Na glinianym wzgórzu

Zwycięzca 2022

Na glinianym wzgórzu – Karol Gniazdowski

Edycja: 2022

System: Symbaroum

Setting: Symbaroum

Liczba graczy: 2-4 (optymalnie 3)

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 2-5

Dodatki:

Opis:

Klasyczny scenariusz ze śledztwem w sprawie kultu i wojną gangów, która wisi w powietrzu: Na wykopaliskach pod Starym Kadizarem odnaleziono przejście do miejsca mocy. Zepsuty kapłan Almevar zamierza wykorzystać okazję. Proste poszukiwania zaginionego strażnika wplączą graczy w intrygę, która może skończyć się zniszczeniem miasta.

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Ten scenariusz czytało mi się znakomicie, zarówno pod względem merytorycznym, jak i strukturalnym. Przejrzystość tekstu sprawiła, że nie gubiłam się w przedstawionej historii, mimo małej znajomości świata. Bohaterowie nie są oderwani od głównej osi fabularnej, a Autor bardzo zgrabnie osadza ich wątki w pełnej historii, chociaż początkowo wydawało mi się, że za słabo podkreślone są motywacje. Podoba mi się ogromnie wątek gangów, a jedyne co ewentualnie bym poprawiła (choć myślę, że ten fakt najlepiej zweryfikować w praktyce, prowadząc) to początek, który dość powolnie się rozwija. Mam tu na myśli zdobywanie informacji podróżując między Kajfaszem a Annaszem. 

Piotr Cichy

Mam poczucie jak dwa lata temu przy „Salamandrze” Enca. To inny poziom scenariusza niż konkurencja. Profesjonalizm na każdym poziomie i wyjątkowa praca.

Scenariusz twórczo bazuje na opisie Yndaros z podręcznika głównego. Podoba mi się takie porządne osadzenie przygody w świecie.

Udało się bardzo dobrze oddać klimat Symbaroum, nawet bez wycieczki do puszczy (tym większy plus, moim zdaniem). Z jednej strony mamy walkę stronnictw, różne sekrety i osobiste interesy, a z drugiej tajemnice pradawnej cywilizacji i magiczne artefakty niosące zepsucie i zniszczenie.

Postaci graczy są bardzo sensownie zahaczone w fabule, choć później trochę brakuje odniesienia, co Berano i Demegai powiedzą na wieści o swoich zaginionych pracownikach. Także przejście do Aktu III następuje trochę siłą rozpędu – wydarzenia powinny zmotywować graczy do próby zejścia w podziemia, ale podejrzewam, że np. przy rozbuchanej wojnie gangów i bohaterach zaangażowanych po stronie Mirzaha, gracze mogą uznać inne sprawy za istotniejsze.

Super jest świadome wcześniejsze sygnalizowanie wątków, które dopiero później się pojawią! Bardzo to jest rzadkie, a świetnie spaja fabułę i sprawia, że przejścia do kolejnych wydarzeń są płynniejsze.

Doceniam alternatywny przebieg wydarzeń zależny od działań graczy. Widać, że bohaterowie są istotnym czynnikiem całej sytuacji.

Rozpiski mechaniczne przeciwników są przydatnym elementem scenariusza. Przydałyby się jeszcze charakterystyki niektórych bohaterów niezależnych, np. Gamereia.

Przejrzyste mapki, akurat na tyle dokładne, na ile jest to potrzebne. Dobrze są rozmieszczone w tekście.

Fajnie został przedstawiony proces tłumaczenia symbarskich runów. Dużo scenariuszy pomija ten ciekawy aspekt odcyfrowywania starożytnych zapisków.

Pomysłowe zagadki w podziemiach. Alternatywne drogi pomagają nie utknąć, jeśli ma się z którąś problem. Gorzej w ostatniej części – ale moim zdaniem, nie są na tyle trudne, żeby ich nie przejść. Uwzględnione są też sytuacje taktyczne – w ten sposób walki też można potraktować jako zagadki, w tym finałowe starcie.

Scenariusz uwzględnia, co zrobić w przypadku Total Party Kill i mówi, żeby nie chronić na siłę postaci przed śmiercią. Dobre podejście!

Naprawdę wyjątkowy scenariusz. Zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Precyzyjnie opisany wstęp, bardzo sensowne założenia projektowe i timeline wydarzeń.
  • Bardzo jasno i klarownie przekazywane informacje — pod względem technicznym jeden z najlepszych tekstów tej edycji.
  • Bardzo ładne i przede wszystkim czytelne mapki (szkoda, że loch, który przedstawiają, jest liniowy do bólu.
  • Ciekawa intryga, autorka/autor umiejętnie buduje napięcie, stosuje foreshadowing, napięcie rośnie, wszystko ma ręce i nogi.
  • Dobrze opracowane mechanicznie, fajne tabelki losowe.
  • BG mają zwłaszcza w pierwszej części dużo swobody w wyborze swojej drogi, podejściu do questów i w ogóle eksploracji miasta.

Uważam, że należy poprawić:

  • Niestety niewiele tu Symbaroum, ta przygoda spokojnie mogłaby dziać się w zapomnianych krainach a przy odrobinie wysiłku nawet w Starym świecie. 
  • Jak na przygodę wprowadzającą do świata mogłoby też być ciut więcej ekspozycji. Nie tylko scenerii, ale i NPC-ów, którzy są dość przeźroczyści.
  • W pierwszej fazie jest tam mnóstwo chodzenia od Annasza do Kajfasza. 
  • Niektórzy NPC zdają się cierpieć na plot-ślepotę. Dlaczego Marbella nie wie, jak podróżowało do niej berło? Dlaczego przed drugim aktem nikt nawet nie wspomni o tym, że poszukiwany miał pokój w tawernie z łodzią? Dlaczego NPC-e nagle czują przemożną chęć dzielenia się z BG historiami, o których zapominali wcześniej? Za bardzo to przypomina oskryptowany świat Crpg
  • Metoda szukania człowieka bez oka w 1 akcie jest bardzo fajna, ale wymaga, żeby ją jakoś zakomunikować graczom, inaczej będą szukali klasycznych tropów i wskazówek (których nie ma).

Na glinianym wzgórzu to bardzo dobrze napisana miejska przygoda fantasy. Ma pewne niedociągnięcia i troszkę za bardzo próbuje być komputerowym erpegiem, ale to nadal mocny kandydat do finału.

Ola Durlej

Kawał dobrej roboty! Scenariusz jest napisany poprawną polszczyzną, zadbany pod względem korekty i czytelny. Stosowane terminy i sposoby wyróżniania treści są opisane tak, żeby ułatwić MG korzystanie z materiału. Doceniam skrót scenariusza i oś czasu – wiele ułatwiają. Zarówno to, jak i czytelne rozpisanie scen i opcji ich motywacji tworzy technicznie bardzo dobry materiał.

Widać, że osoba autorska zna mechanikę i płynnie się nią posługuje. Brakuje mi jednak nieco szerszego zarysowania lore, dodania kilku smaczków.

Sama przygoda jest wielowątkowa, pozwala graczom na eksplorację różnych wątków i poniesienie konsekwencji swoich decyzji. Zyskałaby na kilku poprawkach, może zmniejszeniu objętości niektórych części. Jest dobrą przygodą dla średniozaawansowanych graczy, ale na pewno nie dla nowych.

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Bardzo bym sobie życzyła, żeby chociaż połowa prac w tej edycji była tak starannie, jasno i poprawnie językowo napisana. Świetne pomoce w formie ramek, mapek i ilustracji sprawiają, że automatycznie wylądowała w mojej topce. Do tego z łatwością skorzystają z niej również fani Warhammera, D&D czy Pathfindera. I to jest jednocześnie chyba największy mankament, jaki jestem w stanie tutaj znaleźć, bo jako scenariusz do Symbaroum, choć uniwersum to znam dość słabo i jedynie z lektury, mam wrażenie przemyca za mało kolorytu tego świata. Złożoność kwestii społeczno-kulturowych ma w Symbaroum ogromne znaczenie i wydaje mi się, że dobrze by było podkreślić, że to jednak do tego, a nie innego systemu scenariusz. Nie jest on też dla każdej drużyny, ani dla zupełnie początkujących graczy. Chyba że właśnie ten zabieg, że BNi przyjmą z otwartymi ramionami każdego, ma być tym pożądanym na początku przygody z RPGami ułatwieniem. Niemniej, polecam. 

Wojciech Rosiński

Przygoda ta zawiera wszystko co potrzebne do rozegrania klasycznej sesji, a właściwie kilku gdyż jest stosunkowo złożona. Bardzo podoba mi się, że autor/ka nie wymyśla koła na nowo a skupia się na dopracowaniu narzędzi, które pomogą mistrzowi gry poprowadzić rozgrywkę. Być może sama fabuła nie jest przesadnie odkrywcza czy zaskakująca ale jestem przekonany, że ze wszystkim tak ładnie podanym na tacy grający przy stole sami poprzez swobodę działania oraz swoje wybory stworzą niezapomnianą historię a to właśnie to jest dla mnie sedno RPG.

Warto wspomnieć, że praca zawiera bardzo fajne i klimatyczne ilustracje oraz handouty. Jeżeli są one dziełem autora to gratuluję mu talentu. Czas włożony w ich wykonanie na pewno zaowocuje przy rozgrywanych sesjach tej przygody.

Janek Sielicki

Znakomicie napisana przygoda z klasycznymi wątkami fantasy. Jest to rzecz dla osób nowych w Symbaroum, dlatego te klasyczność można wybaczyć, zwłaszcza, że w zamian otrzymujemy świetnie, jasno rozpisane sceny, podpowiedzi co zrobić, statystki PN tam, gdzie są potrzebne. Mamy piękne i klarowne mapki, w pełni wykorzystaną mechanikę gry i ciekawą fabułę.

Postacie graczy mają tu dużo do roboty. Szczególnie podobał mi się wątek poboczny walki gangów, w który można się zaangażować. Są też „strzelby na ścianie” – łódź, jednooki człowiek już we wstępie. Mimo dokładnego rozpisania scen i pewnego założenia finału (nie da się powstrzymać pewnych wydarzeń) jest tu dużo miejsca do manewru, jeśli PG zrobią coś nieprzewidzianego – takie solidne podwaliny to podstawa dobrze napisanej przygody.

Widzę tu też dużo opcji do modyfikacji np. finałowe podziemia można skrócić, tak samo śledztwo czy przeszukiwanie bazarku, po prostu podsuwając wskazówkę. Przygodę można też bez trudu przenieść do Warhammera i wielu innych systemów fantasy, co jest dużą zaletą (i wadą).

Do ideału zabrakło mi kilku rzeczy, przede wszystkim jakiejś mocniejszej motywacji PG do działania, jakiś przykładowych zahaczek, zwłaszcza że to przygoda startowa i łatwo je wprowadzić. No właśnie, jak na przygodę startową (a tak jest nazywana) jest ciut zbyt skomplikowana i wydaje mi się też dość trudna i śmiertelna dla PG. Czasem też pewne informacje można by umieścić gdzieś indziej (np. późno dowiadujemy się o co chodzi z tym jednookim uciekinierem). Mam wrażenie że trochę mało tu Symbaroum – choć dzięki temu łatwo przenieść przygodę do innego systemu, to na tym akurat traci. Gdzie ten słynny las!

Podsumowując: bardzo dobra przygoda.

Michał Sołtysiak

Symbaroum nie jest zbyt popularne w Polsce, a szkoda. Moja półka poprawia jednak na pewno średnią i trochę ten system prowadziłem. Bardzo więc się ucieszyłem, gdy otworzyłem plik ze scenariuszem i odkryłem przygodę do tego systemu. Dodatkowo ma to być przygoda wstępna, a więc ma dać szansę zastąpić „Ziemię obiecaną”, która jest dobrym wstępem, ale ma wady. To bardzo ambitne i rzadko kiedy można spotkać dobrze przygody dla zaczynających grać w danym świecie.

Autorowi należą się pochwały za przyjazność dla użytkownika i bardzo przemyślane podejście do skonstruowania samego tekstu. Widać, że mocno przemyślał kwestie organizacyjne, dał dużo miejsca i możliwości samodzielnej adaptacji fabuły dla Mistrzów Gry. Nie bał się też przyznać, że przygoda jest dla postaci graczy i to one mają się znaleźć na pierwszym planie. Nie ma tu „prezentacji wizjonerstwa” ani prób narzucania toku zdarzeń. Ogólnie rzecz biorąc to świetnie zbudowany tekst i choć jest dość długi, to jednak taka objętość ma sens. Daje dużo akcji i dużo możliwości. Co świetne, BN- są rozpisani w standaryzowanych ramkach i łatwo się korzysta z ich charakterystyk.

Zasadniczo po pierwszej lekturze mogę wprost napisać, że to scenariusz godny finału, zarówno za dobrze przygotowaną fabułę, jak i całą edycję, mapy, przejrzystość i redakcję.

Początkowo wprawdzie zastanowiło mnie to, że z całego repertuaru motywów Symbaroum wybrano pomysł na „przygodę miejską”, rozpisaną jak klasyczne D&D, czyli szukamy wejścia do podziemi, spotykamy przeciwników, znajdujemy wejście, eksplorujemy podziemia, w ich centrum finał. Tylko wiele przygód fantasy tak wygląda, więc to nie może być duży zarzut. Symbaroum jest dark fantasy z motywem wielkiego lasu jako dominującego w gotowych przygodach, ale nie można się upierać tylko przy przygodach leśnych. Autor zaryzykował i jako przygoda miejska się broni. Tradycjonalistom może się nie spodobać, bo nie pasuje do ich wyobrażeń o systemie. To jednak problem tradycjonalistów. Przygoda nie łamie zasad świata Symbaroum.

Nie jest idealnie jednak, gdyż jest też jeden konkretny brak w tekście, który utrudnia prowadzenie. Mianowicie, postacie BN nie mają opisów, nawet ci najważniejsi (jak Człowiek bez Oka, którego postacie mają znaleźć, ale czy poza brakiem oka ma jakieś inne cechy szczególnie, to nie wiemy). To stwarza wrażenie, że przeciwnicy są generyczni i każdy wie, jak taki wygląda. MG sobie dopisze, jak mu wyobraźnia podpowie. Brakuje mi choć jednego zdania, na temat pochodzenia, rasy, etc. Świat Symbaroum nie jest tak zuniwersalizowany i bez podziałów społecznych jak D&D, gdzie rasa i urodzenia mają małe znaczenia. Tutaj tego brak, a dodałoby to plastyczności. Tak mamy samych generycznych ludzi, a z innych ras mamy krasnoludy (które w tym systemie są inne niż gdzie indziej) i ogra z wielką łopatą (ogry też są tu inne).

Moja ocena byłaby wyższa jeszcze, gdybym nie prowadził tego systemu. Największą bowiem bolączką tego tekstu jest problem z brakiem informacji, jak stworzyć drużynę, która będzie pasowała do przygody i będzie w stanie w logiczny sposób „wejść w przygodę”. Jeśli damy inne rasy, barbarzyńców, changelingów, gobliny, kapłanów Priosa, przedstawicieli Ordo Magica, wiedźmę itd. to mogą nieźle namieszać. Wzbudzą oni inne reakcje i początek przygody, samo wepchnięcie w fabułę może być utrudnione. Autor całkowicie niestety pominął problemy społeczne, które są jednym z filarów świata Symbaroum. Gdyby napisał, że to przygoda dla co najmniej jednego ambryjskiego szlachcica/żołnierza królowej/kogoś o wyższym statusie, który legitymizuje mniej szanowane postacie, to byłoby łatwiej. Typowa drużyna może mieć problemy, a już obecność pogardzanych ras i profesji, może wykluczyć możliwość bezproblemowego rozpoczęcia. Jak na scenariusz mający rozpocząć przygody w świecie Symbaroum, niestety mało pokazuje ten świat i jego atuty.

Jest to więc świetnie spisana przygoda, kawał doskonałej roboty, ale lepiej by się nadawała do D&D, jeśli się mamy trzymać settingu i zasad dotyczących społeczności Ambrii. Na pewno będę głosował na ten scenariusz, ale nie jest doskonały i szkoda wielka, bo liczyłem na dobry scenariusz do Symbaroum, a nie tylko dobry scenariusz do fantasy.

Andrzej Stój 

Kompletna, przemyślana i prawdopodobnie przetestowana praca, która dowozi to, co obiecuje. Stanowi nie tylko świetne wprowadzenie w Symbaroum, ale nadaje się do konwersji na inne systemy fantasy, nie tracąc swoich atutów. Do Cienia Władcy Demonów można by przenieść ten scenariusz niemal 1:1, podobnie jak do Warhammera.

Olbrzymią zaletą jest sposób spisania tekstu. Dostajemy to, co potrzebne, podane w przystępny i przemyślany sposób. Znalazło się nawet miejsce na wskazówki dotyczące prowadzenia – sensowne i dobrze przemyślane. Tekst jest na tyle zwięzły, że przygotowując się do prowadzenia tej przygody można zrezygnować z robienia bardzo dokładnych notatek.

Podoba mi się również to, że przygoda sprawnie łaczy kilka wątków, które mogą, ale nie muszą zostać rozwiązane przez drużynę (przy czym zignorowanie ich ma pewną wagę – nie jest bez znaczenia). Żadna z dróg nie jest jedyną, a inwencja graczy w każdej scenie może zostać nagrodzona. Super. Otwarta historia oparta na ludziach i miejscach to sprawdzony, działający przepis na udaną sesję.

Mimo, że nie jestem fanem Symbaroum, zostałem oczarowany wizją autora. Czerpie pełnymi garściami z podręcznika, dodając do niego własne – bardzo dobre – pomysły. Poruszanie się po ustalonej konwencji jest dużym atutem tego tekstu.

Asia Wiewiórska

Bardzo lubię scenariusze, w których bohaterowie muszą zmagać się z pychą, rządzą władzy lub chorobliwą ambicją, bo zwykle jest to przepis na świetną grę. Silne emocje bohaterów niezależnych i zdeterminowany antagonista potrafią rozpalić ogień, ale tylko gdy i dla postaci Graczy na szali leży wysoka stawka.

FORMA

To jedna z najbardziej profesjonalnie przygotowanych nieprofesjonalnych publikacji, jakie w życiu widziałam i naprawdę niewiele jej brakuje, żeby z powodzeniem podszywać się pod oficjalne wydawnictwa. Świetny blokowo-kolumnowy układ, piękne mapy i plany, statystyki przeciwników, kolory, tematyczne ramki z dodatkowymi informacjami lub alternatywnymi rozwiązaniami i poradami – wszystko to jest najwyższej klasy i znak, że nad scenariuszem pracowali fachowcy.

Scenariusz otwiera wprowadzenie, które na tle wielu innych scenariuszy świata zdumiewa: nie tylko informuje, ale też “wychowuje”, wchodząc głęboko w rolę tekstu, który ma za zadanie pomóc poznać system RPG w różnych jego aspektach. Jest też szczegółowa infograficzna legenda, jak interpretować określone rozwiązania graficzne publikacji oraz co oznacza zastosowanie różnych wariantów zapisów tekstu. Jestem pod wrażeniem.

Mamy też jeden z najbardziej czytelnych skrótów tego co wydarzyło się zanim Gracze pojawili się na arenie gry, w całym tegorocznym Quentinie. Wytłuszczone imiona i nazwy własne w miarę szybko pozwoliły mi zapamiętać kto jest kim (lub czym) i pomimo tumultu postaci, miejsc i wydarzeń pojawiających się w dalszej części scenariusza, te pamiętałam bez problemu.

Niestety, nie znając dalszej części bardzo trudno było mi poprawnie zinterpretować linię czasu, ale potem staje się ona rzeczywiście jasna i przydatna. Na etapie pierwszego czytania, jednak, do dalszej pracy nad tekstem zmotywowało mnie widniejące tam stwierdzenie: “Armia nieumarłych zalewa miasto”. Yay!

Opisy lokalizacji są konkretne i nieprzegadane; kluczowe informacje, które można uzyskać od bohaterów niezależnych, poprawnie i czytelnie wypunktowane; w treści są informacje mechaniczne o testach, które należy wykonać a gdzieniegdzie także elementy do wylosowania (np. szansa na napaść w mieście). Scenariusz ma jednak niestety duże problemy z interpunkcją i przez to początkowo trudno się czyta a dodatkowo, gdyby nie czytelny podział na akty oraz na sceny/miejsca, naprawdę trudno byłoby za nim nadążyć.

Aż trudno mi uwierzyć, w jaki sposób autorowi udało się zmieścić taką gigantyczną fabułę w tak małej publikacji!

TREŚĆ

Autor zaserwował nam opowieść w trzech wyraźnie odróżniających się aktach.

Pierwszy z nich to śledztwo, na które składa się rozmowa ze zleceniodawcami, przesłuchiwanie świadków, podejrzanych, zwiedzanie miejsca przestępstwa  i towarzyszące temu wypadki. Poprawnie zorganizowano tutaj trail-of-clues, z użyciem zasady powtarzania tych samych informacji w kilku różnych źródłach, co ważne, szczególnie w scenariuszu tak rozbudowanym. W akcie tym bohaterowie poznają też zawiłą i malowniczą strukturę społeczną miasta, która może być świetnym otwarciem na kolejne sesji kampanii w Kadizarze. Wszystko to nie jest oczywiście obowiązkowe, ale sądzę że większość Graczy i tak będzie chciała brnąć w poznawanie niuansów tego uniwersum. Są po prostu intrygujące!

Akt drugi zmienia trochę charakter gry – od teraz będą to różnego rodzaju poszukiwania, intrygi i pierwsze starcia z antagonistami. To najbardziej dynamiczna część, sytuacja często się zmienia i pewnie niejedno bohaterów tu zaskoczy. Niestety będzie też najtrudniejsza do prowadzenia – trzeba bowiem uwzględnić dużo zależności, wcześniejsze działania lub zaniedbania bohaterów, obecną sytuację i fizyczną pozycję bohaterów niezależnych, itp. Sytuacja w poszczególnych wątkach tej części scenariusza zmieni się w czasie i jeżeli Gracze za niektórymi nie nadążą, mogą stracić szansę na łatwiejsze załatwienie  sprawy. Niestety, akt drugi cierpi na chorobę rozbudowanych i wielowątkowych scenariuszy o nazwie “jeśli”. Chodzi o to, że stara się przewidzieć jak najwięcej opcji postępowania Graczy i przez to tekst najeżony jest wariantami “jeśli to, to tamto a jeśli coś innego, to tamto drugie”. Niestety – żeby nie wiem jak scenariusz był ambitny, przemawia to na jego niekorzyść, gdyż traci na tym podstawowy warunek, dla którego ktoś mógłby chcieć go poprowadzić: czytelność. Keep it simple!

W końcu mamy też akt trzeci, nad którym nie będę się rozwodzić. To po prostu typowy klasyczny i dobrze uzasadniony przygodą dungeon-crawl, ze szczegółowo opisanymi podziemiami, potyczkami, pułapkami i artefaktami. Są nawet zagadki! I tu bardzo dużo się dzieje a całość kończy malowniczy i widowiskowy finał, nieco tylko zależny od wcześniejszych decyzji Graczy. Wspominałam: “Armia nieumarłych zalewa miasto”.

Brzmi świetnie, co nie? A jednak łyżka dziegciu: wszystkie efektowne i inspirujące w tym scenariuszu emocje to niestety iluzja: pochodzą od bohaterów niezależnych i niewiele jest scen, które mogą choćby podjąć próbę wykrzesania ich z Graczy. Szkoda, że autor nie zadbał o stworzenie jakiegoś naprawdę temperamentnego powiązania bohaterów ze spektaklem, w którym będą brali udział na zwykłe zlecenie sierżanta Berano.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Jestem pod ogromnym wrażeniem rozmachu tego scenariusza i ciekawa jestem jak wyglądał w testach. Wydaje mi się bowiem, że bardzo by mnie korciło, aby każdy wątek czy wydarzenie jeszcze rozbudować, coś do niego dodać albo przedstawić w jakimś szerszym kontekście i w rezultacie mielibyśmy kampanię na kilka miesięcy grania.

Mimo tego wydaje mi się, że “Na glinianym wzgórzu” jest przygodą, którą bardzo trudno będzie poprowadzić by-the-book. Chodzi o to, że jest tam tak wiele faktów, zależności, osób i informacji – i to takich, których przeoczenie przez Prowadzącego może skutkować tym, że Gracze niechcący ominą jakąś naprawdę ważną dla dalszej gry scenę/lokalizację – że nie ma innego sposobu niż literalnie prowadzić z nosem w scenariuszu albo spędzić dużo czasu robiąc notatki, schematy powiązań czy prawdopodobne chronologię wydarzeń (nieco bardziej szczegółowe niż oś czasu). Do tego pojawia się też sporo elementów lore’owych i sporo scen, w których będzie eksploatowana mechanika. Czy to nie za dużo na raz dla początkujących Prowadzących lub Graczy?

[collapse]

Orli Pazur

Orli Pazur – Jarosław Iwański

Edycja: 2022

System: Dark Heresy 2ed PL

Setting: Warhammer 40k

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 4-6

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 2-4

Dodatki:

Opis:

Orli Pazur to przygoda (w świecie Warhammer 40k) traktująca o przetrwaniu podczas spotkania z wrogiem wewnętrznym. Akolici, podróżując w sektorze Askellon, działają na zlecenie swojego Inkwizytora. Na pokładzie Orlego Pazura mogą się znajdować przedmioty i artefakty związane z przemytem artefaktów xenos. Jest to wątek, który wpycha ich los na pokład Orlego Pazura. Śledztwo przerywa niespodziewane wydarzenie. Akolici zmierzą się z piratami, którzy abordażem wdzierają się na pokład statku. Głównym celem akolitów stanie się przetrwać i nie dać się pojmać tym którzy z trwogi i bólu czynią sobie rozrywkę. Wrogiem także okaże się czas; każda decyzja będzie niosła konsekwencje. Ich zadaniem jest odkryć, czego szukają piraci oraz uciec z zaatakowanego statku. Dodatkowo mogą próbować uratować członków załogi, ostrzec Inkwizytora oraz Gwardię Imperialną o zagrożeniu, które pojawiło się na mapie sektora Askellon.

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Szczegółowe rozpisanie pomieszczeń na statku robi wrażenie. Eksploracja kolejnych poziomów będzie de facto treścią tego scenariusza. Trochę jak przechodzenie kolejnych kręgów piekła u Dantego. Szkoda, że nie zostało to jakoś mocniej pociągnięte w tę stronę. Obecnie, mam wrażenie, całość jest pozostawiona trochę niedookreślona, mało w sumie ciekawa. Będą się działy straszne rzeczy, ale rozpisanie scenariusza tylko w ograniczonym stopniu wspiera MG w poprowadzeniu tego.

Przydałaby się wnikliwa korekta. Błędów ortograficznych i językowych jest wyjątkowo dużo i niektóre są dość poważne. Na przykład rozjeżdża się płeć przywódcy piratów – jest wiele miejsc, gdzie autor odnosi się do niego w rodzaju żeńskim. W jakiejś wcześniejszej wersji scenariusza Dejv Jones była kobietą? Innym błędem, dość dziwnym, jest w pewnym momencie założenie, że człowiek ma dwadzieścia palców u rąk.

Odesłanie do odpowiednich statystyk NPCów w podręczniku głównym jest według mnie dobrym rozwiązaniem. Jakichś dodatkowych punktów za to ta praca nie zdobywa, ale gdyby tego zabrakło, miałbym zarzut.

Brakuje wskazania, jak doświadczone powinny być postaci graczy. Czy ta przygoda jest przeznaczona dla początkujących agentów inkwizycji czy dla takich z potężną kolekcją rozwinięć?

Nie wiadomo dokładnie, jakimi siłami dysponują piraci i ile osób z ochrony statku przeżyło początkowy atak. Bez tego próby zorganizowania oporu przez graczy nie mają większego sensu. Ich powodzenie zależy wyłącznie od widzimisię MG.

Przydałby się nieco dokładniejszy rysopis przemytnika. Skoro bohaterowie go szukają, to warto wiedzieć, o kogo mają wypytywać.

Przydatne byłyby ze dwa dodatkowe zdania wyjaśnień, kiedy nastąpi atak piratów. Czy postaci muszą być na pokładzie XI, czy właściwie nie ma to znaczenia (chyba ma – żeby nie znaleźli się w samym centrum walk). Czy odnaleźli już ładunek, czy dopiero mają go znaleźć?

Wydaje mi się, że rozumiem, co autor scenariusza chciał osiągnąć. Apokalipsa na statku, zdrady, szaleństwo, trudne wybory. Szkoda, że to wszystko nie jest bardziej przemyślane i lepiej opisane. W tej chwili mamy trochę taki worek z motywami, nie wiadomo, które są ważniejsze, a które tylko dodatkowe. Jakie w praktyce gracze mają możliwości działania? Dokładny opis statku trochę w tym pomaga – to najmocniejsza strona tego scenariusza. Przydałoby się lepiej rozpisać NPCów, ich działania, możliwości i motywacje.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Scenariusz jest bardzo porządnie opracowany mechanicznie. Autor mówi, kiedy i na co rzucamy i jaki poziom trudności mają testy.
  • Autor/ka wykazuje się dogłębną znajomością uniwersum WH 40k, przedstawia barwny ciekawy świat „statku” Orli pazur z dużą swadą i dokładnością.
  • Przygoda jest różnorodna, stawia przed BG zupełnie inne wyzwania w pierwszym i drugim akcie. 

Uważam, że należy poprawić. 

  • Tekst zaczyna się 8 stronicowym opisem statku, czytam go i nie wiem, o co chodzi. Najpierw powinno być wprowadzenie mówiące co i kto (którego brak) a ewentualnie opisy gdzie. 
  • Mg poznaje tu świat równolegle z graczami niczym czytelnik powieści kryminalnej, takie coś bardzo utrudnia korzystanie ze scenariusza. MG powinien dostać streszczenie całości na samym początku.
  • Pierwsza część to dość liniowy ciąg questów „idź do A, dowiedz się czegoś, co skieruje cię do B, co zaprowadzi was do C”. Jest skonstruowana na tyle pancernie, że raczej się nie wywali, ale zachęcałbym do tworzenia bardziej otwartych struktur.
  • Druga część to neuroshimowe z ducha przeczołganie BG przez błoto. BG co chwila są skonfrontowani z wszechpotężnymi piratami zmuszeni do brania udziału i ich perwersyjnych grach i w zasadzie muszą się podporządkować. 

Droga autorko, drogi autorze.nie bój się dać BG więcej sprawczości, nie bój się pozwolić im samemu wybierać drogę w waszym świecie, niech to oni będą bohaterami i niech od ich wyborów zależy los statku. Niech nie będą tylko pionkami w grze NPC

Ola Durlej

Mam wrażenie, że przychodzi mi kolejny raz przywdziewać rolę tej marudną osoby komentującej. Scenariusz jest dziełem użytkowym – i jako taki powinien być przede wszystkim czytelny i łatwy w wykorzystaniu. Z powodu kolejności pojawiania się treści, ilości błędów ortograficznych i użycia słów niezgodnie ze swoim znaczeniem – nie jest.

Jednocześnie, jest przyzwoitym scenariuszem z motywem pirackim.

Osoba autorska ewidentnie zna system i świat, w którym rozgrywa się przygoda i zręcznie to wykorzystuje. Postacie są różnorodne, w większości dobrze zarysowane. Brakuje mi nieco informacji, co stałoby się, gdyby bohaterowie graczy postanowili jednak walczyć z piratami po ogłoszeniu „gry”.

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Z jednej strony niesamowicie doceniam ilość pracy włożoną w rozpisanie wszystkich pokładów statku, stworzenie tabeli losowej oraz rozpiskę rzeczy, które mogą stanąć na drodze bohaterów. Z drugiej jednak strony, tekst samej przygody jest tak trudny do przełknięcia, że wyciągnięcie z niego użytecznych informacji jest niemalże niemożliwy. Gdybym chciała poprowadzić kampanię – KAMPANIĘ, nie sesję, bo materiału jest tu aż nadto – w stylu Firefly i Battlestar Galactica spotykają WH40K, to z przyjemnością skorzystałabym z rozpiski i mapy rozlokowania poszczególnych pomieszczeń. Nawet pomysły na spotkania, czy sama misja Akolitów, choć osobiście nie przepadam za DH, są czymś, z czym można by popracować. Jak się już uda przekopać przez tekst, odkopać to, co fajne i zapomnieć, że się musiało to w całości czytać. 

Wojciech Rosiński

Koncept na przygodę jest solidny i jak najbardziej pasuje do mrocznego uniwersum warhammera 40k. Jest inkwizycja, niebezpieczny psionik, bryła metalu mknąca przez przestrzeń kosmiczną nazywana „statkiem” i nawet przebrzydli Xenos się znajdą. Niestety przygoda zbudowana wokół tego wszystkiego jest przedstawiona w bardzo, bardzo uciążliwy sposób.

10 stronicowy opis statku z 11 stronicową mapą to nie lada zapora stojąca przed dalszą częścią tekstu. Podejrzewam, że jest to element, z którego autor jest nad wyraz dumny, co nie dziwi patrząc po ilości pracy włożonej w zaprojektowanie CAŁEGO statku kosmicznego. Tekst dramatycznie potrzebuje jednak czegoś, co zachęci czytającego aby zgłębić ten element przygody. Wstawka wprowadzająca w klimat uniwersum oraz skrót fabuły mogły by zdziałać tutaj cuda. W obecnej formie, przygoda po prostu odrzuca.

Pomysł na statek jako swoisty loch, który nie tylko jest od samego początku do pełnej eksploracji dla graczy ale także zmienia się w trakcie gry jest fajny. Trzeba jednak pamiętać, że to scenariusz do RPG a nie projekt gry komputerowej. Ogarnięcie umysłem takiej ilości danych jest po prostu przytłaczające. Myślę, że dużo lepiej sprawdziłby się tutaj generator pomieszczeń/zdarzeń na statku w postaci tabeli taki jaki mamy w OSRowych generatorach lochu.

