd techniczny nr 1. Gdy jakaś postać otrzymuje jakąś moc (np. Dedalee widzi strukturę miasta), autor nie powinien jednym ciągiem pisać, co to oznacza (jakie możliwości daje). Taka forma spisania może sprawić, że MG może w czasie sesji od razu to powiedzieć grającej osobie. A to gracz powinien sam wpaść na wykorzystanie mocy.
  8. Błąd techniczny nr 2. To samo tyczy się opisów możliwych akcji BG. Wiele zdań opisujących akcję (BNa, świata) zawiera również potencjalną reakcję (BG). To może utrudnić korzystanie ze scenariusza, gdyż zazwyczaj szuka się dwóch rozdzielonych elementów: wyzwania i rozwiązania. To tylko pozornie detal, który może bardzo przeszkadzać.

W trzech słowach:

Scenariusz dla graczy, którzy lubią odkrywać, co wymyślił dla nich MG i samodzielnie to realizować, wybierając najlepsze rozwiązania w obrębie konwencji. Scenariusz dla MG, który lubi dopracowane, precyzyjne opowieści. W efekcie otrzymujemy przygodę o poszukiwaniu wiedzy o samym sobie.

To bardzo trudny scenariusz i do poprowadzenia, i do zagrania. M.in. ze względu na użytą w nim kilkupoziomową symbolikę, wymagającą nieco większej niż przeciętna wiedzy. Ze względu temat i przebieg (trudno mówić tu o akcji i klasycznym erpegowym efekciarstwie) skierowany raczej dla dorosłych. Ale jego magiczną estetyką powinien potrafić pobawić się każdy. Szkoda, że momentami autora za bardzo poniosło i estetyka przytłoczyła funkcjonalność tekstu. Spod jej bogactwa trzeba teraz wyciągać szkielet.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Pierwsza sprawa – tekst, chociaż bardzo ładnie spisany, jest ciężki w odbiorze. Zawsze uważałem, że terminologia Maga ma w sobie coś z mistycznego bełkotu, gdzie do jednego wora powrzucano fajnie brzmiące wyrazy z różnych półek. Taki swoisty spirytualny eklektyzm. To daje uduchowiony efekt, ale sprawia, że Mag – czy to nowy, czy stary jest ciężki w odbiorze. A jak dorzucić srogie terminy z innych gier Świata Mroku robi nam się bagienko. I to właśnie pierwsza uwaga – jeśli nie znasz nowego Maga, to Labirynt będzie… no jak labirynt właśnie. Łatwo się pogubić. JA na szczęście obie edycje Maga znam, ale i tak nie było mi łatwo.

Nie ma co ukrywać, że w Labiryncie można znaleźć pomysły świetne – naziści, katedra, sami bohaterowie, konferencja magów, retrospekcje, pomysły na sceny.
Wiem, że są gracze dla których istotą dobrego scenariusza jest wewnętrzna przemiana bohatera. Ci będę Labiryntem zauroczeni.

Dla mnie jednak opowieść jest niezbyt interaktywna. Ktoś powie, że spisany tekst zawsze jest nieinteraktywny (no chyba, że weźmiemy pod uwagę edycję pliku). Pewnie racja, są jednak scenariusze gdzie widzę miejsce na inwencję graczy i takie, gdzie tego nie dostrzegam. Mam wrażenie, jakby bohaterowie zostali przepchnięci przez całą fabułę i nawet ich wewnętrzna przemiana została odgórnie narzucona.

I jeszcze coś. To cecha charakterystyczna wielu scenariuszy do Maga – większość Bohaterów Niezależnych może znacznie więcej niż BG. Z niewiadomych przyczyn ci niesamowicie potężni bohaterowie w obliczu poważnego zagrożenia mogą wesprzeć BG najwyżej radą, pozostając na uboczu. Hej – jest całe amsterdamskie Consilium, Ahazwera, Lamia – każde z nich przerasta BG o głowę, ale co najwyżej pomogą odkryć samych siebie. Ja rozumiem, że rozwiązanie intrygi rękami NPCów to pomyłka, więc nie jest to jakiś straszny zarzut. Ot luźne spostrzeżenie.

Michał Sołtysiak

Czasem zastanawiają mnie scenariusze do Maga, gdzie ukazana jest ezoteryka (lepszym słowem byłaby „ezotera”) na poziomie amerykańskiej pop-kultury. Nie wymagam czytania Bławackiej i rozważań Alberta Wielkiego, ale choć motyw tarota powinien być bardziej wieloznaczny i wykorzystany z większą głębią. Oczywiście to amerykański system, więc nie ma się co dziwić. Jednak mag, w mojej subiektywnej opinie powinien być pełen nienachalnej symboliki i dopracowanego tła, gdzie gracze będą mieli wiele okazji do ruszenia głową. Ich rolę nie będzie zaś tylko „wczuwanie” się w malarską atmosferę, gdzie Narrator opisuje kolejne wizje, które są WIELKIE i OLŚNIEWAJACE. Pseudogłębia mało mnie rusza, wole skromniejsze środki ale sprytniej wykorzystane.

Tak jest właśnie przy tym scenariuszu. Nie do końca cieszy, choć trzeba pochwalić staranność spisania, gdyż każda postać dostaje całą gamę własnych sekretów i motywów do wykorzystania. Autor stara się jak może pokazać głębię i oniryczne wizjonerstwo, ale zbyt wiele tu WIELKICH SŁÓW, a za mało narzędzi dla Narratora. Wszystko jest symbolem w poszukiwaniach, zaś cały świat gry to labirynt pełen złudzeń. Nazistowskie motywy oczywiście są atrakcyjne, ale przydałoby się im więcej gracji. Podobnie jest z motywem tarota, choć autor bardzo stara się przedstawić ich znaczenie, to brakuje mi zgrabnego fabularnego wyjaśnienia np. dlaczego Głupiec rozpoczyna talię Wielkich Arkan, a Świat ją kończy, oraz podobnym chwytów by wprowadzić atmosferę prawdziwej ezoteryki. Pulpowe tłumaczenia kart znane z filmów i literatury nie wyjaśniają tego zbyt dobrze, a to najważniejszy motyw w całym scenariuszu.

Na koniec zaś brak mi dobrego finału, gdzie gracze nie mieliby tylko do „odegrania” swej roli w apokaliptycznej intrydze, ale coś do „rozegrania”, bo tak to, używając górnolotnych metafor, znowu predestynacja wygrała z wolną wolą.

[collapse]

Kiedy sen ma długie palce

Scenariusz Konkursowy:

Kiedy sen ma długie palce Beata Urniaż – Księska

System: Warhammer 2 ed.

Setting: Nuln i okolice

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3-4

Gotowe postacie: brak

Ilość sesji: brak sprecyzowania

Dodatki: brak

Opis: Dramatyczne wydarzenia towarzyszące pogrzebowi dawnego przyjaciela wciągają bohaterów w sieć intryg snutych przez szalonego maga.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Jeden z gorszych scenariuszy tej edycji. Odnoszę wrażenie, że jego pierwowzorem była przygoda, podczas której wszyscy świetnie się bawili. Jedna sukcesu nie udało się przełożyć na scenariusz. Tekst czyta się ciężko, sporo w nim dziur logicznych. Pomysł na osnucie wydarzeń wokół magicznego artefaktu – Maski Snu również nie wydaje się trafiony. Po tym przedmiocie magicznym obiecywałem sobie więcej niż zapewnił mi scenariusz.

