Twin Comet

Finalista 2022

Twin Comet – Jan Głowacki

Edycja: 2022

System: Tajemnice Powodzi

Setting: Tajemnice Powodzi

Liczba osób grających: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1-2

Dodatki:

Opis:

W Boulder City, mieście 1000 podziemnych laboratoriów, znowu coś się dzieje. Na jednej z nielegalnych imprez pojawia się anarchistyczny android. Pracownicy korporacji, zamiast odpoczywać w weekend na przedmieściach, wychodzą na ulicę z miotłami i grackami w celu zaprowadzeniu w mieście porządku. Nie odpuszczą żadnej puszce po piwie walającej się na miejskim trawniku. Boulder City zmieni się na zawsze i tylko od bohaterów graczy (Nastolatków) zależy jak. Scenariusz opiera się na systemie Tajemnice Powodzi. Przeprowadzenie go powinno zająć 1-2 czterogodzinne sesje. Do scenariusza dołączone są karty postaci czterech Nastolatków, z myślą o których pisałem ten scenariusz, ale po małych zmianach z powodzeniem rozegrałem go z inną grupą Nastolatków.

Triggery: kontrola umysły, fanatyzm religijny

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Twin Comet

Tekst został dostarczony jeszcze przed ostatecznymi poprawkami i zawiera komentarze redakcyjnie – mnie to utrudniało czytanie, bo często łapałam się na tym, że skupiam się na uwagach, a nie głównym tekście. Takich „wtop” najlepiej unikać, ale to tylko moja rada, a nie poważne zastrzeżenie, ponieważ przygoda naprawdę mi się podoba. Czuję w niej klimat 90s w ponuro-futuro-thrillerowym stylu, gdzie stawiana jest teza wątpliwej koegzystencji robotów i ludzi. 

Problemem tej przygody jest, moim zdaniem, brak balansu postaci i większe skupienie uwagi oraz sprawczość BNów (zwłaszcza głównych antagonistów) niżeli Nastolatków.

Motywacja Postaci Graczy jest fajna i ciekawa, ale de facto jedynie dla jednego Gracza, który wciela się w syna BNa padającego ofiarą androidów. Reszta drużyny po prostu mu pomaga. Jak na taki ciekawy pomysł i backstory, fajnie by było związać inne Nastolatki podobnymi motywacjami. Dlaczego każde z nich nie mogłoby być personalnie uwikłane w konflikt z androidami?

Brak balansu widać także w sprawczości i spotlightcie. Autor zdecydowanie bardziej skupia się na dopracowaniu historii, motywacji i akcji antagonistów, niżeli oddać ster w ręce graczy i ich postaci. A szkoda, bo w tej przygodzie jest naprawdę dużo do roboty. To scenariusz o BNach i ich fajnych historiach i zamiarach, na które Postacie Graczy jedynie reagują – odkrywają je i muszą powstrzymać.

Taki sposób prowadzenia oraz prezentowana oś fabularna są dla mnie ok, chętnie zagrałabym ten scenariusz i na pewno bawiłabym się świetnie, ale w tej edycji Q jest po prostu więcej lepszych prac 😊

Niemniej, uważam, że Twin Comet zasługuje na wejście do finału.

Piotr Cichy

Coś chyba niewłaściwa wersja dokumentu została wysłana na konkurs. Plus jest taki, że widać, że autor zadbał o zewnętrzną korektę swojego tekstu (która i tak nie wszystkie błędy wyłapała).

Motywy buntu nastolatków i walki z antagonistą chcącym kontrolować umysły świetnie pasują do Tajemnic Powodzi.

Fajnie, że w scenariuszu znalazła się lista dodatkowych imion (i nazwisk) dla NPCów. Przydatna sprawa.

W poszczególnych scenach pojawiają się NPCe, o których nie ma mowy gdzie indziej (np. w spisie NPCów na początku scenariusza). Przydałoby się większe powiązanie postaci. Już gdyby pojawiały się w więcej niż jednej scenie, mogłoby to pomóc.