Janek Sielicki

Michał Sołtysiak

Scenariusz do Dark Heresy 2ed jest doskonałym przykładem, że spisać scenariusz to nie oznacza „napisać porządnie”. Jest też dobitnym dowodem, że warto czytać, co się piszę, przed wysłaniem i zastanowić się nad użytecznością swojego tekstu.

Tekst opowiada nam o grupie sług inkwizytorskich, uniwersalnej (bo nie znajdziemy jakich większych wymagań wobec nich), którzy trafiają na statek kupiecki „Orli Pazur”, gdzie jak to w uniwersum Warhammera 40 000, roi się od różnych, egzotycznych postaci, a sam statek ma wiele tajemnic. Mają znaleźć przedmiot xenos i zdrajcę Ludzkości. Temu celowi nie poświęcono zbyt wiele miejsca. Są też piraci, którzy napadną na statek i jeden wybór dla postaci graczy w finale, dotyczący ocalenia siebie, lub innych oraz wykonania rozkazu Inkwizycji.

Do tego mamy prawie 10 stron opis statku, jedenaście stron schematycznej mapy Orlego Pazura i 14 stron spisanej przygody. Słowo „spisanej” jest kluczowe, bo łatwo ten tekst pomylić ze spisaną relacją z sesji. Autor mało przekonująco ukrywa ten fakt, że mamy do czynienia z historią, jaka być może rozegrała się na jego sesji, a teraz spróbował zrobić z tego przygodę.

To, czego nie mamy to: wstęp, gdzie byśmy się dowiedzieli, o co chodzi, jakie postacie powinny brać udział, jak wyglądają koneksje i dokładne rozkazy etc. Brak tego jest wręcz szokujący, bo po króciutkim akapicie o świecie Grim Dark-u od razu dostajemy opis kilkunastu poziomów statku, kilkunastu Bohaterów Niezależnych i potem wspomniany wcześniej słabo zawoalowany opis sesji.

Nie będę się tu pastwił nad brakami stylistycznymi, gramatycznymi i ortografią, ale choć autor powinien wziąć swój tekst i spojrzeć na jego konstrukcję. Opis statku na 1/3 tekstu nie jest zachętą do grania. Brak zaś wstępu i wymagań dla postaci sprawia, że nie wiemy, kto ma grać, co się ma dziać i jaka jest fabuła, póki czytelnik nie przebije się przed scenografię i BN-ów.

Bardzo mnie zmęczył ten tekst, bo czuję, że autor chciał stworzyć fajną przygodę z gonitwą przez niekończące się poziomy Orlego Pazura, gdzie będą potyczki z piratami, serwitorami, Adeptus Mechanicus i xenosami. Tylko że nie podołał temu zadaniu. Nawet nie wiem, czy warto go polecać do inspiracji, może sam statek jest ciekawy, jako dekoracja dla innej, dopracowanej fabuły. Na ten moment jednak tekst ten wymaga masy pracy i cierpliwości, żeby go rozegrać. To nie jest tekst na Quentina.

Andrzej Stój 

Czytając ten tekst miałem wrażenie, że intencją autora było stworzenie przygody w stylu Szklanej pułapki. Dokładny, wręcz drobiazgowy opis okrętu wraz z informacjami jak wykorzystać dany system albo przemieszczać się między pokładami potęgowały to wrażenie. Problemem dla graczy byłby na pewno fakt zabicia pasażerów w przypadku zalania pokładów, zatrzymania wentylacji albo skierowania tam trujących gazów – potrafię sobie jednak wyobrazić drużynę Akolitów, dla której wybór jest oczywisty.

Wyjątkowo brutalny, ale jednocześnie wiarygodny jest opis skutków abordażu. Widok miejsc rzezi, konieczność przeciskania się przez spanikowany tłum, okrutne zabawy piratów, odkrycie faktu sprzedania pasażerów w zamian za życie jednostek – a jednocześnie metodyczne czyszczenie okrętu z cennego sprzętu, niszczenie dowodów zdrady i przygotowania do przejęcia kontroli przez zdradliwego Mechanicusa łączą się w obraz kompletnego chaosu. Przygoda jest otwarta, trudno więc zgadywać jakie będzie jej zakończenie, ale jeśli Akolici zachowają się paladyńsko, jest mało prawdopodobne by wyszli z tego cało.

Choć przygoda ma drugie dno, jest duże ryzyko, że Akolici do niego nie dotrą. Z punktu widzenia graczy może być to historia o polowaniu na przemytnika, która okazuje się być lochotłukiem w kosmosie. Przydałby się tu drugi, ukryty cel dla Akolitów, np. zweryfikowanie raportów czy kapitan Orlego pazura nie dopuszcza się herezji.

Scenariusz dużo by zyskał na przeorganizowaniu treści. Na początku aż się prosiło o wprowadzenie – informację kto jest kim i co się będzie działo w przygodzie. Potem powinien pojawić proponowany przebieg sesji, zaś dopiero na końcu opis samego okrętu. Sam tekst właściwej przygody przeorganizowałbym też tak, by znalazł się tam opis co się będzie dziać, minuta po minucie (o ile Akolici nie zniszczą planu piratów). Zabrakło też informacji o stanie osobowym – nie wiem ilu ochroniarzy jest na Orlim pazurze, ilu piratów ich atakuje itd.

Na koniec kilka gorzkich słów na temat języka, jakim jest napisany ten tekst. Jest pełen błędów, z których większość dałoby się wyeliminować czytając go uważnie (najlepiej nie przez autora). Językowy chaos bardzo utrudnia lekturę i zniechęca do niej. Mam nadzieję, że kolejny tekst autora będzie przygotowany staranniej. Jest potencjał, ale potrzeba lepszego wykonania.

Asia Wiewiórska

Dark fantasy w kosmosie to nie jest konwencja dla mnie, ale jeśli dodasz do tego piratów i Davy’ego Jonesa? Coś w tym jest.

FORMA

Przyznam szczerze, że po przeczytaniu tylu scenariuszy ze specjalnie dobranymi czcionkami i innymi ozdobami, miło zasiąść do tekstu czarno-na-białym, zwyczajnym fontem i bez uwodzenia formą. Mam poczucie, że dla dobra jury to powinien być standard. 

W „Orlim Pazurze” już na pierwszy rzut oka brakuje wstępu, który informowałby w co gramy, kim będziemy grać i jaki jest klimat opowieści. Najbardziej odczuwa się brak informacji o potencjalnych bohaterach, bo zakładam, że w „Dark Heresy” można stworzyć więcej postaci, niż tylko akolitów, co nie? Niestety potencjalny Prowadzący będzie musiał wyłowić to sobie z treści scenariusza i to dopiero po jakichś 10 stronach tekstu. 

Zamiast bowiem skupić się na tym, co w zasadzie bohaterowie mieliby na statku robić, otrzymujemy 8 stron opisu statku, 6 stron wydarzeń wstępu do gry, 8 kolejnych stron opisu statku, po wystąpieniu wydarzeń wstępu i 11-stronicowy plan „Orlego Pazura”.

W środku – wiele utrudniających czytanie błędów interpunkcyjnych, trochę ortograficznych a nawet kilka merytorycznych (coś z liczeniem nie tak). Choć mechanika rozpisana jest dość szczegółowo, nie ma tu współczynników, lecz odnośniki do stron w podręczniku głównym – super, bardzo doceniam.

Wszystko to wskazuje mi na to, że mamy po prostu do czynienia z niedopracowanym lochem. Tyle, że na statku.

TREŚĆ

Gdyby nie nawiązania do „Piratów z Karaibów” czy anglosaskich opowieści marynistycznych, nigdy chyba nie przedarłabym się przez tę ścianę tekstu, choć od momentu, gdy startuje opis wydarzeń, wygląda to nawet nieźle. Mamy tu mikrointrygę, która zasadza się na działaniu pod przykryciem na zamkniętej przestrzeni, w celu identyfikacji przemytnika i odnalezienia szmuglowanie przez niego artefaktu. Wygląda na zalążek śledztwa, ale mam co do tego wątpliwości – nagminnie brakuje mi tu informacji o interakcji między bohaterami Graczy a niezależnymi (np. jak w scenie, gdzie autor informuje, że kapitan odpowie na wszystkie pytania bohaterów, tylko nie mówi co ów w zasadzie wie i jakich wskazówek może im udzielić).

Ciąg zaproponowanych przez autora wydarzeń jest logiczny, choć w oczy kole, że jednowątkowy. Gracze mogą robić tylko to, po co znaleźli się na statku i nie uświadczymy tam żadnych aktywności pobocznych, bo za chwilę i tak gra przestanie udawać, że prowadzimy śledztwo. Celem jest zwiedzanie statku. Wyłącznie.

Na szczęście jeszcze w fazie działania, oczekiwane przez autora rezultaty można rzeczywiście rozwiązać na kilkuset różnych sposobów, więc nie czuje się jakby odbierano Graczom sprawczość. Co ciekawe – mamy tu fajny zwrot akcji, gdy zadanie realizowane przez nich od początku sesji okazuje się tylko pretekstem, żeby być w tym miejscu o właściwym czasie i doświadczyć pirackiego abordażu, i mnie bardzo podoba się ten nagły i nieoczekiwany zwrot akcji. 

Sam abordaż opisany jest świetnie. Znajdziemy tu wszystko co trzeba: brawurę, chaos a nawet trochę zaskakującej w tym miejscu, ale dobrze dobranej makabry. I tu się w zasadzie gra kończy, jest nawet info, że tylko do tego momentu przysługują Graczom nagrody za sesję. Po ataku piratów scenariusz zmienia się bowiem nie do poznania i w zasadzie przestaje być scenariuszem. Wracamy do opisu okrętu, tak szczegółowego, jakby to był protokół jego przeszukania. 

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Zapoznawanie się z tą publikacją było jednym z najbardziej męczących dla mnie zadań podczas tegorocznego Quentina. Ściana tekstu, z drobiazgowymi opisani wszystkich pokładów i pomieszczeń po kolei i których nie sposób zapamiętać, to nie jest forma przyjazna dla jakiegokolwiek Prowadzącego (nie wspominając już o czytającym). 

O ile więc nie mam problemów z lochami jako takimi, a nawet zdarza mi się takimi cieszyć jako Graczka, tak tutaj uważam co następuje: gdyby autor tekstu wysłał go na konkurs opisu lokacji do gry komputerowej, którą potem trzeba oprogramować i ugraficznić, to złego słowa bym nie rzekła. A tak mówię: jeśli potrzebujesz wielopoziomowego dungeonu na okręcie kosmicznym w „Dark Heresy” – to… nawet wtedy zastanów się dwa razy. I to pomimo iż motyw z Davy’m, oj przepraszam, Dejvy’m Jonesem – superro!

[collapse]

Kac w Night City

Kac w Night City – Marcin Zajdel

Edycja: 2022

System: Cyberpunk RED

Setting: Cyberpunk

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Trzech członków gangu „Mental monkeys” budzi się nad ranem w luksusowym apartamencie, na ostatnim pietrze wielkiego wieżowca w Night City. Lokal jest kompletnie zdemolowany, na podłodze wala się mnóstwo kiepów i pustych butelek. Gdzieniegdzie wciąż śpią roznegliżowane prostytutki. Gracze zaczynają dzień gigantycznym kacem i brakiem pamięci na temat tego, co wydarzyło się zeszłej nocy. Co gorsza okazuje się, że Ellington, czwarty przyjaciel, z którym przybyli do miasta zniknął. Ostatnie, co pamiętają to fakt, że przyjechali dzień wcześniej do Night City, aby świętować wyjątkowo udaną akcję, podczas której zarobili masę pieniędzy.

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Zrobienie całego scenariusza w formie retrospekcji jest czymś bardzo trudnym. Groźbą jest nadmierna liniowość i ta praca jak najbardziej jest winna tego grzechu. Sztywny układ scen, zaprojektowani dokładnie bohaterowie graczy i ich działania w danej scenie. Margines dla ich inicjatywy jest naprawdę niewielki.

Sam klimat jest całkiem fajny, 100% cyberpunka w cyberpunku. Gangi, korporacje, intrygi i podejrzane interesy. Zdrady i rozróby. I oczywiście cybernetyka i sieć.

Podobają mi się wskazówki, jak odgrywać poszczególnych NPCów. Plastycznie przedstawiają charakter tych postaci.

Przydałoby się streszczenie scenariusza na początku, zwłaszcza że są to głównie sceny retrospekcji, więc warto, żeby MG nie miał problemów w zorientowaniu się, co się mogło wydarzyć i jakie są wątki w fabule. Teraz nie jest z tym dobrze i MG czytający scenariusz może być dość mocno zdezorientowany. To nie jest dobre podejście, nawet w scenariuszu, który opiera się na dezorientacji postaci.

Dobrze, że są odwołania do podręcznika odnośnie statystyk przeciwników. Szkoda, że nie ma rozpisanej mechaniki bohaterów graczy. Z kolei teksty na ich „kartach postaci” są trochę za długie. Fajne jest wykorzystanie pytań dla graczy, co daje im możliwość udziału w stworzeniu historii postaci.

Mam wątpliwości, czy obsadzenie Ellingtona jako postaci gracza jest dobrym pomysłem. Nie będzie uczestniczył w scenach poranka, co powiedzmy jest małym problemem, bo mają być krótkie. Ma duży wpływ na sceny retrospektywne, sporo zależy od jego decyzji. Z drugiej strony, gdyby był NPCem, grozi mu odgrywanie roli ulubionego NPCa Mistrza Gry. Choć widać starania, żeby wszyscy bohaterowie mieli swoje pięć minut w przygodzie, to sądzę, że nie do końca się to udało i Ellington zbytnio dominuje. Rozumiem, że ma to skłonić pozostałych graczy, żeby go zabili, ale obawiam się, że może to nie do końca się udać. Wątek jest interesujący, ale zbyt dużo się dzieje, żeby gracze mieli czas poważniej się nad tym zastanowić. To w ogóle jest coś typowego dla przygód rpg – wartka akcja i rozgrywanie relacji między bohaterami to są przeciwstawne priorytety. W tym scenariuszu podjęto starania, żeby wybrzmiało jedno i drugie. Wątpię, czy to się uda.

Paweł Jakub Domownik

Scenariusze oparte na flashbackach są trudne, bo z konieczności odbierają graczom sprawczość. Tu autor stosuje ciekawy zabieg, odwracając proporcje i skracając do minimum twardo kadrowaną teraźniejszość – przenosząc w przeszłość główną rozgrywkę.

Podoba mi się:

  • Uczynienie flashbacków centrum rozgrywki!
  • Pomysły na zawiązywanie drużyny scena wspominki przy piwie
  • Dużo ciekawych zachodzących na siebie interesów postaci i ich konflikty.
  • Klimatyczne sceny (przebierana impreza, szefowie gangów z cyberdobermanami). Autor/ka ma łatwość w budowaniu plastycznych scen.
  • Wciągająca wielowątkowa historia o zemście i walce o władzę.

Uważam, że należy poprawić. 

  • Nie udało się jednak ominąć torodrogowania. Większość scen ma jednak oskryptowany i znany wynik. Nie ma szanse, żeby w którejś ze strzelanin ktoś z BG zginął. W związku, z czym wszystkie sceny walki są bez znaczenia. 
  • Wpływ graczy na sytuacje jest w większości scen ograniczony do tak zwanej jajowy. Mało znaczących zachowań, które i tak nie wpłyną na to, gdzie potoczy się historia.
  • Potężni NPC sojusznicy, którzy uwalają każdy plan bohaterów, bo wiedzą lepiej. To BG mają być w centrum historii nie superhakierka wyciągnięta przez mg z rękawa.
  • Pregenerowane postacie są asymetryczne, jeżeli chodzi o staty i wątki. 
  • Wszędzie jest za dużo szczegółów, a opisy są zbyt rozległe. Do poprowadzenia tego będzie potrzebne zrobienie tony notatek, żeby nic nie przegapić. 
  • Zabrakło dobrego podsumowania na początku — MG powinien wszystko znać zarys całej historii na samym początku, a nie dowiadywać się o kolejnych zwrotach akcji „z punktu widzenia graczy”.

Kac to wciągająca historia. Niestety taka gdzie BG są głównie widzami. Quentina z tego nie będzie.

Ola Durlej

Kac w Night City to przygoda z dobrym pomysłem i potencjałem. Początkowe założenie, charakterystyczne postaci i przemyślani NPC są jego ogromnym plusem. Jest to scenariusz, który z założenia opowiada pewną historię – historię ciekawą, ale pozwalającą postaciom graczy co najwyżej na jej odkrycie, a nie stworzenie. I to jest tutaj największa wada – wrzucenie postaci w wagonik, który mniej lub bardziej gładko toczył się będzie po torach.

Na pewno przygoda scenariusz zyskałby na porządnej korekcie, bo roi się w nim od błędów ortograficznych i stylistycznych.

Marek Golonka

Patrycja Olchowy

Cyberpunk RED to system, który ma ciepłe miejsce w moim serduszku. Liczyłam więc na porywającą przygodę w Czasie Czerwieni. Nie znajdziemy tu jednak ani tytułowego Night City, bo akcja może się dziać w randomowym mieście i wyjdzie na to samo, nie będzie też Czerwieni, ani tym bardziej akcji rodem z gry Cyberpunk 2077. Chyba, że gwiazdy ułożą się tak bardzo w porządku, że Graczom cudownie siądzie klimat rozgrywki, magicznie poczują, w jakim kierunku powinni pójść z tą historią i czego spodziewa się po nich MG. Nie wiem, jakie Wy macie doświadczenia z tego rodzaju przygodami, ale ja czuję, że wszystkie śliczne założenia wykopyrtną się na pierwszej decyzji osób biorących udział w rozgrywce. Retrospekcje mają szansę pięknie działać – vide Ostrza w Mroku – ale tu mam duże wątpliwości, że sprawdzą się w takiej formie, w jakiej proponuje to osoba autorska. Gdyby całość uprościć i nie bawić się w ten fikołek rodem z Kac Vegas, cała historia, oparta o świetne relacje i ciekawie zarysowany kawałek świata, mogłaby być perełką. Zachęcam więc do zapoznania się z materiałem, bo wprawny MG wyciągnie z tego dużo. Do poprowadzenia w tym kształcie, który został zaproponowany? Oj, będzie ciężko. 

Wojciech Rosiński

Gdyby tekst ten był scenariuszem fanowskiego filmu krótkometrażowego, to z chęcią bym takowy obejrzał. Fabuła oraz występujące w niej postacie jak ulał pasują do klimatu Cyberpunkowego Night City. Do tego scenariusz zawiera wszystko co mechanicznie jest potrzebne do jego poprowadzenia w tym nawet dwie mapy.

Scenariusz ten został jednak napisany do gry fabularnej, w której udział mają brać 3 lub 4 osoby i oceniając go pod tym kątem budzi u mnie wiele wątpliwości. Po pierwsze strutkura flashbacków, o ile fajnie nawiązuje do kultowej komedi to sprawia, że 3 z 4 głównych postaci nie mogą zginąć aż do ostatniej opcjonalnej potyczki. Po drugie sposób w jaki napisane są sceny sprawia, że na tory railroadu jest sprowadzana nie tylko drużyna ale również prowadzący ją mistrz gry. Niestety podejrzewam, że obie te wady zniechęca większość grona odbiorców. A jest to szkoda, bo jak wcześniej wspomniałem bardzo fajnie zbudowany klimat i napisane postacie po prostu zostaną zmarnowane.

Janek Sielicki

Tak bardzo brakuje pełnoprawnych, dużych przygód do CP RED. Niestety, nadal musimy poczekać. Kac ma wiele znakomitych elementów oraz równie dużo pomysłów, które sprawiają, że prowadzenie tej przygody będzie niezwykle trudne. Trzeba pamiętać o masie postaci i zależności, po prostu nie chciałoby mi się spędzać godzin na przygotowywaniu do tej przygody.

Choć autor/autorka i tytuł przywołują słynną komedię, to przygodzie bliżej do „Pulp Fiction”. Mamy tu ciekawe i dobrze opisane postacie niezależne, razem z ich przykładowymi wypowiedziami, co ładnie pokazuje, jak je odgrywać. Mamy też trochę mechaniki gry i na poziomie sceny wszystko jest w miarę jasno opisane. Są też gotowe postacie, choć opisy są troszkę przydługie – mało który gracz by to wszystko zapamiętał.

Ale mamy też te nieszczęsne flashbacki. Nikt nie może zginąć, bo się scenariusz (bo to nie przygoda, a scenariusz) sypnie. Niestety, nie widzę jak bez ostrego railroadingu miałoby to działać. Gdyby się pozbyć tego pomysłu, rozpisać tę przygodę na zasadzie klasycznej zemsty postaci z różnymi motywacjami, zostawić PN i dodać więcej Night City, byłoby świetnie. No właśnie, mało tu Night City – w filmowym Kacu postacie odwiedzają znane miejscówki i spotykają sławy (Tysona). Szkoda, że tu tego zabrakło.

Michał Sołtysiak

Cyberpunk wraca na stoły i to uderza w moją nostalgiczną sympatię do tego systemu. Dobrze poprowadzony Cyber ma moc! Bardzo mnie ucieszyło, że pojawiła się w naszym konkursie scenariusz do tej gry.

Przeczytałem i zastanawiam się, czy autor prowadził swój scenariusz oraz, czy gracze się dobrze bawili?

Mam bowiem dużo wątpliwości co do tego, bo jest to bardzo niejasny tekst, który jest bardziej teatrem Mistrza Gry, niż scenariuszem, gdzie gracze mają coś do powiedzenia. Całość jest mocno skomplikowana, cały czas trzeba sprawdzać w notatkach, czy nie pominięto jakiegoś wątku, bo retrospekcje i opisy często dają kolejne elementy układanki, tyletyle że są rozrzucone na 31 stronach. Łatwo się pogubić. Nic tu nie jest intuicyjne, wszystko wygląda jak specjalnie „zapętlenie”, żeby podnieść poziom komplikacji fabuły i ilości niewiadomych.

Pomysł na wykorzystanie motywu z „Kac Vegas” jest ciekawy, ale jeszcze trzeba go umieć przeprowadzić tak, by sceny z retrospekcji nie stanowiły de facto podstawy fabuły, a jedyne co mogą postacie graczy, to reagować i próbować się nie zgubić w podobno własnych wspomnieniach. Pobudka bez pamięci jest ciekawa, ale powinna być początkiem fabuły, a nie tylko początkiem, kolejnych objawień MG. Autor powinien rozpisać sobie to wszystko, co się dzieje, na jakimś grafie ze strzałkami pokazującymi dominującego „aktora w danej sytuacji”, a potem spojrzeć ile jest dostępnych decyzji dla graczy. Niewiele. To raczej rwane opowiadanie, gdzie MG oświeca graczy, a oni muszą się dostosować. Nie mają prawie nic do gadania, poza finałowym wyborem, a to za mało. Finałowy wybór jest zresztą mało przekonujący fabularnie, bo wszyscy mają powody, by „zabić daną osobę”. I co wtedy?

Autor nie daje również rozwiązania problemu, że w Cyberpunku postacie graczy giną, a tu nie mogą. Muszą przeżyć, tzw. „plot armor (osłona ze scenariusza)” działa cały czas. Mnie bardzo by to zepsuło rozgrywkę, bo podstawowa motywacja, czyli „instynkt przetrwania” nie jest potrzebna.

Tym samym mamy ciekawy pomysł przekuty na nieciekawy scenariusz, gdzie wszystko prawie jest z góry wiadome, nie można zginąć, MG pokazuje skomplikowaną intrygę z masą Bohaterów Niezależnych, a postacie graczy po prostu są aktorami. Nie polecam. Bo za dużo tu chaosu, a za mało Night City, które jest zresztą wykorzystane pretekstowo i mało tu mamy odwołań do samego świata gry. Quentin raczej nie będzie.

Andrzej Stój

To, co początkowo wydawało się jajcarską sesją mocno inspirowana głupawym filmem, okazało się cyberpunkowym teledyskiem napisanym specjalnie pod gotowe postacie, z których każda ma okazję zabłyszczeć realizując swój cel. Scenariusz nie dowozi jednak wszystkiego, co obiecuje, potykając się o własne nogi.

Domyślnie jest przygodą bardzo liniową, opartą na oskryptowanych scenach opisujących najważniejsze wydarzenia. Autor podejmuje wszystkie istotne wątki, dając graczom szansę by zrealizowali cele ich bohaterów. Super. Problemem jest jednak to, co stanie się w momencie gdy drużyna wyjdzie poza schemat – czytając tekst byłem w stu procentach przekonany, że zaproponowany finał ma niewielką szansę na zaistnienie (już nawet nie biorąc pod uwagę tego, że ktoś ważny dla późniejszych scen może zostać wyeliminowany podczas wcześniejszych wydarzeń). Autor wpadł we własną pułapkę – a wystarczyło przecież rozpocząć Kac szerokim kadrem z panthouse’u idoru, nie wspominając słowem które z postaci graczy są obecne.

Bez dwóch linii czasowych przygoda mogłaby stać się fenomenalną, cyberpunkową, pełną akcji opowieścią, w której będzie dość miejsca na inwencję graczy. Tu teoretycznie jest również, ale jedno niespodziewane zdarzenie wykoleja zaplanowany przebieg i MG zostaje na lodzie – musi wszystko improwizować.

Zaskoczeniem dla mnie jest moment finału – spodziewałbym się choć epilogu, w trakcie którego rozwiązuje się problem z Loftym (albo wychodzi na jaw, że akcję zaplanował szef gangu wiedzący, że Ellington i Bartok będą chcieli go załatwić – użył więc kontaktów w korporacji by uprzedzić cios).

Na koniec drobna sprawa – przydałoby się, żeby tekst przeczytała druga osoba. Jest trochę błędów, które łatwo wyłapać (np. w opisie Bartoka jest mowa o spotkaniu o północy, zaś wg rozpiski scen, ma ono miejsce o 22:00). Brakuje również współczynników postaci – przydałyby się nie tylko dla oszczędności czasu, ale też ze względu na możliwość doboru umiejętności i sprzętu, który przyda się podczas rozgrywania przygody.

Podsumowując – dobry pomysł oparty na świetnych, cyberpunkowych postaciach, który niepotrzebnie komplikuje życie MG dzieląc sceny na dwie linie czasowe.

Asia Wiewiórska

Mam złamane serce. „Kac” to świetna wielowątkowa historia, z malowniczymi bohaterami Graczy, klimatycznymi lokalizacjami i widowiskowymi scenami. Niestety, na scenariusz, w którym wszystko jest rozpisane jak w sztuce teatralnej, nie ma miejsca przy moim stole. 

FORMA

W tej komediowej bądź co bądź opowieści, zastosowano dość błyskotliwe i – nie powiem – zachęcające rozwiązanie konstrukcyjne, oparte w całości na retrospekcjach, nawiązujące do filmowego „Kac Vegas”. Bardzo lubię konwencjonalne granie, zwłaszcza jeśli nawiązanie kulturowe wspomaga zagranie dobrej sesji, i z dużą nadzieją analizowałam przedstawione tu dodatkowe mechaniki. 

Mamy więc podział scen na fazę poranka oraz flashbacków (retrospekcji), przeplatające się nawzajem, z których Gracze, jak w filmach, rekonstruują przebieg wczorajszego wieczoru. W grze odgrywa się wyłącznie wydarzenia przeszłe, stąd przyznam pomysł bardzo przypadł mi do gustu i byłam niezmiernie ciekawa czy w grze RPG jest w stanie sprawdzić się równie dobrze co w filmie. Do tego autor skłania uczestników sesji, aby implikowali konsekwencje działań Graczy w retrospekcjach na fazę poranka (np. zranienie się w rękę podczas flashbacku, rano powinno skutkować opatrunkiem i ograniczonymi możliwościami), choć potem jakby o tym chwilami zapomina, zrzucając pilnowanie tego na Prowadzącego. 

A jest czego pilnować – scenariusz jest po koreczek wypełniony bohaterami niezależnymi i powiązaniami między nimi, lokacjami, wydarzeniami, aż trudno to wszystko spamiętać. Bez własnych szczegółowych notatek raczej trudno będzie poprawnie odtworzyć wszystkie sceny, grając ma żywca. Do tego otwierająca scenariusz „Zajawka” w ogóle nie pomaga – nie wyjaśniania na czym polegać będzie cała intryga, więc potencjalny Prowadzący musi wywnioskować o czym jest ta historia z opisów scen. Po co ukrywać mainplot przed osobą, która ma tę sesję prowadzić? Nie mam pojęcia.

Na plus – szczegółowo rozpisane statystyki przeciwników i NPCów oraz naprawdę bardzo ładne i czytelne mapki. Językowo jednak trochę przyciężki, skrzeczy interpunkcja, są powtórzenia. Wymaga redakcji.

TREŚĆ 

Wydaje się na pierwszy rzut oka, że „Kac” to fajny eksperyment, który wymaga, aby Gracze i Prowadzący respektowali przyjętą konwencję i zawsze zmierzali w tym samym kierunku. Choć autor początkowo uśmierzył moje wątpliwości, informując, że wprawdzie Gracze w fazie poranka mogą tylko aktorsko odgrywać skacowanych gangsterów i nie mogą nic zrobić, w fazie retrospekcji scena należy do nich. 

A jednak, każdy flashback to praktycznie opisany krok po kroku skrypt co się wydarzy, kto się pojawi, co zrobi i dlaczego nie ma tu dużo miejsca na działanie lub decyzje Graczy. Czasami skrypt pozwoli im łaskawie zrobić co chcą, pod warunkiem trzymania się z dala od głównej fabuły. Cóż… oto przykre konsekwencje błyskotliwych rozwiązań konstrukcyjnych – publikacja jest po prostu jak scenariusz sztuki teatralnej lub filmu. Nie gry.

A szkoda, bo wspaniałe, szczegółowo opisane i zindywidualizowane postacie Graczy (swoją drogą przypominające nieco postacie na LARPa), z pewnością mogły by w imprezowym Night City sporo namieszać, gdyby tylko zostawiono im wolną rękę.

ATMOSFERA I REFLEKSJE 

Mam taką refleksję, że charakterni i dobrze zbudowani bohaterowie niezależni oraz ekscytująca siatka powiązań między nimi, to dla scenariusza naprawdę super sprawa, o ile nie „grają” w nim więcej niż Gracze. Trochę rozumiem konieczność pakowania bohaterów w coraz większe gówno, bo wymaga tego konwencja ustawiona filmowym pierwowzorem, jednak nie potrafię zaakceptować, że Gracze nie mają większych możliwości ich ominięcia lub przekucia w atut. Wiadomo – musi się skończyć tak jak się zaczęło, czyli kacem gigantem i bardzo dwuznaczną sytuacją. Dopiero 5-ta scena (ostatnia) zdaje się dawać Graczom trochę więcej swobody, wszak jej celem jest „dać Graczom szanse na wykonanie misji z użyciem swoich umiejętności i pomysłów”. Dobrze, że autor daje znać, bo można by pomyśleć, że cele są nadal takie jak we wcześniejszych scenach, czyli w skrócie:

• zbojkotować plan bohaterów;

• dać bohaterom postrzelać;

• wpakować bohaterów w jeszcze większe kłopoty;

• zaprezentować kolejnego świetnego bohatera niezależnego.

I całe backstory postaci jak para w gwizdek i w niczym tu nie pomoże silny rys osobowościowy czy proaktywność wynikająca z charakteru postaci i z samego „Cyberpunka”. W świetle reflektorów są, niestety, nieustannie bohaterowie niezależni, których autor bardzo celebruje (są sprawczy, często się pojawiają, szczegółowo opisano ich motywacje nawet gdy bohaterowie nie mają szans ich poznać, w końcu – są nawet wskazówki do ich odgrywania).

Na koniec dodam jeszcze jedno osobiste rozczarowanie: zgodnie z konwencją można by przypuszczać, że coś złego stało się Ellingtonowi podczas tej zapomnianej nocy. Tymczasem w jednej z prawdopodobnych przecież wersji zakończeń, ów może zwyczajnie leżeć obok a potem wstać i mieć się dobrze. Mam więc wrażenie, że jeżeli któryś z bohaterów nie zdecyduje się rzeczywiście sam go ubić, gra w tej rozpoznawalnej, filmowej konwencji zwyczajnie straci cały swój sens.

[collapse]

Bliźnięta z Calamochy

Bliźnięta z Calamochy – Michał Przygodzki

Edycja: 2022

System: October Rust

Setting: Historyczny (Półwysep Iberyjski pod koniec XV wieku)

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Opis:

Społeczność aragońskiej wsi Calamocha pragnie spalić na stosie dwóch transmężczyzn oraz “wiedźmę”, aby dać upust swoim napięciom. Dla rodu szlacheckiego de Calamocha to okazja, aby zaspokoić swoją wiarę w Pakt, który rzekomo go chroni. Wmieszany jest w to inkwizytor, wezwany do wydawałoby się wiejskiej awantury…
Tylko od Was zależy, czy trzy niewinne osoby zostaną uratowane!

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Rozumiem powagę i aktualność tematu, który poruszył w tym tekście autor. Osobiście jednak – ta praca podobała by mi się bardziej, gdyby wspomniane trans bliźnięta nie odgrywały tu roli ofiar, a bohaterów (moze i nawet bohaterow graczy), którzy wspomagają BG w uratowaniu wiedźmy. Mogliby rezonować z problemem piętnowania wiedźmy i ostatecznie pomóc oczyścić ja z zarzutów, stawiajac sobie za cel 'ochronę mniejszosci/ochronę piętnowanych’. Uwazam, ze takie ujęcie byloby duzo korztystniejsze dla przedstawionego tu problemu. Ale, to wyłącznie moja opinia.