Wojciech Doraczyński

Mamy tutaj całkiem sprawnie napisaną przygódkę do młotka, łączącą wątki śledztwa i questu. Sam artefakt, wokół którego toczy się rozgrywka jest całkiem pomysłowy i pięknie opisany – działa na wyobraźnię. Zastosowano tutaj interesujący motyw „splątanych tropów”; okazuje się, że różne zadania, które bohaterowie otrzymują od BN łączą się ze sobą. Na pochwałę zasługuje opracowanie tekstu także od strony mechanicznej, a także – co nie jest zbyt częste w tegorocznej edycji – przeznaczenie tej przygody dla dowolnej drużyny awanturników.

Wydaje mi się jednak, iż w scenariuszu została zachwiana równowaga pomiędzy opisem tła, a opisem wątków bezpośrednio tyczących się drużyny. W tekście poświęcono mnóstwo uwagi wydarzeniom i relacjom między postaciami mistrza gry, o których gracze nie mają szans się dowiedzieć (przynajmniej nie napisano jak ma się to stać). Skoro wprowadzony został wątek Marletty, dlaczegóż drużyna nie mogłaby zbadać, czym zajmowała się ostatnio? Czemu nie mogli by porozmawiać z opętanym Zimmerem? Sama akcja to jedynie poszukiwanie morderców Arbertusa, skradzionej księgi i artefaktu. Ponadto niektóre wątki pozostają nierozwiązane – np. czy i kiedy dochodzi do konfrontacji z Marcusem? Jakim cudem błazen wiedział o masce tyle, by zaśpiewać swą potępieńczą piosenkę? Tego niestety się nie dowiemy.

Generalnie niezła przygoda z pewnymi wadami, lecz nic nadzwyczajnego.

Artur Ganszyniec

Scenariusz mnie nie zachwycił. Widać, że opiera się na fajnym pomyśle i pewno nawet inspirowany jest udaną sesją. Niestety w tekście niewiele z tego zostaje.

Wprowadzenie drużyny jest bardzo pretekstowe i nieprzekonujące, a podczas samej przygody gracze nie mają w zasadzie nic do roboty. W tym czasie NPCe świetnie się bawiąc, realizując plany, których gracze nie znają i praktycznie nie są w stanie poznać. Finał również rozczarowuje, ot po prostu wydarza się, niewiele wyjaśniając. A księżniczki i tak nie da się uratować.

Tekst spisany jest chaotycznie i roi się od rozwiązań, których sensu nie rozumiem (nie wiem na przykład po co w tekście podane są pełne statystyki postaci, która z założenia całą przygodę śpi, a w finale umiera bez walki). Niestety tekst się nie broni, ani na tle pozostałych scenariuszy, ani sam w sobie.

Piotr Koryś

Fajna intryga, tylko że dość słabo spisana. Nie chodzi mi o język, który jest poprawny (mało błędów), ale o to, że tak naprawdę wygląda na to, że jest ona spisana dla autora i on będzie wiedział, o co tam w 100% chodzi. Za dużo opisów tego, co dzieje się poza zasięgiem graczy, a za mało konkretów dla tychże.

Szkoda, bo zapowiadało się ciekawie – no i jest nieźle napisane. Autor powinien więcej pisać, bo imo ma talent.

Magdalena Madej-Reputakowska

Z przykrością stwierdzam, że Kiedy sen ma długie palce to bardzo słaby scenariusz. Nie zrobiły na mnie wrażenia ani założenia początkowe, ani przebieg fabuły. Pomysł na maskę z igłami to taki typowy artefakt, który zabiera życiodajną substancję i oczywiście wszyscy mrocznie go pożądają. W sieć tych pragnień zostają wrzuceni przypadkowi bohaterowie, którzy nie mają szans poznać nawet połowy długiej i skomplikowanej historii. Wydaje się, że autor miał więcej frajdy z fabułą zanim musiał ją oddać w ręce drużyny.

Tomasz Z. Majkowski

Drużyna trafia do Nuln w niefortunnym momencie – akurat trwa tam przygoda, w którą mogą się, niestety, uwikłać. Przygoda nie znalazła się tam przez przypadek, jest efektem długiego spisku i imponującej historii życia szalonego maga-złotnika oraz jego zdeprawowanego ucznia. Niegodziwcy, uknuli mroczny plan, by przy pomocy potężnego artefaktu przejmować władzę nad umysłem kluczowych osób w państwie i robić z nich idiotów. Na tym jednak ich zbrodnicza działalność się nie kończy, mało im bowiem władzy: zdeprawowany uczeń wykorzystuje Maskę Snu, by zawładnąć ciałem księżniczki, niewinnej jako lilija, a następnie nurzać się w odmętach rozpusty i oddawać wszelkiej deprawacji. Innymi słowy, centralny motyw scenariusza to sublimacja dość popularnej, choć nieco niepokojącej fascynacji erotycznej. W dodatku przeprowadzona bezpiecznie, gdyż ponure spiski oraz seksualne ekscesy pozostają poza zasięgiem graczy i dla samego przebiegu przygody nie mają żadnego znaczenia.

W mieście Nuln trwa tumult, wzniecony przez zaniepokojonych zdziwaczeniem rodziny elektorskiej obywateli. Na ulicach panuje chaos, nie wiadomo już, komu zaufać, dokąd się zwrócić i jak rzecz rozwiązać. I ten właśnie nieład mistrzowsko przeniesiony zostaje na poziom scenariusza, gdzie – gdy wyjąć wnikliwe studium przeszłości obłąkanego maga i dysertację o mocach Maski Snu – panuje nieopisany rozgardiasz. Nie sposób dociec, dlaczego gracze powinni się w tę kabałę wpakować, skąd czerpią informacje, czemu niby w ogóle mają pochwycić trop. Odbijają się tylko od przypadkowych bohaterów niezależnych, całkowicie nieobecnych w historii maga i nijak z intrygą niezwiązanych, z rosnącym zdumieniem obserwując ogólną konfuzję. Mogą też, dla rozrywki, wziąć udział w wyraźnie eksponowanym, ale wyzutym z jakichkolwiek konsekwencji pogrzebie ofiary Niegodziwca. Nie zdobędą tam jednak wskazówek, podobnie jak nie zdołają niczego wycisnąć z oszalałego błazna – a to dla tej przyczyny, iż śladów w scenariuszu zwyczajnie nie ma, podobnie jak brak w nim jakiegokolwiek wątku przewodniego.

Jest jednak wyjście z tego chaosu: trzeba przeczekać trzy dni, cierpliwie znosząc nagabywanie nieznaczących enpisów, a wtedy, psiejsko-czarodziejsko, nieistniejący trop sprawy, której nie mają powodu zgłębiać, zaprowadzi ich do dworku złego czarownika, a tym samym do finału. Znajdą tam nudną pracownię, pogrążonego w stuporze przeciwnika oraz trupa nieszczęsnej księżniczki. Nie dowiedzą się natomiast nigdy, bo i skąd, o co tak naprawdę chodziło. Pozostaje im liczyć, że przynajmniej pedeków Mistrz Gry im za tę mękę nie poskąpi.

Odradzam.

Michał Markowski

Scenariusz bazuje na całkiem dobrym pomyśle (maska), bardzo sugestywnie przedstawionym. Sam pomysł został słabo obudowany: nie dowiemy się, jaka jest motywacja głównego antagonisty i co chce osiągnąć poprzez przejęcie Zimmera. Motywacja graczy jest wręcz pominięta i nie mogłem zrozumieć akurat dlaczego oni mają odkryć tajemnicę, a nie np. straż miejska i oficerowie prowadzący śledztwo. Mam wrażenie, że autorka zbyt mocno skoncentrowała się na tym, co dzieje się w tle historii, zamiast przedstawić, jak gracze mają dowiedzieć się o tym w czasie sesji.

Scenariusz moim zdaniem słaby, tak w treści jak formie, ale za to maskę wykorzystam na swojej sesji.