Tajemnice Pętli nie mają zbyt skomplikowanej mechaniki, ale warto docenić, że autor scenariusza uwzględnił ją w poszczególnych scenach, wskazując, jakie umiejętności można testować i jakie są wymagane stopnie trudności.

Dobry pomysł z Tabelą Eskalacji, szkoda, że nie jest to później uwzględniane przy opisach lokacji – wygląda, jakby Odpowiedzialni opanowali już całe miasto.

Przy opisie Eliota: „boję się, że jeśli Alex i Megan się zejdą, to stracę jedyną przyjaciółkę.” To dziwne stwierdzenie, bo nigdzie więcej przy opisie tego bohatera nie ma mowy, żeby wiedział, że coś łączy te dziewczyny.

Gotowe postaci nie są w równym stopniu dostosowane do przygody. Zbuntowana Alex wydaje się główną bohaterką, a pozostała trójka jest mniej lub bardziej na doczepkę (zwłaszcza Eliot). To znaczy, że na sesji gracze pewnie będą mogli sobie znaleźć jakieś zajęcie, także rozbudować wzajemne relacje, ale główny wątek odnosi się przede wszystkim do motywów tej jednej postaci.

Rozrysowana mapa relacji między bohaterami jest poręcznym dodatkiem dla MG.

Dobry, prosty scenariusz, skonstruowany w dość typowy dla Tajemnic Powodzi sposób. Główną jego zaletą jest możliwość wyżycia się w walce ze sztywnymi dorosłymi i sporo wolności w odwiedzaniu poszczególnych lokacji. Pewnym wyzwaniem dla MG może być rozwinięcie poszczególnych scen w oparciu o własną improwizację, bo autor zasadniczo przedstawia tylko punkt wyjścia w odwiedzanych miejscach, rzadko dając jakieś sugestie, jak sytuacja może się rozwinąć.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Świetny wstęp jasno tłumaczący, o co chodzi.
  • Precyzyjna oś czasu pokazująca co działo się, zanim BG pojawiają się na scenie.
  • Doskonały centralny pomysł na dwa androidy o różnym usposobieniu i ich plan. Punkowe androidy FTW!
  • Barwni NPC-e i klimat flirtujący z „inwazją pożeraczy ciał” 
  • Sprawne opanowanie mechaniki – sugerowanie testów i zwracanie uwagi na to, co da postaciom samo posiadanie danej umiejętności)
  • Otwarte problemy stojące przed graczami (i front wydarzeń niezależnych, który będzie popychał ich do przodu).
  • Precyzyjnie przekazywane informacje dla MG — łatwo ten scenariusz prowadzić już po jednym przeczytaniu
  • Wykorzystanie internetu i elektroniki w śledztwie

Uważam, że należy poprawić. 

  • Spowolniłbym trochę timeline, bo opanowywanie miasteczka przez „lepsza księgowość” postępuje nienaturalnie szybko.
  • Lepsza księgowość? Trzeba mieć mocny kołek, żeby to utrzymał. Mój ledwo daje radę uwierzyć w przejmowanie kontroli przy pomocy „czarodzieja faktur”. To powinien być jakiś nowy lepszy pasjans :).
  • Pregeny z wbudowanym romansem między postaciami graczy są bardzo spoczko, ale upewnij się, że gracze nie mają nic przeciwko. Dobrze, że romans jest łatwą do wycięcia opcja.
  • tekst wysyłany w trakcie finalnych poprawek co powoduje pewne niespójności – wątek romansu androidów.
  • Android robiący sobie notatki w pliku txt – like no moi gracze by tego nie kupili w życiu 🙂 uznaliby, że to jakaś podpucha. 

Pomimo że tekst był ewidentnie wysłany w środku ostatnich poprawek to jeden z lepszych scenariuszy tej edycji. Mimo iż reflektory mogłyby być trochę bardziej na graczy niż na androidy.