W kwestii merytoryczności i grywalności – brakuje mi tutaj jakiegoś twistu. Od początku BG mają jasny cel (co jest fajne), ale ja jako odbiorca od początku wiem, ze nasza trójka jest niewinna, nie zaskoczy mnie nic, musze poprostu ich uratowac. Duzo ciekawiej dla fabuly byloby dodac zwrot akcji, ktory wprowadzilby pewien konflikt moralny – moze bliznieta dopuscili sie czegos, za co faktycznie powinni zostac ukarani i co namiętnie probowaliby tuszować. Taki zabieg dodałby więcej kontrastujących ze sobą emocji, ergo

wpłynąć na decyzję i zachowania graczy. Wybór nie byłby taki prosty – uratowac czy nie, wierzyć im czy nie? Tak samo rola cyruliczki moglaby byc bardziej rozwinieta – brak mi tu zwyklej motywacji, która mogłaby stanowić o jakims sekrecie skrywanym przez Veronicę i ergo zmusic ja do podjecia pomocy bliznietom, mimo wiadomej grozby inkwizycji.

Przygoda bardziej przypomina scenę z postawioną jasno tezą, nizeli pełnoprawny scenariusz. Oczywiscie rozumiem, ze jest to wpisane w konwencję October Rust, co Autor bardzo klarownie tłumaczy, tym niemniej nie do konca umiem ocenić ten tekst jako scenariusz. To jasno i logicznie postawiony konflikt, w ktorym moze brakuje tzw. drugiego dna, ale z drugiej strony wrzuca BG w gotową sytuację do rozwiązania. Mamy tu rozne strony tego konfliktu, duzo przeszkod na drodze i faktyczny wplyw graczy na ostateczny wynik (choć ten zaklada proste rozwiązanie A lub B). Niemniej, w mojej sesji chętnie taki wątek bym wprowadziła i skorzystalabym z gotowego tutaj modułu.

W obliczu wielu innych rozbudowanych prac, które w tym roku przyszły na konkurs, nie widzę niniejszego tekstu w finale, ale uwazam, ze jest to solidna, przemyslana praca, dostosowana do systemu, ktory Autor sobie wybrał.

PS. Przydałaby się redakcja językowa.

Piotr Cichy

Cieszę się, że ta praca skłoniła mnie wreszcie do porządnego wczytania się w October Rust, całkiem interesującą gierkę. Nadal jeszcze w nią nie zagrałem, ale może kiedyś?

Nie podoba mi się w pracy wysłanej na konkurs pozostawienie pytań i odpowiedzi w języku angielskim. Rozumiem, że ich wybór to początek rozgrywki, jak jest to opisane w podręczniku do gry, ale pozostawienie ich po angielsku w niczym nie pomaga, a jedynie burzy spójność redakcji i utrudnia skorzystanie ze scenariusza osobom gorzej znającym ten język.

„The dominant religion refuses to acknowledge the desperate need for reform.” Nie widzę, żeby ten scenariusz zajmował się reformami w kościele katolickim. Jako pomoc w improwizacji pozostawienie gotowych odpowiedzi nie jest złym pomysłem, ale jak się decydujemy napisać gotowy scenariusz, warto dodać coś oryginalnego – co zresztą, jak widzę, miało miejsce przy odpowiedzi na pytanie o wrogów czy przy zamianie deszczu w burzę piaskową.

W ogóle dosyć dwuznaczne jest napisanie scenariusza do systemu opartego na improwizacji. Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby szersze przygotowanie sytuacji – dokładniejsze opisanie jej elementów, które mogą mieć wpływ na rozgrywkę. Takie podejście poza samym pomysłem dałoby też konkretną dodatkową pomoc do poprowadzenia sesji. Podejrzewam, że autor nie zdecydował się na takie podejście z obawy przed railroadem, narzuceniem przez osobę prowadzącą sesję zbyt wiele rzeczy we wspólnej fikcji. Niestety, efekt nie jest – moim zdaniem – satysfakcjonujący. Nie będziemy mieli pełnej improwizacji ani też pełnego scenariusza do rozegrania.

To w ogóle jest kwestia wyboru systemu do pracy, którą chce się zaprezentować w konkursie. Jeśli wybierzemy system, który ma sztywną strukturę sesji i wiele rzeczy z góry założonych, to w praktyce napisany scenariusz mniej będzie mógł do tego dodać – a właśnie ten wkład jest tutaj oceniany. Nie oceniamy systemu, ale scenariusz. Moim zdaniem w „Bliźniętach z Calamochy” mamy za mało nowych rzeczy opartych o oryginalne, ciekawe pomysły autora scenariusza, żeby tę pracę wysoko ocenić.

Paweł Jakub Domownik

Nie jest fanem systemów o typu „October rust”. Osiągają to samo co torodrogujący mg, używając do tego doskonale dobranej mechaniki i struktury. To, co zostaje BG to słynna jajówa — bezcelowe odgrywanie postaci siedzących w wagoniku.

Trudno mi więc oceniać scenariusz, który jest na tę jajecznicę przepisem. Przyznaje, że atakuje poważne tematy z właściwą delikatnością, jest super dopasowany do systemu. Osiąga mistrzostwo w przejrzystym i skrótowym przekazywaniu informacji. 

Mam problem z tym, że nie wiem, jak skierować reflektor na BG, nie mam żadnych wskazówek, które pomogą nam ustalić, dlaczego sprawa palonych na stosie stanie się ostatnia reduta akurat naszych bohaterów. 

Wstrzymam swoją ocenę.

Ola Durlej

„Bliźnięta” od pierwszych znaków mocno mnie odrzuciły, jednak wraz z czytaniem zyskiwały na ocenie.

Na pierwszy rzut oka scenariusz wydaje się prosty i czytelny, jednak czytanie dłuższych wypowiedzi kursywą, duża ilość czcionek i brak konsekwencji w ich stosowaniu, jak również błędy interpunkcyjne mocno utrudniały mi zapoznanie się z tym materiałem. Ciężko było mi też przebić się przez nagromadzenie wykrzykników, oraz nietypowo skonstruowane zdania. To są kwestie, które łatwo poprawić przy użyciu gotowych narzędzi, a mocno poprawią odbiór tekstu.

Warta docenienia jest jego długość – to tylko 5 stron, na których zmieściły się wszystkie niezbędne informacje. To godna podziwu zwięzłość, o którą zazwyczaj trudno. Pozwala to na poprowadzenie przygody niemal bez przygotowania, co bywa bardzo wygodne.

Jednocześnie, scenariusz podnosi trudną tematykę i robi to z wymaganą delikatnością. Osoba autorska dba o zaznaczenie triggerów, postacie, mimo że opisane pokrótce, są dość chatakterystyczne, a ich motywacje jasne.

Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że ta przygoda niczym wagonik prowadzi graczy i MG przez kolejne stacje, nie pozwalając dojechać do końca bez odwiedzenia wszystkich z nich. Ogranicza to bardzo możliwości działania postaciom graczy.

Marek Golonka

—————————–

Patrycja Olchowy

Ta pozycja przypomina mi nieco problem, jaki miałam ze scenariuszem do systemu Psy w winnicy w jednej z minionych edycji. Na ile jest to scenariusz, a na ile po prostu założenia sesji rozpisane zgodnie ze schematem przedstawionym w podręczniku? Plus, który normalnie by się tu pojawił za krótką, przejrzystą formę, nie jest do końca zasługą autora scenariusza, a samego systemu. Tematyka mnie również nie porwała, bo choć koncept mógłby być ciekawym i trudnym problemem, tak został on zbyt płytko przedstawiony, by móc potraktować go poważnie. Przydałaby się redakcja tekstu, sensowniejszy skład oraz przetłumaczenie angielskich wstawek z podaniem angielskiego oryginału dla łatwości operowania podręcznikiem. Na Quentina stanowczo za mało.

Wojciech Rosiński

Przygoda gdzie głównym antagonistą jest Jan Paweł chcący spalić na stosie dwie osoby transpłciowe, automatyczne 21/37 punktów.

A tak na serio, to z mojego punktu widzenia scenariusz powinien wykorzystywać mocne strony systemu. W tym wypadku ta strona powinien być brak scenariusza tak wiec mamy tu błąd koncepcji. Z resztą autor przyznaje się do tego sam na początku tekstu. Do tego tragedia dla mnie jest to, że część kluczowych elementów jest nie przetłumaczona. Bije od tego lenistwem i niestety bardzo negatywnie nastawia do scenariusza. Skoro autorowi nie chce się go porządnie spisać to czemu mi chciałoby się go poprowadzic?

Janek Sielicki

October Rust to system, który z założenia nie opiera się na gotowych przygodach, co może być trudne dla osób nowych. „Bliźnięta” starają się pomóc, oferując założenia, czy też raczej sytuację startową, postacie niezależne i odpowiednie komplikacje.

Cała praca mocno wspiera mechanikę gry, często się do niej odwołując, przypominając zasady i oferując rozwiązania. Mamy też krótko, ale konkretnie rozpisane postacie niezależne.

Jestem pełen podziwu dla autora/autorki, że na zaledwie pięciu stronach zdołała zamieścić wszystkie informacje potrzebne do poprowadzenia przygody, nie przygniatając czytelników na przykład wykładem historycznym. To ogromny plus! Całość jest też czytelnie przedstawiona i zaplanowana. Natomiast wydaje mi się, że wszystko by lepiej zagrało, gdyby zaoferowano nam konkretne zahaczki dla każdej osoby grającej (ty jesteś kowalem, ty jesteś wędrownym kupcem itp.).

Fabuła może wydać się kontrowersyjna (ale mamy podane triggery) i każda grupa musi samodzielnie zdecydować czy jest na tyle dojrzała, by ten dość jednak mocny scenariusz rozgrywać i nie spłycić trudności osób trans do rozrywki przy czipsach.

Podsumowując: średnia, raczej poprawna niszowa przygoda, czy też raczej sytuacja rozpoczynająca przygodę.

Michał Sołtysiak

Jeśli w pierwszym zdaniu dostajemy następująca informację: „Społeczność aragońskiej wsi Calamocha pragnie spalić na stosie dwóch transmężczyzn oraz „wiedźmę”, aby dać upust swoim napięciom”, to się poważnie zastanawiam, czy autor umie pisać „po polsku”. Tania Sensacyjność swoją drogą, ale gramatyka, ortografia i anglicyzmy w dalszej części, w rodzaju „prep”, „trigger” itd. mnie odrzucają, bo rozumiem, że to swoisty idiolekt, ale są granice. Podobnie zastanawia nieprzetłumaczenie pomocy do gry z pytaniami z systemu, który może nie został wydany w Polsce, ale nic nie stało temu na przeszkodzie. Nie rozumiem tego zabiegu, bo nic go nie uzasadnia, ani trudność w tłumaczeniu, ani nie ma tu idiomów lub czegokolwiek nieprzekładalnego już nawet z podstawową znajomością języka angielskiego. To ma być scenariusz do użytku dla ludzi, a nie własne notatki, gdzie nie obowiązują żadne zasady.

Autor niestety również fabularnie się nie popisał. Stworzył bardzo chaotyczny scenariusz do systemu October Rust, o czasach Inkwizycji w XV Hiszpanii i próbie spalenia niewinnych etc. Nie będę się odnosił do rzeczywistej sytuacji, historiografii, stanu naszej wiedzy itd. Miałbym trochę uwag, ale to nie jest duży problem.

Kłopotem jest sama fabuła. Autor, ogólnie rzecz biorąc, nakreślił sytuację dramatyczną. Szafuje przy tym anglicyzmami i stara się przekonać czytelnika, że to scenariusz realizujący ideę systemu. Niestety October Rust wymaga, by postacie dotarły do swojej „ostatniej reduty”, a więc wymaga sytuacji dramatycznej, gdzie bohaterowie mają aż nadto motywacji do działania i jest to ich OSTATNIA WALKA/OSTATNI KONFLIKT (z naciskiem na ostatni). Tutaj jedyną motywacją jest fakt, że spalą niewinnych z powodu nietolerancji dla transseksualizmu. To nie jest OSTATNIA WALKA bohaterów z niegodziwym światem! Nie mamy żadnych wzmianek, dlaczego akurat postacie graczy są jedynymi obrońcami skazańców i czy coś im grozi, co sprawia, że ma to być ich „bój ostatni”. Nie ma żadnej wzmianki również, kim mają być postacie, by mogły realizować swoje role w fabule. Zasadniczo autor chyba zapomniała o nich.

Krótko mówiąc, bardzo źle napisana przygoda, niewykorzystująca systemu, do którego została przygotowana z ewidentnymi brakami, dotyczącymi najważniejszego elementu fabuły w RPG, czyli bohaterów graczy. Odradzam.

Andrzej Stój

Jeden ze słabszych tekstów tej edycji. Jedynym plusem jest niewielka objętość tekstu, jest to jednak słaba pociecha. Drużyna chcąca zagrać w October Rust z pewnością wymyśliłaby ciekawszą, bardziej angażującą historię w czasie potrzebnym na przeczytanie tego scenariusza.

Nie kupuję czarno-białego, naiwnego tła tej opowieści. Zły ksiądz, zły inkwizytor, zła szlachta, zły tłum wieśniaków, nawet psy są tutaj złe. W opozycji do tego zestawione są Bliźnięta, które nie wiadomo czy jedynie przebrały się w męskie stroje i przyjęły nowe imiona, czy też faktycznie stały się mężczyznami. Zgadywałbym, że to pierwsze, ale w tekście jest mowa o Pakcie, który może być prawdziwy.

Założeniem systemu October Rust jest (pomijając improwizowanie tła rozgrywki przez uczestników sesji) podjęcie ostatniej walki przez bohaterów. W tym tekście postacie domyślnie są osobami znikąd, mieszającymi się w cudzą historię z niewiadomego powodu. Graczy czeka kawał roboty, by wpasować swoje postacie w scenariusz tak, by ich obecność i starania miały sens. To kolejny argument by zamiast się męczyć z tą historią, po prostu wymyślić własną.

Sytuacji nie poprawia chaotyczny język tekstu. Kolejne sugestie dotyczące rozgrywki jedynie zabierają swobodę uczestnikom sesji, nie przynosząc w zamian wiele korzyści.

Mam wrażenie, że jest to – nieudana – próba promocji October Rust, opierająca się na przekonaniu, że współcześnie ważny temat (problemy mniejszości) z automatu poprawi odbiór. Nie poprawia.

Asia Wiewiórska

Aragonia, czyli region w którym leży tytułowa Calamocha, to obszar, w którym w XV wieku przeprowadzono wiele inkwizycyjnych procesów czarownic. Nie jestem pewna czy to akurat rola scenariusza do gry RPG, ale wiem to tylko dlatego, że publikacja niebagatelnie zainspirowała mnie do takich poszukiwań.

FORMA

Ładna rzecz, skomponowana na klimatycznym tle z dbałością o wizualną czytelność. I rzeczywiście – poszczególne rozdziały, ramki, wytłuszczone hasła, dość płynnie poprowadziły mnie przez całą zawartość, nawet pomimo bardzo irytującej praktyki umieszczania różnej wielkości czcionek w jednym zdaniu.

Niestety sam tekst nie jest czytelny, a powiedziałabym nawet – bałaganiarski, co niekiedy bardzo trudno zrozumieć: czasami stosuje pasywne opisy, czasami zwraca się bezpośrednio do Prowadzącego a czasami do wszystkich uczestników gry. Czasami pojawiają się nieoczekiwane wyliczenia od myślników a czasami akapity, które mają całe jedno zdanie i fajrant.

Na szczęście scenariusz jest krótki, choć te cztery strony jak dla mnie w zupełności wystarczą, aby wyrzeźbić z niego coś ciekawego. Wbrew przewidywaniom, jest tam całkiem sporo do zagrania, choć nie mam wątpliwości, że nie jest to gra dla początkujących Prowadzących.

Bardzo chaotycznie prowadzona jest tu także część mechaniczna. Elementy korespondujące ze strukturą “October Rust” pojawiają się w tekście w trochę losowych momentach, pomimo iż moim zdaniem spokojnie można byłoby najpierw zaznaczyć propozycje/rozwiązania/opcje fabularne, potem wskazać przeszkody a na końcu objaśnić jak te konfliktu przeprowadzić z wykorzystaniem mechaniki systemu.

Mam też poczucie, że fragment o inkwizycji jest tu całkowicie zbędnym wypełniaczem. Na poziomie podstawowym każdy kojarzy czym jest inkwizycja a do zagrania w “Bliźnięta” wcale nie jest potrzebna bardziej szczegółowa wiedza, zwłaszcza, że sam inkwizytor jest całkiem nieźle rozpisany w ostatnim rozdziale publikacji.

Nie sposób też nie przyznać, że w tekście jest zatrzęsienie niepotrzebnych i chwilami bardzo nieoczekiwanych emocji: wykrzykników, podkreśleń, wyrazistego języka ocennego. I tak sobie jednak myślę, że to nie publikacja powinna szarpać nerwy, lecz rozegrana na jej podstawie sesja. Szkoda, bo tekst staje się przez to znacznie mniej użytkowy niż na to zasługuje. Bo sam poziom emocji potencjalnej sesji – jak dla mnie miodzio!

TREŚĆ

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że ja kocham realistyczne settingi historyczne, chociaż tutaj, głównie przez wzgląd na niektóre wybory, decyzje czy zachowania bohaterów niezależnych, mam wątpliwość, czy nie jest to jednak fantastyczna wersja takich historycznych realiów. Nie na tyle jednak znam XV-wieczną Hiszpanię, żeby się na ten temat rzeczowo wypowiedzieć. Opowieści o wojnach religijnych, polowaniu na czarownice i agresywnej homofobii często pojawiają się na moich sesjach, choć raczej w settingach bliższych naszym czasom. Nie mogę więc nie docenić tematyki i wiem z praktyki, że sięgając po te wątki można stworzyć na sesji naprawdę mocne sceny.

I “Bliźnięta” bardzo o to zabiegają, choćby tym, że wszyscy bohaterowie są z góry zaangażowani w konflikt już w przedakcji. Nie ma tu miejsca na wybrzydzanie na jaką interwencję mogą sobie pozwolić, bo są już w samym centrum wydarzeń. I to jest doskonały przykład jak można umieścić bohaterów Graczy w fabule in-media-res. Już na samym początku skomponowano dynamiczną i pełną napięcia scenę z bardzo wysoką stawką – i ja totalnie uwielbiam takie początki!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Choć początkowo trochę trudno mi było stwierdzić, czy jest to opowieść o rodzie szlacheckim zaangażowanym w mroczny kult czy o homofobii, chciwości i okrucieństwie, ale po przeczytaniu całości uznaję, że w tekście aspekty te wcale się nie wykluczają i obawiam się tylko, że przy takiej dawce akcji i emocji już na samym początku, trudno będzie odkryć lub “rozwiązać” wszystkie najciekawsze wątki tej opowieści. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że ten scenariusz bohaterami niezależnymi stoi. Są re-we-la-cyj-ni, łykam ich backstory jak młody pelikan i chętnie obejrzałabym o nich film fabularny.

To natomiast co najbardziej szkodzi publikacji “Bliźnięta z Calamochy” to chaos i rozbuchane emocje. I myślę, że gdyby jedne i drugie powściągnąć i utrzymać w ryzach, porządnie przepisać, zredagować i wyjaśnić kilka wątpliwych teraz kwestii, byłby z tego solidny, mroczny i niejednoznaczny scenariusz, który z przyjemnością zaprosiłabym do swojego stołu. Póki co nie zagram w tą przygodę “as-is”, ale być może zaadoptuję przedstawionych tu bohaterów niezależnych i główny wątek fabularny do swoich projektów.

[collapse]

Przygoda bez tytułu

Przygoda – Ireneusz Worek

Edycja: Express 2021

System: dowolny

Setting: czasy współczesne

Gotowa mechanika: brak

Liczba graczy: dowolna

Gotowe postacie: Nie

Liczba sesji: 1 (?)

Opis: W mieście/wiosce trwa coroczny konkurs na najlepszego wędkarza. Zawodnicy należą do jednego z dwóch obozów Sumów lub Szczupaków.

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Przygoda na podstawie znanej copypasty o ojcu, fantatyku wędkarstwa, w konwencji nasuwającej skojarzenia z Wilqiem Superbohaterem. Przezabawna! Do tego dochodzą różnorodne wyzwania dla graczy (rozmowa -> opcjonalna walka -> śledztwo -> otwarty konflit z wędkarzem -> finałowa konfrontacja), duże pole do manewru podczas poszczególnych spotkań i bardzo barwne postacie (takich bohaterów niezależnych często próżno szukać w przygodach długich, poważnych, wydawanych drukiem). Zwróćcie uwagę, Czytelnicy, jak początkowe zlecenie od Młodego (wybicie ryb w jeziorze) i okazywana od samego początku niechęć do ryb antycypuje jego szalone, rybobójcze zapędy w finale! Minusem pozostaje względnie słaba motywacja graczy (nie każdy załapie się na wyrzuty sumienia), ale komediowa konwencja to przełknie. Swoją drogą, jakby odrobinę zmniejszyć poziom absurdu, byłby z tego solidny jednostrzał do D&D czy innego Warhammera.

Rybia plaga

Rybia plaga – Izma

Edycja: Express 2021

System: dowolny

Setting: czasy współczesne

Gotowa mechanika: brak

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: Nie

Liczba sesji: 1

Opis: W wiosce rybackiej ostatnimi czasy znikają ludzie. Postaci graczy będę skłonni zainteresować się sprawą zniknięcia ojca i wuja jednego z nich, a co odkryją w pobliskich lasach to już ich zmartwienie i sprawa co z tym zrobią.

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Scenariusz poświęca dużo uwagi na opisy. Nie polecamy tego rozwiązania przy pisaniu przygody w godzinę, niemniej… w „Rybiej pladze” opisy razem z nieoczekiwanym, krwawym zwrotem akcji wpływają na niepokojący klimat, poczucie, że coś jest nie tak. Mieliśmy w Kapitule skojarzenia z midnight movies. Poza wstępem przygoda składa się z jednego, otwartego wyzwania, co jest całkiem solidną opcją dla scenariusza do rozegrania podczas jednej, krótkiej sesji.

Najlepsi przyjaciele człowieka

Zwycięzca Quentina Express

Najlepsi przyjaciele człowieka – Jakub „Gachu” Gachowski

Edycja: Express 2021

System: autorski

Setting: mieszkanie

Gotowa mechanika: pełne zasady gry

Liczba graczy: 1-4

Gotowe postacie: Tak!

Liczba sesji: 1

Opis: Znany ichtiolog – profesor Alojzy Sum stworzył nowy gatunek złotej rybki – srebrną złotą rybkę! Brzmi absurdalnie, ale tak wyjątkowe odkrycie przyciągnęło uwagę Witolda Szczupaka. Witold to nikczemny rywal profesora, który wkrótce włamie się do mieszkania Alojzego z zamiarem ukradnięcia srebrnej złotej rybki! Na szczęście wierne zwierzaki domowe Alojzego wyczuwają niebezpieczeństwo i już szykują się na powstrzymanie włamywacza!

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Mamy konflikt, mamy dramaturgię (główny zły wzywa wsparcie), mamy uroczy pomysł i otwarte wyzwanie dla graczy. Czego chcieć więcej? Może dokładniejszego opisu mieszkania, w którym toczy się akcja – ale i bez niego wszyscy powinni się dobrze bawić. Krótka i zabawna przygoda imprezowa, naszym zdaniem zasługująca na zwycięstwo w konkursie.

Biały Jeleń

Biały Jeleń – Tomasz Latoszek

Edycja: 2021

System: Warhammer Fantasy Roleplay 2ed

Setting: Warhammer Fantasy

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Bohaterowie trafiają do wioski, gdzie odbywa się polowanie na Białego Jelenia – jego poroże jest świętym trofeum na cześć Taala, boga przyrody. Okazuje się, że w lasach znajduje się nie tylko biały jeleń, ale także wiele innych białych zwierząt, a ich obecność to zdecydowanie nie błogosławieństwo Taala, a raczej wpływ jednej z niszczycielskich potęg chaosu… Scenariusz jest do rozegrania w dowolnej edycji warhammera i przy niewielkiej modyfikacji w dowolnej części starego świata.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Krótkie streszczenie i pomysły na motywację – choć poleganie na tym, że postać gracza zainteresuje się tematym tylko z powodu ogólnie pojętej podejrzliwości może nie zadziałać w przypadku postaci, które nie są ciekawskie.

+ Przyjemnie nie-epicki powód przyzwania demona. Niziołek z kucharskimi ambicjami to interesująca odmiana od głodnych władzy magów i podobnych.

+/- Zawody strzeleckie wyglądają trochę jak mały poboczny quest zręcznościowy w grze komputerowej. Podczas sesji nie będą tak atrakcyjne, bo aspekt zręcznościowy odpadnie.

– Autor zakłada, że gracze nie przyjmą łapówki od szlachcica i nie zrezygnują z udziału w polowaniu. A jeśli jednak to zrobią, choćby po to, żeby zobaczyć jakie przyniesie to skutki? Co wtedy?

– I znowu – autor zakłada, że bez względu na wszystko Hans nie uwierzy BG. A co jeśli uda im się rzut na przekonywanie, do którego powinni mieć prawo?

– Gracze nie powinni zaczynać od odwiedzenia demona – to może być trudne do uniknięcia. Hasło „tajemnicza zniszczona posiadłość” to tak klasyczny trop, że wielu graczy może pójść tam dość szybko i przetrząsnąć budynek do fundamentów.

– Gracze mają niewielkie pole do popisu. Muszą tylko wejść do lasu, posłuchać wyjaśnień i… no właśnie, co? Dlaczego mieliby ingerować w układ między niziołkiem, a demonem? Jeśli nie są inkwizytorami pragnącymi tępić każdy przejaw chaosu, najprawdopodobniej ustrzelą kilka białych zwierząt, odbiorą nagrodę i ruszą w dalszą drogę. Właśnie dlatego tak istotne jest solidne przemyślenie motywacji bohaterów.

Michał Kuras

Podoba mi się brak liniowości tej przygody. Nie ma rozpisanych konkretnych scen, które muszą nastąpić jedna po drugiej. Owszem, pojawiają się krótkie opisy scen, a raczej ich propozycji, które mogą ukierunkować odpowiednio fabułę. Autorka zostawia jednak MG (oraz graczkom) dużo swobody w układaniu kolejności wydarzeń. Dobrze wygląda też opis głównego przeciwnika, również od strony mechanicznej (fajne są te nurglingi). 

Dużym plusem jest zgodność z grą: to jest scenariusz do Warhammera i należy go rozegrać w ponurym świecie niebezpiecznych przygód. Z drugiej strony jest nie od odróżnienia od innych scenariuszy warhammerowych.

Szkoda, że nie zostali opisani dokładniej kapłani Talla, wraz z czarami i zdolnościami, jakimi dysponują. Łatwo mi wyobrazić sobie sytuację, w której BG namawiają ich na większą współpracę w trakcie ostatecznej walki z demonem. W gruncie rzeczy czemu mieliby odmówić? Ze strachu o własne życie? Przecież wypełniają swoją najważniejszą misję.

Niestety jest niechlujstwo językowe, które utrudnia lekturę. Kilka przykładów:
-wioska raz nazywa się Ferrig, a raz Serrig;
– ochroniarz szlachcica w pewnym momencie zyskuje imię swego mocodawcy;
-część tekstu „Tajemniczy mieszkaniec” została ucięta w połowie zdania;
-mylenie graczy z bohaterami graczy.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, która nie wpływa jednak na moją ocenę scenariusza: szkoda że autor zdecydował się na 2 edycję Warhammera, a nie najnowszą wydaną po polsku, czyli czwartą. 

Myślę, że fani młotka z przyjemnością rozegrają tę przygodę, a sam tekst pomoże mistrzyni gry w przygotowaniu spotkania. Nie jest to jednak scenariusz, który może wygrać Quentina.

Janek Sielicki

Dobry, nieco groteskowy – w stylu Warhammera lat 90 (ale nie ‘polskiej szkoły’)– pomysł na główny wątek. Niestety, nieco się zagubił w zupie, do której wrzucono składniki. Sam pomysł jest ciekawy i łatwy do zaadaptowania do różnych warhammerowych systemów (mi jakoś najbardziej pasuje akurat do Soulbounda).
Trochę nie widzę też tych motywacji postaci. Autor pisze, że na przykład ktoś podejrzliwy ich tu wysłał, a potem zniechęca do badania bardzo podejrzanych ruin. Trochę tu też ciężko o konkretne tropy i ślady. Podobnie z motywacją demona. Co chce osiągnąć? Tak sobie siedzi w tej piwnicy bo…? Od trzech lat zaraża wioskę i nic w sumie z tego, prócz bólu brzucha, nie wychodzi?
Przydałaby się też druga grupa łowców (albo i dwie), dałoby to płaszczyznę nowych konfliktów. Kapłani Taala też są wrzuceni trochę przy okazji. Tę przygodę przydałoby się porządnie przeredagować i byłby fajny, jednosesyjny scenariusz z klasycznym potworem w piwnicy. Da się to poprowadzić, mamy statsy przeciwników, ale nie jest to materiał finałowy.

Marek Golonka

—————–

Marysia Piątkowska

—————–

Michał Sołtysiak

Scenariusz jest krótki, zwarty i dość przyjazny użytkownikowi (poza brakiem redakcji i korekty – to kuleje). To klasyczny Warhammer z odhaczonymi elementami: groteska, zaginiona wioska, zacofanym plebsem, zepsuciem i oczywiście Chaosem winnym wszystkiego. Wszystko jak trzeba w klasycznej staroświatowej przygodzie. 

Do tego autor podszedł praktycznie do konstrukcji tekstu. Mamy streszczenie, opis głównych postaci, motywacja ZŁEGO jest dość ciekawa, ale z tego może nie być długiej przygody. Moim zdaniem typowa drużyna nie będzie w stanie wykorzystać scenariusza. Podejrzewam, że poprzestaną na polowaniu i na tym się skończy.

Niestety poza typową motywacją: „CHAOS ZŁY! TĘPIENIE GO TO OBOWIĄZEK!” – nie ma tu żadnej dodatkowego pomysłu, dlaczego bohaterowie powinni przyjrzeć się bardziej białemu jeleniowi i innych albinosom. Jest duża szansa, że upolują jelenia i na tym skończą. Autor nie zadbał o wzmocnienie śladów demona Nurgla,  który wygląda, że nie jest żadnym problemem dla mieszkańców wioski. Daje moce niziołkowi, nikomu nie szkodzi. Zaś jak piszę autor o reszcie mieszkańców: „Większość posiada proste chałupy i nie reprezentują światłych umysłów.”. Demon dba o swoich, jest wręcz dobrotliwy. Złowrogość jego ogranicza się najwyraźniej do zapachu zgnilizny, ale i tak siedzi w piwnicy w lokalnej ruinie, więc to nie problem.

Autor powinien więc przemyśleć dwie kwestie:

  1. Dlaczego i jak drużyna ma odkryć demona?
  2. Na czym polega zagrożenie związane z demonem? Jeśli zaś nie jest groźny to jak to uzasadnić w ramach świata, gdzie Nurgle to jednak bóg zarazy, zepsucia, a nie miły dziadek od kompostu oraz butwiejącej ściółki.

Bardzo mi tego brakuje. Z takimi brakami QUENTINA nie będzie.

Paweł Domownik

Scenariusz bardzo warhammerowy w swojej esencji. Mamy tu polowania, lokalne święto w wiosce leżącej na uboczu no i oczywiście kultystów chaosu ukrytych pod tym wszystkim. Jeżeli chodzi o klimat, to przygoda trafia w samo sedno. Nawet zaprzedanie się nurglowi, by zostać mistrzem kucharstwa, w przewrotny sposób pasuje do młotkowej estetyki (tej groteskowej, bo jesienno-gawędowców będzie razić komizm).

Niestety scenariusz napisany jest w sposób urywany i (pun intented) chaotyczny, niektóre zdania się urywają, z kolei gdzie indziej prawie powtarza się całe akapity. Śmiem niestety twierdzić, że nikt nie przeczytał tego przed wysłaniem.

Za mało tutaj sugestii mechanicznych, mamy co prawda statblocki, ale poza tym tylko w dwóch miejscach dostajemy sugestie co do testów. A przecież są tu miejsca, gdzie aż prosi się o serię emocjonujących rzutów o wysokie stawki. Zarówno sugerowany turniej strzelecki, jak i polowanie to sceny jakby stworzone od tego, żeby przy pomocy kości budować napięcie.

Dostajemy tu sensownie rozstawioną plansze z aktorami i praktycznie żadnego wsparcia co z tym dalej robić. Te sugestie, które autor scenariusza daje, niebezpiecznie przypominają, wstawianie graczy na tory (nie pozwól im zbyt wcześnie eksplorować ruin). No przecież wiadomo, że jak BG dowiedzą się, że koło wioski są ruiny, to pobiegną je zbadać, imperatyw narracyjny tak mówi.

Mocno irytuje też sugestia, że jelenia nie da się upolować. Nie znalazłem w rozdziale 3 obiecanych informacji dlaczego. Ba nie znalazłem nawet rozdziału 3. Co do zasady jednak skoro BG przyjeżdżają na polowanie, to dajmy im, chodź małą szansę zdobyć trofeum.

To wszystko należałoby spiąć jakimś frontem rodem z AW serią wydarzeń, które będą się dziać niezależnie od graczy i zmuszą ich do działania.

W tej przygodzie jest dużo dobrych pomysłów. Nie ma za to informacji jak połączyć je w całość i jak stworzyć z nich emocjonująca historię. Dobra drużyna zmieni ją w fajną cotygodniową sesję w młotka, ale to trochę za mało.

Piotr Cichy

Tekst ma jasną strukturę, wszystko jest na swoim miejscu, łatwo się w tym zorientować i odnaleźć potrzebne informacje. W przygodzie mamy i sceny społeczne, i eksplorację, ostatecznie pewnie i walkę. Dla każdego coś miłego.