Piotr Odoliński

Dość przeciętny scenariusz, którego najciekawsza moim zdaniem część rozgrywa się niejako „za kulisami”, dokąd gracze nie mają dostępu. Generalnie szkoda, że bohaterowie nie mogą w tym scenariuszu więcej osiągnąć. Nie mają szans na poznanie historii śpiącego maga, ani na ocalenie Marletty. Jestem przekonany, że po rozegraniu tego scenariusza czułbym pewien niedosyt. Taki sam, jaki czułem po jego lekturze.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Niestety, nie udało mi się znaleźć w scenariuszu niczego, co by przykuło moją uwagę. To bardzo poprawny, klasyczny do bólu scenariusz do WFRP, który nie próbuje podjąć ryzyka zaproponowania czegoś wyjątkowego.

Na nie:

  1. Strasznie długa historia w tle, której gracze nie poznają.
  2. Błąd merytoryczny: elektorem w Nuln nie jest mężczyzna. Szkoda w ogóle, że autor nie skorzystał z dodatku „Kuźnie Nuln”, by osadzić mocniej scenariusz w mieście.
  3. Bardzo pretekstowe zawiązanie drużyny.
  4. Odgórne dodawanie postaciom graczy znajomych (Arbertus, Zorath) sprawia, że MG powinien we wcześniejszych przygodach ich wprowadzić, inaczej wypadnie to sztucznie.
  5. Bardzo pretekstowe podrzucanie tropów (np. opryszki informujące o masce).

W trzech słowach:

Scenariusz, jakich wiele. Wielka intryga w tle, do której gracze nie mają w zasadzie dostępu, walczą tylko z jej skutkami.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Brak mi środka tej opowieści. Mamy całkiem fajny początek, dobrze opisane motywacje bohaterów niezależnych i ciekawy magiczny przedmiot – Maskę Snów. Wszystko bardzo dobre. Zakończenie również nie budzi większych zastrzeżeń – bohaterowie dostają się do domu Hieronymusa i odkrywają prawdę. Szkoda, że nie dochodzi przy tym do konfrontacji, byłby to warhammerowy klasyk, ale mówi się trudno.

Główny problem jest taki, że wydarzenia pomiędzy rozpoczęciem a zakończeniem są ledwie zarysowane. Śledztwo, które będzie stanowić lwią część przygody w scenariuszu potraktowane jest zdawkowo.

Michał Sołtysiak

Czytając scenariusze czasem odnoszę wrażenie, że piszący tworzą wielką intrygę, masę wydarzeń poprzedzających fabułę przygody, kreują postacie drugo i trzecioplanowe, krótko mówić wykonują masę roboty. Niestety na sesji postacie graczy zazwyczaj są w stanie odkryć tylko fragment z tego wszystkiego, bo inaczej cała rozgrywka się zamienia w opowieść MG. Uczestnikom zaś wtedy pozostaje rola słuchaczy, a więc zakłócona zostaje równowaga pomiędzy czynna, a bierną rolą postaci w fabule. To co się sprawdza w książkach, nie zawsze się sprawdza w RPG. Mistrzostwem jest więc takie przygotowanie scenariusza, by w finale gracze byli w stanie odkryć coś więcej, niż tylko mały fragment intrygi, by nie czuli się tylko trybikami w wielkim dziele, jaki stworzył ich Mistrz Gry.

Tak właśnie jest w przypadku tego scenariusza. Mamy intrygę, postacie których losy są prawie niemożliwe do odkrycia dla bohaterów, a można by stworzyć z nich ciekawe motywy w rozgrywce oraz wrażenie, że drużynie przyszło tylko obejrzeć finałowe zakończenie dramatu.

Sama fabuła i pomysł jest naprawdę ciekawy, ale jednak bliżej temu scenariuszowi do schematu opowiadania, niż do tekstu, który łatwo w całości wykorzystać na sesji, nie tracąc ciekawych motywów, jakie daje nam autor.

Joanna Szaleniec

Dość typowa przygoda, trudno ją nazwać wiekopomną… Motywacje bohaterów są mało przekonujące… I to właściwie wszystko co jestem w stanie napisać o tej przygodzie. Może jeszcze tylko to, że ma ciekawy tytuł.

[collapse]

Ki diabeł

Scenariusz Konkursowy:

Ki diabeł Michał „Oddtail” Sporzyński

System: Deadlands Classic

Setting: miasteczko w okolicy Sierra Nevadas

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: cztery

Dodatki: postaci graczy i ściągawka dla MG

Opis: W sennym miasteczku czterech przypadkowych bohaterów będzie musiało stawić czoła własnym słabościom i tajemniczemu przeciwnikowi, by pokonać powracający z przeszłości koszmar.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Nikt nie spodziewa się demona na sesji Deadlands. A dziwne w systemie, w którym na każdej sesji mowa o „wodzeniu na pokuszenie”. „Ki diabeł” proponuje demona z krwi i kości, kusiciela i oszusta pełną gębą. Świetna sprawa, chciałoby się rzec, ale świetnie nie jest. Z czwórki bohaterów tylko dwója została wyposażona w możliwość opierania się zwodniczej sile, a na dodatek jedna z postaci – ksiądz pożąda bohaterki innego gracza, co dla obu może być deprymujące nie tylko w starciu z demonem.

„Ki diabeł” w rękach odpowiednio dobranych graczy stać się może erpegową perełką, a w innej drużynie katastrofą. Chodzi nie tylko o to, czy „lepiej wyposażone” postaci będą współpracowały z pozbawionymi ochrony przed demonem. Rzecz w tym, że scenariusze oparte na kolejno odpalających się wizjach związanych z notatkami na karcie bohatera, a nie wydarzeniami z gry, udają się rzadko. Tak mi przynajmniej podpowiada doświadczenie.

Wojciech Doraczyński

Kolejny tekst i kolejne pregenerowane postacie – to jakaś plaga. Mi akurat ten sposób na wprowadzenie osobistych wątków do przygody zupełnie nie leży. Sztuką jest stworzenie przygody, w której nieokreśleni bliżej bohaterowie, z dowolnej drużyny będą ściśle zaplątani w bieg wydarzeń. Zastrzeżenia autora wypadają nieprzekonywająco; gdyby gracze chcieli stworzyć własne postaci, to po pierwsze i tak podlegali by dużym ograniczeniom (dwóch Świątobliwych), a po drugie kilka wątków z przygody by wypadło. No dobrze, zobaczmy co jeszcze oferuje nam jedyny w tym roku tekst do Deadlands.

Akcja kręci się wokół tajemniczych wydarzeń w Tracker’s Stop związanych z demonem oraz kultem, który przed laty dopuścił się w tym mieście krwawej zbrodni. Scenariusz – jak na scenariusz śledczy przystało – posiada porządnie opracowane tło zbrodni, tropy oraz poszczególne, ważne wydarzenia wiodące do odkrycia zagadki. Osobiście mam pewne wątpliwości, co do niektórych śladów. Chodzi mi o sny. Czy drużyna na pewno zinterpretuje je tak, jak sobie życzył autor scenariusza? Niespecjalnie też przypadło mi do gustu „naginanie rzeczywistości” przez demona. Z doświadczenia wiem, że takie sztuczki budzą w graczach najpierw frustrację, a potem bezsilność. Osobiście dawkowałbym je bardzo ostrożnie.

Przyznam się bez bicia: przeczytałem scenariusz dwa razy i po lekturze nie jestem w stanie sformułować o nim żadnej jednoznacznej opinii. Przyczepić się nie ma właściwie czego (autor nie zapomniał o mechanice), ale wychwalać też nie ma za co. Ot, solidna przygoda na niedzielne popołudnie. Tylko czy te postacie na początku są aby na pewno konieczne?