Jest otwarty, jest tu dużo do roboty i są super pomysły. Propsuje. Mój kandydat do finału

Ola Durlej

Marek Golonka 

Twin Comet przedstawia ciekawy konflikt dobrze pasujący do Tajemnic Powodzi i wizji lat 90’, która stoi za tym systemem. Podoba mi się wpisana w dwóch głównych BNów dwoistość małomiasteczkowego ułożenia i buntu przeciwko systemowi, a także to, jak z czasem emanuje ona na całe otoczenie Nastolatkowie. Podoba mi się także to, jak obie strony konfliktu są wprowadzone i przedstawione, a zwłaszcza to, że „zła” strona umiejętnie balansuje między groteską a autentycznym zagrożeniem.

To, jak sytuacja eskaluje, też jest elegancko rozwiązane — z jednej strony jest coraz groźniej, ale z drugiej im groźniej jest, tym wyraźniej widać, że trzeba coś zrobić. Wydaje mi się, że Nastolatkowie na pewno rozwiążą zagadkę ich miasteczka, ale im wcześniej to zrobią, tym mniej postronnych ucierpi. To dobra dramaturgia dla erpegowego scenariusza.

Scenariusz jest solidny, grywalny i bardzo chętnie zobaczyłbym jego realizację na sesji. Brakuje mi w nim jednak mocniejszego powiązania gotowych Nastolatków z przygodą. Choć wszystko zaczyna się od ciekawej i mogącej pokazać ich relacje sceny rave’u, potem nie czuć, by było ważne, że to one rozwiązują sprawę.  

Patrycja Olchowy

Twin Comet to scenariusz, w którym znajdziemy i graffiti, i antysystemowe działania, i przekazy podprogowe, i droidy żyjące własnym życiem. Kwintesencja Tajemnic Powodzi w pigułce. Bohaterowie Graczy są rozpisani nie tylko pod kątem mechanicznym, ale też mają swoje dodatkowe opisy i motywacje, a do tego dostajemy jeszcze mapę relacji. Przez cały scenariusz przewijają się też sugestie dot. stosowania zasad systemu i za to Twin Comet ma u mnie automatycznie duży plus. Osoba autorska dostarcza nam wielu pomocnych wskazówek i scenek, które powoli wciągają BG w intrygę. Problem mam z tym, że scenariusz skupia się bardziej na działaniach BNów, niż na możliwościach BG. Rozumiem, że warto dać pełen obraz wydarzeń i aktywności antagonistów, aby osoby prowadzące później przygodę miały więcej narzędzi w swoich skrzynkach, mam jednak poczucie, że niebezpiecznie wskakujemy tu na pewne tory i sprawczość naszych Nastolatków nie jest tak duża, jak powinna być. Małym mankamentem jest też to, że otrzymaliśmy plik roboczy, z którego jednak jasno wynika, że osoba autorska podjęła starania pod kątem redakcji i finalnej edycji scenariusza. Niestety, nie wszystkie niedostatki językowe zostały wychwycone na tym etapie i wciąż możemy natrafić na drobne kwiatki. Chciałoby się odpalić dobrego rocka z lat 90’ i dać się porwać tej mega ciekawej historii, ale czegoś mi tu jednak zabrakło. 

Wojciech Rosiński

Jest to dość dziwne czytać tekst a razem z nim komentarze. Jest to albo bardzo dziwny wybór odnośnie stylu albo autor nawet nie sprawdził PDFu który wysłał po wyeksportowaniu. Takie coś nastawia negatywnie a mimo tego przygoda zyskała moje uznanie. Autor skupia się co prawda na opisaniu lokacji oraz intrygi przeprowadzanej przez dwóch antagonistów, jednak w przygodzie do gry na silniku year zero nie przeszkadza mi to tak bardzo jak gdyby przygoda była napisana do mniej narracyjnie nastawionego systemu.