Proste, krótkie, warhammerowe. Nie jest to jakaś rozbudowana fabuła, ale powinna zapewnić rozrywkę graczom akurat na pojedynczą sesję. Twist jest trochę zbyt przewidywalny, ale przynajmniej dzięki temu gracze mogą nie mieć nadmiernych kłopotów z domyśleniem się, o co w tym wszystkim chodzi i Mistrz Gry nie będzie musiał się trudzić nad wymyślaniem podpowiedzi.

Garść całkiem barwnych NPCów, z którymi bohaterowie mogą wejść w interakcje, może zapewnić kilka zabawnych scenek. Wszyscy z rozpisaną mechaniką, co jest konkretną pomocą do rozstrzygania konfliktów (lub turniejów łuczniczych).

Trochę brakuje tu jak dla mnie jakiejś konkretnej korzyści dla graczy. Po rozegraniu tej przygody postaci graczy zapewne pozostaną równie biedne jak i wcześniej. Chyba że oszukają kogoś sprzedając mu truchło białego jelenia. Szkoda, że nie ma konkretnej informacji, ile mogą na tym zarobić (zanim oszustwo nie wyjdzie na jaw i będą ścigani listem gończym). Łatwo jest tu zarazić się jakąś chorobą przy tym całym interesie. Cóż, pasuje to do mroczno-prześmiewczego klimatu Warhammera.

Zasadniczo nie widzę większych błędów w tym scenariuszu. Sytuacja jest na tyle otwarta, że gracze mają dużą wolność, co zrobić, a to jest według mnie najciekawsze w rpg. Dobrze, że autor umieścił w puszczy kapłanów Taala – dzięki temu jeśli gracze będą chcieli wystąpić przeciwko demonowi, mają gdzie znaleźć wsparcie. Fajnie też, że przewidziana jest opcja skłócenia demona z niziołkiem – z demonem da się porozmawiać i wpłynąć na jego działania. Bardzo doceniam takie alternatywy wobec bezmyślnej walki.

Witold Krawczyk

Mam wrażenie, że to przygoda ekologiczna – demon, w gruncie rzeczy nie taki zły, traktuje mutanty jak swoje dzieci, a niziołek urządza na nie polowania, żeby jego interes się kręcił. Jako gracz chciałbym sprzymierzyć się z demonem, bardzo mi się podoba taki subwersywny Warhammer. Główny problem w tym, że scenariusz ma zawiązanie akcji i potencjalne finały, ale nie ma rozwinięcia – brakuje mi choćby pomysłów na sceny, które mogą się dziać między początkowym spotkaniem w karczmie a ostateczną konfrontacją z niziołkiem i demonem; brakuje mi pomysłów na to, jak wciągnąć w to emocjonalnie graczy, żeby zaraz po krótkim polowaniu nie poszli sobie do domu. Niemniej – jeśli MG uzupełni braki improwizacją albo własnymi przygotowaniami, z „Białego jelenia” powinna wyjść ponadprzeciętnie dobra sesja.

Andrzej Stój

Krótka przygoda do drugiej edycji Warhammera o niewielkiej objętości. Na początek miłe zaskoczenie – nadaje się do wykorzystania z dowolnymi bohaterami! Fabuła nie ma ustalonego przebiegu – grupa może (niemal) swobodnie przemieszczać się po okolicy i realizować cele według własnego widzimisię. Choć jest zaznaczone, że to przygoda do Drudycji, nie czuć tego w tekście. To bardziej swojski Mójhammer, oparty na wizji Starego Świata widzianego oczami autora.

Czytając Białego jelenia miałem wrażenie, że musiała być to dobra, cotygodniowa sesja poprowadzona w zgranej ekipie. Nic wyjątkowego, ale też nie przygoda, której prowadzący musiał się wstydzić.

Zastanawiam się dlaczego autor wybrał Dziadka Nurgle jako odpowiedzialnego za całe zamieszanie. Przemiana formy, nienaturalny wygląd bardziej pasują do Tzeentcha. Również sam charakter pragnącego sławy kucharza sugeruje, że Pan Przemian prędzej mógłby zainteresować się spełnieniem jego marzeń.

Trochę niezgrabnie została wybrana kryjówka demona (co skutkuje sugestią by MG zniechęcił graczy do eksploracji jej otoczenia – już widzę, jak ekipa odpuszcza ;)), ale to najmniejszy problem związany z tą istotą. Nie rozumiem jej motywacji. Jest inteligentna, dość silna, może robić co chce. Czemu siedzi od 3 lat na tyłu, zajmując się tylko żarciem i wybielaniem zwierząt? Wredny, cwany obżartuch powinien knuć coś za plecami kucharza. Mógłby znaleźć sobie nowych, bardziej wartościowych wyznawców i planować wystawienie (czyt. pożarcie) ambitnego niziołka. Myślę, że pewne sprawy uprościłoby podmienienie demona przedmiotem pozwalającym hipnotyzować dzikie stworzenia i pozbawiać je koloru.

Swoją drogą, prowadząc tę przygodę wprowadziłbym do niej 2-3 grupy niby-łowców, w rzeczywistości inkwizytorów, kultystów, przedstawicieli kolegiów itp. Wszyscy udawaliby zainteresowanych upolowaniem zwierzęcia błogosławionego przez Taala, a w rzeczywistości szukaliby źródła spaczenia. W takiej wersji Białego jelenia drużyna mogłaby grać rolę języczka u wagi – strona, którą by wsparli zyskałaby przewagę i prawdopodobnie osiągnęła swój cel. Oczywiście byłoby tam sporo miejsca na kłamstwa i zdrady.

[collapse]

Zielona Nadzieja

Zielona Nadzieja – Konrad Guła

Edycja: 2021

System: Cyberpunk RED

Setting: Cyberpunk RED

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1+

Dodatki: brak

Opis:

Poniższa przygoda przeznaczona jest do systemu Cyberpunk RED. Prosta struktura sprawia, że idealnie nadaje się do rozegrania z grupą, która dopiero zaczyna swoja przygode z Cyberpunkiem. Intryga nie powinna sprawiać szczególnego wyzwania dla Mistrza Gry, ale otwarta struktura wymagaċ będzie sporej dozy improwizacji i zdolności do interpretowania poczynań graczy pod kątem zaprezentowanej sytuacji.

Rozegranie przygody powinno zająć około sześciu godzin, ale oczywiście wszystko zalezec bedzie od tempa rozgrywki i ilości detali, które wprowadzi MG. Grupy, które lubują się w atmosferze i odgrywaniu postaci prawdopodobnie spędza okolo osmiu godzin rozgrywając zaprezentowana intrygę. Z drugiej strony MG może rozegrać tę przygodę w cztery godziny, jeśli skupi się na jej najważniejszych elementach i będzie odpowiednio dozować ilość informacji.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ BG są dobrze zakorzenieni w lokalnej społeczności, dzięki czemu gracze od razu będą integralną częścią świata.

+ „Tak, ale” to interesujący patent, dzięki któremu lokacja nabierze niepowtarzalnego charakteru, wciąż pozostając biedną okolicą. Mimo wszystko lepiej nie nadużywać tego pomysłu.

+ Dobrze rozpisane, zwarte streszczenie przygody z wypunktowanymi celami MG to cenna pomoc przy prowadzeniu.

+/- Dobrze, że MG i gracze mają wolną rękę w prowadzeniu śledztwa, ale zostało ono opisane trochę zbyt pobieżnie. Na jakie poszlaki mogą się natknąć? Jak mniej więcej wygląda budynek, do którego próbują się dostać? Kogo mogą tam spotkać? Jak przykładowo można przedstawić sceny pokazującą agresję gangu? Świetnie, że autor podaje cele MG, przydałoby się jednak parę sugestii, jak doprowadzić do ich realizacji.

– Jeśli gracze mają czuć się częścią lokalnej społeczności, trzeba pozwolić im, by się tak poczuli. Przydałoby się wprowadzenie, podczas którego weszliby w krótką interakcję z sąsiadami, podjęli jakąś pomniejszą decyzję, zbudowali więź z tutejszymi NPCami. Bez tego ich „tutejszość” pozostanie tylko na karcie postaci, a szkoda tracić taką okazję – jeśli gracze poczują więź z NPCami, będą mieli dodatkową, silną motywację, by zająć się sprawą Cortota, który przecież torturuje mieszkańców blokowiska.

– Zachęcanie MG, by nie planować sztywnego zakończenia jest chwalebne, ale mało pomocne. Przydałoby się kilka wskazówek, jak je poprowadzić, jeśli MG nie czuje się na siłach, by w stu procentach improwizować.

Marek Golonka

Prosty i elastyczny scenariusz, który imponuje mi staraniem, by ułatwić MG improwizację i zawsze wyjść dobrze, czego gracze by nie zrobili. Początkowa sytuacja – osiedle z działającym układem między lokalsami a bandytami i nadgorliwą ochroną, która to psuje – jest ciekawa. Nie jestem za to pewien, czy scenariusz nie zakłada zbyt szybko, że gracze staną po stronie status quo i zgodzą się szukać brudów na szefa ochrony. Przy tym – scenariusz zakłada, że z czasem mogą stanąć po jego stronie, więc nie byłoby większych problemów z prowadzeniem go postaciom, które od razu wybiorą tę drogę.

Bardzo podoba mi się to, że scenariusz przedstawia informacje do zdobycia i pomysły na to, jak je zdobyć, a nawet więcej – listę wymogów, które muszą spełnić sceny zdobywania ich, by być ciekawe. Dzięki temu czuję, że sesja na podstawie Zielonej Nadziei byłaby w całości prowadzona przez wybory graczy, ale ja jako prowadzący zawsze miałbym pomysły na ciekawe zwroty akcji. 

Zielona Nadzieja wyznacza wysokie standardy, gdy chodzi o doradzanie MG i pomoc przy improwizowaniu sesji. 

Michał Kuras

Scenariusz spodobał mi się już od samego początku. Autor często podsuwa drobne smaczki, które mają pomóc w zbudowaniu atmosfery, zaprezentowaniu zarówno miejsc (opis arkologii Zielona Nadzieja) jak i ludzi (Mekka, John) w odpowiednim świetle. Reguła „tak, ale..”, którą mają kierować się MG odpowiadając na pytania graczek o świat jest zgodna z moją wizją erpegów. 

Konstrukcja fabuły bardzo mi odpowiada. Mamy scenę wprowadzającą, w której graczki zostają wprowadzeni w sytuację, świat i zadanie. Druga część, to niczym nie ograniczona w swobodzie eksploracja, w trakcie której BG poznają lepiej sytuację, jej zawiłości, przesłuchują świadków, zdobywają tajne informacje itd. Ważne jest, że choć mamy tu olbrzymią swobodę, to MG nie jest zostawiona sama sobie: są tu podpowiedzi jak reagować na działania BG, a kilka tabel losowych na pewno ułatwi zaimprowizowanie scen. W samym finale graczki podejmują decyzję, domyślnie stając po jednej ze stron, choć łatwo wyobrazić sobie, że znajdują jeszcze inne rozwiązanie.

Bardzo dobrze, że wiele elementów ma umocowanie w mechanice gry.

Tekst nie jest pozbawiony częstego w erpegach błędu dziwnej chronologii wydarzeń. Przykład: Cortot od (dopiero) dwóch tygodni jest w Night City, ale „stopniowo pozbywa się niepożądanego elementu”. Gdyby od tygodnia z hakiem usuwał dealerów czy gangerów, to należałoby to nazwać szybkimi działaniami. Stopniowo tymczasem sugeruje wolne działanie. Jest w nim także sporo niechlujstwa, literówek i drobnych błędów, które choć nie ujmują scenariuszowi jako materiałowi na sesję, to jednak utrudniają lekturę.

Janek Sielicki

Autor nie ukrywa, że jest to prosta, startowa przygoda i wszystko jest do tego dostosowane. Rejon działania graczy ograniczono do jednej arkologii, konflikt z przygody jest istotny w tej mikroskali i ma znaczenie dla graczy, co wielokrotnie podkreślono. Decyzje Krawędziarzy mają znaczenie, a autor podrzuca tropy w czytelny sposób. Nie ma tu jakiś epickich akcji, całość przypomina małobudżetowy thriller, ale znowu – to przygoda dla początkujących. Jest tu też sporo praktycznych przykładów i narzędzi, na przykład krótki opis gości z Militechu, zmiany w mechanice NPC-ów. Najważniejsze – można prowadzić od razu po przeczytaniu. Plus za mapki!
Ale… jak na przygodę dla początkujących ciut tu za mało szczegółów. Na przykład na barki MG zrzucono wymyślenie całej arkologii, a kilka nawet kilkuzdaniowych opisów fajnych miejscówek oszczędziłoby czasu i pracy. A przecież związek BG z tym miejscem jest tu najważniejszy. Zamarzyła mi się wręcz osobna Ścieżka Życia do tej arkologii.
Praca jest też nieco niechlujna – dużo literówek, urwane zdania, brak polskich znaków. Na początku brakuje kilku zdań podsumowania o co chodzi w przygodzie.
Zielona nadzieja to całkiem dobra przygoda, ale nie do końca dla początkującego – wymaga od MG bardzo dużo własnej inwencji i umiejętnego prowadzenia, znajomości różnych technik. Próbuje uczyć i podpowiadać, oferuje przydatne elementy i trochę zakłada, że ‘no to teraz będą się kłócić’. Najważniejsze – można ją poprowadzić właściwie od ręki (jeśli jest się doświadczonym MG), wykorzystuje świat i mechanikę systemu (są Architektury, duży plus!), ale też nie oferuje nic nadzwyczajnego. Jednak im więcej o niej myślę, tym bardziej mi się podoba, właśnie za małe „Night City” – idealne na pierwszą przygodę.

Marysia Piątkowska

bardzo fajna praca, klarowna, zwięźle przedstawiona, nie gubiłam się w wątkach i wydaje mi się, że Autor to: po pierwsze doświadczony MG, a po drugie odrobił lekcje z komentarzy do prac Quentina z poprzednich lat oraz – chyba oglądamy podobne prelekcje 😀
Tak czy siak nie jest to przygoda napisana dla początkujących graczy, doceniam luz i pewność siebie oraz kontrolę treści Autora, ale skoro zaznacza, ze to historyjka dla początkujących, to powinien bardziej postarać się nakreślić szczegóły i trochę „pomóc” lub „poprowadzić za rękę” początkujących MG, którzy nie zjedli zębów na improwizacji podczas sesji.
Ale, serio, podobało mi się.

Michał Sołtysiak

Po lekturze muszę od razu powiedzieć jedno: to bardzo dobra, niedopracowana przygoda. Jest potencjał, jest pomysł, ale jak to mówią, trzeba go jeszcze czymś obudować. Tutaj zabrakło tej pracy. Jeśli jednak Cyberpunk w edycji RED będzie się rozwijał w kierunku tworzenia „lokalności”, tak jak w tym tekście, to zostanę jego wielkim fanem.

Urzekła mnie bowiem idea cyberpunka, gdzie nasi bohaterowie mają dom, nie muszą wybijać się jak kometa w dżungli megalopolis, ale są związani ze swoim blokiem, ulicą etc. Są u siebie, a nie pomykają anonimowo, licząc na wybicie się na billboardy. Poza już nie jest wszystkim, dom jest.

Tylko, że po tym zachwycie przyszło zastanowienie, że brakuje scen budujących obraz świata i plastycznego tło. Autor pisze o lokalności, ale nie tworzy więzi dla bohaterów, choćby jednej sceny, gdzie mogą poczuć się w swoim domu, gdzie znają ludzi itd. Można to było chociażby osiągnąć przez stworzenie po kilku BN-ów-mieszkańców arkologii, którzy by znali i lubili naszych cyberpunków, byli im coś winni, wdzięczni, znali ich z dzieciństwa etc. Podobnie konflikt nie jest zbudowany na pokazaniu różnych punktów widzenia, gdzie bohaterowie usłyszą opinie na temat, będą mogli zbudować swoje własne zdanie przed finałową walką itd. Wiem, że to nudne opisać kilkunastu nudnych BN-ów bez statystyk, dla scen socjalnych i wymyślić ich powiązania z bohaterami graczy, wiem, że sceny socjalne mogą być nudne, a Cyberpunk ma być szybki. Na Quentina jednak potrzebne jest nie tylko stworzenie fajnego pomysłu, ale również pokazanie sprawnej jego realizacji i tworzenie motywacji dla postaci. Mają na koniec zdecydować i wybrać jedną ze stron. To zaś wymaga zbudowania dla tego wyboru fundamentów. Jeśli zaś mają się czuć u siebie, potrzebują kotwic i korzeni fabularnych. Tu mi tego wszystkiego zabrakło.

Polecam jednak, jako ciekawy pomysł, po dopracowaniu, powinien hulać i pozwolić na stworzenie niezapomnianej sesji, bardziej dramatycznej i przejmującej, niż zwykła strzelanina, gdzieś na ulicach Night City.

Paweł Domownik

Zielona nadzieja to jednocześnie bardzo prosty i bardzo ciekawy tekst. Czwarty scenariusz w tym roku i pierwszy z porządnym wstępem. Kawa na ławę wyjaśnia, o czym jest przygoda, podsumowuje, co nas czeka dalej.

Bardzo podoba mi się, jak scenariusz buduje świat. Przywiązanie graczy do jednej Arkologi to super zabieg, jednocześnie pokazuje gigantyczną skalę osiedla przyszłości i wiąże BG z fabułą. Stawka nie jest byle jakie osiedle — ale ich dom.

NPC-e nie są może szczególnie wydumani, ale to porządne cyberpunkowe klisze, z którymi każdy mg będzie wiedział co zrobić.

Materiał ma świetną otwartą strukturę. Tak że chwilami bardziej niż scenariuszem nazwałbym go hackiem oryginalnej gry czy po prostu poradnikiem. Żeby nie było, to są bardzo dobre rady, ale trochę niewystarczające. Gdyby do dobrej zasady jak budować NPC dodać jeszcze tabelkę — generator takowych nie miałbym więcej pytań. Tak czuje, że jednak mg jest za bardzo pozostawiony samemu sobie. W końcu po to sięga po gotowy materiał, żeby część roboty odwalić za niego.

Mechanicznie wszystko jest bardzo fajnie ogarnięte. Chyba wolałbym jednak przykładowe stopnie trudności dla niektórych działań (jak w Lady Blackbird) od wymyślania nowych ogólnych zasad wyliczania stopnia trudności.

Jeżeli chodzi o plota, jest on raczej klasyczny, BG muszą rozpoznać nową siłę na dzielnicy i zdecydować co z nią zrobić. Finał będzie wybuchowy, choć mam wrażenie, że byłby jeszcze mocniejszy, gdyby mocniej zagrać konsekwencjami wyboru na dalsze życie BG. W końcu sprawa toczy się o ich dom.

To, czego jeszcze zabrakło to jakiegoś plot twista, nagłej zmiany optyki czy zaskoczenia, którą można by wrzucić pod koniec gry. Niestety w tej wersji jest od początku do końca dość przewidywalne.

Strasznie narzekam, ale to dlatego, że Zielona nadzieja bardzo mi się podoba i chciałbym, żeby była jeszcze lepsza. To fajny nowoczesny materiał, gdyby dawał nieco więcej wsparcia, na etapie szukania brudów, byłby pewnym kandydatem do finału.

Piotr Cichy

Bardzo fajny, zgrabny mały scenariusz o przejrzystej strukturze. Wie, o czym jest, skupia się na najważniejszych elementach. Gracze mają jasny cel, a przy tym dużą wolność w zdecydowaniu, co zrobić z sytuacją, którą poznają.

Widać, że autor jest doświadczonym Mistrzem Gry. Rady jak prowadzić scenariusz są bardzo dobre. W tekście zawarto kluczowe informacje potrzebne na sesji, z sugestiami jak improwizować resztę.

I tutaj jest mój największy kłopot z zaprezentowaną pracą. Jest idealna dla kogoś, kto umie dobrze improwizować cyberpunka, ale daje za mało wsparcia dla osób mniej biegłych w tej konwencji. Uważam, że warto było zamieścić więcej wsparcia dla potencjalnego MG, który by to chciał prowadzić – więcej propozycji scenek (tabela wydarzeń jest tu dobrym narzędziem, ale raczej uzupełniającym), a przede wszystkim więcej gotowych NPCów. Oczywiście postaci graczy mogą mieć swoje kontakty, znajomych i inne postaci tła, wymyślone przez graczy. Ale przesłuchując świadków podczas prowadzonego śledztwa dobrze byłoby mieć na podorędziu garść takich przykładowych postaci. Nie potrzeba pełnych rozpisek ani niczego w tym guście. Wystarczy parę zdań – imię lub ksywka, wygląd, co osoba myśli o całej sytuacji (choćby skrótowo imieniem jednego z głównych NPCów – że popiera jego punkt widzenia), jakaś ciekawostka, którą można wpleść w scenę. Zbiór takich przykładowych NPCów zająłby pewnie stronę tekstu, więc nie rozdmuchałby nadmiernie objętości pracy, a byłby bardzo przydatny.

Bez tego główna część przygody, śledztwo, jest w dużej mierze do wymyślenia przez MG. Bardzo dobrze, że autor stworzył listę informacji, które można zdobyć i drugą z potencjalnymi sposobami ich zdobycia. Także tabelka do losowania wydarzeń jest bardzo dobra. Bez tego w scenariuszu ziałaby poważna dziura. A w tej chwili mamy solidne rusztowanie i pozostaje jedynie wypełnić je konkretnymi scenami. Jeśli MG umie zręcznie improwizować w konwencji cyberpunka, to nie potrzebuje niczego więcej. Ale myślę, że dla wielu osób to będzie za mało.

Świetnym przykładem problemu jest sekcja Zakończenie. Autor stawia bardzo dobre pytania wskazując, żeby opowiedzieć o konsekwencjach wyborów graczy. Przydałoby się dodać kilka propozycji odpowiedzi, żeby ułatwić robotę MG, zwłaszcza, że podstawowych możliwości, co zrobią bohaterowie, nie ma aż tak dużo. Dałoby się do każdej coś podrzucić.

Podobnie z sugestiami, żeby odmalować na tyle plastycznie arkologię i jej mieszkańców, żeby przejąć ich losem graczy. Mamy w tekście jeden akapit w otwierającej scenie, który daje fajną wskazówkę, w jakim kierunku powinno się to robić na sesji. Ale dla mnie jest tego za mało.

W tekście zostało dużo literówek, przydałaby się lepsza korekta. Podobnie jest problem z polskimi znakami w niektórych użytych czcionkach.

Schludne, funkcjonalne mapy – przydatna sprawa, ale nie wnoszą znacząco wiele do scenariusza. Może warto było dodać parę szczegółów, a nie zostawiać tylko sugestii, żeby MG dodał je w opisie? Niekoniecznie na mapkach, może jakaś tabelka ze scenografią w tekście?

Bardzo fajnie dobrane obrazki do głównych NPCów, świetnie pasują.

Przygoda, którą dość trudno byłoby wpleść w toczącą się kampanię, ale może być wyśmienitym początkiem nowej lub satysfakcjonującym jednostrzałem.

Witold Krawczyk

Bardzo mi się podobają porady odnośnie prowadzenia i improwizacji – wyglądają oryginalnie, śmiało i grywalnie, kojarzą mi się z grami PbtA. Myślę, że sprawdzą się jako poręczna i nowatorska alternatywa dla scenariusza-śledztwa rozpisanego trop po tropie. Bardzo podoba mi się też otwarcie się na wybory graczy i na losowość, a także, co równie ważne – skupienie się na dramaturgii (przygoda ma ze trzy zwroty akcji, stawiające graczy przed nowymi decyzjami: ujawnienie zbrodni Cortorta, ujawnienie ucisku wprowadzanego przez gang, konflikt Johna i Mekki). 

Brakuje mi w Zielonej Nadziei konkretów i szczegółów odnośnie tła przygody (np: co dokładnie złego robi gang Bullet Hall? Czym napotkani przez BG ćpuni, pozerzy, gangsterzy różnią się od stereotypów, jakie pierwsze przyjdą do głowy MG? Blizna po kuli na ręce jest spoko, ale poproszę o więcej). Brakuje mi też korekty językowej.

Jednak ogólnie ten scenariusz jest nowatorski, grywalny, emocjonujący.

Andrzej Stój

Upadająca arkologia, niszczejące bloki, ciągnące się w nieskończoność klatki schodowe z odłażącym płatami tynkiem, wszechobecne ćpuny („kierowniku, poratuj pan piątką…”). Znany i lubiany krajobraz, tło w sam raz do przygody, w której bohaterowie muszą wziąć na celownik nowoprzybyłego pracownika korporacji, burzącego ustalony porządek.

Początkowo nie kupiłem pomysłu na Zieloną nadzieję, ale po przeczytaniu całości uważam, że jest całkiem niezły. Sprzeczne interesy i brak jednoznacznie dobrej/złej strony sprawią, że Krawędziarze prawie na pewno poszukają rozwiązania najlepszego dla nich (przy czym dla każdej drużyny będzie to coś innego). Autor narzuca na grupę niewielkie ograniczenie (bycie mieszkańcem tytułowej arkologii), ale nie jest to coś, czego nie da się ominąć – choć szczerze przyznam, że jako MG nie miałbym nic przeciwko rozpoczęciu kampanii właśnie tym materiałem.

Zielona nadzieja ma jednak pewne wady. Największą jest brak konkretów. MG sięgający po ten tekst nie dostaje gotowca, tylko szkielet do obudowania. Z jednej strony, autor daje sensowne rady (np. by nie tracić czasu na scenki z BNami, którzy nie mają nic do zaoferowania). Z drugiej, przykładów ich zastosowania jest bardzo mało. Sięgając po gotową przygodę nie chcę czytać o tym jak tworzyć ciekawe postacie tła, tylko je dostać. Swoboda w środkowej części (kiedy ekipa gromadzi potrzebne informacje) jest dobra, ale zrzucanie większości pracy na barki MG już nie. Szkoda, że nie pojawił się tu opis choćby pięciorga przykładowych informatorów z charakterem.

W tekście jest sporo literówek, z których tylko część jest z gatunku nie podkreślonych przez edytor tekstu. „Ć” zmienia się w „c”, „ś” w „s”, słowa są źle odmieniane… nie wpływa to na zrozumienie tekstu, ale irytuje – bo przecież gdyby ktoś poza autorem przeczytał tekst, wychwyciłby większość bez problemów.

Myślę, że oceniłbym tę przygodę wyżej, gdyby autor zadał sobie trud wyręczania prowadzącego z najcięższej pracy. Szanuję otwartość Zielonej nadziei, nie wymaga ona jednak ograniczenia się do ogólnych wskazówek. Wystarczyłoby dać trzy konkretne informacje i dodać do każdej z nich trzy sposoby (osoby, miejsca, sprzęt komputerowy) dotarcia do nich by większość roboty MG mieli z głowy. Pomóc tu mógłby ktoś, kto oprócz autora przeczytałby Zieloną nadzieję (patrząc na literówki i inne błędy zgaduję, że tak się nie stało). Podsumowując – pomysł z potencjałem, nad którym trzeba było jeszcze trochę popracować.

[collapse]

Krwawa mgła

Krwawa mgła – Aerthevist

Edycja: 2021

System: D&D 5ed

Setting: Klasyczne fantasy

Liczba graczy: 4-5 postaci na 5. poziomie.

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1+

Dodatki: Mapy: krypta, osada

Opis:

Przygoda dla 4-5 postaci na 5. poziomie. Drużyna będzie musiała przeprowadzić śledztwo, aby ustalić, co wydarzyło się w niewielkiej osadzie i następnie zneutralizować wszystkie zagrożenia. Istotną kwestią jest mierzenie upływu czasu.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Zwięzłe, jasne streszczenie tła fabularnego.

+ Zestaw haków fabularnych! MG będzie miał większą łatwość we wpleceniu przygody do swojej kampanii.

+ Jasne, zwięzłe i łatwe do szybkiego znalezienia informacje dotyczące postaci i wydarzeń.

+ Wydarzenia urozmaicające śledztwo, takie jak próba linczu na zielarce (i ewentualna konfrontacja z jej duchem) wprowadzą do sesji nieco życia i większą sprawczość graczy.

+/- Scenariusz oferuje dość poprawną przygodę, ale pomysł jest jednak zbyt prosty, aby praca trafiła do finału. Gracze prowadzą śledztwo, mogą zapobiec linczowi, odkrywają sprawcę morderstw i zabijają potwory.

– Dwie próby linczu na jednej sesji mogą być trochę monotonne, nawet jeśli szanse potencjalnych ofiar są różne 😉

Marek Golonka

—————————

Michał Kuras

—————————

Janek Sielicki

Na pierwszy rzut oka całkiem niezły scenariusz, jednak taki bardziej „warhammerowy” niż dedekowy. Autor zakłada bardzo rozbudowane śledztwo, ale mam mocne przeczucie, że większość drużyn od razu pomaszeruje na cmentarz. W dodatku przygoda zakłada, że mgła poluje co 3-4 dni – przez ten czas drużyna zdąży już wszystko dokładnie przeszukać, odpocząć i właściwie zawsze będzie w pełni sił.
Problemem są też przeciwnicy – 5 ghouli i boss, czyli mgła (SW 3!) to jest nic dla drużyny na 5. Poziomie. A w wiosce mieszka jeszcze mag, którego przecież drużyna może przekonać do pomocy (choć przygoda z góry zaznacza, że nie, ale jak dobrze rzuty kośćmi/targi pójdą, to co?). Do tego kilka wyzwań w nieciekawie zaprojektowanych podziemiach. Problemem może być też to, że mgła występuje tylko w MTF i część polskich graczy nie będzie miała jej statystyk.
Zdecydowanie brakuje tu czegoś więcej, prawdziwego zagrożenia (np.: mgła się mnoży, przywraca życie wampirowi-który-jednak-nie-zginął, to mag wynajął niziołki i teraz ściemnia).
To mogła być fajna, klasyczna przygoda: tajemnica-śledztwo-lochy, odkrycie prawdy (np. tego ściemniającego maga), powrót do wioski i rozstrzygnięcie. A wyszło dużo pisania, które pewnie się większości drużyn nie przyda.

Marysia Piątkowska

Pierwsze, co rzuca się w oczy to eskalacja konfliktu i konstrukcja śledztwa. Dostając na pierwszy rzut oka i ucha informacje o rozkopanych grobach, ciężko, żeby gracze chcieli krok po kroku odkrywać intrygę, skoro odpowiedz czai się tuż za rogiem. Z opisu wynika tez, że mgła „wtargnęła” do domów, co oznaczałoby, że nie miała zaproszenia. Autor mógł pominąć ten szczegół na potrzeby przygody, bo ewidentnie jest niespójność – dla mnie nie jest jasne, jak w takim razie mordowała osoby we śnie.
Poza tym, przygoda, jak na jeden prosty wątek, wydaje się przyjemna i łatwa, w sam raz na niedzielne popołudnie. Wampiry w tle, mrok, horror. To też, jak dla mnie, bardziej warhammer niż DD, ale nie widzę problemu, żeby rozegrać tę przygodę w ravenloftowych klimatach. Intrygi w wiosce vs większe zło, ot tyle. Szukałabym większej stawki i jakiegoś twistu z tą historyjką. Nie widzę tej pracy w finale, ale jeśli Autor trochę podszkoli warsztat, to za rok, why not 🙂

Michał Sołtysiak

Przygoda do DnD, która pachnie Warhammerem na milę i to taką staroświatową. Mamy niziołki – hieny cmentarne, wampiry, ghule, generalnie nierozgarniętych chłopów, krasnoluda alkoholika itd. itp. Można się fajnie bawić, ale najpewniej krótko.

Autor niestety bowiem wierzy w prawo przekory, że jak gracze usłyszą o nekromantach, rozkopanych grobach na cmentarzu, ghulach na cmentarzy, martwym grabarzu – krasnoludzie – alkoholiku na cmentarzu i wampirach, które mogą wstać na cmentarzu; to na pewno nie pójdą na cmentarz.

Opisał dużo tropów dodatkowych, ale brakuje czegokolwiek poza przekorą u graczy, co popchnie drużynę do eksploracji czegoś więcej niż mogilnika (bo ile razy można powtarzać cmentarz).

Moim zdaniem sesja najpewniej będzie krótka, nasi łowcy wampirów pójdą na cmentarz, a dwie trzecie tekstu przygody się nie przyda.

Ciekawy jestem jak wyszło podczas testów autorowi. Może ma przekornych graczy? Ja jednak całkiem poważnie ocenię, że przygoda akurat na typową sesję, może być fajnie, ale bez rewelacji, no i Quentina za nią nie będzie. I niestety nie piszę tego z przekory.

Paweł Domownik

Parafrazując Gombrowicza: „Krwawa mgła” to pierwszorzędna przygoda drugorzędna. Prosta, przyjemna i bardzo porządnie napisana.

Bohaterowie mają tu do eksploracji świat małego miasteczka, nękanego przez nieumarłych. Samo backstory ma mocno warhammerowy vibe i chyba jest jedną ze słabszych części tej przygody. Dostajemy parę sensownych zahaczek jak wprowadzić graczy w otwartą strukturę.

Przygoda bardzo fajnie gra Twin Peaksowym motywem odkrywania kolejnych warstw i zdobywania wiedzy. Wielu mieszkańców miasteczka skrywa sekrety, na które wpaść mogą BG. Bogini questów pobocznych Inconsequentia też obficie pobłogosławiła ten tekst, szkoda, że są one nieco komputerowe w swoim charakterze. To, co chętnie bym tutaj zobaczył to tabele plotek i generator „zwykłego mieszkańca”.

Świetne jest to, że działania graczy, a zwłaszcza opóźniania się z wykonaniem głównego zadania będzie miało wpływ na sytuację w wiosce. W miarę pojawiania się kolejnych ofiar mieszkańcy będą burzyć się coraz bardziej, aż wreszcie zmienia się żądny krwi tłum, który z widłami i pochodniami będzie szukał ofiar.