Artur Ganszyniec

Bardzo przyjemna przygoda do Deadlandów. Napisana bardzo przyjemnym stylem oferuje kilka wartych uwagi patentów. Mamy tu texas rangera z twistem, na który, przyznam, dałem się nabrać jak dziecko, ciekawy patent z kultystą – ojcem jednego z bohaterów, ciekawe postaci i sceny pisane pod konkretnych bohaterów. Dużo dobrych pomysłów i bardzo konkretne, napisane wprost, rady dla MG. Prowadzący będzie wiedział, których patentów kiedy użyć i w jakim celu.

Inna sprawa, że mi osobiście nie przypadł do gustu główny mechanizm napędzający klimat scenariusza. Jako MG nie lubię napuszczać na siebie graczy, a jako gracz nie lubię, kiedy MG plącze się w zeznaniach. Trzeba też wspomnieć, że niektórzy z bohaterów są po prostu fajniejsi i mają więcej do roboty – gdyby to poprawić, scenariusz wiele by zyskał.

Mimo pewnych obiekcji, polecam ten scenariusz. Jest dopracowany i ma kilka patentów, które zdecydowanie warto docenić.

Piotr Koryś

Sympatyczna, przeciętna przygoda. Nie jest zła, nie jest super. To po prostu ok. Jednak czasami wydawało mi się, że autor
popełnił fatalny błąd – spisywał swoją przygode, a nie pisał scenariusz. To powoduje, że scenariusz jest w 100% do załapania tylko przez autora. Ale autor dobrze wykorzystuje sam setting, choć może jest troszkę zbyt onirycznie. A poza tym – Ranger jako ten zły? Tego
żaden Południowiec nie może wybaczyć!

Magdalena Madej-Reputakowska

Jeden z niewielu scenariuszy w tegorocznej edycji z dobrze zaplanowanymi postaciami graczy. Nie obyło się niestety bez błędów. Drużyna jest zdecydowanie zbyt liczna, przez co nie ma „czasu” i „miejsca” na porządne rozegranie wątków osobistych. Przewaga scenarzysty jest fakt, że może przecież zaplanować scenariusz na dowolną ilość osób. Warto korzystać z brzytwy Ockhama.

Bohaterowie pasują do konwencji systemu i do zaplanowanych przez autora wydarzeń. Niestety dwoje z nich wysuwają się zdecydowanie na plan pierwszy za sprawą mechaniki – obie postaci obdarzone wiarą. Rewolwerowcy pozbawieni drugiego wzroku nie otrzymali nic w zamian i w efekcie podczas sesji zapewne będą ślepo podążać za widzącymi. Co nie zmienia faktu, że prowadzenie śledztwa na dwóch planach (iluzorycznym i prawdziwym) wart jest pochwały. Kolejny błąd w budowaniu drużyny to podział na dobrych i wstrętnych (zły jest BN). Pastor to jedyny negatywny bohater (szkoda, że tak płytki) w drużynie, co powoduje poważną dysproporcje. Dodatkowo sugerowanie erotycznej relacji między graczami jest ryzykowne. Tym bardziej, że upadły sługa boży to nie romantyczny jeździec z nikąd, ale śliniący się duszpasterz, a to budzi same nieprzyjemne skojarzenia. Lepiej postawić na bardziej subtelne emocje, które gracze sami zdecydują czy podjąć.

W tle połowicznie udanych bohaterów graczy plączą się równie niestety liczni, ale mało wyraziści BNi. W efekcie otrzymujemy bezosobowy tłum, który na dodatek ma dość pretekstowe i naciągane motywacje. Sytuacje ratuje dobry podział scenariusza na sceny, które powoli budują napięcie i doprowadzają do ciekawych epilogów. Pomimo tych wysiłków autora nie wiele więcej zapewne dało się wycisnąć z pomysłu o kultystach, którzy składają dzieci w ofierze. Niestety jest to bardzo wyeksploatowany i należało skorzystać z innej kopalni pomysłów.

Na koniec chciałam tylko uczulić, co do sceny z linczem na ojcu jednego z graczy. Scenę uważam za ryzykowną, tym bardziej, że wszelkie próby ratunku nie spotkają się z „akceptacją fabuły”.

Tomasz Z. Majkowski

Niby wszystko jest na miejscu. Dziwny Zachód z jego dziwną specyfiką. Kanon westernu, w którym drużyna przybywa do miasteczka i reguluje tamtejsze zaszłości. Demon – a przecież wszyscy lubią przygody z demonem! Łajdak zamaskowany sprytnie dzięki stereotypom systemu. A nawet miła uwaga o tym, że gdy oskarżenia pod adresem Murzyna kieruje rasista, nie świadczy to wcale o niewinności tego drugiego. Bo też przewodnim motywem scenariusza jest poddawanie w wątpliwość stereotypów: Texas Ranger nie jest tu aniołem (choćby i brutalnym) w prochowcu, ruda Irlandzka piękność rozwiązłą Salome, a dobrotliwi mieszczanie ofiarami. Do tego dodać można interesującą poradę na temat budzenia w graczach wątpliwości odnośnie zdrowych zmysłów ich postaci. A zatem, powinno być wystrzałowo.

Niestety, nie jest. Każdy z interesujących motywów, z wyłączeniem może Rangera, zostaje zarysowany na tyle płytko, że zamiast wpić w fabułę pazury, ledwie zarysowuje ją łamliwym paznokciem. Centralny wątek demona utożsamiony zostaje z narracyjną sztuczką do tego stopnia, że całkowicie się jej podporządkowuje. A charakter triku jest przy tym na tyle wredny, by uniemożliwić graczom nie tylko przedwczesne rozwiązanie historii, ale jakiekolwiek niepożądane działanie. Teoretycznie więc przygoda daje grającym sporo swobody, tak naprawdę jednak czyni ich wyłącznie marionetkami. Prowadzący może bowiem w każdej chwili naruszyć jedyną rzecz, która w rolpleing wydaje się pewna – prawomocność własnej narracji. Wolno mu po prostu odwołać każdą rzecz, która już się stała, ot tak, dzięki mocy wszechpotężnego demona.

Pomysł, by niekonsekwencjami w opowieści mieszać graczom w głowach wydaje się bardzo atrakcyjny, w gruncie rzeczy oceniam go surowo: prowadzi do destrukcji sesji. Oczywiście, dzięki tej sztuczce gracze nie potrafią odróżnić swych omamów od rzeczywistości – kiedy jednak podać ją bez żadnego ostrzeżenia, efektywnie uniemożliwia ona zabawę. Przyklasnąłbym więc, gdyby grający od początku wiedzieli, że coś jest nie tak, a ich zadaniem było odseparować wytwory własnych umysłów od prawdy. Odkrycie jednak, że MG kręci, może i bywa satysfakcjonujące, ale w pierwszej kolejności zapewni drużynie mnóstwo frustracji. I nieprzyjemnie kusi rozwiązaniem w stylu „to się wam tylko śniło”, które słyszałem nie raz z ust niedoświadczonych prowadzących, gdy gra wymknęła im się z rąk i próbowali odzyskać nad nią władzę.

To zresztą nie jest jedyna przewina, choć najwyraźniej rzuca się w oczy: scenariusz posiada nadto dwa kiksy konstrukcyjne. Pierwszym jest pozorność fabuły, która rzekomo posuwa się do przodu, wśród zesłanych przez niebiosa wizji i kolejnych wydarzeń, w gruncie rzeczy jednak bezustannie wymyka się graczom z rąk. To błąd tak klasyczny, że opisany już przez starożytnych Greków w podręczniku MG do „Mazes and Minotaurs” – zadaniem graczy jest biegać od scenki do scenki czekając, aż się przygoda skończy, bo wówczas będą sobie mogli porzucać kostkami. Zarówno senne wizje, jak kolejne morderstwa, którym nie da się zapobiec ani wykryć sprawcy, są tylko popisami oratorskimi prowadzącego, włączonym w tekst by przedłużać zabawę motywem centralnym, czyli plątaniem narracji. A więc, zadaniem graczy jest po prostu dotrwać do finału. I stawić czoła najgorszym koszmarom postaci.