Zawarte w grze informacje pozostawiają pole dla bohaterów do działania oraz co również ważne, zaangażowanie się w wydarzenia postaci graczy na ich warunkach. Dwie z postaci są połączone z wydarzeniami w bardzo dosłowny sposób gdyż ich ojciec jest pierwszą z ofiar intrygi, dwie pozostałe natomiast mają potencjalne zahaczki. Buduje to fajny balans gdyż na pewno znajdą się gracze, którzy preferują sami określić czemu ich postacie chcą podążać za wydarzeniami.

Janek Sielicki

Michał Sołtysiak

Oceniając scenariusze na nasz konkurs, zawsze zwracam uwagę na pozycję postacie graczy w scenariuszu. Nawet jeśli tekst jest edycyjną perłą, to dalej tzw. grywalność jest najważniejsza. Ten scenariusz jest ciekawy, ma niezłe pomysły wplecione w fabułę i nawet fakt, że autor nam przysłał go w postaci dokumentu roboczego z rejestracją zmian redakcyjnych, nie psuje aż tak lektury. Jednak postacie graczy nie są tu głównymi bohaterami, a dodatkowo tylko jedna z nich ma konkretnie przygotowane pole do popisu i odpowiednio silną motywację.

To jest scenariusz do Tajemnic Powodzi, czyli gramy nastolatkami, które muszą rozwiązywać zagadki związane zazwyczaj z cudami technicznymi pochodzącymi z laboratoriów nad tzw. Pętlą. Wykraczają one często ponad możliwości lat 90., co tworzy nastrój techno-trillera. Dużo tu nostalgii za kinem ostatniej dekady XX wieku i motywami rodem z filmów młodzieżowych.

Tutaj też mamy paczkę młodych ludzi, którzy chcą pomóc jednemu z nich, gdyż jego ojciec padł ofiarą machinacji dwóch androidów, które jak to zwykle bywa, starają się na swój sposób „naprawić świat i ludzi” przez programowanie podprogowe. Od razu widać, że poważną motywację ma tylko jedna postać, a reszt mu pomaga z powodu więzi przyjaźni. Nie byłoby to złe, gdyby w tekście były również przygotowane wyzwania dla innych, tak by każdy miał pole do popisu. Niestety brakuje ich i po lekturze wynosi się wrażenie, że mamy bohatera i jego side-kicków, którzy jednak nie są równorzędnymi postaciami.

Kwestię nierównorzędności postaci dałoby się poprawić, ale problemem jest, że dwóch antagonistów – androidy mają dużo ciekawszą rolę w fabule, lepszy sprzęt i większe możliwości działania. Oni tak naprawdę działają w tym scenariuszu, a postacie graczy mają ich powstrzymać oraz reagować na działania robotów. Tak naprawdę więc postacie Mistrza Gry są tutaj prawdziwymi postaciami pierwszoplanowymi. To o nich jest ten scenariusz, a nie o nastoletnich bohaterach. Autor chyba nie spojrzał na swój scenariusz pod tym kątem, bo wtedy dałby postaciom graczy większą wiedzę, większe możliwości i miejsce w „świetle reflektorów”. Nie wyobraził sobie, że na filmie mielibyśmy liczne sceny z antagonistami, a postacie graczy byłby drugoplanowe.

Tym samym to kolejny dobry, ładny scenariusz, który raczej nie będzie zapamiętany jako szansa dla sprawczości postaci graczy. Szkoda, bo gdyby umiejętnie przenieść uwagę z androidów, to byłby to murowany finalista. Polecam przeczytać, ale trzeba go dopracować na własny użytek, by gracze nie marudzili na NPC-ów Mistrza Gry oraz ich „czas antenowy”.

Andrzej Stój 

Solidnie zaplanowana i dobrze zrealizowana przygoda, mocno osadzona w realiach Tajemnic Powodzi. Lubię takie scenariusze, tym mocniej, im łatwiej je wykorzystać we własnych kampaniach. Moim zdaniem cenną sztuką jest umiejętność wpasowania się w ramy nakreślone przez autorów systemu – oczywiście można wychodzić poza nie, ale nie zawsze się opłaca.