Olbrzymi plus za mechaniczne obrobienie przygody. Wszyscy NPC-e mają stat bloki, wszystkie ważne testy podane poziomy trudności. Można nie lubić DnD, ale prawdą jest, że wymaga ono pewnej dyscypliny w używaniu mechaniki, która bardzo się przydaje przy spisywaniu scenariuszy.

Na Pewno prowadzącemu ułatwiłoby, gdyby w jednym punkcie/infografice było podsumowanie tego, jakie wydarzenia zachodzą w kolejnych dniach w różnych wątkach.

Dlaczego ta przygoda raczej nie wejdzie do finału? Niestety to wszystko już było, to tekst świetnie spisany, ale niestety stosunkowo mało nowatorski. Nie ma tu świeżych pomysłów, które sprawią, że krzykniemy WOW! CHCETO.

Brakuje też jakiegoś mocniejszego akcentu na finał. Ot bohaterowie przybyli, rozwiązali problem, odjechali dalej. Grałem dziesiątki takich przygód i świetnie się przy nich bawiłem, ale kurcze w Quentinie chciałbym zobaczyć coś więcej.

Bardzo polubiłem krwawą mgłę. Gdyby choć trochę wychodziła poza klasyczne schematy, spokojnie miałaby szanse na finał. To i tak kawał bardzo fajnej roboty i bardzo chętnie zobaczę kolejną pracę autorki/autora za rok.

Ps. i trzeba by jeszcze trochę lepiej dopasować przeciwników pod względem CR.

Piotr Cichy

Prosta przygoda, ze śledztwem, które dość łatwo rozwikłać. Wydaje się dobrym materiałem na jednostrzał.

Fajnie dobrany główny antagonista, dość rzadki potwór. Dobrze, że wśród plotek jest część, która podrzuca fałszywe tropy. Myślę, że prowadząc ten scenariusz warto je wykorzystać, żeby nie było zbyt prosto, żeby gracze mieli powód pokręcić się trochę po wiosce i pogadać z NPCami,a nie od razu skierować się na cmentarz, który trochę za bardzo od razu wygląda najbardziej podejrzanie.

Próba linczu na zielarce, to dość sztampowa scena. W bardzo wielu przygodach o wiosce na uboczu pojawia się coś takiego. Nie wiem, czy nie można było wymyślić jakichś ciekawszych wydarzeń w wiosce. Ale dobrze, że narastające gniewne nastroje w osadzie stanowią swego rodzaju zegar odmierzający czas, jaki drużyna ma na zlikwidowanie zagrożenia. Ograniczony czas pomaga zbudować napięcie.

Uważam, ze załączona do scenariusza schematyczna mapa okolicy (w Paincie czy czymś podobnym) jest zupełnie w porządku. Lepsza jest taka, niż żeby jej w ogóle nie było. Daje wyobrażenie o wzajemnym położeniu miejsc i to jest najważniejsze. Można jeszcze było na nią nanieść domostwa zabitych osób, żeby sami gracze mogli skojarzyć, że leżą one dość blisko cmentarza.

Jest podana nazwa sąsiedniej wioski Nowe Mszczonowice, a nie ma tej, gdzie dzieje się akcja.

Doceniam zamieszczenie linków w tekście – przydatna sprawa.

Szkoda, że nie jest wskazane, w którym podręczniku można znaleźć danego potwora. Np. tę główną wampiryczną mgłę – jest w Mordenkainen’s Tome of Foes, jakby ktoś jej szukał. Bez statystyk potwora nie da się poprowadzić tej przygody.

Spodobała mi się sugestia przy oblanym teście przy oględzinach trupa: „Jest taka blada, musiało coś ją przerazić”. Fajna zmyłka.

Mam tez parę wątpliwości odnośnie logiki scenariusza. Dlaczego jeśli bohaterowie zaczną walkę z mgłą na cmentarzu, automatycznie przybędą też ghule? Jeśli mgła nie może wejść nieproszona do pomieszczenia, to w jaki sposób wdziera się do domów ofiar?

Dobra przydatna przygoda. Do wykorzystania na sesji. Żeby mogła powalczyć o finał Quentina, trzeba by ją znacząco rozbudować – dodać więcej wątków, utrudnić śledztwo, dorzucić niebanalnych pomysłów.

Witold Krawczyk

Scenariusz jest czytelny i bardzo szczegółowo opisany – gotowe poziomy trudności i zestawienia tego, co kto wie w wiosce, powinny sprawić, że przygodę będzie prowadziło się prosto i bezstresowo (chociaż – z nosem w tekście); to dobry scenariusz dla MG, który nie lubi improwizować. Podoba mi się, że śledztwo jest wyzwaniem – jednak z drugiej strony celnych poszlak jest niewiele i obawiam się, że gracze utkną wśród fałszywych tropów, a na Mgłę wpadną przypadkiem. Jest też chyba dziura w fabule – jak Mgła mogła zabijać ofiary, skoro nie może wejść do domu nieproszona? Ogólnie – brakuje mi też trochę barwnych postaci, sytuacji zapadających w pamięć, silnych emocji.

Andrzej Stój

Krótka przygoda do piątej edycji Dungeons & Dragons, teoretycznie przeznaczona dla postaci na 4-5 poziomie (ja bym go obniżył do trzeciego). Niewielka objętość i skupienie na konkretach to zdecydowane atuty tego tekstu. Bardzo pozytywnie odebrałem też pomysły na zawiązanie akcji – Krwawa mgła nie potrzebuje gotowych bohaterów i nie musi się opierać na schemacie awanturników do wynajęcia. Autor podaje kilka pomysłów na powiązanie historii z cudzymi kampaniami – pomysłów dość ogólnych, ale nie banalnych.

Przygoda to ambitna próba stworzenia śledztwa w D&D (w dodatku z prawdopodobnym dostępem do czarów III kręgu – jeśli grupa jest na 5. poziomach). Niestety próba średnio udana, bo sprowadzająca się do spaceru po wiosce i udania się na miejsce, z którego prawdopodobnie morderca się wydostaje. Nie prosta struktura jest jednak największą wadą tekstu, a zaprzeczanie samemu sobie przez autora. Wampiryczna mgła nie może wejść do domostwa bez zgody mieszkańca (co nawet zostało ujęte w tekście), tymczasem ta konkretna wchodzi bez pytania, wypijając do sucha kolejnych mieszkańców wsi.

Zastanawiam się też nad wykorzystaniem zasad. Nie mam nic przeciwko rozszerzaniu mechaniki przez autora, ale w przypadku Krwawej mgły mam spore wątpliwości co do mistrzowskiej broni (zapewniającej dodatkowy punkt obrażeń) albo Błogosławieństwa trwającego do świtu. Nie wiem też z jakiego powodu ktokolwiek miałby płacić magowi za identyfikację magicznych przedmiotów. Gdybym miał zgadywać, strzeliłbym, że autor przeniósł do 5e rozwiązania znane z 3.0/3.5.

Krwawa mgła nie wydaje mi się też przygodą będącą odpowiednim wyzwaniem dla drużyny choćby na czwartym poziomie doświadczenia. Kilka ghuli, dwa szlamy i “boss” o SW 3 to żaden przeciwnik.

[collapse]

Wiecznie żywy

Finalista

Wiecznie żywy – Sebastian Pośpiech

Edycja: 2021

System: Zew Cthulhu 7 ed

Setting: Polska, lata 50. XX wieku

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Wiecznie żywy, to krótka i prosta przygoda dla Zewu Cthulhu 7ed. osadzona w Polsce w 1948r. Gracze są przedstawicielami SB (Wydział X) i mają za zadanie dowiedzieć się dlaczego pewna
wieś niedaleko Częstochowy bez szwanku przetrwała wojnę. Przygoda ma charakter pół-otwarty, to znaczy, że gracze mają swobodę w poruszaniu się po okolicy, ale jednak ich zadanie wiąże ich z miejscowością, do której przybyli.
Przygoda przeznaczona jest dla 2-4 graczy, którzy z systemem nie mają wiele doświadczenia.
Sama przygoda może zostać poprowadzona zarówno jako lekka parodia konwencji strasznego Zewu, albo zupełnie na poważnie.
Wydział X (dziesiąty) to komórka SB, zajmująca się sprawami nie dającymi się opisać znanymi prawami rządzącymi światem. To taka PRLowska wersja amerykańskiego Archiwum X. Więcej o Wydziale X przeczytasz w podręczniku Cienie Tatr.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Interesujący pomysł na pakt kultystów i jego skutki uboczne.

+ W ogóle podoba mi się koncepcja na „mylące miasteczko”, jako gracz byłabym zaintrygowana jego dziwnością i chciała odkryć jej powód.

+ Dużo dobrze przemyślanych szczegółów spójnych z założeniami przygody – dziecko, które Bareja wykorzystuje jako „medium”, chłopak, który zginął na wojnie, bo nie był przyzwyczajony do zagrożenia itp. Takie elementy świetnie budują świat i nadają mu autentyczności.

+ Barwni, żywi NPCe zaprojektowani tak, by wchodzić w ciekawe interakcje z graczami.

+ Przydatny zestaw scen powiązanych z miejscami to dobra baza dla MG.

+/- Skoro przygoda może być poprowadzona na poważnie, Bareja powinien mieć jednak jakieś inne imię, żeby nie wytrącać graczy z nastroju i konwencji za każdym razem, gdy ktoś o nim wspomni.

– Poza motywacją numer 5 wszystkie pozostałe są nie tyle motywacjami, co powodami, dla których BG pracują jako agenci. „Nie chcesz wychodzić przed szereg”, czy „pragniesz bezpieczeństwa sojuszników” nie jest celem do osiągnięcia, od którego zależy dalszy los postaci, a raczej tłem fabularnym lub charakterologicznym. Całkiem dobre motywacje mają za to poszczególni NPCe.

– Poszczególne sceny opisane są dobrze, ale brakuje ogólnego szkieletu struktury, który ułatwiłby MG ich uporządkowanie.

Marek Golonka

Solidne śledztwo, które może i rozbawić graczy, i dostarczyć im wyzwania. Podoba mi się to, że sesja jest raczej komiczna, ale nie banalna, a także to, że gracze mogą na koniec podjąć różne decyzje, a kosmiczna groza nie jest tu do końca jednoznaczna. 

Mam za to wrażenie, że trochę brakuje tu absurdu. Skoro patronem sesji jest Bareja (a na to wskazuje nazwa Przedwiecznego), przydałoby się pociągnąć groteskę trochę bardziej, sprawić, by pomylonych sytuacji było więcej i były bardziej intensywne. Sądzę, że to by się dało zrobić bez uszczerbku dla grywalności sesji.

Podsumowując: podoba mi się to, że scenariusz w funkcjonalny sposób serwuje nietypowy pomysł, ale wydaje mi się, że specyfikę i humor problemu z „Wiecznie Żywego” możnaby pociągnąć o wiele dalej.

Michał Kuras

Mimo tego, że mam mocno ugruntowaną niechęć do PRL’u i wszystkiego co jest z nim związane, to przygoda spodobała mi się. Przede wszystkim przemawia do mnie konstrukcja scenariusza: mamy sytuację początkową, w którą wrzucamy Badaczki i Badaczy Tajemnic i to od nich zależy jak się sprawy potoczą. Taki start sprawia, że jako MG nie muszę (a nawet nie mogę) planować kolejnych scen i to mi się podoba.

Choć lubię dostać do ręki przykładowe karty postaci (a tu ich nie dostałem), to przykładowe motywacje dla nich (zamieszczone w scenariuszu) już wprowadzają punkt zaczepienia dla graczek. Sam zaproponowałbym rozdanie ich losowo.

Scenariusz posiada zalety, które doceniam: jest nieprzegadany, zawiera to co potrzebne do rozegrania sesji i niewiele więcej, napisany czytelnie i wygodnie dla czytelnika. Życzyłbym sobie, żeby wszystkie scenariusze miały te cechy. 

Janek Sielicki

Bardzo dobry wstęp i nakreślenie sytuacji. Mamy motywacje postaci (na ile wpływają na grę) i listę przydatnych umiejętności (to w ZC bardzo przydatne!) oraz ładną mapkę. Autor dobrze wykorzystuje mechanikę gry (podobał mi się zwłaszcza pomysł czytania od tyłu i zdobywanie nie konkretnych informacji, tylko odpowiadanie na pytania gracza). Przygoda jest dobrze przedstawiona – mamy przedstawienie sytuacji, opis BN-ów, miejsc i wydarzenia oraz podsumowanie.
W założeniu ma to być trochę pastisz i film Barei, jednak widzę tu pewien problem. Celowe frustrowanie graczy często źle się kończy! W dodatku, komizm u Barei wynikał z absurdalnej rzeczywistości polski lat 80-tych, lata powojenne były trochę mniej „zabawne”.
Przygoda jest okazją do poznania mniej krwiożerczego przedwiecznego i dość oczywistym rozwiązaniem jest dogadanie się z nim, choć tu mogą namieszać motywacje postaci, jeśli używamy tych dołączonych do scenariusza. Śledztwo jest bardzo proste. To dobrze napisana, łatwa przygoda, dobra do poprowadzenia na przykład z seniorami – nie epatuje grozą, ma styl „samych swoich” i da się ją skończyć w 2-3 godziny.

Marysia Piątkowska

Bardzo fajna przygoda, poprawnie skonstruowana i z oryginalnym, parafrazującym polską kulturę pomysłem. Osobiście, bardzo lubię takie zabawy cross-erpegowo-kulturowe, choć często takie przedsięwzięcia kończą się na samym pomyśle, a z wykonaniem i utrzymaniem klimatu jest już gorzej. Tutaj Autor, moim zdaniem, sprostał wyzwaniu. Oczywiście, brakuje mi jeszcze dociśnięcia tej absurdalnej śruby i uwydatnienia tego oryginalnego pomysłu, ale rozumiem bezpiecznie założenie Autora, który być może bał się 'przedobrzenia’ z mylnymi tropami – bądź co bądź to może konfundować i zmęczyć graczy, niezależnie czy settingowo jest to akuratne 😉 Klarowność i zrozumienie przebiegu story to jednak podstawa. Dlatego, trochę obawiam się poziomu mylności tropów w praktyce.

Intryga jest prosta, do rozwiązania prowadzi mnóstwo tropów, a epilogów mamy kilka i wydają się one logiczne – bardzo chętnie sprawdzę te przygodę w praktyce, bo wydaje mi się ona fajna, krótka, przyjemna i łatwa do poprowadzenia.

Michał Sołtysiak

Autor podjął się karkołomnego zadania połączenia Wydziału X z hołdem dla geniusza polskiej komedii – Stanisława Barei. Wprawdzie wybrał jako tło 1948 rok, kiedy to nikomu raczej nie było do śmiechu, bo to krótko po wojnie, czasy stalinowskie i generalnie „komunizm wprowadzany bez jakichś dyskusji z Polakami i bez miłosierdzia”.

Mamy agentów Wydziału X SB, utrwalaczy nowej władzy. Mają zadanie do władz PRL. Jest bowiem wieś spokojna ale niewesoła, taka wręcz nijaka. Jest też związana z nią tajemnica dręcząca dowódców SB. Zadaniem jest rozwiązanie zagadki spokojnego przetrwania przez jej mieszkańców całej wojny, bez strat i zniszczeń. To zrodziło podejrzenie o kolaboracji. Nasi Badacze mają to sprawdzić. No i mają dopilnować, żeby ewentualne przydatne informacje i dobra zostały przekazane na chwałę Nowego Ustroju.

Autor dopiął wszelkich starań, żeby dać wszystkie potrzebne narzędzia dla graczy i Strażnika. Znajdziemy to opisy najważniejszych postaci, ich motywacje i wyjaśnienia prawie wszystkiego. Jest też pewien autorski pomniejszy Przedwieczny, który należy do tych mniej groźnych. Generalnie można go nazwać leniwym pasożytem. 

Bardzo fajny scenariusz, bardzo dobrze się go czyta, chce się prowadzić i grać w niego. Tylko, gdy głębiej się zastanowić, jak go najlepiej poprowadzić, to nie ma tu za grosz „absurdalnego poczucia humoru Barei”, nie ma tu kretynizmów rzeczywistości i opadających rąk, na skutek urządzania się w czarnej rzeczywistości i dopasowywania się ludzi do bezsensu.

Autor chyba pomylił Stanisława Bareję z Sylwestrem Chęcińskim, ale nawet wtedy nie oddała poetyki „Samych swoich”. Jeśli postacie mają irytować i oddawać klimat groteski, mają być satyrą na wieś polską, to powinniśmy mieć sąsiadów walczących o miedzę, inteligent zafascynowanego statystyką i hasłami komunizmu, starszych ludzi z cwaniactwem w stylu „sprawiedliwość sprawiedliwością, ale musi być po naszej stronie!”, etc. Obraz wymaga takich detali, żeby był plastyczny i miał właściwą atmosferę. Wiadomo, to ambitne założenie, ale powoływanie się na Bareję zobowiązuje. Podobnie brakuje czegoś dla agentów Wydziału X, żeby pokazać w krzywym zwierciadle propagandę i zaślepienie powojennych służb bezpieczeństwa. Nie mamy poradnika dla agenta SB, co powinni robić i mówić, co im na szkoleniach wtłaczali. Wystarczyłoby kilka bon motów w stylu „A chcecie żeby czasy panów dziedziców wróciły?!”, „Teraz wszyscy będą równi, a my tej równości będziemy bronić do krwi ostatniej!”, „Komunizm to wcielone dobro, w przeciwieństwie do tych waszych zabobonów z cerkwi, to znaczy kościoła! etc. To mają być agenci SB, a dopiero później Wydział X. Tego się nie czuje.

Pomysł fajny, wykonanie gorsze. Szkoda, bo gdyby autor dał nam to co obiecuje imię Przedwiecznego i klimat wsi, to byłby Quentin. Teraz, niestety może dotrze do finału, ale dla mnie jest jednak zbyt niedopracowany.

Paweł Domownik

Przygoda wykorzystuje znany i lubiany motyw małego miasteczka, które w zamian za spokój i pomyślność oddaje dziesięcinę mrocznej i przedwiecznej istocie. Umieszcza go w ciekawych settingu końcówki lat 40 w PL. To otoczeni fajnie synchronizuje z głównym tematem scenariusza. Miasteczko przeżyło wojnę prawie nienaruszone. Musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a jego mieszańcy stoją na rozdrożu.

Ciekawi NPC-e i doskonały sposób ich opisania to jedna z silniejszych stron tego scenariusza. Nie ma ich przy tym zbyt dużo a ci, którzy są, tworzą zalążki interesujących konfliktów. Do generowania postaci tła dostajemy przydatną tabelkę.

Scenariusz jest super opracowany mechanicznie. Bardzo podoba mi się, że autor/ka pamiętał/a o zasadzie fail forward. Chętnie powitałbym za to konsekwencje, innego rodzaju niż jechanie po hapach to ostatnie zmieni sesje trochę w survival horror.

Podoba mi się otwarta struktura tego scenariusza. Nic tu nie jest narzucone, a siła napędzająca sesje jest eksploracja miasteczka i powiązań miedzy jego mieszkańcami i przedwiecznym. Nie ma tu wyraźnych strzałek mających plot tędy. Przy tym MG nie jest zupełnie pozostawiony samemu sobie.

Nie jestem pewien co do elementów humorystycznych. Z jednej strony dodają one materiałowi świeżości. Z drugiej nie wiem, czy wersja w pełni na poważnie nie byłaby mocniejsza.

Dorzuciłbym do scenariusza to jakiś front, który sprawiałby, że sytuacja eskaluje w miarę zbliżania się do limitu 5 dni. Fajnie byłoby to też zgrać z jakimś mocniejszym akcentem na koniec.

Wiecznie żywy to ciekawa otwarta fabuła. Nie ma żadnych poważniejszych wad, a swoje mocne strony wykorzystuje bardzo dobrze. Może spokojnie powalczyć o dobre miejsce w finale.

Piotr Cichy

Podobnie jak „Czyste rączki”, które wygrały Quentina 5 lat temu, mamy tu Cthulhu z dużym przymrużeniem oka. Zaczynając od tytułu (bynajmniej nie chodzi tu o Lenina), przez gospodę Czerwony Śledź, aż po przedwieczne bóstwo, którego nazwę wymawia się „Bareja”. Na początku autor sugeruje, że można ten scenariusz poprowadzić na poważnie, ale raczej należy to potraktować tylko jako kolejny żart. Przyznam, że osobiście nie jestem fanem takiego żartobliwego Cthulhu, ale doceniam konsekwencję autora.

Motyw autystycznego dziecka jest nieoczekiwanym dość nieprzyjemnym zgrzytem. Przydałoby się jakieś ostrzeżenie. Na szczęście w praktyce jest to mało eksplorowane i raczej przykryte przez opętanie przez Pradawnego, co może paradoksalnie jest mniej problematyczne.

W 1948 roku nie było jeszcze Służby Bezpieczeństwa (powstała dopiero w 1956 r.). Imiona NPCów też nie bardzo pasują do tamtej epoki.

Zabawne spojrzenie na polską prowincję, w tym pomysł z wygłuszeniem emocji. W scenariuszu „Fotograf”, również nadesłanym w tym roku na Quentina, mamy nadnaturalną niemoc – interesujące jak w danym roku powtarzają się pewne wątki, podobne pomysły pojawiają się w podobnym czasie w umysłach twórców.

„Dobry” Przedwieczny niezbyt pasuje do Mitów Cthulhu. Z drugiej strony, nieźle się wpasowuje w prześmiewczą konwencję tego scenariusza.

Bardzo podoba mi się tabelka z pozostałymi mieszkańcami wioski. Mamy gotowe imiona i nazwiska, jakbyśmy ich potrzebowali, czym się zajmują w danej chwili, żeby zaimprowizować małą scenkę spotkania z nimi i odesłanie do głównych NPCów, żeby fabuła mogła płynnie toczyć się dalej. Można też było dodać orientacyjny wiek osoby i jakiś charakterystyczny rys wyglądu. Ale i tak doceniam pomysł na umieszczenie takiej tabelki w przygodzie opartej na śledztwie. Uważam, że powinien to być obowiązkowy element takich scenariuszy.

Fajne są też propozycje scenek w każdej lokalizacji. Ożywia to przygodę i daje sugestie, jak wykorzystać głównych NPCów w działaniu.

Prosta zgrabna mapka pozwala się zorientować, co gdzie się mieści. Niestety nie zaznaczono na niej, gdzie mieszka Antoni Lichwa.

Nie testowałem tego scenariusza w praktyce, ale wydaje mi się, że wymagane poziomy testów są zbyt trudne. Za to doceniam pełną rozpiskę mechaniczną głównych NPCów i pomysł, że do jaskini w lesie można też dotrzeć totalnie oblewając wszystkie testy Nawigacji. Zabawne rozwiązanie pasujące do komediowej konwencji, a jednocześnie jest jakimś remedium na wysoki poziom trudności. Podobnie, oblewając wszystkie testy w szkole, można dostać podpowiedź. Podoba mi się taki przewrotny pomysł.

Dobra przygoda dla graczy, którzy nie zrażą się komediową konwencją w Zewie Cthulhu.

Witold Krawczyk

Miks stalinizmu, komedii i przedwiecznego Barei stwarza dość ekscentryczny, ale też oryginalny klimat, z ludzkimi tragediami i slapstickowymi żartami obok siebie. Luźna struktura przygody jest otwarta na działania graczy i pozwala na swobodną eksplorację wsi. Śledztwo nie powinno utknąć w martwym punkcie – choćby dlatego, że oprócz głównego Przedwiecznego gracze mają poboczne tajemnice do odkrycia (topienie broni, tożsamość Witolda). Podoba mi się, jak opisana jest zamieszkująca wyższe wymiary istota, chociaż moim zdaniem – brzmienie imienia „Bareja” może zburzyć klimat sesji. Brakuje mi trochę szczegółów o tym, jak wieś przetrwała okupację – to o to właśnie gracze będą wypytywać miejscowych. Niemniej „Wiecznie żywy” to barwna, dobrze napisana przygoda.

Andrzej Stój

Wydział X po raz kolejny w akcji. Wiecznie Żywy to kolejna historia o agentach SB tropiących niewytłumaczalne, tym razem w jednej z podczęstochowskich wsi – wsi, która nietknięta przetrwała całą wojnę.

„Przygoda może zostać poprowadzona zarówno jako lekka parodia konwencji strasznego Zewu, albo zupełnie na poważnie” pisze autor we wprowadzeniu, a zaraz potem dodaje „Cała wioska zawdzięcza spokój (…) Wiecznie Żywemu Ba’Rey’Ah”. Sceny, jakimi świadkami będą bohaterowie również trudno ocenić w kategorii grozy.

Zostańmy więc może przy parodii.

Oczywiście potrafię sobie wyobrazić poprowadzenie Wiecznie Żywego nie jako polskiej, prlowskiej komedii z nadnaturalnym wątkiem w tle, a konkretnego horroru, ale trzeba by napisać przygodę prawie od zera. Ocenię więc to, co znajduje się w tekście.

A tekst opowiada ciepłą historię Przedwiecznego, który po prostu nie chce głodować i robi wszystko by dobrze się działo jego pupilom – dwunogom zdolnym odczuwać emocje, które są dla niego pokarmem (hej, to nie Wielki Przedwieczny, tylko horror z Earthdawna!). Druga Wojna Światowa wyczerpała jego siły, więc we wsi, której mieszkańcy zapewniają mu żywność, nie ma już takiej jednomyślności jak kiedyś.

Wiecznie Żywy jest przygodą otwartą. ST dostaje opis wioski, jej mieszkańców, propozycje scen oraz potencjalne zakończenia (dogadanie się potwora z władzami PRL to świetny motyw!). Wszystko to, przy odrobinie dobrej woli graczy i wyczuciu konwencji komedii barejowskiej przez prowadzącego, powinno dać kilka godzin fajnej zabawy. W tekście są fajne patenty (np. sposób porozumiewania się Przedwiecznego przez Michasia), ale też kilka wymagających modyfikacji albo zmiany. Np. widok mostu w odbiciu w wodzie powie bohaterom, że dzieje się tu coś dziwnego, ale nijak nie wpłynie na przebieg śledztwa. Przeczytanie dziennika Witolda to utrata 1k10 + 1k8 Poczytalności. Sporo. Nagroda niby jest, ale zabrakło tu opisu snów, wyjaśnienia dlaczego po przeczytaniu pamiętnika postać nagle wie gdzie spoczywa Przedwieczny.

Podsumowując, Wiecznie Żywy to sprawnie nakreślona, przyjemna historia, wymagająca od drużyny jedynie nieco dobrej woli i zgody na rozegranie polskiej komedii z mackami w tle. Grałbym.

[collapse]

Fotograf

Fotograf – Mikołaj Majchrowski

Edycja: 2021

System: Zew Cthulhu 7ed.

Setting: Polska lat 90′

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Mamy rok 1997. Nad Polską wstaje dzień siódmego lipca, a oczy Polaków zwrócone są w tym dniu na Warszawę, gdzie na dniach amerykański Prezydent Bill Clinton ma złożyć oficjalną wizytę dyplomatyczną. W cieniu tych doniosłych wydarzeń na obrzeżach kraju, tuż przy granicy z Rosją, ma wydarzyć się inna dziejowa wizyta. Jednak temu gościowi z najodleglejszych krain nikt nie chce wejść w drogę… W kierunku wschodzącego słońca, do Jaworników, pędzi Polonezem oddział specjalistów z Komendy Głównej. Po przekazaniu przez lokalną policję raportu do Warszawy, sprawa została natychmiast utajniona i przekazana na wyłączność komórce Ministerstwa Spraw Wewnętrznych do Przeciwdziałania Zjawiskom Paranormalnym, w skrócie „PZP”. Ten poczet obrońców cywilizacji ma stawić czoła zagrożeniu z najdawniejszych eonów, które rozciągnęło swój cień nad kniejami Podlasia. Na tropie trafią na prastarą wiedzę Słowian, ludzkie tragedie, potężne artefakty i pomoc ze strony, której najmniej się spodziewali. Czy na zawsze odeprą plugawe macki zła? Może polegną i pozostawią na pastwę Mroku naszą ojczyznę? A może sami staną się heroldami Demonicznego Sułtana, niosącymi jego niszczące słowo? To wszystko rozstrzygnie się w „Fotografie”…

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Interesujący pomysł na wampirycznego fotografa i związany z nim wątek.

+ Senna, tajemnicza atmosfera miasteczka intryguje i zachęca do odkrycia swoich sekretów.

+ Dobrze zaprojektowane elementy śledztwa – spora liczba możliwych do zauważenia lub przegapienia poszlak zwiększa szanse BG na zdanie któregoś z testów.

+ Przygoda składa się ze stosunkowo sztywnych elementów i drobnych nieliniowości, którymi można swobodnie żonglować. Autor sprawnie zaprojektował blokowy scenariusz, w którym gracze mają wyraźny wpływ na wydarzenia.

– Pomysł z wersjami scen opisującymi późniejsze przybycie BG jest interesujący, ale sposób odmierzania czasu powinien być bardziej sprawiedliwy. Co jeśli „pierwsza godzina gry” zejdzie graczom na długim, wstępnym roleplayu? Dobrze byłoby ustalić jakieś konkretniejsze zasady, np. mechanikę zegarów.

– Scenariuszowi przydałaby się korekta. Błędy, powtórzenia, brak przecinków i dziwne sformułowania czasami utrudniają zrozumienie tekstu.

– W kilku miejscach tekst jest ucięty w połowie zdania.

Marek Golonka

—————————-

Michał Kuras

—————————–

Janek Sielicki

Porządna przygoda trochę trąca Kingiem. Niemoc w miasteczku, mocna fantastyka w scenach nadprzyrodzonych, ciekawie rozpisane szczegóły. Mamy opisy filmów, gotowe postacie wraz z kartami,mapki, obrazki. Podoba mi się fabuła (choć ten wampir mógł krew zdobyć na wiele innych sposobów). Wszystko rozpisane jest porządnie (choć tekst można by wygładzić stylistycznie) – mamy dobry wstęp, czytelnie rozpisane wydarzenia i poszlaki.
Bardzo mi się nie podoba ‘realne’ tempo gry, a nie zastosowanie zegara reakcji/postępu akcji. Zupełnie nie widzę tu takiej potrzeby podkręcenia tempa patrzeniem na zegarek. Finał jest też dość brutalny, bo od rzutu na poczytalność w sumie zależy, czy BG coś zdziałają (a i tak przygoda nie patyczkuje się jeśli chodzi o utratę poczytalności). Brakuje też innych rozwiązań niż przeprowadzenie rytuału (choć widzę, jak BG organizują akcję oddaj krew dla policji ).

Marysia Piątkowska

Pomysł z wysłaniem energii/krwi/etc. przez zdjęcia jest stary jak świat i tutaj niczym mnie nie zaskoczył, choć podoba mi się kreacja bohaterów i samego miasteczka. Tekst jest napisany porządnie, widać, ze Autor kontroluje przebieg wydarzeń, dysponuje poszlakami, a jednocześnie daje pole do pracy graczom i tym samym bohaterom graczy.
Fajna intryga, choć nic zaskakującego.

Michał Sołtysiak

Kolejny scenariusz do Zewu Cthulhu do Wydziału X, tzn. do następcy tej jednostki, już w Wolnej Polsce lat 90-tych. Nie zmienili się kultyści i waleczni funkcjonariusze, ale zmienił się ustrój. Mamy czwórkę bohaterów, którzy na Podlasiu mają rozwiązać sprawę dziwnych wydarzeń. Są gotowe postacie, jest całkiem przemyślana intryga i dość ciekawy zabieg, bo jest wampir, ale w rozumieniu mordercy, a nie krwiopijcy, choć nie do końca. I to jest fajny, lokalny koloryt scenariusza w Polsce.

Trochę martwi, że autor widzi tylko jedno rozwiązanie, bo gracze mogą zaskoczyć, ale generalnie jest to naprawdę udany tekst. Ma swoje wady, gdyż moim zdaniem w przygotowaniu gotowych postaci, zbyt mocno określono ich motywacje i powiązania. Lepiej byłoby zostawić większy wybór, kto jest rodziną, a kto związkiem. Jednak dalej to scenariusz, który polecam, bo chce się go poprowadzić i mam wrażenie, że gracze będą się dobrze bawić.

Paweł Domownik

Fotograf to bardzo porządne otwarte śledztwo z limitem czasu. Mamy tu bardzo zagubiona na krawędziach cywilizacji osadę. Niejednoznacznych złoli i wielkie zagrożenie. Rzecz niby dzieje się w roku 97, ale trochę zlewają się tu w jedno czasy przełomu, lata 90 i wczesne zerowe. Niemniej jednak feel lat 90 fajnie podkreśla wrażenie pogrążonego w niemocy małego miasteczka.

Filmy o Bondzie są tylko tak dobre, jak dobra jest postać głównego złego. Tutaj też ciężar scenariusza troche spoczywa na tytułowym Fotografie. To bardzo ciekawa, niejednoznaczna postać. Dobrze, że nie jest to kolejny mroczny kultysta. Dzięki genialnemu pomysłowi na wysysanie życia ze zdjęć staje się on jednak mało zły. Sympatyczny starszy pan, który troszczy się o miasto. TBH nie sadze, żeby którakolwiek z drużyn, z którymi gram zdecydowała się wystąpić przeciwko nie mu.

Streszczenie na początku scenariusza jest całkiem w porządku, tylko dlaczego ukrywa przed nami informacje, że strażnik jest wampirem? Poza tym jednak drobnym szczegółem dobrze podsumowuje wątki.

„Fotograf” jest porządnie opracowany mechanicznie. Podpowiadając co i kiedy testować. Dobrze, że niektóre informacje da się zdobyć na wiele sposobów. Bardzo ciekaw jest mechanizm łączący upływ czasu na sesji z tym w fikcji. Niestety nie ma wskazówek czy od początku powiedzieć graczom, że ich postacie mają twardy limit 4 godzin. Powiemy — będą speedrunować, nie powiemy, mogą się poczuć oszukani. Na szczęście spóźnienie się na żadną (poza finałem) scenę nie blokuje dalszego rozwoju śledztwa.