W ten sposób dochodzimy do największego grzechu scenariusza. Postaci są w drużynie cztery: ksiądz, dręczony przez rozbuchane libido, seksowna, acz świątobliwa Irlandka pełna wątpliwości odnośnie swego powołania, rewolwerowiec, który boi się zombiaków i dzieciak trapiony niedziecięcym zgoła lękiem przed śmiercią. Troje z nich swoje koszmary rozegra, walcząc z tytułowym Kidiabłem. Czwarta, a więc sprośny ojczulek – nie. A jednak, to jego demony scenariusz eksponuje najbardziej, bezustannie zwracając uwagę na dręczące go nieczyste myśli na temat koleżanki z drużyny. Rozumiem ten zabieg, ciężko zbudować wiarygodną obsesję erotyczną na punkcie zmyślonej osoby odgrywanej przez brodatego, brzuchatego kolegę. Z drugiej jednak strony, o ile nie przeszkadza mi okrucieństwo i sceny drastyczne, o tyle stręczenie jedynej kobiety w gronie czterech facetów jednemu z nich, nawet w ramach sesji, wydaje mi się przesadą. Dziewczyna niekoniecznie musi godzić się na to, że przygoda spycha ją do roli mokrej fantazji. A już na pewno nagana należy się za to, że autorowi zabrakło cojones i zwalił przeprowadzenie najgorszego koszmaru księdza na koleżankę. Bo jak się takie rozwiązania wprowadza, to ze smakiem, proponując jak je rozegrać, nie obrażając przy tym i nie upokarzając nikogo przy stole. Albo, jeżeli się nie umie, to się ich na siłę do przygody nie wpycha.

Polecam zatem cały ten motyw przed sesją z ofiarą omówić. I wywalić, jeżeli wzbudzi wątpliwości. Resztę da się poprowadzić, ale na własne ryzyko.

Michał Markowski

Aby nie rozdrabniać się, jak to zrobiłem w konspekcie powstałym w czasie lektury tego scenariusza (typu motyw z księdzem „ĺwinia” fajny, niepotrzebny test na spostrzegawczość), spróbuję go ugryźć od bardzo ogólnej strony.

Scenariusz z punktu widzenia graczy rozpoczyna się strasznie nudziarsko, do tego zastosowano wyświechtany motyw, że jedyna postać nie-gracza, która przyłącza się do drużyny(Justine) to kluczowy element Mistrza Gry. Może nabiorą się na to 13-latki, ale większość graczy, z którymi grywam, gdy widzą jedynego NPCa wędrującego z drużyną, czekają tylko chwili, w której zdradzi lub zacznie kombinować i poślą mu zimną stal między łopatki. Life is brutal.

W kilku miejscach autor podaje porady odnośnie prowadzenia i opisywania, jest to moim zdaniem najmocniejszy punkt scenariusza, z którego wielu prowadzących może nauczyć się, czym jest dobra narracja personalna. Duży plus.

W kontekście fabularnym autor faworyzuje Jane i ojca Klausa kosztem pozostałych dwóch graczy. To jest przygoda dla tej dwójki, funkcja pozostałych sprowadza się do roli pomagierów. Koszmary jakie widzą pomagierzy to wątek dobry do filmu lub opowiadania – w RPG gracze błyskawicznie zorientują się, że to co ich otacza nie jest do końca prawdziwe, zupełnie zignorują opisy Mistrza Gry i jak rzepy czepią się Jane lub pastora, aby polegać na ich zmysłach.

Horrorowość scenariusza jest na bardzo umowny. Co to za koszmar w biały dzień?! Koszmar to byłby jak „W paszczy szaleństwa”, gdzie mieszkańcy miasta mordują wszystko w zasięgu wzroku, wściekli od niepohamowanej agresji. Tutaj mamy postaci, które są nieufne, krzywo patrzą i są niemiłe. Taka to jest moja sąsiadka. Nawet scena z demonem wypadła blado.

Fabuła mnie nie porwała, śmierć Veroniki niezależnie od tego, co zrobią gracze uznałem za trochę naciągane.

Podsumowując, najmocniejszą stroną scenariusza były rady i techniki dla prowadzącego. Fabuła, horror, forma była mocno przeciętna.

Piotr Odoliński

Na początku zaznaczę, że grałem na sesji, na podstawie której powstał ten scenariusz. Obiecałem sobie, że przy ocenie nie będę się sugerował tą sesją, a jedynie samym tekstem.

Tekstem – nawiasem mówiąc – całkiem fajnie i przystępnie napisanym. Od początku do końca czyta się go bardzo przyjemnie, zwłaszcza, że autor wielokrotnie puszcza oczko do czytelnika. Trudno się nie uśmiechnąć na drobny żarcik albo sprytną „pułapkę” na zbyt pewnych siebie graczy. Ze strony technicznej też całkiem nieźle – cieszy obecność mechaniki i system nagradzania sztonami. Nie zmienia to faktu, że autor stąpa po cienkim lodzie. Wiele proponowanych technik i zagrywek (nagłe milczenie, zaprzeczanie własnym słowom) zamiast nastroju może spowodować na sesji chaos, a w jego następstwie – znużenie. Rozumiem, że przygoda w założeniu ma być psychodeliczna, ale zabawy w kotka i myszkę z graczami, a nie postaciami, mogą przynieść niezamierzone skutki.

Maciej Reputakowski

Na tak:

  1. Informacja dla czytelnika na wstępie, o czym będzie scenariusz.
  2. Gotowe postaci, dopasowane do scenariusza, a także sugestie do stworzenia genericowej drużyny. Oczywiście, nie warto grać genericowymi, bo nie będą lepiej pasować do fabuły (choćby z powodu braku motywacji) od tych gotowych.
  3. Wyjątkowy przypadek w tej edycji: BG dla kobiety. I to fajna (bo ruda).
  4. Dobre, choć klasyczne rozpoczęcie scenariusza.
  5. Autor przypomina, że sekrety trzeba przed graczami odkrywać. To może i zabawne, ale wielu MG często o tym zapomina, więc dobrze, że o tym wspomniał. Zwłaszcza, że chodzi o śledztwo.
  6. Interesujący pomysł na dwa różne punkty widzenia podczas śledztwa. Szkoda, że ci nie obdarzeni „lepszym” wzrokiem nie dostają niczego w zamian.
  7. Dobry, niebanalnie wprowadzony motyw powrotu „głównego złego” na stare śmieci.
  8. Bardzo ciekawy pomysł z MG, który „zapomina”, co mówił graczom. Warto je jednak ograniczyć do niezbędnego dla zbudowania napięcia minimum, bo gracz może się zniechęcić do podejmowania decyzji.
  9. Dokładne podzielenie scenariusza na sceny, a nawet sesje.
  10. Dobrze dopasowane epilogi.