Choć nie wszystkie pomysły związane z miejscem akcji i postaciami tła mi się spodobały (np. kompletnie nie kupuję podbijania świata przez program księgowy), o tyle doceniam, że jest ich dużo. Gotowy scenariusz powinien robić prawie całą robotę za MG i Twin Comat faktycznie wyręcza prowadzącego z masy pracy. Jedynym zarzutem, jaki mam do tekstu, to pewne ograniczenie możliwości działania postaci graczy. Odnotowałem też pomyłkę (wysłanie pliku roboczego z komentarzami zamiast gotowego tekstu), ale nie wpłynęło to na moją ocenę przygody.

Asia Wiewiórska

Nie wierzę, że to piszę, ale bardzo żałuję, że ten scenariusz nie dzieje się gdzieś w Polsce. Pasowałoby wszystko – od poczucia humoru, przez unikanie opodatkowania po przekazy podprogowe. Byłoby sto razy bardziej przekonująco (ale i tak jest dobrze).

FORMA

Uwielbiam okładki, które od razu ustawiają klimat. W tym przypadku nie miałam żadnych wątpliwości w jakim kierunku to będzie szło. Irokez? Spray? Tatuaże? Będzie jak nic antysystemowo. Klasa!

Nie wiem skąd u mnie początkowe przekonanie, że scenariusz językowo będzie bardzo kłuł w oczy. To prawda, że mamy tu raczej do czynienia z prostym i nierozbuchanym językiem, a jednak w większości poprawnym i czytelnym. Zwięzłość jest tu dużą zaletą.

Jest spis treści (szczegółowy, jakby tekst miał tak z 50 stron więcej), dobrze i w miarę szczegółowo opisane pregenerowane postacie (ale z możliwością zagrania własnymi), świetna oś czasu, tabele dodatkowych imionami nazwisk (jakby były potrzebne), mapki i tylko nie wiem, jak to możliwe, że do konkursu przesłano pracę w trakcie korekty, z dymkami i uwagami proof-readerów… Trochę to niesmaczne, tak jak i całkowicie przecież zbędna czytającemu informacja o tym, że autor nagina zasady mechaniki. Niech nagina i nie miesza w to innych. 

Na szczęście nie oznacza to, że mechanika „Tajemnic Powodzi” została tu zignorowana. Nic z tych rzeczy. Autor konsekwentnie proponuje umiejętności i testy, więc odpowiedzialność za przygotowanie tej warstwy ani na moment nie spada na Prowadzącego.

TREŚĆ

Grę napędzać nam będzie dwóch bohaterów niezależnych i ich frakcje, robotyczni bracia po różnych stronach barykady. To naprawdę dobrze skonstruowany dualizm, niby jak Kain i Abel ale jednak bardziej jak replikant, czy zły doppelganger. 

Mamy tu śledztwo w środowisku, w którym Gracze mają dużą swobodę zdobywania informacji, nawet trochę ocierającym się o sandbox, ale jednak napędzanych wydarzeniami. Tu wydaje mi się, że scenariusz jest nieźle skonstruowany pod katem trail-of-clues, tj. nie ma zagrożenia, że jak bohaterowie nie zdobędą którejś ze wskazówek, to całe śledztwo się rypnie. Do tego wszystkie poszlaki są wyłożone klarownie od myślników, po przedstawieniu czytelnych warunków ich uzyskania. Serio, zrobiłabym to dokładnie tak samo.

Bardzo doceniam pomysł ze scenami wprowadzającymi dla Graczy. Z jednej strony ułatwiają poukładanie sobie kto jest kim a z drugiej już inicjują sam scenariusz i sygnalizują, że w Boulder City dzieje się coś podejrzanego. Ja bym je jednak uczyniła obowiązkowymi a nawet „na twardo” wpisała w karty postaci. Mam bowiem odczucie, że bez nich bohaterowie nie będą mieli motywacji do odwiedzenia części lokacji. Niektóre zwyczajnie nie są za mocno osadzone w scenariuszu i Graczom będzie łatwo przeoczyć ich istnienie. Tak to czasami bywa, gdy lokacje są istotne raczej dla bohaterów niezależnych niż dla postaci Graczy. 