Jeżeli chodzi o estetykę: Scenariusz zawiera świetnie ręczne rysowane mapki — estetyczne czytelne i z charakterem. Jest też napisany plastycznym językiem, który bardzo przypadł mi do gustu, ale który można by trochę skrocic.

Bawi to, że wszyscy, łącznie z 17-letnimi dresami prowadzą pamiętniki, które BG mogą rzecz jasna znaleźć i wydobyć z nich informacje. Rozumiem jeden notatnik na przygodę, ale stosowanie ich ciągle nudzi. Dobrze, że czasem mamy alternatywy — np. w postaci przesłuchania wykorzystujące różne umiejętności.

Pregeny postaci są całkiem fajne. Maja wbudowane motywacje i dzięki nim można przygodę prowadzić z marszu. Nie są powiązani jakoś specjalnie z fabuła, ale mi to akurat nie przeszkadza.

Przyznam, że na końcu trochę zaskoczyła mnie możliwość wskrzeszenia traktowana jako jeden z wielkich wyborów tego scenariusza. Jeżeli miałby taki być, trzeba by go mocniej zapowiedzieć, niż tylko wzmianką w jednej z ksiażek, jaka może trafić w ręce BG.

Trochę brakuje mi w tej przygodzie konfliktu. Jak najbardziej jestem fanem pomysłu na złoli, którzy mają dobre motywacje. Wydaje mi się, jednak że tutaj drużyna bardzo chętnie sprzymierzy się z wampirem przeciw wielkim przedwiecznym. Bez sprzecznych interesów różnych stronnictwo to po prostu porządna przygoda. Jakby to podkręcić byłaby bardzo dobra.

Ps. Drogi autorze/droga autorko. Mam wrażenie, że czasem myślisz magnes z magnezją 🙂

Piotr Cichy

Dobrze przemyślany jednostrzał dla doświadczonych graczy Zewu Cthulhu. Kluczowe jest zrozumienie, o co chodzi w odprawianym rytuale i jakie bohaterowie mają możliwości. Jestem przekonany, że większości osób nie uda się zakończyć tej przygody szczęśliwie. Nie jestem przekonany, że to dobre rozwiązanie. Nie lubię scenariuszy, w których MG może czerpać radość z wystrychnięcia graczy na dudka, a tu wyczuwam takie nastawienie. Nie jest to ściśle railroad, bo gracze mają całkiem sporo swobody, co robić, ale zapewne wybiorą źle. Chyba że zaufają oczywistemu antagoniście, tytułowemu fotografowi. Swoją drogą spoiler w tytule to też kiepskie rozwiązanie.

Podobnie jest trochę z zajawką dla graczy. To fajny pomysł, ale w obecnej formie zdrada zbyt wiele z treści scenariusza.

Obecność streszczenia fabuły na początku pracy warto policzyć na plus. Łatwiej się zorientować w całości.

Praca z jednej strony ma fajne stylizacje na akta, sporo mapek sytuacyjnych (mimo że szkicowe, to liczę je zdecydowanie na plus), a z drugiej brakujące linijki tekstu i literówki, nie mówiąc już o błędach składu.

Trochę jest nieścisłości odnośnie realiów przygody. „Pub w wiosce”? To chyba się inaczej nazywało. W 1997 r. nie było jeszcze w Polsce koszulek z Pokemonami. Nastolatek raczej nie miałby telefonu komórkowego.

Zaproponowane postaci są poprawne, mają cechy charakterystyczne, wzajemne relacje, rozpisaną mechanikę (co ułatwi wykorzystanie tego scenariusza jako jednostrzału), ale zdecydowanie można je było silniej wpleść w fabułę.

Również polecana muzyka to przydatny dodatek, choć nic niezbędnego.

Scenariusz w pełni wykorzystuje mechanikę Zewu Cthulhu, choć w paru miejscach mam tu wątpliwości. Zbadanie księgi z zaklęciem wskrzeszenia wymaga miesiąca czasu. Chyba nie ma na to czasu w tej przygodzie? A w opisanych wariantach zakończenia są i takie, które to przewidują.

Podobają mi się ramki Gra na czas, wprowadzające warianty scen w odniesieniu do realnego czasu sesji, przy założeniu, że gramy jednostrzał o długości 4 godziny. Takie podejście będzie miało dobry wpływ na dynamikę sesji. Wprowadzi napięcie i poczucie niebezpieczeństwa, gdyby gracze byli zbyt zachowawczy i przedłużali sceny śledztwa. Trochę tu też kwestia prowadzenia przez Mistrza Gry – czy nie będzie przedłużał. Słabo by było, gdyby to on przyczynił się do spowolnienia akcji, żeby na końcu przywołać potwory i wprowadzić zamieszanie z rytuałem.

Klątwa Niemocy opanowująca mieszkańców małego miasteczka bardzo mi się podobała. Taka życiowa. Fragment naszej rzeczywistości ukazany przez pryzmat Mitów Cthulhu. Lubię takie motywy.

Witold Krawczyk

Klasyka Zewu Cthulhu. „Fotograf” to krótkie śledztwo (szanujące wolność graczy, ale i nie stanowiące, myślę, większego wyzwania), finałowe odprawianie bluźnierczego rytuału wymagające porzucania kostkami i zdecydowanie najciekawsze dla mnie nieoczywiste spotkanie z wampirem (czy BG się z nim sprzymierzą? Czy zdradzą go, żeby wskrzesić zmarłych?). Czytając scenariusz, opisy rytuałów, rekwizyty, poetyckie zwroty (opus gmachu policji jest super!) i opis dziwnego wampira robiącego zdjęcia na kamiennym papierze, czułem duszę i zapał autora. To cenne i niepospolite! Brakowało mi jednak czegoś ciekawego do roboty w świątyni (gracze tam dotarli po śledztwie, niechby coś się wydarzyło), dokładniejszego ukazania ciążącej nad miastem apatii, korekty językowej, a także – jeśli przygoda ma walczyć o Quentina – czegoś wyjątkowego, zaskakującego, co zwaliłoby mnie z nóg. PS – autorowi świetnie wychodzą tajemnicze notatki, aż prosi się, żeby nie przedstawiały wpisów z policyjnej kartoteki, tylko zapiski, które mogą wpaść w ręce grających. PS2 – pewne kiksy historyczne mogą zniechęcić starszych graczy; osiemnastolatek w koszulce z pokemonami to chyba bardziej styl lat 2010. niż roku 1997, kasety wideo nie wkłada się do aparatu, tylko do kamery.

Andrzej Stój

Lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Polska, miasteczko gdzieś na Podlasiu. Senność, marazm, niemoc… i ten polonez prujący wprost na komisariat. A w środku ludzie, którzy przyjechali wyjaśnić zagadkę okrutnej śmierci trójki nastolatków.

Fotograf to oczywiście przygoda do Zewu Cthulhu, z gotowymi bohaterami (choć wcale ich nie potrzebuje) opowiadająca prościutką historię o wampirze próbującym zerwać z siebie jarzmo Strażnika, którego obowiązkiem jest składanie w ofierze krwi podczas każdego nowiu. Krwiopijca ma dość i chce odprawić rytuał, który zdejmie klątwę z okolicy, ale nadgorliwy uczeń próbuje samodzielnie załatwić sprawę, efektem czego jest sprowadzenie na Ziemię awatara Nyarlathotepa. Ten masakruje nastolatków i… znika.

Śledztwo polega na rozmowie z kilkoma osobami. Wystarczające informacje bohaterowie dostają praktycznie na tacy. Jedynym dylematem jest to czy dogadają się z wampirem i dotrzymają obietnicy.

Podoba mi się osadzenie w roli Badaczy doświadczonych agentów dawnego Wydziału X. Nie ma żadnego zgadywania z czym ma się do czynienia, pierwszych kontaktów z nadprzyrodzonym – postacie wiedzą z czym mają do czynienia, od początku wiadomo, że w tle czai się potwór. Kaseta z filmem rodem z Blair Witch Project to również świetny motyw, zwłaszcza, że Badacze nie zobaczą wiele.

Tym, co kładzie Fotografa jest prostota i naiwność całej przygody. Postacie tła zachowują się niewiarygodnie. Dziwne jest traktowanie zdjęć jako rozrywki – w roku 1997 ktokolwiek miałby traktować wizytę w foto studio jako coś więcej, niż obowiązek przy wyrabianiu dokumentów? Nie kupuję tej intrygi.

To nie jest bardzo zła przygoda. Brakuje jej po prostu spójności (telefon w kieszeni nastolatka w 1997 roku?), lepszego powiązania z Mitami oraz przemyślanych BNów. Fotograf mógł być osią świetnej sesji dla grupy autora, ale na konkurs to niestety zbyt mało.

[collapse]

Klaun

Klaun – Katarzyna Żmuda

Edycja: 2021

System: storytelling

Setting: Współczesna polska świat realny

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Jakie spustoszenie w psychice rodziców musi rozpętać śmierć syna? Małego, niewinnego ledwie czteroletniego syna. Co dodatkowo muszą czuć, jeśli uważają, że ponoszą za tę śmierć winę? Gdy pojawia się możliwość obwinienia za tragedię innej osoby, nie cofną się przed niczym.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Interesująca sytuacja wyjściowa i ciekawie opracowany klasyczny motyw amnezji.

+ Ciekawa wariacja na temat jednostrzałów psychologicznych. Dwie pary graczy kontrolujące nieświadomie dwie postaci to całkiem świeży pomysł.

+ Fabuła i odkrywanie minionych wydarzeń dotyczy bezpośrednio BG, co podkręci zaangażowanie graczy.

+/- To nie tyle pełnowymiarowa sesja, co jedna scena z nieinteraktywnym epilogiem. Tekst świetnie nadaje się na sam początek przygody, ale kończy się, zanim na dobre się zacznie.

+/- Opóźnione ujawnianie graczom informacji, które ich postacie dobrze znają, a oni nie (nie chodzi o amnezję), nie jest najlepszym pomysłem. Gracze będą mieli problemy z wczuciem się w bohaterów, gdy odkryją, że osoby którymi grają są kimś innym, niż im się wydawało.

– „Niezależnie od tego, co próbują zrobić gracze, postaci zostają zatrzymane” – to przepis na odebranie sprawczości graczom. Najpierw BG zostają wrzuceni w interesującą, otwartą scenę, która może skończyć się na wiele sposobów… po czym kończy się tylko na jeden. Świetnie, że epilog przedstawia konsekwencje wyboru, ale scena finałowa również powinna być zależna od działań graczy.

Marek Golonka

—————————

Michał Kuras

—————————

Janek Sielicki

Jak dla mnie, choć dobrze i przejrzyście napisany, ten tekst to nie jest przygoda do gry RPG, ale jakieś psychofabularne ćwiczenie dla aktorów albo próbę przerobienia scenariusza filmowego. Sytuacja nie ma rozwiązania, chodzi o pomęczenie się i wczucie w dramat. Szczątkowa mechanika, wszystko zależy od MG… Jak widać są ludzie, którzy tak spędzają czas wolny, ale to zupełnie nie moja bajka i nie RPG.

Marysia Piątkowska

Jest to ciekawy przykład gry dla kilku osób. Mimo, że epilogów mamy tutaj kilka, całość scenariusza i jego główna struktura – przedstawiona kolejność wydarzeń – wydają się liniowe w rozumieniu – nie elastyczne i dające mało przestrzeni dla pomysłów i działań graczy. Nie ma także sprecyzowanej mechaniki (tak, wiem, że określono ją jako storytelling), która wpłynęłaby na przebieg wydarzeń. Wszystko zależy tutaj od role-playowania graczy i MGka, a sceny zawierają narzucone formy zachowań. Nie widzę tu potencjału na różnorodność przebiegu wydarzeń i rozwoju bohaterów. Ot, improwizowany teatr, choć forma jest oryginalna i widać, że Autor włożył mnóstwo pracy w przemyślenie tematyki, układu scen i emocji, które chciałby wywołać w graczach. Tematyki nie będę oceniać, bo imo nie podlega ocenie Q. Ja osobiście grać bym nie chciała. Scenariusz oparty na traumie, emocje, które nie każdy (bo nie każdy jest rodzicem) może zrozumieć – nie moje klimaty.

Michał Sołtysiak

Co roku są scenariusze, które sprawiają, że zastanawiam się nad tym, czy to jest scenariusz, czy improwizowany teatr, nawet nie drama, bo ta daje więcej wyboru. Czemu? Niby określone jest Mechanika: storytelling, ale ten scenariusz nie posiada żadnej mechaniki. Każdy scenariusz storytellingowy jest na czymś oparty, postacie mają jakieś charakterystyki, jakieś mierzalne cechy określające choć szczątkowo ich interakcje ze światem gry. Posiłkując się teorią, to nie jest rozgrywka, a gra w sensie synonimicznym do gry w teatrze, a nie gry z zasadami. To nie jest więc scenariusz do gry RPG, a tego dotyczy nasz konkurs. Jak trzeba, podam bibliografię, ale już „Homo ludens” Huizingi pokazuję jasną klaryfikacje, co jest przedstawieniem, a co jest rozgrywką. Nie ma zasad, nie ma gry, tym bardziej w sensie RPG. 

Sama zaś treść to dwie sceny, gdzie gracze z jasno wytyczonymi wzorcami zachowań (jak rola teatralna, a nie roleplaying) mają odegrać, nie zagrać, traumy związane ze śmiercią dziecka. Nie będę tutaj oceniał wyboru tematyki, bo widać, że autor wybrał maksymalnie traumatyczne wydarzenie. Nie chciałbym w to grać, bo nie chce siebie wyobrażać w podobnej sytuacji. Nie chciałbym też nikomu proponować roli w tej improwizacji, z szacunku dla psychiki. Generalnie mam wrażenie, że autor nie zastanowił się nad ładunkiem emocjonalnym, jaki wziął na warsztat. Jestem rodzicem i coś wiem na temat odczuć, jakie się ma do swojego dziecka.

Paweł Domownik

Po pierwsze, ten scenariusz powinien zawierać disclaimer dłuższy niż podręcznik do Zweihändera . To, co autor nazywa psychotropami to w tak naprawę jakieś substancje psychoaktywne. Stygmatyzowanie zaś farmakoterapii lekami psychotropowymi i sugerowanie, że od tego można obudzić się w lesie, celując do kogoś z pistoletu, uważam za wielce szkodliwe. No, chyba że to jakaś piętrowa ironia, której nie łapie.

Klaun to wyjątkowo ciężki, choć bardzo porządnie spisany scenariusz. Mam wrażenie, że wyrasta z te szkoły mówiącej, że im cięższe i poważniejsze tematy bierzemy na warsztat, tym bardziej ambitni jesteśmy. Mamy tu silną inspirację „Memento” Nolana.

Pierwsza scena jest tu świetna i najprawdopodobniej zrobi niesamowite wrażenie na graczach, ustawiając sporą część sesji. Problem w tym, że to sztuczka typu stroboskop, czy nagłe walniecie pięścią w stół, dym i lustra, za którymi niewiele dalej idzie.

Dla mnie problem jest też to, że ta sytuacja nie ma rozwiązania. Nie to, że koniecznie chciałbym dostać dokładne wyjaśnienie. Może tabelkę z różnymi opcjami do wylosowania. Może drugą z dodatkowym generatorem NPC-ów, którzy mogą pojawić się w lesie.

Szczerze mówiąc, materiału jest tu raczej mało, ot jedna scena rozmowy w lesie. Bohaterowie ustalają, jakaś wersje tego, co się wydarzyło, działają na podstawie tego i tyle. Ewentualnie scena zakończenia. W filmach Ten motyw działa dlatego, że jak już bohaterowie ustalą, że wydarzyło się x, spada na nich nowa wiedza. Jakieś zdarzenie, które robi „a wcale, że nie” i zupełnie zmienia ich percepcje. Ten materiał nie dostarcza narzędzi do przeprowadzenia takich zwrotów akcji.

Pomysł na wspólne sterowanie postacią jest spoko, ale gra potrzebuje czegoś więcej niż losowe interwały określane tajnie przez MG. W takim „Everyone is John” różne osobowości kierujące tytułowym Johnem mają swoje cele i nagrody za ich osiągnięcia. Bez twardych mechanicznych reguł ten scenariusz zmienia się tarzanie się w traumie i psychodramatyczne ćwiczenie dla studentów z pierwszego roku.

Na marginesie przeczytanie opisu którego autorka/autor sugeruje używać, przy 2-sekundowej zmianie, trwa znacznie dłużej.

To zupełnie nie mój typ RPG. Doceniam jednak mocne filmowe zacięcie, dramatyczne sceny i umiejętne zagranie kontrapunktem klauna. Przydałoby się jednak bardziej przesunąć ten materiał w stronę scenariusza RPG. Bo na razie to bardziej ćwiczenie impro.

Widziałbym przerobienie tego na jednostronnicowego indiasa w typie gier Howitta. Bohaterowie zaczynają w lesie z pistoletem przy skroni nieznajomego nad wykopanym grobem. Nic nie pamiętacie. Rzuć k6, żeby określić, kto to jest, a potem gramy retrospekcje. Wszystko bardziej w stronę filmów braci Coen i Fiaska niż psychodramy.

Piotr Cichy

Opis w metryczce scenariusza daje dobry obraz, o czym będzie mowa i czy potencjalni gracze chcieliby w to zagrać.

Początkowa scena, a zwłaszcza jej tło przedstawione w rozdziale Fabuła, są naprawdę misternie wymyślone. Wszystko jest logiczne i ostro jedzie po emocjach.

Zabawa ze stoperami i ukrytymi rzutami to dosyć dużo zamieszania jak na jedną osobę, która w dodatku ma odgrywać głównego NPCa i ogólnie dbać o przebieg sesji.

Nie jestem pewien, czy faktycznie jest możliwe odkrycie przez graczy wszystkich faktów opisanych w Fabule. Ale pewnie zależy to głównie od dynamiki rozgrywki i rolą MG jest uznać, kiedy powinien nastąpić koniec.

Mój podstawowy zarzut do tej pracy jest taki, że w małym stopniu jest to rpg, bardziej coś w rodzaju jeepform – kameralnej dramy w sztywnych ramach. Oczywiście pojawia się tu kwestia granic, co jest rpg, a co już nie jest. Dla mnie rozstrzygające są tutaj zarówno mocno nietypowa forma jak i emocje, na których opiera się tutaj rozgrywka. Bez emocji i ich odgrywania ten scenariusz się całkowicie sypie. W grach rpg tak, jak je rozumiem, można się skupiać na samych działaniach postaci, właściwie bez ich odgrywania, nawet w sumie bez dialogów. To na pewno będzie bardzo uboga rozgrywka, ale to nadal będzie rpg. Ta praca przedstawia scenariusz bardziej jakiegoś eksperymentu teatralnego czy czegoś w tym rodzaju. Akcja będzie miała mniejsze znaczenie niż dialogi czy odgrywanie emocji targających bohaterami.

Quentin jest konkursem na scenariusz rpg. Według mnie dyskusyjnym jest czy ta praca to scenariusz rpg. Nawet jeśli uznać, że nim jest, to wolę inne scenariusze – proponujące inną zabawę.

Witold Krawczyk

Ciekawy eksperyment. 100% skupienia się na dramatycznych scenach, wysoka sprawczość graczy, poważny temat i brak fantastyki. Uzasadniony konwencją i treścią przygody wybór storytellingu jako mechaniki. Amnezje i zmiany osobowości to dość częsty zabieg fabularny (ale, umówmy się, i tak dużo rzadszy od np. zabijania goblinów), ale nie mam z tym problemu (kto wie, co z psychiką postaci zrobił fikcyjny psychotrop!). Scenariusz może skończyć się bardzo szybko, ale to nie musi być złe – wolę dobrą godzinną sesję od nudnej, cztery razy dłuższej. Mam dwie wątpliwości: po pierwsze, epilogi, w których gracze nie mają nic do gadania. Po drugie: ryzyko, że sesja utknie w mało satysfakcjonującym miejscu (gracze dojdą do zgody po pięciu minutach, uznają, że strzelanie do klauna to drastyczny krok, że nie mają dość informacji i jadą do domu – i emocje szlag trafił).

Niemniej: „Klaun” jest intrygujący od strony game designu, śmiały, dość niezwykły (mam skojarzenia z larpami, jeepformami i, bodajże, scenariuszami z duńskiego Fastavalu). Jeśli nie wypali – sesja skończy się szybko, jeśli wypali – może być naprawdę emocjonujący.

Andrzej Stój

Kiedy przeczytałem „storytelling” w metryczce przygody, pierwsze co przyszło mi na myśl, to „Quentin nie jest konkursem na opowiadanie”. Szczęśliwie, wbrew temu co deklaruje osoba stojąca za tekstem, Klaun posiada mechanikę i zasady, choć nie są oparte o czynnik losowy.

Łyknąłem pomysł na przygodę od razu. Mamy trzy osoby znajdujące się w dramatycznej sytuacji. Dwie są kontrolowane przez graczy (czwórkę – po dwie na bohatera), MG jest trzecią. Amnezja sprawia, że prawda jest objawiana małymi krokami. Napięcie rośnie aż do momentu, kiedy trzeba podjąć decyzję, która zdecyduje o dalszych losach postaci graczy.

Podoba mi się mechanizm cyklicznego przejmowania kontroli nad postaciami co k6 minut. Dość długo by sobie pograć, ale nie aż tyle, by bierny gracz stracił koncentrację. Bardzo dobrym ruchem jest załadowanie pistoletu ślepakami – gracz, który będzie chciał by jego postać zabiła, nie będzie w stanie zabić.

Widzę w przygodzie kilka zagrożeń, które sprawiają, że będzie to rzecz nie dla każdego – i nie chodzi mi tu o tematykę Klauna. Po pierwsze, większa część historii jest budowana przez graczy. Osoby, które nie potrafią przejąć części ciężaru narracji, nie czują tego na ile mogą sobie pozwolić, a co będzie wykraczać poza ich możliwości, będą się blokować… albo zamkną sesję szybką deklaracją. Po drugie, muszą trzymać się roli i pamiętać o kluczowej cesze charakteru bohatera. Po trzecie, muszą akceptować decyzję MG jako ostateczną – bez rzutu ani innego czynnika pomagającego przełamać sytuacje sporne.

Wydaje mi się, że w fabule jest kilka niedociągnięć (albo niejasności), które trudno ominąć. Po pierwsze, dlaczego Dawid nie wie, że pistolet jest nabity ślepakami? Po drugie, dlaczego BG pamiętają podpułkownik Karlik, skoro poznali ją dopiero po śmierci syna? Po trzecie – w jaki sposób Dawid ma odsłonić całość wydarzeń, skoro po przyjęciu urodzinowym nie miał styczności z rodziną BG aż do chwili porwania, a Eryk opowiedział mu (i Magdzie przez telefon) jedynie część historii?

To, co wskazałbym jako jednoznaczną wadę, to konieczność ograniczenia swobody postaci. Teoretycznie jest możliwość wyjechania z lasu, ale albo kończy przygodę (patrol policji), albo railroaduje bohatera (w domu nic nie ma). Osobiście miałbym jako MG spory problem w rozwiązaniu niejednoznacznych sytuacji.

Dużego zawieszenia niewiary wymagałaby akceptacja synchronicznej amnezji, pojawiającej się w tym samym momencie i obejmującej ten sam okres. Gracze nie posiadają tej wiedzy na starcie, ale gdy padnie „Co ostatnie pamiętasz sprzed lasu?”, odpowiedź może wybić wszystkich z nastroju. Mogą zaakceptować to jako element gry (ignorujemy logiczność amnezji, bo to gra w dramat rodem z Memento), ale to nie jest pewne – zwłaszcza, że przygoda stara się dbać o wiarygodność wydarzeń.

[collapse]

Quadrum

Quadrum – Michał Maciąg

Edycja: 2021

System: Neuroshima

Setting: Neuroshima

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1-2

Dodatki: brak

Opis:

Bohaterowie przybywają do miasta, żeby odnaleźć fabrykę Tornado. Sprawa jednak nie jest tak prosta, jak się pozornie wydaje. Do drużyny dotarły tylko plotki o pojawiających się na tym odludziu czystych, rafinowanych tabletkach narkotyku. Mieścina, a właściwie to, co z niej zostało, nie sprawia wrażenia jakby było to możliwe. Jednak gdzieś głęboko w jej trzewiach czai się odpowiedź.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

———————-

Marek Golonka

———————-

Michał Kuras

———————

Janek Sielicki

——————-

Marysia Piątkowska

——————-

Michał Sołtysiak

Neuroshima była popularna i widać, że jej dzieje jeszcze nie przeminęły. Ten scenariusz nazwałbym zaś prawdziwą klasyką Neuroshimy – cel to wzbogacić się. Nic więcej. Kropka.

Nie mamy tutaj niczego wyróżniającego w fabule. Drużyna gangerów przybywa do miasteczka podzielonego na cztery obozy. Gdzieś w nim znajduje się fabryka Tornado. Cel – pozyskać narkotyk i wzbogacić się na tym. Drugiego tła za bardzo nie ma. Dodatkowych motywów również brakuje. Specjalnych zabiegów stylistycznych, zwrotów akcji, metaforyczności, nawiązań kulturowych również raczej nie ma, a jak są to mało wyraziste.

Krótko mówić: mało wyrazista klasyka. Można zagrać, jak MG dobrze prowadzi to będzie fajna zabawa, ale szybko się o tej przygodzie zapomni. Będą przecież kolejne sesje służące tylko wzbogaceniu się naszych gangerów.

Paweł Domownik

Quadrum to swobodna eksploracja typowo neuroszimowej mieściny. Na plus, że jest to raczej otwarty scenariusz zostawiający dużą sprawczość graczom. Niestety nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału.

Mam pewien problem z motywacją BG – trochę nie rozumiem czemu po otrzymaniu pogłosek na temat manufaktury tornado, mieliby się rzucić jej szukać. Może za mało grałem w nerkę, ale z przyjemnością powitałbym listę paru przykładowych bardziej osobistych motywacji.

Miasteczko jest całkiem plastycznie opisane z odpowiednią ilością szczegółów i smaczków. Widze tu inspiracje falloutami — ale te inspiracje są przecież wpisane w DNA Neuroshimy. Szkoda, że pomimo podzielenia miasteczka na 4 części nie widzimy tak naprawdę konfliktu między nimi, ani nawet dynamicznej równowagi, która runie jak domek z kart po przybyciu graczy.

Na duży plus, że problemy stawiane przed bohaterami są raczej otwarte. A autor/ka raczej stawia przeciwności, z rzadka tylko pozostawiając konkretne rozwiązania. Sugerowane testy wydają mi się raczej trudne. Miejscami wychodzi podejście silnego przeczołgania BG. Zwłaszcza wielokrotne testy śledzenia wydają się nie mieć innego celu niż, rzucamy dopóki, gracze nie obleją.

Znaczną część tekstu to eksploracja okolic niezwiązana zupełnie z głównym plotem. Ludzie ze stronnictwa poszukiwaczy dają wskazówki. A bohaterowie idą szukać wziach. Ma to trochę urok crpg. Fajnie byłoby połączyć cześć z nich z główną linią fabularną. Może dałoby się przypadkiem odkryć wejście do Osiedla. Galaretowaty sześcian z kolei mógłby zacząć szaleć pod wpływem odpadów z rafinerii.

Scenariusz spisany jest przejrzyście, choć chętniej zobaczyłbym odręczne mapki ułatwiające zorientowanie się w sytuacji. Bardzo, bardzo fajna tabelka podsumowująca NPC-ów muszę chyba ją ukraść do jakiejś swojej publikacji!

Quadrum to najlepsza przygoda do Neuroshimy w tym i zeszłym roku. Niestety trochę jej brakuje do poziomu finałowego. Najbardziej chyba potraktowania miasta jako żyjącego świata, a nie papierowych dekoracji. Mam nadzieje, że autor/ka napisze do nas za rok!

Piotr Cichy

Neuroshima wiecznie żywa. Co roku przychodzą na Quentina scenariusze do tego systemu. Ten jest, moim zdaniem, wyjątkowo dobry. Rozbudowana lokacja z poszczególnymi miejscami do odwiedzenia, NPCami, z którymi można wejść w interakcję, tajemnicami do odkrycia. Nie zapomniano o skarbach do zdobycia i wrogach do pokonania. Całość powinna wystarczyć na 2-3 sesje. Choć występują elementy typowe dla świata Neuroshimy (Tornado, Posterunek etc.), to myślę, że stosunkowo łatwo byłoby rozegrać tę przygodę w jednym z innych settingów postapokaliptycznych.

Głównym minusem jest tutaj brak większych plusów. Porządna rzemieślnicza robota. Po poprawieniu paru niedoróbek, których też niestety nie zabrakło, dałoby się to całkiem przyjemnie poprowadzić. Tyle że podejrzewam, że po paru miesiącach gracze niewiele by z tego zapamiętali. Nie byłoby to dla nich emocjonujące przeżycie. Ot, przygoda jakich wiele.

„Gracze mogą próbować przekonać wojskowego tylko na jeden z wyżej wymienionych sposobów.” Lepiej nie umieszczać w scenariuszu takich obostrzeń. Gry fabularne opierają się na wyobraźni. Pomysłowość graczy nieraz może zaskoczyć MG, a tym bardziej autora scenariusza. Ale i tak doceniam, że jest przewidziane więcej niż jeden sposobów na odnalezienie i dostanie się do wytwórni Tornado. To, że nie jest to przygoda liniowa, to jedna z większych jej zalet.

Owszem, na początku pracy jest powiedziane, że przygoda przeznaczona jest dla bardziej doświadczonych drużyn, ale i tak wydaje mi się, że poziom trudności niektórych testów jest zbyt wyśrubowany. Nie mówiąc np. o przeszukiwaniu przełamanego wieżowca, gdzie trzeba przejść tyle testów wspinaczki, że w końcu któryś się obleje.

Dobrze, że autor proponuje sposoby rozwiązania pojawiających się w scenariuszu wyzwań. Przydałoby się jednak, żeby był bardziej otwarty na graczy. Scenariusz by skorzystał, gdyby było więcej sugestii jak sobie poradzić z różnymi sytuacjami.

Bardzo dobrym pomysłem jest zebranie informacji o wszystkich NPCach w tabeli na końcu scenariusza. Wszystko w jednym miejscu ułatwi prowadzenie scenariusza.

Witold Krawczyk

Przygoda oryginalnie i z charakterem opisuje społeczności, z których składa się tytułowe Quadrum. Podoba mi się też złożone centralne wyzwanie – próba przejęcia rafinerii Tornado, podobają mi się też zwięzłe i barwne zadania poboczne dla Poszukiwaczy (warto jednak by było dać mocniejszą motywację do wykonywania ich). W scenariuszu przydałyby mi się spotkania, które pozwoliłyby mocniej związać bohaterów z Quadrum – pokochać jednych BN-ów, znienawidzić innych, rozgrywać frakcje przeciw sobie. Mam zastrzeżenia do jednego z zakończeń – Główny Zły wydaje się zbyt chętny do niszczenia swojego głównego źródła dochodu, kiedy zostanie wykryty; uważam też, że jeśli dotarcie do Osiedla ma wymagać czterech trudnych testów (a więc – ma być niemożliwe), to przeszkodą nie powinien być niepozorny trzymetrowy mur, ale raczej coś w stylu żelazobetonowej fortecy z wieżyczkami i radioaktywną fosą pełną piranii. Dużo narzekam – ale Quadrum to solidna przygoda, sesja na jej podstawie powinna być udana, a światotwórstwo autora sprawia, że Neuroshima nabiera nowych barw.

Andrzej Stój

Sprawnie zaplanowana, postapokaliptyczna piaskownica oparta na jednym z fundamentów Neuroshimy (Tornado), która daje bohaterom kompletną swobodę podczas eksploracji i interakcji z BN. Świetnie, lubię teksty, które dają mi jako prowadzącemu to, co niezbędne, nie zarzucając jednocześnie zbędnymi materiałami.

W Quadrum osią wydarzeń jest fabryka narkotyku. Autor zakłada, że postacie graczy mogą spróbować ją przejąć i zapewne taka będzie motywacja części drużyn (stąd wprowadzenie oparte na chciwości), sądzę jednak, że niektórych do wizyty w mieścinie może skłonić raczej chęć jej zniszczenia. Przerobienie przygody by dopasować ją do pozytywnych postaci nie powinno sprawić problemu – trzeba będzie jedynie zaplanować inne wprowadzenie. W samym Quadrum jest co robić. Cztery społeczności dają sporo okazji do zdobycia kluczowych informacji i doprowadzenia do jednego z wariantów finału.

To, co mi się nie spodobało, to rozstrzygnięcia mechaniczne. Zbyt wiele tu powtórzeń testów tych samych umiejętności (króluje Wspinaczka). Nawet doświadczona postać w końcu obleje jeden z rzutów, a tu konsekwencje są poważne (autor chętnie rozdaje ciężkie rany). Lepiej byłoby zarządzić jeden test o odpowiedniej trudności – drużyna mogłaby ocenić ryzyko i zdecydować czy warto ryzykować zdrowiem. Nieszczególnie przypadł mi też galaretowaty stwór w jednym z miejsc do eksploracji – Neuroshima wydawała mi się być światem, a którym takie istoty nie mają racji bytu.

W Quadrum zabrakło mi drugiego dna – genezy powstania fabryki (w końcu to tak dobry sprzęt, że nie mógł spaść z ciężarówki). Chemik odpowiedzialny za jej zbudowanie nie musiał być nawet obecny w okolicy – ale jego osoba mogłaby zainteresować BG i stać się naturalną kontynuacją przygody.

[collapse]

Tąpnięcie

Tąpnięcie – Radosław Woliński

Edycja: 2021

System: Tajemnice Pętli

Setting: Polska lata 80te.