Na nie:

  1. Slaby „najgorszy koszmar” Billy’ego, mało oryginalny. Nie pasuje też zbytnio do tej postaci. Mocno oklepany jest też koszmar kaznodziei.
  2. Strasznie dużo BNów, którzy nie są zbyt wyraziści. Klasyczny tłum, którego nie było potrzeby aż tak rozpisywać na role. MG powinien uważać, by nie wprowadzić zbyt wiele wątków pobocznych BNów i nie rozmyć głównego toku przygody.
  3. Brzydki plan miasteczka. Jeśli robić handout, to porządnie.
  4. O ile MG nie chce na wstępie podzielić drużyny, powinien szybciej związać z nią kaznodzieję, ewentualnie przeplatać oba wprowadzenia.
  5. Motywacja kultystów w tle jest mocno pretekstowa, nieco banalna.
  6. Ustawienie erotycznej relacji między BG, do tego dość mało przyjemnej (dla obu stron) i prymitywnej. Można było zaprezentować ją jako zwykłą sympatię, która może przerodzić się w uczucie (o ile graczom to będzie pasowało).
  7. W toku scenariusza może dojść do mało przyjemnej sceny, w której jeden z graczy odkrywa, że jego ojciec jest kultystą mordującym dzieci. Po pierwsze, to mocno walące po nerkach, po drugie, chyba nie do końca pasujące do Dziwnego Zachodu. Już samo składanie dzieci w ofierze jest w tym systemie i tej konwencji trochę nie na miejscu. O tym, że gracz może być świadkiem powieszenia własnego ojca, nawet nie wspominam. To wątek tylko dla gracza, który nie wczuwa się w postać albo całkowicie do przerobienia.
  8. Phillip i Veronica – jeśli czyjś wątek jest nieistotny (jak pisze autor), to szkoda czasu, by go wprowadzać.
  9. Weller i Jane mają nieco więcej do roboty niż Allan (m.in. dlatego, że widzą więcej), Billy jest najbardziej pokrzywdzony.
  10. Sny to bardzo oklepany sposób na podawanie rozwiązań. Zwłaszcza, jeśli ich logika się zmienia i nie jest… logiczna.
  11. Zabicie dziecka przez Żywego Trupa na oczach gracza – mocno przegięte.
  12. Niepotrzebnie odwleczona scena konfrontacji Justice’a z Billym, choć wcześniej była już do niej sposobność.
  13. Weller nie stawia czoła swojemu Koszmarowi, podobnie – nie do końca przynajmniej – Billy. To tylko potwierdza słabość tych motywów.

W trzech słowach:

Dobrze, sprawnie, przejrzyście spisany scenariusz. Śledztwo zaplanowane starannie, gracze mają sporo do roboty i sami mogą odkrywać ślady (nikt ich im wprost nie podaje). Kilka bardzo ciekawych chwytów narracyjnych, które – jeśli wypalą – mogą podnieść jakość sesji na podstawie tego scenariusza. Poważne wątpliwości budzi jedynie jej dość drastyczny motyw osobisty jednego z bohaterów. Słowem – do rozegrania wyłącznie po drobnych zmianach lub jasnym postawieniu sprawy graczowi.

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Zgadzam się z autorem – wszyscy lubią przygody o demonie.

Ki, Diabeł to kawał solidnej roboty. Ma ciekawych bohaterów (jednak będą wśród nich ważni i ważniejsi), fajną historię, kilka niezłych wątków no i jest demon. To Deadlandowa klasyka, którą doceni każdy fan systemu.

Jest jednak jeden problem, w mym odczuciu poważny. To te halucynacje, mające wprowadzić psychodeliczny klimat. Pomysł fajny na papierze, czy bajerancki w tych nieczęstych przypadkach gdy da się go fajnie wprowadzić. Ale z tekstu wcale nie wynikało, jak je wprowadzić, żeby było to super.

Brałem udział w wielu takich sesjach, gdzie „nie wszystko jest takie, jakie się wydaje” i niemal zawsze gracze byli po prostu tym znużeni, sfrustrowani (wściekli chciało by się rzec). Włączał się im (nam) tryb „Przygoda w której nie wiadomo o co chodzi”. Wiesz, siedzisz na sesji ileśtam godzin, a tu za żadne skarby nie wiadomo o co chodzi i chyba tylko Mg sie dobrze bawi. Nie widziałem jeszcze takiego motywy wprowadzonego naprawdę dobrze (widziałem wprowadzone znośnie). I to jest właśnie główny problem Ki, Diabeł. Nie zrozumcie mnie źle – autor miał rację zapowiadając uczciwy, twardy scenariusz – dobra robota, ale nie najlepsza w tej edycji.

Michał Sołtysiak

Piszę te komentarze dość późno po ogłoszeniu wyników i dzięki temu mogę skomentować jeszcze jedną ważną cechę scenariuszy z tej edycji. Mianowicie chodzi o to, jak dany tekst zapadł mi w pamięć. Ki, Diabeł zapamiętałem jako klasyczne Deadlands z masą motywów religijnych. Opiera się na postaciach Świętobliwych, którzy mają pokonać zło i tak naprawdę to oni są głównymi bohaterami. Reszta postaci by się równie dobrze bawiła potrzebuje dobrego MG i trochę pracy prowadzącego.

Podobały mi się w nim motywy oniryczne i masa elementów stanowiących pomoc dla prowadzącego, takie jak rady co do prowadzenia, opisy do przeczytania i narzędzia dla MG. To świetna sprawa, gdyż dzięki temu taki scenariusz jest łatwiejszy do poprowadzenia. Wiem co chciał mi przekazać autor, jak widział rozgrywkę. Oby tak dopracowanych scenariuszy było więcej.

Szkoda tylko, że tak jak wcześniej wspominałem, najlepiej się bawią postacie Wielebnych i one mają największe pole do popisu. Poza tym sama historia jest dość przewidywalna i mało zaskakująca. Tym sposobem, jest to świetnie spisany scenariusz, przyjazny MG, ale brakuje tu tego „czegoś”, co by mogło wryć się w pamięć.

[collapse]

Czerwony telefon

Scenariusz Konkursowy:

Czerwony telefon Paweł Jasiński

System: autorski

Setting: political fiction, 1984 rok, świat na krawędzi konfliktu atomowego

Gotowa mechanika: brak

Modyfikacje zasad: LARP

Ilość graczy: 5-10

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: jedna

Dodatki: brak

Opis: 1984 rok, zimna wojna doprowadziła świat na krawędź wojny atomowej. Rozmowa telefoniczna pomiędzy prezydentem USA Harrisem a sekretarzem generalnym ZSRR Romanowem, może okazać się przełomowym momentem w historii ludzkości. Personel Białego Domu i Kremla coraz głośniej mówi między sobą o drugim kryzysie kubańskim.

Spoiler

Komentarze:

Marcin Blacha

Gdyby „czerwony telefon” publikowało pismo poświęcone RPG, tekst wylądowałby w Almanachu. Nie jest to w ścisłym sensie scenariusz lecz zbiór wskazówek umożliwiających poprowadzenie LARPa lub niestandardowej sesji. W gruncie rzeczy bardzo fajna rzecz: klimat zimnej wojny i dwie grupy ludzi władnych decydować o naciśnięciu czerwonego przycisku. Mistrz Gry ma wszystko co trzeba żeby nakręcić graczy (może się jeszcze postarać o wzmiankowane przez autora filmy), ale po rozpoczęciu sesji zostaje zdany sam na siebie, pozbawiony konspektu, który mów jak nakręcać akcję. Podejrzewam, że graczom trudno jest wczuć się na przykład w komunistę z radzieckiej elity władzy i gdy nacieszą się nietypowymi rolami, nie będą mieliby o czym ze sobą dyskutować, bo ich postawy są zerojedynkowe. A bez wsparcia MG thriller polityczny zmieni się w film dokumentalny.

Wojciech Doraczyński

Scenariusz zapowiadał się nader smakowicie, lecz ostatecznie mnie rozczarował. A mogło być tak pięknie…

Sam pomysł na scenariusz oraz jego quasi-historyczne realia uważam za bardzo udane. W przeciwieństwie do autorskich, wymyślonych światów, świat „Czerwonego telefonu” jest generalnie rzecz biorąc, łatwiejszy do zrozumienia i wzbogacenia – wystarczy zwykła wiedza historyczna. Z tego powodu, okoliczności iż tekst nie jest przeznaczony do rozegrania w żadnym systemie RPG, nie uważam za poważną wadę.

