Najbardziej na świecie kocham czytać, myśleć i narzekać, choć w towarzystwie odpowiadam, że
gry fabularne, haft i Tadeusza Kościuszkę. Nie jest to — tak życiowo — najbardziej fortunne
połączenie pasji, świetnie natomiast tłumaczy pewne rzeczy. Na przykład to, że tłumaczyłam na
polski kilka rozdziałów podręcznika do „Mysiej Straży”. To, że przez pięć lat koordynowałam
fabułę obozów Tol Calen. Oraz to, że współtworzę zespół RPGowej Alchemii, bloga, na którym
publikuję recenzje podręczników i felietony.
Skoro Arystoteles dwadzieścia cztery wieki temu stwierdził, że wszystkie historie już
opowiedziano, ja nie domagam się oryginalnych historii, absolutnego novum. Lubię, gdy
scenariusz jest mocno osadzony w danej konwencji, konsekwentnie trzyma się jej założeń i
estetyki. Zwracam uwagę na wykorzystanie klasycznych motywów, a gdy zostają złamane,
chciałabym mieć pewność, że była to świadoma decyzja autora, nie wypadek przy pracy.
Szalenie doceniam odważne scenariusze, to jest takie, które stawiają bohaterów graczy w trudnej
sytuacji i liczą się z tym, że historia może się skończyć źle. Takie, w których stawki są wyraźnie
zaznaczone, więc gracze wiedzą, o co walczą. Takie, które bezpowrotnie zmieniają coś w świecie
gry i bohaterach.
Dużo uwagi przywiązuję do wykorzystania mechaniki, sprawdzam, czy nie jest jedynie
pretekstowa, ale też czy scenariusz przewiduje ewentualność nieudanych rzutów. Bardzo lubię
mechaniki dostosowane czy wręcz wymyślone na potrzeby scenariusza.
Przyznaję, można wkraść się w moje łaski zręczną frazą, jednakże scenariusze oceniam przede
wszystkim pod względem użytkowym. Wolę, gdy intryga zostaje mi wyłożona wprost, choćby
najbardziej lakonicznym językiem, niż gdy mam sama pozbierać jej elementy porozrzucane po
tekście. Szczególnie surowa jestem wobec zbędnych, nieposuwających akcji do przodu scen,
niepotrzebnego namnożenia npców oraz nachalnego psychologizowania i moralizatorstwa.