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Nikt nie wie, czym jest Pętla, robotów ani pojazdów magnetytowych nikt z „cywilów” nigdy nie widział, wszystko jest utajnione przez rząd i INTERFIZ. Ale podczas akcji ratowniczej w kopalni Sośnica są wynoszeni górnicy z metalowymi częściami ciała. Dzieciaki dostają namiar na fabrykę gdzie prawdopodobnie są produkowane androidy. W zamian za zdobycie dowodów na istnienie humanoidalnych robotów dostaną zapłatę.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

—————————

Marek Golonka

————————

Michał Kuras

Zupełnie inaczej niż autor Tąpnięcia czuję Tajemnice Pętli i nie mogłem się odnaleźć w tym tekście. Przede wszystkim: dlaczego dzieciaki w ogóle mają zainteresować się problemem? „W zamian za zdobycie dowodów na istnienie humanoidalnych robotów dostaną zapłatę”. Serio? Trudno mi sobie wyobrazić, że dzieciaki pełnią rolę najemników czy łowców nagród.

Zachowania BN’ów również są nie takie jak potrzeba. W Tajemnicach BG mają NIE MIEĆ wpływu na świat wg dorosłych i wymyślają różne bujdy. A tymczasem sąsiad / wujek górnik ma zdać im raport z tego, jak wygląda tąpnięcie w kopalni i komentować przyjazd ważniaków z INTERFIZu? Kolejna scena podobnie mnie zniechęca: większość ważnych informacji BG dowiedzą się, gdy podkradną się i podsłuchają rozmowę dwóch BN!

Niestety ten scenariusz nie oferuję mi niczego, dzięki czemu chciałbym go poprowadzić.

Janek Sielicki

————————

Marysia Piątkowska

Ten tekst nie byłby zły, gdyby serwował nam coś poza liniowym przejściem z punktu A do B przez pole przeszkód w kopalni. Chciałabym się również dowiedzieć, jakie opcje później, po zwiedzeniu tej tajemnej fabryki, mają Dzieciaki. Mechaniki nie jest dużo, a jeśli jest, to bardzo powtarzalna, ciężko więc też mówić o pełnym osadzeniu tej przygody w systemie per se. Brakuje mi motywacji postaci – w zasadzie dlaczego w ogóle ruszyli sprawdzać ten wypadek? Rozumiem, że w TP mamy coś takiego jak „Motywacja” i MG może się do niej po prostu odwołać, ale wciąż, jeśli miałby to być finałowy, a przynajmniej półfinałowy scenariusz, brakuje wiarygodności w postępowaniu Dzieciaków.
Na plus – bardzo fajny temat przygody, inny niż klasyczne dostępne w poderku czy na rynku, dodatkowo fajna oprawa graficzna i wykorzystanie ówczesnych mediów.
Mam jednak wrażenie ze to takie demo scenariusza, a chętnie dowiedziałabym się więcej.

Michał Sołtysiak

Ten scenariusz to przykład tekstu, który oszukuje czytelnika, gdyż nie jest całością. Ba, jest wręcz tylko wstępem, bo bohaterowie dowiadują się, że w kopalni jest coś nie tak, idą, sprawdzają, jest coś nie tak. Koniec. Bohaterowie to dzieciaki, więc niby niewiele mogą, ale od tekstu do Tajemnic Pętli wymagana jest jednak choć trochę rozbudowana fabuła. 

Co dalej? Co planują w związku z wiedzą o kopalni? Nie wiem, co z tym zrobią, nie wiemy, co z tego wyniknie dla miasta w okolicach Pętli? Nic nie wiemy. Generalnie chciałbym zobaczyć, co z tego trailera, ewentualnie „pilota serialu” wyjdzie. Tylko nie ma ciągu dalszego.

Gdyby z tą jakością budowania scenografii i klimatu, autor by napisał całość, to spokojnie byłby to finał. Na tą chwilę mamy jedynie jednak rozbiegówkę i ciężko wyrokować, czy wyjdzie z tej fabuły coś naprawdę ciekawego. Potencja jest, zabrakło rozwinięcia i finału, oraz oczywiście przeciwnika, bo jakiś powinien być, choć bardzo skryty.

Paweł Domownik

  1. Bohaterowie podejrzewają, że coś jest nie tak w fabryce.
  2. Bohaterowie badają fabryke — coś jest tam nie tak.
  3. Koniec.

Tąpnięcie jest trochę jak skecz teatrzyku zielona gęś. Tak dojmująca brakuje mu jakiegoś zwrotu akcji/pointy staje się puentą sama w sobie.

Scenariusz to liniowa podróż szlakiem kolejnych informacji zaczynających się od dziwnego wypadku w kopalni. Na koniec dostajemy wizje fabryki niczym z Ai Spielberga. I to w zasadzie tyle.

Dostajemy tu przykładowe testy. Niestety nie dostajemy informacji co zrobić, kiedy naszym bohaterom nie wyjdą — co w połączeniu z liniowością przygody może prowadzić do zablokowania gry. Najlepszym przykładem jest test otwarcia drzwi do fabryki, co zrobić, jeżeli się nie uda?

Autor/ka prezentuje tu swoją mocno odmienna od systemowej wizje lat 80. Nie wiem jednak, czy wychodzi to temu materiałowi na dobre. Ukrycie całej dziwności, chociaż bardzo ciekawe nie generuje tutaj jakiejś wartości dodanej, cały ten scenariusz można by rozegrać w kanonicznej wersji i nie wiele by to zmieniło.

Kolejny problem to motywacja. Autor/ka zakłada, że BG zostaną wynajęci za pieniądze przez bn-a, żeby zbadać sprawa niczym awanturnicy w dedekach. Jest to tak bardzo wbrew duchowi oryginalnego systemu, który podkreśla dziecięca ciekawość, chęć eksploracji spotkania z innym, że kołek, na którym zawieszam niewiarę, pęka. Jeżeli już chcemy wprowadzić gotówkę, zobaczmy, jak rozwiązuje to ikoniczny dla epoki film Goonies gdzie skarb — pieniądze nie są celem samym w sobie a sposobem na ocalenie domu.

Ta przygoda byłaby znacznie lepsza, gdyby dołożyć jedną z dwóch rzeczy: Konflikt — bohaterowie muszą znaleźć w fabryce androidów X, zanim znajdzie to jakiś złol lub dobrze postawionego celu: bohaterowie muszą dowiedzieć się, o co chodzi z fabryką, żeby nie wiem, pomóc własnemu wujkowi, który stracił prace, bo androidy nie potrzebują deputatu węglowego.

Doceniam śmiałość w modyfikowaniu systemów, wprowadzanie własnych autorskich wizji. Samo to jednak nie wystarczy. Autorze, Autorko! Przeczytaj zeszłorocznego zwycięzcę „Salamandrę”, przeanalizuj i liczymy, że za rok prześlesz nam lepsza prace.

Piotr Cichy

Nie wiem, czy akurat dla dzieci, w które wcielają się w tym systemie gracze, ceny i pieniądze są najważniejsze. Chyba nie tędy droga do Tajemnic Pętli. Zapłata za misję niezbyt tutaj pasuje. Warto było jakoś inaczej to wymyśleć. Zresztą sam autor nie jest tu do końca konsekwentny, bo podaje ceny różnych produktów, ale nie pisze, jaką sumę oferuje zleceniodawca. Podobnym przykładem niedokładności w zahaczce jest to, że na przekazanie informacji umawia się z nimi na niedzielę, a nie wiadomo, jaki obecnie jest dzień tygodnia.

Mam wrażenie, że ten scenariusz to wstęp do dłuższej kampanii. Niewiele się tu w sumie dzieje. Sama Pętla pozostaje gdzieś w tle. Mamy wspomniane niewykrywalne samoloty i lewitujące czołgi, ale pociągnięcie tych wątków pozostawiono do dalszych przygód. Postać NPCa, Tadeusza Szymańskiego, jest ustawiana w roli patrona drużyny, który będzie zlecał kolejne misje. Niestety moim zdaniem do kampanii Tajemnic Pętli taka struktura niezbyt pasuje. Dzieciaki same powinny szukać tajemnic, a nie być najemnikami (zapłata!) dorosłego NPCa.

Największą zaletą tego scenariusza jest dokładnie opisana fabryka androidów – ze zdjęciami, dokładnymi planami i przemyślanym procesem produkcyjnym. Szkoda, że autorowi nie udało się wymyślić jakiejś ciekawej fabuły, która mogłaby wykorzystać tę lokalizację. Zaproponowane scenki to zdecydowanie za mało. Przydałoby się więcej interakcji – może jakiś pościg albo możliwość przeprogramowania androida i użycia go przez dzieciaki. Przygodę wzbogaciłby też jakiś ciekawszy cel dla graczy niż tylko: „Pójdźcie i zobaczcie, co tam się dzieje”. Może mogliby zdobyć tam jakieś ciekawe urządzenie? Więcej informacji o samej Pętli? Samo to, że ktoś produkuje androidy do niebezpiecznych prac nie jest niczym strasznym. Może warto było dodać jakieś poważniejsze zagrożenie albo przynajmniej jego sugestię? Jakiś android strażniczy, który dzieciaki musiałyby zniszczyć? Albo jakiś plan zastąpienia konkretnych mieszkańców Gliwic androidami? Dzieciaki z górnikami pewnie mają mniejszy kontakt niż np. z nauczycielami.

Dobrze, że autor w odpowiednich miejscach wskazuje, jakie testy gracze powinni wykonać. Szkoda, że tekst scenariusza nie uwzględnia w większym stopniu, jaki wpływ na przebieg wydarzeń miałyby nieudane testy. Zresztą w ogóle możnaby użyć więcej mechaniki Tajemnic Pętli, np. w odniesieniu do NPCów.

Witold Krawczyk

Podoba mi się dążenie do minimalizmu, świetne zdobiące tekst zdjęcia i barwny opis fabryki robotów. Nie podoba mi się gameplay – od tej strony Tąpnięcie to seria testów skradania i oglądanie krajobrazów. Przydałyby mi się wyzwania, zagadki, wybory.

Andrzej Stój

Nie rozumiem idei, jaka przyświecała autorowi tego tekstu. Wziął Tajemnice Pętli i zabrał z niej to, co wyróżnia ten system, a potem serwuje graczom wizytę w zakładzie montowania androidów, z której nic nie wynika. Tąpnięcie niestety nie broni się w taki sposób, jak inne mniej udane przygody – tam bohaterowie mogą coś robić, tutaj jedynie słuchać opisów MG. O ile w ogóle trafią do zakładu.

Do osoby odpowiedzialnej za tekst mogę napisać tylko jedno – nie poddawaj się! Spróbuj dokładnie przeanalizować notki członków kapituły, poczytać prace finalistów, a swoje pomysły skonfrontować z innymi drużynami, niż stali gracze. Jest przed tobą dużo pracy, ale pracy do wykonania.

[collapse]

Kwantowa draka

Kwantowa draka – Adam Wołoszczuk

Edycja: 2021

System: Tajemnice Pętli

Setting: Rembertów 1986

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: opcjonalne

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

„Kwantowa draka” jest w zamyśle przygodą na jedną sesję do poprowadzenia z wykorzystaniem gotowych postaci dzieciaków. Można ją także wpleśc w kampanię, z udziałem własnych postaci. Domyślna struktura jest liniowa jednak nie narzuca metod jakimi dzieciaki będą wyplątywać się z poszczególnych tarapatów.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

———————–

Marek Golonka

————————-

Michał Kuras

—————————-

Janek Sielicki

—————————

Marysia Piątkowska

————————

Michał Sołtysiak

Mam problem z całkiem ciekawym scenariuszem do Tajemnic Pętli. Jest tutaj niezła intryga, fajna scenografia, interesujące sceny, ale mam wrażenie, że autor nie przyjrzał się motywacjom i możliwością postaci. 

Gracze odgrywają w systemie dzieciaki ze szkoły podstawowe. Mają to być zuchy, które chcą uratować swojego ulubionego nauczyciela. Poprosi ich o to żona zaginionego, która stwierdzi, że nikt inny jej nie pomoże. Jakby nie miała innych dorosłych przyjaciół, nie mogła liczyć na innych nauczycieli, na policję itd. Łatwiej by mi było uwierzyć, gdyby była np. szeroka akcja poszukiwawcza i np. banda bohaterów akurat dostała Bagna do sprawdzenia, czyli dokładnie ten obszar gdzie jest zaginiony nauczyciel. Podobnie, gdyby jeden z dzieciaków byłby synem/córką nauczyciela, albo choć był blisko spokrewniony. To też by łatwiej wytłumaczyło zawiązanie akcji.

Drugi zgrzyt, to sprawa odbijania amerykańskiego szpiega z bazy Rosjan. Tak, tak, z rąk Armii Czerwonej! To dla dorosłych amatorów byłby problem, a co dopiero dzieciaków. Łatwiej bym to zrozumiał, gdyby musieli się ścigać z UB w poszukiwaniu szpiega uwięzionego na bagnach, żeby nie musieli ryzykować akcji klasy prawdziwych szpiegów.

Tym samym, dobry scenariusz ma za wysoko postawiony próg niewiary i mi by to nie pasowało. Grając dzieciakiem w życiu bym nie pomyślał o wkradaniu się do bazy Armii Czerwonej, gdzie mają prawdziwą broń i są prawdziwi żołnierze.

Poza tym polecam, ale dopasujcie do swojego poziomu niewiary. Ja wychowany na Bahdaju i Niziurskim mam chyba zbyt racjonalne podejście do możliwości dzieciaków w Polsce Ludowej.

Paweł Domownik

Kwantowa draka to bardzo porządna klasyczna, lecz niestety liniowa eksploracja. Rzucona na bardzo fajne tło katastrofy w Czarnobylu niestety nie wykorzystuje go w pełni.

Historia z amerykańskim szpiegiem, zagubionym nauczycielem i szalonym pustelnikiem jest bardzo fajna i angażująca. Szkoda że autor porozwieszał na ścianach parę strzelb (płyn Lugola szkolny chuligan), które niestety nie strzelają do końca.

Zawsze wydawało mi się, że grając w Talesy, zgadzamy się, że nasi bohaterowie przepełnieni są dziecięcą ciekawością i chęcią poznania, W takim wypadku NPC-e zlecający quest wypadają nieco sztucznie. IMHO wystarczy pokazać żonę szukająca profesora, a BG sami się rzuca śladem nocnych wydarzeń.

Scenariusz ma świetny plot twist. Naprawdę zaskoczył mnie i bardzo mi się spodobał. Szkoda, tylko że on nie wybrzmiewa, tak jak mógłby. Mam wrażenie, że bohaterowie do końca nie wiedzą, jaka jest stawka. Trzeba by jakoś zapowiedzieć ta sytuacje, np. dać jakiś osobisty drobiazg profesora bezdomnemu. Poza tym rozgrywka zyskałaby, gdyby gracze mieli jakiś wybór, odesłać x do 46 albo…

Przygoda jest bardzo dobrze opracowana mechanicznie. Proponowane testy, konsekwencje są podane na tacy, na dodatek autor prawie zawsze pamięta o zasadzie fail forward, nie blokując rozwoju przygody.

Mamy też dodatkowe zagrożenie zebrane w formie frontu, który zbliża się wraz z upływem czasu, napędzają go też konsekwencje działań BG. Świetna robota.

Podoba mi się kwantowa draka i będę trzymał za nią kciuki. Myśle ze autor sam znerfił swój scenariusz, decydując się na przygodę dla początkujących. Może wejść do finału w tym roku, chociaż łatwo nie będzie. Mam nadzieje, że autor wyśle nam jeszcze lepszy. Na razie Kwantowa draka to po prostu porządny scenariusz, na cotygodniowa sesje.

Piotr Cichy

Prosta, niestety liniowa przygoda, zbudowana zgodnie z konstrukcją zaproponowaną w podręczniku do Tajemnic pętli. Rozgrywa się w bazie radzieckiej w czasie Zimnej Wojny, co samo w sobie jest dość oryginalnym pomysłem. Niestety obok „dzieciakowej” przygody zawiera dość ponure sceny, co dla mnie trochę rozbija konwencję.

Coraz popularniejsze jest wypisywanie przed przygodą triggerów, zawartych w niej elementów, które mogą wywołać czyjś dyskomfort. Temu scenariuszowi zdecydowanie by się to przydało, a niestety nie ma takiego ostrzeżenia. W dość wesołej historii o dzieciakach szukających przygód mamy nagle ni z tego ni z owego próbę samobójczą, dość realistycznie opisaną. Oczywiście może to być okazja dla bohaterów do pomocy nieszczęśnikowi, ale sama scena przynajmniej dla mnie stanowiła pewien szok – tym bardziej, że nic jej wcześniej nie zapowiada. Rozumiem też, że scena ze stukniętym dziadkiem może być dla kogoś zabawna, ale ja mam nieco inne poczucie humoru.

Dobremu scenariuszowi przydaje się streszczenie na początku, żeby MG łatwiej mógł się orientować w tekście. To co w tej pracy nazwane jest streszczeniem, niestety nim nie jest, raczej czymś w rodzaju wprowadzenia. Szkoda.

Gotowe postaci pomagają rozegrać tę przygodę jako jednostrzał. Są dobrze dostosowane do wyzwań, jakie można napotkać w przygodzie, ale poza tym nie są jakoś bardziej wplecione w fabułę. Łatwo można je zastąpić bohaterami stworzonymi przez graczy.

Scenariusz dobrze wykorzystuje mechanikę systemu Tajemnice pętli. Można mu to policzyć zdecydowanie na plus. Autor nie zakłada, że wszystkie testy będą udane i przedstawia konsekwencje porażek. Trochę dziwne jest dla mnie w negatywnym zakończeniu całości, że dzieciaki, które uwolniły amerykańskiego szpiega włamując się do bazy wojskowej, a potem zostały złapane przez UB, po prostu bez niczego zostają wypuszczone do domu. Ale to akurat się jakoś mieści w wesołej konwencji awanturniczej. W odróżnieniu od paru dużo mroczniejszych elementów w scenariuszu.

Szkoda też, że tak naprawdę nie można wypełnić celu, który w założeniu będzie przyświecać bohaterom. Tak czy siak lubiany nauczyciel nie powróci już do szkoły. Twist z podróżą w czasie jest, owszem, dość ciekawy, ale podporządkowanie mu całej konstrukcji scenariusza niezbyt mi się podoba. Żeby powstała założona opowieść, autor zbudował liniową przygodę. Zysk nie jest według mnie warty swego kosztu.

Witold Krawczyk

Z pozoru lekki, w praktyce smutny scenariusz do Tajemnic Pętli – z jednej strony fantastyczna technologia i przygody, z drugiej widmo Czarnobyla, samobójstwo, wątek nieodwracalnej katastrofy technologicznej. Szanuję.

Scenariusz jest liniowy z wyborami – to dobra struktura, ale chciałbym, żeby wyborów było więcej i były bardziej dramatyczne; i żeby w poszczególnych scenach gracze mieli więcej do roboty. Może można by pogłębić relacje bohaterów z nauczycielem albo mniej abstrakcyjnie zaplanować finał. Przypadły mi za to do gustu historyczne detale (wydają się celne, chociaż ja nie z tego pokolenia) i Biały Polonez zamiast wszechobecnej Czarnej Wołgi.

Andrzej Stój

Skromna objętościowo, jednosesyjna przygoda do Tajemnic Pętli, w której praktycznie wszystko jest na swoim miejscu (prawie wszystko – nie rozumiem po co jest tam scena próby samobójstwa). Oferuje gotowe postacie, choć ich nie potrzebuje. Używa zasad systemu i proponowanej struktury Tajemnicy, robiąc z niej dobry użytek. Teoretycznie jest liniowa, ale nie widzę większych problemów jeśli gracze zdecydują o innym, niż proponowanym przez autora podejściu – będzie trzeba co najwyżej zaimprowizować własne sceny.

Podoba mi się to, że Kwantowa draka nie robi z Tajemnic Pętli poważnego systemu – zgodnie z założeniami, to ciepła (no, niekoniecznie – jeśli grupie się nie powiedzie, ich nauczyciela czeka smutny los) historia o ciekawskich dzieciakach. To, co bym podmienił, to wyposażenie i „lokatorów” zapomnianego schronu. Teoretycznie fanty zabrane stamtąd mogą posłużyć do przekupienia strażników w bazie, ale można zastąpić Niemców kimś bardziej współczesnym. Trudno uwierzyć, że przez 40 lat nikt tam nie zajrzał.

Myślę, że Kwantową drakę mogę polecić każdej osobie lubiącej Tajemnice Pętli – oczywiście pod warunkiem, że akceptuje wymagania, jakie narzuca przygoda dla dowolnych postaci. To historia po trosze o Dzieciakach, ale również o amerykańskim szpiegu i nauczycielu, który płaci za ciekawość podróżą w czasie.

[collapse]

Smard

Smard – Jeremiasz Pardej

Edycja: 2021

System: Warhammer Fantasy Roleplay 2ed

Setting: Warhammer Fantasy

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki: Instrukcja gry Faraon

Opis:

Scenariusz „Smard” został osadzony w uniwersum WFRP E2 w imperialnej prowincji Nordland. Choć może się zdawać, iż scenariusz jest poprowadzony w formie komediowej jest to jedynie pozór. Historia w dość krótkim czasie zamienia się w opowieść o bólu, zemście oraz niewidocznej grze.
Scenariusz powinien być utrzymany, przez GM, w mrocznej oraz „pełnej brudu” atmosferze, tak jak to jest w uniwersum WFRP.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Kilka interesujących pomysłów, jak fabuła rozpoczynająca się od dość niewinnej lekcji szermierki, czy arystokrata mutujący ludzi i polujący na nich w lesie. Byłoby świetnie, gdyby jego motywacja była ciekawsza niż po prostu „spełniać zachcianki Nurgla”.

+ Fajna, klimatyczna scena z potwornym skrzypkiem.

+/- BG mają motywację do działania – mogą zginąć, jeśli nie znajdą zaginionego. Z drugiej strony wystarczyłoby zapewne uciec z miasta, aby uniknąć konsekwencji.

+/- Jeśli w skrzyniach na placu treningowym nie znajduje się nic ciekawego, nie ma potrzeby o nich pisać 😉

– Scenariusz za późno (dopiero na końcu!) precyzuje, dla jakiego typu BG jest przeznaczony. Czytelnik od razu zostaje wrzucony w tekst, który zakłada że muszą to być leniwe postacie, szukające łatwego zarobku. Nie każdy bohater gracza nadaje się na instruktora szermierki.

– Dlaczego gracze, których zadaniem jest odnalezienie zaginionego Igmara, mieliby wikłać się nagle w problemy kapłana i „pobudzonych zmarłych”? Ojciec chłopaka zagroził im stryczkiem, czemu BG mieliby teraz szukać jakichś żebraków, którzy chcieli odwiedzić cmentarz i zajmować się duchem dziewczynki? I dlaczego kapłan zapytany o Igmara nie udziela odpowiedzi, tylko daje graczom nowego questa? Rozumiem, że ciąg wydarzeń w końcu prowadzi BG na trop zaginionego, ale momentami dzieje się to w zbyt losowy sposób.

Marek Golonka

———————

Michał Kuras

——————-

Janek Sielicki

————————-

Marysia Piątkowska

———————–

Michał Sołtysiak

To jest Jesienna Gawęda do bólu, z wysokimi testami, postaciami bez moralności, Nurglem (bo obrzydliwy) i BN-ami, z których każdy jest wykoślawiony lub zdeprawowany (ze szlachtą i władzą na czele). Po prostu brud, kiła i mogiła, a smrodliwa gangrena czeka na swoją kolej. Spisane to wszystko luzackim językiem z żarcikami słownymi, takimi jak „ raz na Kislewicki rok” itd. Nie ułatwia to czytania, bo nie wszystko wyszło zgrabnie. To utrudnia korzystanie ze scenariusza.

Postacie są zmuszane do działania, motywacja to strach przed utratą zarobku, śmiercią i podobne niskie pobudki. Klasyczny Warhammer, jak sam autor pisze. Drużyna ma mieć generalnie ciężko, pod górkę i generalnie prze…rąbane (żeby nie użyć mocniejszego słowa). Nie lubię takiego podejścia, bo MG nie powinien być wrogiem graczy.

Starałem się jednak znaleźć coś dobrego, bo groteskowość może jest zamierzona i autor starał się pokazać nam coś w ramach kontrastów, różnych zwrotów akcji etc. Niestety nie, to zwykła przygoda, na zwykła sesję, gdzie można pośmieszkować i pograć klasycznym „staczającym się bohaterem ze Starego Świata”, który wie, że jest „do luftu” i „tak też się zachowuje”: pilnując swojego tyłka i tylko licząc potencjalne złote korony, które zarobi, jak przeżyje. Tyle i niestety tylko tyle. 

Nie rozumiem czemu autor używa tytułu smard, bo to wolny chłop, smerda, który ma powinności wobec pana. Poetyka tego mi całkowicie umyka. Szczególnie, że stawia to słowo w jednym rzędzie z patafianem, więc może rozumie je jako obelgę? Nie jest to imię również.

Paweł Domownik

Scenariusz klasyka — miejskie śledztwo i ponury świat niebezpiecznych przygód. O czym zresztą autor/ka lojalnie ostrzega, pisząc, że „…powinien być utrzymany, przez GM, w mrocznej oraz »pełnej brudu« atmosferze…”.

Scenariusz to półotwarte śledztwo w sprawie zaginionego dziecka (tytułowego smarda). Nie jest ono jakieś porażające, ale trzyma się kupy. Pokazanie mutantów bardziej jako ofiar, niż jak bezrozumnych bestii jest motywem klasycznym, ale rozegranym dość porządnie — scena pogrzebu może zrobić wrażenie.

Podróż za wskazówkami postawi nas na drodze kilku całkiem fajnych NPC-ów – jak na przykład dwójka hazardzistów, która spotykamy na początku (w ogóle scena z grą w faraona jest jedna z lepszych). Pod tym względem jest fajnie i warhammerowo. Szkoda, że jeden z nich – klimatyczny skrzypek, jest raczej emanacja mistrza gry, co to zrobi infodumpa, pojawi się znikąd, a w razie czego jeszcze otworzy drzwi. Należałoby go wywalić i zastąpić pełnokrwistą postacią mocniej związana z fabułą.

Scenariusz jest opracowany mechanicznie. Co prawda niektóre testy są absurdalnie wręcz trudne — pierwsza rozmowa ze zleceniodawcą. Nie zdanie innych (tropienie na placu) ćwiczeń może zablokować drogę dalej — i skończy się tym, że MG i tak będzie musiał powiedzieć graczom, gdzie ich postacie mają iść.

Wolałbym, żeby zamiast stylizacji językowej nawiązującej do tej z neuroshimy czy DL, informacje były podane jasno i przejrzyście. Dlaczego na przykład na początku nie jest powiedziane, kto porwał dzieciaka i dlaczego?

To, co boli bardziej to wybijające się podejście dręczenia BG. Jeżeli BG spróbują wyjść poza plansze „spadnie na nich cała straż”. Bardzo to widać w scenie przesłuchania Morgana (gdzie Triggery wypisane na początku!), kiedy to mg rzuca przesłuchiwanemu na Zastraszanie, a BG muszą się bronić. Jeżeli jakiś rzut mogą wykonywać gracze, to powinni, to znacznie fajniejsze niż rzucić za zasłonka i powiedzieć — przez k4 tur jesteś przestraszony — nie możesz nic zrobić.

Pregenerowane postacie są zawsze jakimś ograniczeniem. W końcu nie mogę grać, kim chce – tylko wpasowuje się w wizje autora. W zamian za to dostajemy postacie, które powinny być mocniej powiązane z tym, co dzieje się na sesji. Tutaj niestety pregeny nie są w żaden sposób związane z fabułą i równie dobrze można by to zagrać randomowymi postaciami. W takiej sytuacji lepiej pozostawić graczom swobodę tworzenia postaci.

Smard ma potencjał. Chciałbym za rok zobaczyć prace autorki/autora, która będzie zachowywała ten klimat, oddając jednocześnie więcej sprawczosci w ręce graczy, nieco lepiej opracowaną. Mroczny i u pełen brudu klimat łatwiej uzyskać współpracując z graczami, a nie gnębiąc ich postacie.

Piotr Cichy

Słownik języka polskiego podaje, że „smard” oznacza średniowiecznego kmiecia zależnego od księcia. Autor używa tego słowa w znaczeniu „smarkacz”. O co tu chodzi? Czy to stylizacja na Reikspiel?

Przydałaby się porządna redakcja tekstu. Liczba błędów znacznie przekracza przeciętną.

Uniwersum 2. edycji Warhammera? Nordland? I ani słowa o Burzy Chaosu? Przecież to jeden z głównych tematów tej edycji, zwłaszcza w okolicy, która była mocno dotknięta tym wydarzeniem. Rozumiem, że możemy grać w innym niż domyślny momencie historii, ale przydałoby się na ten temat słowo komentarza od autora.

Sekretny rzut (modyfikator? nie jest to jasne) na Przekonywanie (-30) przeciwko Inteligencji (+15) NPCa? Po co to w ogóle rzucać? Takie zagrywki to przykład brutalnego wpychania graczy w zaplanowaną z góry fabułę. Kiepsko świadczy o autorze scenariusza, że nie potrafi wymyślić czegoś lepszego.

Z jednej strony mamy tu liniową strukturę i kolejne miejsca, które drużyna powinna odwiedzić, a z drugiej strony wymagane są testy, których oblanie (tak przecież prawdopodobne w mechanice Warhammera) stopuje akcję.

„Jeżeli gracze nie wykonają żadnego z poniższych podrozdziałów ogłoś koniec scenariusza.” To może być bardzo krótka sesja. Zamiast tego warto by przygotować jakieś rezerwowe wskazówki, żeby umożliwić dalszą grę.

„Morgan zaczyna pierwszy z powodu zaskoczenia graczy” Ale dlaczego? Myślę, że gracze mogą jak najbardziej spodziewać się tego ataku. W najgorszym razie należałoby to przetestować.

Las wewnątrz murów miejskich małego miasteczka? Dziwny pomysł. Nic by nie szkodziło, gdyby to wszystko działo się poza miastem.

Skrzypek to ewidentny „ulubiony NPC Mistrza Gry”. Należy unikać takich postaci, które są lepsze i ważniejsze od bohaterów graczy i robią za nich to, co trzeba.

Główny pomysł z margrabią porywającym ludzi, żeby ich mutować, nie jest taki zły, choć dość klasyczny. Do tego szansa sprzymierzenia się z jego przerażającymi ofiarami dawałaby ciekawy dylemat dla graczy. W tej chwili jednak scenariusz jest na tyle nieumiejętnie spisany, że wymagałby sporego wysiłku Mistrza Gry, żeby dało się to poprowadzić. Myślę, że jest to wykonalne i po odpowiednim doszlifowaniu wyszłaby z tego przyzwoita przygoda. Pozostawię otwarte pytanie czy warto?

Witold Krawczyk

Podoba mi się mocne skupienie się na konwencji łotrzykowskiej z BG-łajdakami i pełne charakteru ilustracje. Nie podoba mi się bardzo liniowa konstrukcja przygody, która może zniechęcić graczy (gdy brakuje tropów, gdy nie wiedzą, dokąd iść) i, wydaje mi się, spore ryzyko na zablokowanie się w przygodzie: instynktem warhammerowców jest raczej zabicie mutanta (Skrzypka) niż zaufanie mu; bohaterowie nie mają też zbyt silnej motywacji do badania cmentarza. Tekst jest pisany ze swadą, ale przydałaby mu się korekta językowa.

Andrzej Stój

Jest to, niestety, bardzo słaby tekst, który nie broni się w żadnym aspekcie. Możliwe, że przygodę napisała młoda osoba o niewielkim doświadczeniu, chcąca spróbować swoich sił w konkursie. Jeśli tak, gratuluję odwagi. Trzeba mieć jej naprawdę sporo by wystawić się na potencjalnie surową krytykę. Niestety, Smard kuleje językowo i fabularnie – widać, że przed autorem sporo pracy, w tym ogrania, opanowania realiów prowadzonego systemu (w tym wypadku drugiej edycji Warhammera). Warto pokonać tę drogę.

Smard przypomina mi sesje, jakie graliśmy z kumplami 25 lat temu. Wprowadzenie metodą na kija, potem pogaduchy z postaciami tła, trochę walki i finałowa walka. Wszystko podlane jesienno-gawędowym sosem. Domyślam się, że od takich przygód rozpoczyna się kariera większości grup (no, może oprócz tej jesiennej gawędy – to już zależy od systemu) i przynoszą masę frajdy uczestnikom tych sesji. To jest jak najbardziej w porządku. W Quentinie oceniamy jednak nie chęci ani frajdę z testów, a otrzymany tekst.

Zgaduję, że Smarda nie przeczytał nikt poza autorem. Być może przygoda została komuś pokazana, ale jeśli tak, to zabrakło szczerości. Krytyka mogłaby pomóc, wskazać miejsca bezwzględnie potrzebujące przepisania. Szkoda.

Dlaczego ten tekst jest tak słaby?

Logika przygody kuleje, Postacie tła działają naiwnie, niezrozumiale, jakby były BNami z gry komputerowej o bardzo ubogiej ścieżce dialogowej. Choć Smard ma być osadzony w realiach drugiej edycji WFRP, autor ignoruje je (albo ich nie zna). Do tekstu są dołączone przykładowe postacie o kuriozalnej historii.

Jedynym fajnym (ale naprawdę fajnym!) motywem jest wygląd mutanta noszącego ptasią maskę lekarza.