Założenia sesji – tu sprawa się komplikuje. Telefon czy komunikator to pikuś (to zresztą całkiem ciekawy pomysł), problemem jest natomiast liczba uczestników. Dwóch prowadzących i dziesięciu graczy! To kolosalna liczba – tyle osób pasuje raczej do LARPa niż do normalnej sesji. Ale nic to, przymknijmy na to oko.

Samo wprowadzenie w realia oraz opisy postaci zostały przygotowane wręcz wyśmienicie. Opis planów wojennych oraz słowniczek dają wyobrażenie czym mogłoby być nuklearne starcie. Postacie są niezwykle interesujące, w odpowiednich warunkach interakcja między odgrywającymi je graczami powinna być bardzo intensywna i burzliwa.

W odpowiednich warunkach… no właśnie. Autor scenariusza świetnie nakreślił realia, dał do ręki postacie, by następnie zostawić prowadzącego z niczym. Po przeczytaniu scenariusza, nie wiem w zasadzie jak go poprowadzić. Zdaję sobie sprawę, że główny ciężar gry spoczywa na barkach graczy. To zabawa, o której przebiegu powinny decydować wyłącznie dwie drużyny. Co zrobić jednak gdy czasami gracze nie będą w stanie udźwignąć sesji i popchnąć jej do przodu? Jak pobudzić graczy do interakcji, jeżeli atmosfera klapnie i nikt nie będzie wiedział co robić dalej? Jak oceniać poszczególne posunięcia drużyn? Generalnie: jak prowadzić tak niekonwencjonalną przygodę? Informacje zawarte przygodzie są nader skąpe. Osobiście uważam, że autora zgubiła szeroka wiedza – dzięki niej, on sam byłby w stanie wartko i dynamicznie poprowadzić ten scenariusz. Ja, jako osoba nie posiadająca głębszej wiedzy na temat zimnej wojny, nie byłbym w stanie tego zrobić.

Ja widzę to tak: fajne założenia, fajne opisy realiów, a potem wielkie nic. Szkoda.

Artur Ganszyniec

Bardzo solidne i intrygujące wprowadzenie w sytuację. Założenia ciekawe: LARP na dwie drużyny, nośny i potencjalnie bardzo grywalny temat. Po lekturze wstępu czułem się co najmniej zaciekawiony. Mnóstwo ciekawych materiałów, plany strategiczne, dużo możliwych zagrań – bardzo to wkręcające. W sumie jedyne wątpliwości miałem przy opisie postaci, który czynił dużo założeń, co do psychiki i charakteru bohaterów. Z doświadczenia wiem, że na LARPach, zwłaszcza dużych, gracze mają tendencję do forsowania własnego spojrzenia na świat i często odchodzą od wytycznych wypisanych na kartce.

A potem, że się tak wyrażę, dupa. Scenariusza w zasadzie brak. Tekst urywa się, gdy akcja właśnie się rozpoczyna. Przypuszczam, że gdybym był maniakiem wojskowości, bez problemu poradziłbym sobie z poprowadzeniem tego scenariusza. Jako laik, nie mam szans. Nie wiem, jak opisać wojnę nuklearną, jak reagować na posunięcia graczy i jakie konsekwencje mogą wynikać z ich decyzji. Tekst niestety niczego nie podpowiada w tym zakresie.

Szkoda. Choć z przyjemnością zagrałbym w tego LARPa na jakimś konwencie.

Piotr Koryś

Świetnie przedstawiona sytuacja startowa, tylko że nie ma nic o samym scenariuszu. To nie jest sandbox, w którym można się poruszać. Przydałoby się więcej informacji dla MG, żeby mogli spokojnie „mistrzować”. Albo dla graczy, żeby mogli grać. Nie wiadomo, jak wojna ma się toczyć, co się będzie działo itp. Szkoda, bo zapowiadało się smakowicie.

Magdalena Madej-Reputakowska

Czerwony telefon to jeden z dwóch tegorocznych propozycji „innego” podejścia do Gier Fabularnych. Niestety Quentin to konkurs na najlepszy scenariusz, a dla mnie propozycje zaprezentowana w recenzowanym tekście to wstępne dane do rozgrywki.

Przygotowane przez autora baza jest imponująca. Dobrze przemyślane postaci graczy (chociaż przydałaby się kobieca postać), dużo informacji na temat tła i doskonałe wykorzystanie filmowej konwencji zimnej wojny – czyli wojny sztabu z wnętrza bunkrów. Wszystko to jest doskonałym materiałem do wybudowania fabuły, której niestety w Czerwonym telefonie praktycznie nie ma.

Podzielenie wydarzeń na etapy i wprowadzenia większej ilość bodźców z zewnątrz włączając w to wątki osobiste bohaterów dodałoby całości dynamiki. Zaplanowanie symbolicznego scenariusza pozwoliłoby zaplanować dramatyczne akcenty i lepiej pokierować rozgrywką, aby któraś z grup nie utknęła w martwym punkcie dywagacji. Bez organizacji i planu przebiegu fabuły Czerwony telefon to setting, który gracze sami wprawiają w ruch.

Tomasz Z. Majkowski

W zeszłym roku wysokie miejsce zajęła w „Quentinie” psychodrama o tytule „BlackJack” – nie widzę więc powodu, by tym razem nie docenić fajnego pomysłu na grę, będącą czymś pośrednim między konwencjonalnym RPG a LARPem. Rzecz rozpisana jest na dwie grupy, niedwuznacznie zantagonizowane, bo złożone z wierchuszki Związku Sowieckiego oraz otoczenia prezydenta USA, u progu wybuchu wojny nuklearnej. Świat może skończyć się lada moment, a decyzja o tym, czy zginie w atomowym ogniu zależy wyłącznie od graczy. Pikanterii dodaje fakt, że członkowie obydwu grup mają swoje własne cele, idiosynkrazje oraz obawy. A więc dwie grupy bawią się jednocześnie razem i osobno – rozgrywając we własnym gronie polityczne intrygi i co jakiś czas komunikując za pomocą tytułowego telefonu. Brzmi emocjonująco, prawda?

Scenariusz dostarcza znakomitego punktu wyjścia, rekapitulując skrótowo, ale wystarczająco dogłębnie podstawowe elementy zimnowojennej doktryny militarnej obydwu stron, wskazuje czym różnią się od siebie założenia strategiczne ZSRR i USA, dostarcza wreszcie słowniczka, by bezbłędnie posługiwać się stosownym żargonem. Proponuje interesujące postaci, w tym zmyślone głowy państw – ta propozycja historii alternatywnej jest tu co najmniej na miejscu, gracze mają tu bowiem całkiem inne zadania, niż wiarygodne odgrywanie Ronalda Reagana. Podsuwa też sposób komunikacji dla dwóch prowadzących, czuwających nad rozwojem sytuacji w obydwu grupach i pozwalających odpowiednio reagować na te poczynania przeciwnika, o których donoszą szpiegowskie satelity.

Oczywiście, brak tu jednoznacznie sformułowanego scenariusza per se, nie sposób jednak stworzyć wiarygodnego i kanonicznego rozwoju wypadków dla tak skonstruowanej przygody. Gracze mają całkowitą dowolność, jedyne co ich ogranicza, to psychologiczne właściwości odgrywanych postaci oraz ewentualny sprzeciw reszty drużyny. Nie mam zatem pretensji, iż tekst nie proponuje mi koherentnej fabuły, a jedynie narzędzia do jej stworzenia – ba, to mi się właśnie w nim podoba. Rzecz jednak w tym, iż jest tych narzędzi ciut mało.