[collapse]

Festiwal niedźwiedzia

Festiwal niedźwiedzia – Oliwia Bieleń

Edycja: 2021

System: Zew Cthulhu 7 ed

Setting: 2012 rok

Liczba graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki: karty postaci (Andrew Taylor, Caleb Evans, Dexter Evans), handouty (nr 1, nr 2)

Opis:

Po wielkim sukcesie książki bohaterowie postanawiają odpocząć od zgiełku cywilizacji. Udało im
się znaleźć i wynająć mały domek letniskowy znajdujący się w malowniczej kotlinie górskiej w
miasteczku Green Bay. Bohaterowie wynajęli domek na 6 dni. Razem z nimi jedzie córka i ciężarna
żona Caleba – Emma.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

  • Zanim poznam opis żony i córki Caleba, byłoby dobrze wytłumaczyć czytelnikowi, kim jest Caleb – czytelnik musi się domyślić, że chodzi o postać gracza. I o sukces jakiej książki chodzi? Czy BG napisali ją wspólnie? Kim właściwie są? Pisarzami? A może to nie ma znaczenia?
  • BG nie mają celu, ani motywacji. Ich „zadaniem” wyjściowym jest odpocząć od cywilizacji. Nie można liczyć na to, że wejdą do sklepu i kupią jakiś znaleziony w lesie aparat, że wejdą do komisariatu (czemu mieliby to robić?), że będą przeglądać książki w bibliotece itp. Można by założyć, że zrobią coś takiego, gdyby mieli jakiś konkretny cel do zrealizowania, np. przyjechali do miasteczka, chcąc rozwikłać jego tajemnicę. Tymczasem w tej pracy na barkach MG spoczywa zadanie zainteresowania BG głównym wątkiem.
  • Dlaczego burmistrz osobiście puka do drzwi BG i zaprasza ich na festiwal? Są tak ważnymi osobistościami?
  • Autor/ka tekstu zakłada, że gracze będą chodzić jak po sznurku od jednego punktu do drugiego, instruowani przez NPCów. Dobrze byłoby przetestować przygodę, żeby stwierdzić, że nie postąpią dokładnie tak, jak zakłada osoba pisząca nie tylko ten, ale każdy mocno liniowy scenariusz 😉

Marek Golonka

——————–

Michał Kuras

——————

Janek Sielicki

—————-

Marysia Piątkowska

Ten tekst wygląda jak zapiski z sesji Autora. O książce, którą rzekomo napisali BG nie ma ani słowa poza wstępem. Ten temat jest w ogóle nie wykorzystany, choć – moim zdaniem – sam pomysł na motywację naprawdę mógł mieć potencjał. Do końca nie wiedziałam, ze Caleb to jeden z Badaczy, a im dalej w las, tym bardziej bałagan informacyjny zniechęcał mnie do czytania. Na szczęście to tylko 10 stron. Nie wiem, co by było, gdyby gracze mieli coś do powiedzenia w tej przygodzie. Nie ma słowa o potencjalnych rozwiązaniach, jeśli gracze posiadaliby delikatnie inne zamiary, niż te które przewidział Autor. Moja rada: Autorze zastanów się nad motywacjami postaci graczy i daj im dojść do słowa – zbuduj wątki, w których mogą decydować, a ich decyzje będą miały wpływ na dalszy przebieg przygody. Daj im pograć.
Aha, no i wiedźma z fajerbolami – to raczej pulp niżeli klasyczny zew.

Michał Sołtysiak

Ten scenariusz to wyzwanie, gdyż pokazuje dobitnie (niestety), że da się napisać scenariusz „strumieniem świadomości”. Czytałem go dwa razy, zanim odkryłem, o co chodzi i że to ciąg wydarzeń, opisów, dialogów, porad itd. bez jakiegoś większego uporządkowania, niż chronologiczne. Dotarło do mnie również, że jeden z graczy odgrywa Caleba i nie wiem, jaką udaną książkę napisali bohaterowie. Nie ma nigdzie jej tytułu. Za trzecim czytaniem odkryłem oś fabularną i jest liniowa. Dużo się tu dzieje, nawet w pewnym momencie bohaterowie się budzą i jest „wywalona” cała ściana. Patrzą na dziurę i coś robią. To nie koniec barwnych atrakcji w scenografii i efektach specjalnych. Choćby zła wiedźma rzuca kule ogniste, co wspaniale pasuje może do Pulp Cthulhu rodem z uniwersum Mignoli, ale nie do typowego Cthulhu. Jeśli autor robi mash-up z fantasy, albo stawia na pulpową atmosferę rodem z amerykańskich blockbusterów z PG-12,  trzeba by o tym napisać. 

Generalnie więc jest to chyba spis z sesji, być może nawet bardzo udanej. Autor jednak ma pewne braki warsztatowe i nie przekazuje swoich pomysłów w uporządkowany i zrozumiały sposób. Łatwo się tu zgubić już podczas czytania.

Bałem się czwarty raz czytać.

Utratę poczytalności oceniam na k6 🙂

Paweł Domownik

Triggery: brutalna przemoc wobec kobiet w ciąży niemowląt i płodów.

Po pierwsze: tematy żywienia się noworodkami i inne podobnie ciężkie należy czytelnikowi sygnalizować na początku tekstu. Nie każdy musi mieć ochotę czytać czy grac takie tematy. Dobrze więc, żeby wszyscy od początku wiedzieli, z czym mają do czynienia.

Po drugie pierwsze zdanie tekstu odwołuje się do informacji, których nigdzie nie ma. Jakim sukcesie, jakiej książki.

„Festiwal niedźwiedzia” to prosty jadący po torach scenariusz. Niestety od początku zakłada, co będą robić bohaterowie graczy, opisując co czuja i co myślą. Nie pozostawia praktycznie żadnych miejsc, gdzie od ich decyzji cos zależy, a czasem zakłada, że będą zachowywać się w sposób niezrozumiały dla zewnętrznego obserwatora, np. czemu nagle mieliby zacząć przeszukiwać ściany w bibliotece. Nie wspominając już o tym, że, nie mam pojęcia, czemu są tam kartki, które tam znajdują.

O ile pomysł na bohaterów na wakacjach jest bardzo fajny i sam z niego czasem korzystałem. To nie specjalnie widze co mieliby tutaj robić. Pierwsza część to bardzo długa ekspozycja, podczas której bohaterowie poznają miasteczko i się wczasują. Nic się nie dzieje. Należałoby zdecydowanie wcześniej dać im cos do roboty. Ewentualnie przemienić proste czynności w mini gry pozwalające na zdobycie informacji — tak, jak robi to tegoroczny scenariusz „Tadeusz wajchę przełóż”. Chce zobaczyć mechanikę urządzania grilla!

Mam też problem z NPC-ami w tym scenariuszu. Postacie kobiece są stenotypiczne na poziomie sitcomów z la 60. Cała reszta jest raczej emanacją mg, popychającego drużynę we właściwym kierunku niż pełnokrwistymi NPC-ami mającymi własne cele i charaktery.

Kiedy już cos zaczyna się dziać, scenariusz znów wskakuje na tory. Tym razem żywcem przeniesione z dedeczkow, musimy udać się w dzicz, znaleźć loch i zabić potwora.

Żeby to miało szanse zadziałać Bohaterowie graczy muszą od początku mieć jakiś interes w rozwiązaniu mrocznej tajemnicy miasteczka. Jakaś zachaczkę, która wciągnie ich w akcje. Niech będą jej głównymi aktorami, a nie zostaną wciągnięci poprzez raptus puellae. Nie ma też co opisywać gdzie i jak będą chodzić BG. Lepiej opisać poszczególne lokacje i NPC-ów a graczom pozwolić na swobodną eksplorację.

Autorko/Autorze: masz dobre pomysły i nie boisz się trudnych tematów. Popracuj nad warsztatem i daj swoim graczom więcej wolności, nie popsuja a wręcz odwrotnie ulepsza twoje pomysły. Przeczytaj inne prace i czekamy za rok.

Piotr Cichy

Cieszę się, że konkurs Quentin zachęca także nowych autorów do spróbowania swoich sił. Samo spisanie scenariusza to spore osiągnięcie. Trzeba mieć pomysł, rozpisać lokacje, najważniejszą mechanikę. To się tutaj udało, ale pozostaje jeszcze spore pole do rozwoju. Mam nadzieję, że komentarze jurorów przydadzą się autorowi i kolejne scenariusze będą tylko lepsze.

Przygoda bardzo krótka, to właściwie sześć z góry zaplanowanych scen. Warto było dodać więcej miejsc i wydarzeń, żeby podczas sesji gracze mogli dokonywać wyborów, gdzie chcą pójść, co zrobić. Wskazówki czy przedmioty potrzebne w scenie finałowej mogliby zdobywać w różnych miejscach. Na przykład srebrny sztylet mógł być także nagrodą na festynie. Historię o wiedźmie mógł opowiedzieć ktoś inny. Jeśli gracze mieliby większą wolność, więcej potencjalnych miejsc do odwiedzenia, przygoda byłaby bardziej atrakcyjna.

W grach rpg nie ma potrzeby wypisywania list wszystkich rzeczy, jakie postaci graczy mogą napotkać. Raczej nie ma większego znaczenia, czy coś kosztuje 2 czy 3 dolary, czy półek w bibliotece jest 20 czy 15. Zamiast tego warto pomyśleć, co może wydarzyć się ciekawego, jaką interesującą osobę mogą spotkać.

Doceniam przygotowanie gotowych postaci, dostosowanych do scenariusza.

Są inne systemy do grania w czasach współczesnych niż tylko Zew Cthulhu, może jakiś inny lepiej by tu pasował? Jeśli planujemy poprowadzić scenariusz, który znacznie się różni od domyślnej konwencji danej gry, warto o tym uprzedzić graczy (bez zdradzania szczegółów, żeby fabuła pozostała niespodzianką). Wiedźma ciskająca kulą ognia niezbyt pasuje do Zewu Cthulhu, więc jak ktoś liczył na historię bardziej w stylu opowiadań Lovecrafta, może być rozczarowany. Podobnie dobrym zwyczajem jest ostrzeganie na początku pracy o drastycznych elementach scenariusza, które mogą komuś sprawić przykrość i przywołać dawne traumy. Tutaj czymś takim jest śmierć nienarodzonego dziecka. Warto na samym początku zaznaczyć, że w tym scenariuszu pojawią się takie sceny.

Rozumiem, że miał to być horror i stąd chęć zawarcia drastycznych elementów. Ale prawda jest taka, że gdy chcemy poruszyć poważniejsze sprawy tym bardziej powinniśmy być wyczuleni, czy odbiorca chce takich treści.

Całość jest dość niespójna tematycznie. Na przykład scena z więźniem kradnącym studzienki jest komediowa, a magiczne eliksiry bardziej pasują do fantasy. W scenariuszu grozy warto starannie dobierać elementy, żeby konsekwentnie budować odpowiednią atmosferę aż do sceny kulminacyjnej.

Praca wymaga sporo poprawek, ale zachęcam, żeby się nie zrażać, pisać kolejne przygody i pokazywać je innym. Na przykład wysłać kolejny scenariusz na Quentina za rok.

Witold Krawczyk

W scenariuszu przydałaby się mocniejsza motywacja do działania (gracze mają wakacje, nie mają powodu do przetrząsania bibliotek). Silniejsza motywacja pojawia się po porwaniu żony Caleba, ale od tego momentu brakuje rzeczy do zrobienia dla graczy – odwiedźcie narzucającą się podejrzaną staruszkę, stoczcie walkę z wiedźmą, koniec przygody. Przy czym: opowiadanie historii miasteczka przez rekwizyty i miejscowe zwyczaje to dobry pomysł, a stawka (uratowanie żony) jest odpowiednio wysoka.

Andrzej Stój

Przygoda teoretycznie do Zewu Cthulhu, ale nie mająca z nim wiele wspólnego. Gdyby podmienić zasady, można byłoby wykorzystać dowolny system osadzony we współczesności. Świat Mroku pasowałby chyba bardziej.

Festiwal Niedźwiedzia ma dwie duże wady – jest liniowy w złym sensie oraz nudny. Przez większą część przygody nie dzieje się nic ciekawego. Bohaterowie rozmawiają z BNami o mało ważnych sprawach, kupują hot dogi i próbują swoich sił w konkursach na festynie. Pojawiają się magiczne ptaki, które usypiają drużynę bez rzutu tylko po to, by mogła pójść potem do oczywistego źródła informacji. Staruszka wskazuje postaciom komu i jak muszą wklepać. Przemoc rozwiązuje problem.

Szkoda. Szkoda, bo spodobało mi się otoczenie, niewielkie miasteczko na uboczu i dom, do którego nie da się podjechać autem. Green Bay mogło stać się miejscem strasznej opowieści… ale to byłby zupełnie inny tekst. Festiwal Niedźwiedzia niestety nie jest udany.

[collapse]

Impostor

Impostor – Tymoteusz Czyż

Edycja: 2021

System: Cthulhu Dark 2e

Setting: Polska, dwudziestolecie międzywojenne

Liczba graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki: mapy (parter i piwnica, 1-2 piętro, fabryka Grabskich), schematy (fabryka Grabskich, posiadłość Grabskich, szkielet scenariusza)

Opis:

W rodzinnej Fabryce Grabskich coraz częściej dochodzi do niewyjaśnionych wypadków. Na początku niewinne usterki szybko przeradzają się w coraz większe zagrożenie dla pracowników. Kadra szepcze o dziwnym cieniu przemykającym pomiędzy maszynerią, oraz o niepokojących dźwiękach i światłach dochodzących w nocy z budynku Fabryki. Wśród podejrzanych pojawia się osierocona w wojnie bratanica Grabskich i jej dziwne wynalazki. Impostor to scenariusz o napięciach wewnątrz społeczności, tożsamości, mentalności tłumu i kosztach związanych z odbudową powojennej Polski.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

——————————

Marek Golonka

—————————

Michał Kuras

Na plus dla Impostoru jest mocne osadzenie Bohaterów Graczy w świecie, choć jest nierówne. Wydaje się, że główną postacią jest Elżbieta Grabska – co prawda jest to nieuświadomione, ale przecież z jej przyczyny dzieją się „te złe rzeczy”. Pozostałe dwie postacie są trochę dodatkiem do Elżbiety, choć najpewniej w trakcie samej gry można tego wrażenia uniknąć.

Przydatne wydają się również tabele losowe. Są dosyć małe i przy dłuższej grze mogą się wyczerpać, to mają one jednak być przydatne w trakcie jednej przygody (domyślnie jedna sesja), a na taką potrzebę powinny wystarczyć.

Bardzo zgrabne są opisy kolejnych scen / lokacji. Określenie „klimatu” miejsca, a przede wszystkim wskazanie na kilka szczegółów charakterystycznych dla miejsca bardzo dobrze oddziałuje na wyobraźnię. W jednym pomieszczeniu jest zapach pieczystego, w innym swąd palonych papierosów i niedopita herbata.

Scenariusz jest do bólu liniowy, wydarzenia dziejące się w świecie są dokładnie rozpisane i BG nie mają w zasadzie żadnego na nie wpływu. Niby zależy od nich poziom ostatecznego zwycięstwa (lub porażki), ale nawet to jest dla mnie niejasne.

Zupełnie nie rozumiem motywacji złych. Skoro zależy im na paryskiej ekspansji, to czemu sabotują fabrykę? Czemu Podmieńcy mają walczyć z drużyną? Przecież to nie ma sensu. Przy tak zarysowanych motywacjach źli powinni sprzyjać BG na każdym kroku.

Spora część tekstu jest zupełnie niepotrzebnie przeznaczona na kwestie mechaniczne, czego nie rozumiem. Jeśli ktoś nie zna Cthulhu Dark (tak jak ja), to ten fragment tekstu jest nieprzydatny. Nie wiem jaka będzie jego wartość dla osoby znającej system, ale jeśli są to modyfikacje mechaniczne, to jest ich za dużo. A jeśli jest to powtórzenie zapisów podręcznika, to również jest to niepotrzebne.

Janek Sielicki

————————

Marysia Piątkowska

————————

Michał Sołtysiak

To dobry scenariusz, tylko, że bardzo niezrozumiale napisany. Trzeba czytać dwa-trzy razy, żeby wyłapać sens i wątek fabularny. Napisany zaś do mechaniki rodem z bardzo prostego i przyjaznego użytkownikom Cthulhu Hack. Z takim fundamentem, niestety jednak, nie reprezentuje przejrzystości w pisaniu.

Autor nie spojrzał na swój scenariusz jako całość i nie zastanowił się nad zarządzaniem informacjami. Rzeczy które by się przydały na początku, są rozrzucone, a mają budować klimat całości (choćby: konflikt klas społecznych czy co będzie stanowić porażkę, a co zwycięstwo w przygodzie, choć krótko). Postacie są gotowe, ale nie wiemy, czy potrzebne są trzy czy więcej? Cthulhu hack stawia na prostotę mechaniki, a więc również odpowiednią budowę scenariusza. Potrzebne jest określenie na początku, kto, co, kiedy, co będzie wynikiem, jak tworzyć nastrój, które elementy są ważne. Tak, żeby prowadzący miał to pod ręką i tylko czytał detale. Jest schemat fabularny, jako dodatek do tekstu, ale już sam on powinien dać do myślenia autorowi, na temat wysokiego poziomu komplikacji i niejasności w jego tekście. To każde wydarzenie wpływa na inne (czego w Szkielecie Scenariusza nie ma), a więc trzeba się zastanowić co zrobić, żeby uporządkować. 

To jest scenariusz do ponownej redakcji i uporządkowania. Wtedy może być bardzo ciekawym pomysłem na Cthulhu w latach 30-tych.

Paweł Domownik

Impostor jest pełen sprzeczności.

Zaczyna się bardzo ciekawie, zabiera nas w lata 20, ale nie na standardowe salony ziemiaństwa czy biblioteki tylko do brudnych fabryk, żeby wcielić się w przedstawicieli klasy ludowej. Jest to zgodne z pryncypiami ktulu dark, gdzie powinniśmy grać zwykłymi ludźmi konfrontowanymi z niesamowitym. Tymczasem 2 z 3 zaproponowanych postaci to członkowie rodziny posiadającej fabrykę w tym genialna wynalazczyni i teozof.

Mój podstawowy problem z tym scenariuszem to, jak bardzo chaotycznie jest spisany. Rozumiem przekazywanie nastroju poprzez krótkie hasłowe opisy. Czasem to działa super. Zwłaszcza jeżeli skupiamy się na szczególe. Tutaj jednak powoduje to wrażenie strasznego bałaganu. Niektóre akapitu musiałem czytać wielokrotnie, zanim zrozumiałem, o co chodzi.

Brakuje porządnego wstępu. NPC-e pojawiają się jak filip z konopi (dlaczego BG mieliby iść do rodziny Urbanków?). Dołączone schematy blokowe nie pomagają niestety ogarnąć sytuacji.

Scenariusz poprawnie korzysta z mechaniki. Duży plus za tabele plotek i generatory npów. Choć biorąc pod uwagę, ile tam już jest postaci i pomieszczeń, raczej bym redukował, niż tworzył więcej.

Scenariusz obiecuje mnóstwo fajnych rzeczy — nie daje jednak narzędzi, żeby je realizować. Przeczytałem ten tekst trzy razy, a mimo to nie podjąłbym się poprowadzenia tego scenariusza, bo po prostu nie do końca ogarniam, co tam się dzieje. Nie wiem jakie logiczne poszlaki mają przeprowadzić BG do tuneli i jednego z 3 zakończeń. Nie wiem jak rozgrywać podmienianie kolejnych osób. Bardziej to mi przypomina zbiór notatek, który przyda się twórcy scenariusza, dla obcych jest jednakowoż szyfrem.

Impostor mnie rozczarował. Strasznie chciałem, żeby był dobry. Boli, tym bardziej że impostor miał szansę być wybitnie ciekawy. Niestety wywala się na prostych błędach i raczej nie wejdzie do finału. A szkoda.

Piotr Cichy

Jeden z najlepszych cthulhowych scenariuszy tegorocznej edycji Quentina. Z jednej strony prawdziwie przerażający, z drugiej chcący ambitnie zwrócić uwagę grających (lub czytających) na coś więcej. Nie jestem pewien, na ile to się uda na sesji, ale trochę to chyba też zależy od ludzi, czy pociągną te poważniejsze tematy o tożsamości i stosunkach międzyludzkich.

Schematyczne mapki są zupełnie w porządku. To jest konkurs na najlepszy scenariusz, a nie na najładniejszą mapkę. Ważne, że są przejrzyste i pomagają się zorientować we wzajemnym położeniu pomieszczeń (lub scen). Jedyną wątpliwość, jaką mam, to którędy można wejść na 2. piętro rezydencji Grabskich?

Przygoda świetnie pasuje do mechaniki. Narastające szaleństwo wydaje się czymś naturalnym, gdy nawet najbliższe osoby mogą okazać się podstawioną nieludzką istotą. Dobrze też wymyślona fabuła została zaimplementowana w mechanice.

Dobrze wymyślone postaci dla bohaterów. Każda silnie związana z fabułą, historia nie powinna zostawić jej obojętną. Każda ma odpowiednio duży wpływ na otoczenie, co jest szczególnie istotne, że są tak skonstruowane, że wcześniej czy później zapewne wybuchnie konflikt między nimi. Z drugiej strony nadnaturalne zagrożenie powinno sprawić, że się zjednoczą, żeby wspólnie stawić mu czoła. Takie napięcie przeciwstawnych celów może fajnie stanowić paliwo do dramatycznych scen.

Wydaje mi się, że tekst przygody można było lepiej spisać. To, że nie jest ona nadmiernie skomplikowana, pomaga ogarnąć całość. Diagramy ze wzajemnym układem scen też się tutaj przydają.

Choć całość ma założoną z góry dynamikę rozwoju fabuły, to gracze mają na tyle dużo swobody, że akcja może się różnie potoczyć. Przydałoby się więcej pomysłów, jak bohaterowie mogą sobie radzić z zagrożeniem, ale jak rozumiem, w Cthulhu Dark raczej jest założenie, że sobie nie poradzą, więc jest to poniekąd realizacja założeń systemu.

Przydałaby się sugestia jak konkretnie w tym scenariuszu postaci mogłyby obniżyć Insight 5. Niszczyć maszyny w fabryce? Telewizory na pewno. Ale coś jeszcze?

Przewidziane 3 dni w świecie gry na przygotowanie transportu wynalazków na expo, to moim zdaniem za dużo czasu. Jeśli dobrze odczytuję sytuację opisaną w scenariuszu, to eskaluje ona tak szybko, że całość skończy się (tak czy inaczej) pewnie w ciągu kilku godzin. Ograniczenie do tych 3 czy 4 godzin realnego czasu jest tutaj chyba lepszym rozwiązaniem.

Witold Krawczyk

Dobrze pomyślane, całkiem złożone śledztwo z barwnymi, niepokojącymi obrazami i niezłą osobistą stawką. Połączenie opisów lokacji, nielicznych statycznych scen i dynamicznych działań wrogów powinno sprawdzić się na sesji. Podoba mi się powiązanie obecności Podmieńców i poszlak z Insightem bohaterów. Największym minusem jest dla mnie niska czytelność – przygoda nie musi czytać się jak kryminał, ale powinna jednak względnie łatwo „wgrywać się do pamięci” czytelnika; tutaj, owszem, kluczowe poszlaki wypisane są na początku scen, ale w praktyce czytelnik musi przeczytać cały opis sceny albo wracać do poprzednich sekcji, żeby dokładnie zrozumieć, o co chodzi. Brakuje mi też dokładniej opisanej osobowości BN-ów – tego, jak się zachowują, czego pragną, jak reagują na zjawiska nadprzyrodzone; dlaczego BG przejmą się ich losem. Niemniej, jeśli ktoś ma ochotę dokładnie wczytać się w Impostora i dobrze się czuje z improwizowaniem postaci niezależnych, to polecam ten scenariusz – to solidne Cthulhu.

Andrzej Stój

Polska, dwudziestolecie międzywojenne. W jednym z zakładów powstają prototypy telewizorów, które mogą zawojować expo w Paryżu. Urządzenia te są jednak czymś więcej, niż sprzętem do odtwarzania wizji i fonii – to bramy do innego wymiaru, świata tytułowych impostorów, którzy chcą przejąć kontrolę nad zakładem i wykorzystać wynalazek do podmiany ludzi, a tym samym zdobycia władzy nad światem.

Kupiłem ten pulpowy pomysł od pierwszego wejrzenia. Paranoiczny nastrój dobrze współgra z zasadami eskalującymi napięcie. Poszukiwanie tropów, świadomość zagrożenia, którego nie da się zniszczyć konwencjonalnymi środkami, w końcu niepewność czy ma się do czynienia z ludźmi, czy też podmieńcami – może wyjść z tego świetna sesja.

Realizacja pomysłu niestety nieco kuleje. Jest sporo literówek (w tym nieśmiertelne „pułki”), zdania ciągną się w nieskończoność. Do tego forma prezentacji jest nieprzyjazna czytelnikowi – sensu istnienia niektórych sekcji nie zrozumiałem po trzykrotnej lekturze.

Szkoda, że zarysowany we wstępie temat odbudowy RP i napięć wewnątrz społeczności został sprowadzony do strajku, który może mieć marginalne znaczenie dla postaci. To czy tematy niezwiązane z podmieńcami w ogóle się pojawią zależy niemal wyłącznie od tego jak gracze pokierują postaciami. Byłoby świetnie gdyby autor rozbudował ten wątek – oprócz wyjaśnienia przyczyn wypadku doszłaby kwestia dalszego działania zakładu, konfliktu właścicieli fabryki z pracownikami.

[collapse]

Czarne jezioro

Czarne jezioro – Dawid Anioł

Edycja: 2021

System: Mistborn Adventure Game

Setting: Ostatnie Imperium

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Braan, terrisanin badający przesądy skaa oraz szlachty prosi o pomoc dawnych znajomych w zbadaniu sprawy czarnego jeziora i dziwnych pogłosek które o nim krążą. Na miejscu okazuje się, że sprawę bada już obligator Postwick.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

——————————–

Marek Golonka

————————

Michał Kuras

———————

Janek Sielicki

————————-

Marysia Piątkowska

——————-

Michał Sołtysiak

Czytałem cykl książkowy Briana Sandersona i tylko dzięki temu w miarę orientuję się w przygodzie. Autor bardzo mocno korzysta z terminologii i motywów z pierwszej trylogii. To sprawia, że tekst jest dość hermetyczny i bez wiedzy książkowej raczej będzie mało zrozumiały. Ten scenariusz jest więc mało uniwersalny, ale za to wspaniale dopasowany do literackiego uniwersum.

To, że czytałem sprawia również, że dostrzegam pewne braki w samej fabule. Mianowicie brakuje mi motywu rewolucji społecznej, która jest jednym z motorów rozwoju toku wydarzeń u Sandersona. Tutaj mamy zwykłą szajkę i mało eksponowane są konflikty pomiędzy zniewolonym plebsem Skaa, a arystokracją. Nie ma tutaj nacisku na ruchy wolnościowe i decyzji skutkujące niszczeniem zastanych układów między grupami ludzkimi.

Tym samym mamy bardzo hermetyczny scenariusz, który de facto dotyczy bandy zwykłych rabusiów, zainteresowanych zyskami i spłacaniem długów wobec osób ratujących im życie. To sprawia, że jest to hermetyczna przygoda uniwersalna, co widać jak brzmi. Ta przygoda byłaby dobra w każdym innym, zwykłym uniwersum, gdzie mamy szajki bandytów, które nie muszą brać udziału w rewolucji, nie muszą podejmować prób zmiany świata na lepsze, nie muszą się zajmować tworzeniem sprawiedliwszego społeczeństwa. W uniwersum Sandersona jest to jednak bardzo ważne i wydaje się potraktowane po macoszemu. Po przejrzeniu podręcznika RPG widać, że w systemie też to jest ważne i pewien rys rewolucyjny powinien być. 

Nikt nie musi jednak prowadzić fanatycznie, jak w książce, ale wtedy fajnie by było mieć słowniczek, żeby terminologia była bardziej zrozumiała. Może wtedy wszelkie znaczenia np. kim jest Stalowy Inkwizytor, będą pełniejsze i zrozumiałe. Tak to szkoda, bo to bardzo ciekawe uniwersum i ciekawy pomysł na bohaterów fantasy.

Paweł Domownik

To bardzo prosta przygoda, którą musiałem przeczytać dwa razy, żeby zrozumieć, o co chodzi. Fakt, że czytałem trylogie Mistobornów po angielsku, ale przyznaję, że zderzyłem się ze ścianą terminologii, która skutecznie odrzuca od właściwej fabuły.

Pod tym gąszczem czai się jednak dość klasyczna przygoda. Prosta zachaczka — docierają do wioski na prośbę znajomego. Podobają mi się tu elementy współ-kreacji sytuacji przez BG. Problem w tym, że nie jest jasno powiedziane, czego Brann od nich chce, ani dlaczego nie zrobi tego sam. Ta postać cierpi trochę na syndrom BN-a – emanacji mg, który będzie zaganiał drużynę, mówiąc im, gdzie mają iść i co robić.

Czeka nas śledztwo kończące się konfrontacją z mrocznym kultem. Całość bardzo w stylu Zewu Ktulu. Na plus, że jest to całkiem ładnie osadzone w meta-warstwie świata z powieści. Na minus, że śledztwo jest bardzo proste. Nie ma fałszywych tropów, jest bardzo mało npc-ów, z którymi można wejść w kontakt, a każdy z nich ma jakąś rolę. Może przydałby się jakiś generator mieszkańców wioski?

Główną wadą tego tekstu jest to, jak jest spisany. Za przykład niech posłuży scena nocnej wycieczki nad jezioro, jeżeli dobrze rozumiem w zależności od momentu, w którym BG interweniują, ta sama uciekająca postać okaże się iksem lub igrekiem, opowiadającym inną historię.

Na plus: jest to, o ile potrafię ocenić bardzo dobrze opracowane mechanicznie. Przykłady testów, ich efekty. Znaczący wpływ tego na fabułę. Wszystko wydaje się przygotowane, tak jak trzeba.

Nie ma tu niestety wątków ucisku i rewolucji, którymi mocno stała książka Sandersona.

W pracy autora/rki czuć pewien potencjał, ale ta przygoda jest zbyt prosta i zbyt chaotycznie napisana, żeby mieć szansę na Quentina.

Piotr Cichy

Materiał na fajny szybki jednostrzał, z gotowymi postaciami z historią i charakterem. Biorąc pod uwagę jak mało jest materiałów do Mistborn RPG, bardzo przydatny scenariusz. Można go świetnie wykorzystać, żeby zaprezentować komuś ten system, dać mu szansę go wypróbować. Tym bardziej cieszy w pełni rozpisana mechanika postaci graczy i pozostałych osób i zwierząt występujących w scenariuszu.

Jestem zdania, że nie jest łatwo wymyślać przygody w settingu jakichś powieści. Wydawałoby się, że najlepsze opowieści w tym świecie zostały już opowiedziane. Dobrze, że jak pokazuje autor tego scenariusza, wciąż są jeszcze obszary do eksploracji, historie do rozegrania.

Streszczenie na początku pracy to bardzo przydatna pomoc w ogarnięciu fabuły. Dobrze, że autor je przygotował.

Jako minus tego scenariusza można wskazać, że jest trochę za krótki. Podejrzewam, że całość można poprowadzić w ok. 2 godziny. Przydałoby się dodać tutaj coś więcej. Może marionetki Zniszczenia kryją się w jakimś zamaskowanym miejscu i trzeba je odszukać? Może dodać jakąś scenę w wiosce z nieortodoksyjnym (ale nieszkodliwym) rytuałem, żeby gracze się zainteresowali i albo pomogli obligatorowi, albo przestrzegli skaa, gdy będzie on się zbliżał? Może jeszcze jakiś podróżny przybędzie do zajazdu?

Gdybyśmy mieli dokładniej opisaną okolicę wioski i Czarnego Jeziora, możnaby dodać jakieś miejsca, które mogliby dodatkowo zbadać bohaterowie.

Witold Krawczyk

Przygoda składa się z prostego śledztwa (wymagającego dyplomacji, z okazją do rozgrywania BN-ów przeciwko sobie) i z konfrontacji z opętanymi kultystami. Fabuła wydaje mi się dość zwyczajna, bez niecodziennego dramatyzmu (ale z dobrym zwrotem akcji – opętaniem Postwicka) i bez porywających miejsc czy postaci. Dodatkowy szlif językowy zwiększyłby czytelność scenariusza. Niemniej – gracze mają co robić i powinni nieźle się bawić; nie widzę w przygodzie większych błędów.

Andrzej Stój

Czarne jezioro to kolejna przygoda, która sprawia wrażenie napisanej na bazie udanej sesji drużyny autora. Wygląda jak kolejny epizod niekończącej się kampanii drogi. W sam raz do rozegrania na jednej, niezbyt długiej sesji.

Niestety Czarne jezioro nie ma do zaoferowania wiele postronnym czytelnikom. Jest wioska, źli kultyści werbujący zwykłych ludzi, niekompetentny inkwizytor i znajomek bohaterów, który wzywa ich na pomoc. Najbardziej razi postać obligatora, który siedzi w knajpie i pije piwo, a jeśli coś robi, to tylko utrudnia pracę bohaterom.

Gdyby przygoda została rozbudowana, mogłaby wyjść z tego przyzwoita opowieść w stylu Inwazji pożeraczy ciał. Zaczątek już jest – przykładowi bohaterowie mają powiązanie z obligatorem i przekabaconym mocą wody jeziora szlachcicem. Potrzeba by jednak większej osady, np. ekspresowo rozwijającego się miasteczka, budowanego siłami i środkami pielgrzymów, którzy doznają objawień po zanurzeniu w czarnych wodach jeziora. Przydałby się kompetentny obligator z obstawą, szarlatan próbujący się wzbogacić na naiwnych, agentka szlacheckiego rodu szukająca dziedzica, który ponoć dołączył do sekty… Więcej przestrzeni do działania, ludzi mogących zostać sojusznikami albo konkurencją BG.

To, co otrzymujemy w tekście to niestety zbyt mało jak na tekst konkursowy.

[collapse]