Chętnie bym w „Czerwony telefon” zagrał – ale na podstawie dostarczonych przez scenariusz materiałów nie podjąłbym się go poprowadzić. Po skrupulatnym początku oraz interesujących postaciach następują bowiem rady dość niekonkretne, ogólne i wyraźnie spisane w pośpiechu. A chciałoby się więcej – ewentualne scenariusze dla sojuszników i wrogów mocarstw, najbardziej prawdopodobne sytuacje i sposoby ich przeprowadzenia, obrazki rodzajowe z bunkra (wraz z informacją, czym różnią się centra dowodzenia po dwóch stronach oceanu), sugestie o najważniejszych punktach sporu między postaciami oraz metodach ich wykorzystania. Pozostaję zatem w przekonaniu, iż otrzymaliśmy tekst niepełny, wyraźnie rozdwojony. I żałuję, bo szczerze powiem – podoba mi się.

Polecam więc, jeżeli umiesz samodzielnie podrobić styl Clancy’ego.

Michał Markowski

Zupełnie niepotrzebnie autor próbował się asekurować proponując, jak zagrać w ten scenariusz w sposób klasyczny – skoro tekst potem nie wspiera tego sposobu. Założenie jest czytelne – wymóg dwóch Mistrzów Gry i ok. dziesięciu graczy czyni ten scenariusz zupełnie nieatrakcyjnym i bezużytecznym dla przeciętnej drużyny, może jednak się sprawdzić na konwencie, w sesji klubowej, albo jakimś zlocie. Tym bardziej, że ogólnie mi się podobał.

Dobra forma: czytelne inspiracje, o których autor napisał kilka zdań, a przede wszystkim słowniczek na początku bardzo pomagają ogarnąć tematykę i nastrój zimnej wojny. Skoncentrowanie się na sprawach istotnych oraz gotowe, dobrze opisane postaci i ich motywacje czynią całość zwięzłą i czytelną.

Moje obawy budzą elementy, który autor również dostrzegł jako potencjalne niebezpieczeństwo. Moim zdaniem są one największym zagrożeniem scenariusza i mogą go zupełnie rozłożyć na łopatki. Co zrobić, gdy gracze szybko dojdą do porozumienia? Lub nie przejmą się hekatombą atomową i szybko podejmą decyzję o odpaleniu rakiet? Albo wyjdą poza ramy scenariusza, np. zorganizują zamach na prezydenta Stanów Zjednoczonych, a zaraz potem odpalą rakiety?

Tak czy inaczej, dla mnie jest to emocjonujący scenariusz jako tło wyjściowe do właściwej rozgrywki, w czasie której autor mógłby się jeszcze skoncentrować na dodatkowych elementach. To czysty LARP, w jaki chciałbym kiedyś zagrać, ale nie scenariusz, jaki mógłbym poprowadzić swojej drużynie.

Piotr Odoliński

Przez kilka pierwszych stron byłem przekonany, że oto mamy zwycięzcę. Świetny pomysł, mnóstwo informacji, ciekawi bohaterowie oraz historyczna otoczka pracy zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Pochłaniałem więc kolejne strony, zastanawiając się, kiedy w końcu autor dokładnie opisze, jak rzecz poprowadzić. Nie doczekałem się. W sytuacji, kiedy scenariusz zakłada model rozgrywki odmienny od „zwykłych” sesji, a skłaniający się bardziej ku LARPowi, oczekiwałbym, że autor bardziej skupi się na tym aspekcie pracy. Przy obecnym kształcie scenariusza, potencjalny prowadzący jest bogatszy o wiedzę merytoryczną, ale nie jest, moim zdaniem, w stanie swobodnie poprowadzić (a raczej moderować) sesji. Wobec czego, tekst odpada w przedbiegach. Szkoda. Największe rozczarowanie tej edycji.

Maciej Reputakowski

Nawet jeśli nie masz zamiaru grać, przeczytaj!

Na tak:

  1. Klarowny, przejrzysty układ tekstu.
  2. Informacje o tematyce scenariusza i inspiracjach, które mogą się przydać MG.
  3. Prosty glosariusz, który powinien pozwolić znaleźć się w scenariuszu nawet najbardziej „zielonym” graczom.
  4. Najoryginalniejszy pomysł edycji: przygotowanie, tło, organizacja przestrzeni gry.

Na nie:

  1. Brak postaci kobiecych.
  2. Warto chyba zaznaczyć, że gracze powinni otrzymać materiały nieco wcześniej, by zrozumieć, na czym polega sytuacja i jakie są warianty.
  3. Szkoda, że po stronie amerykańskiej nie ma kogoś podobnego do Aleksandra Konieczko w kwestii pochodzenia.
  4. Przydałoby się dokładniejsze rozpisanie tego, czym się dysponuje i gdzie. Trochę jak w grze planszowej. By gracze dobrze wiedzieli, co oznacza trafienie w dany punkt.
  5. Autor daje dobre propozycje tego, jak mają wyglądać reakcje świata na graczy. Przydałoby się jeszcze podzielenie rozgrywki na jakieś segmenty, wyznaczenie ściślejszych ram, by wszystko się nie rozlazło. Ten scenariusz pozbawiony jest scen (np. takich jak możliwa reakcja Francji). To w zasadzie bardziej setting, w którym wszystko zostało złożone na barki graczy, moderowanych przez czuwających MG.

W trzech słowach:

Ciekawa propozycja dla większej grupy osób. Różnice między sesją RPG a LARPem są dość umowne (trochę inna jest natura i rola sędziego), lecz scenariusz ten zdecydowanie łatwiej zrealizować na konwencie niż w domu. Można oczywiście zagrać w mniejszym gronie, ale proponowana opcja na 10 graczy i 2 MG wydaje się znacznie ciekawsza (a gdyby dodać jeszcze statystów w rolach personelu?). Nie wiem, czy jakikolwiek zlot miłośników gier już wykorzystał ten pomysł. Jeśli nie, pora to szybko nadrobić!

Gdyby autor chciał porozmawiać o scenariuszu, jestem – w miarę czasu i możliwości – do dyspozycji. GG: 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Miałem z Czerwonym telefonem problem. Jak mogę go ocenić? Przecież sam nigdy nie napisałem scenariusza LARPa.

Jasne, Czerwony telefon przypadł mi do gustu, ale umówmy się – mimo początkowych deklaracji autora nie jestem w stanie wyobrazić sobie realizacji go w formie sesji RPG. Jako LARP na konwencie jak najbardziej, ale nie na sesji.

Pomysł jest super, bohaterowie też. Ale w Dobrym, Złym i Brzydkim też był fajny pomysł i super bohaterowie, ale nie sprawia to, że Dobry, Zły i Brzydki przestaje być filmem, a staje się scenariuszem gry RPG.

Michał Sołtysiak

To scenariusz na LARPa, dodatkowo jeszcze podejrzewam, że sprawdza się również na szkoleniach z negocjacji. Całość wygląda na pomysł na świetną zabawę i trzeba przyznać temat został dobrany bardzo dobrze, gdyż zagrożenie nuklearne jest mocnym motywem i zapewne się sprawdzi podczas rozgrywki, wzbudzając odpowiednie nastawienie u grających.

Nie zmienia to jednak faktu, że choć to wspaniały pomysł na LARPa to na sesjach będzie trudniejszy do wykorzystania, zaś sam motyw „wojny nerwów mocarstw atomowych” jest dość mocno wyeksploatowany. Przydałoby się coś świeższego, co jeszcze jest mało wyświechtane. To może zrodzić niebezpieczeństwa, że gracze będą rzucać cytatami z literatury i filmów sensacyjnych, albo starać się na siłę pokazać pastiszowy klimatu USA kontra ZSSR, z mówieniem „po rusku i jankesku”.

Dodatkowo ten scenariusz powinien mieć lepiej przygotowane tło dla graczy, np, w postaci „handoutów” lub tekstów do przeczytania dla nich, z których by się dowiedzieli jaka była atmosfera zimnej wojny. Sam opis sytuacji politycznej to jednak za mało. Nie każdy jest politologiem lub historykiem.

[collapse]