Trochę mam wątpliwość, czy z opisów postaci wynika takie ciśnienie na działania wywrotowe i antysytstemowe, ale tu można trochę liczyć na samą grę o nastolatkach. Świetna i genetyczna w takim settingu scena imprezy, przedstawiona z doskonałym wyczuciem konwencji, jest jednocześnie fajnym sposobem na zawiązanie akcji i przedstawienie bohaterów niezależnych, którzy zostaną z Graczami na dłużej. 

Podoba mi się też pomysł z Tabelą Eskalacji. Po pierwsze – otoczenie bohaterów widocznie ewoluuje, stawiając ich co dziej w obliczu nowej sytuacji. Po drugie – czuje się to specyficzne ponaglające „odliczanie” a napięcie stopniowo rośnie.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Od pierwszych stron czytania śmiała mi się gęba, szczególnie gdy program księgowy stał się narzędziem kontroli umysłów, w mediach emitowane są przekazy podprogowe i na wierzch wyszło kilka popularnych teorii spiskowych lat 80-90’. Gratuluje autorowi wyczucia absurdu w punkt, jak ze starych polskich komedii!

Dodam, że scenariusz ma u mnie fory, bo lubię wątki antysystemowe – dają one fajny kontrast wobec frakcji przeciwnej i pozwalają wprowadzić do gry znacznie bardziej malownicze postacie i lokalizacje.

A Forum Ósme Wrota Prawdy to prawdziwy hit! Nie tylko dlatego, że wprowadzenie płaszczyzny wirtualnej do świata przedstawionego nadaje mu dodatkowej głębi, ale przede wszystkim dlatego, że to doskonały materiał ja kontynuację tej sesji a nawet całą kampanię.

Jest ogień!


[collapse]

Testament

Testament – Michał Laskowski, Dawid Szymański / Fobium Industries

Edycja: 2022

System: Zew Cthulhu

Setting: Lekko pulpowy Zew Cthulhu w początkach zimnej wojny

Liczba osób grających: 3-4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Badacze tajemnic zostają zaproszeni na z pozoru zwyczajny odczyt testamentu dalekiego krewnego. Naglący ton telegramu i nutka tajemnicy obrastająca spadkodawcę, a także woń wielkiej fortuny mobilizują zarówno Badaczy Tajemnic, jak i stojące za nimi siły – wywiady niemiecki i polski, a także mroczny kult. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy na miejscu okazuje się, że testament odczytać ma sam zmarły, kontaktując się ze spadkobiercami podczas seansu spirytystycznego.

Triggery: przemoc, groza

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Bardzo ciekawa praca. Ambitny pomysł, nie jestem przekonany, czy dobrze zrealizowany. W dużej mierze nawiązuje do larpów i opiera się na wzajemnych relacjach między postaciami graczy i akcjach, które będą podejmować względem siebie. MG na szczęście ma narzędzia, żeby wpływać na sytuację, ale i tak obawiam się, że mogą się one okazać niewystarczające i gra może być albo krótka albo nudna.

Przyzwoite streszczenie na początku to zdecydowany plus pracy.

W przypadku osadzenia akcji w realiach historycznych naprawdę przydałby się dokładny rok, w którym rozgrywa się przygoda. „Początki zimnej wojny” to o wiele za mało. Można się domyślać, że chodzi o początek lat 50-tych, ale w tym burzliwym okresie realia szybko się zmieniały i już parę lat różnicy może mieć istotne znaczenie.

Podobnie to, że akcja dzieje się w Argentynie, powinno być wskazane dużo wyraźniej, a zwłaszcza wcześniej.

„O akcji nie została powiadomiona Moskwa” – trochę ahistoryczne są realia tego scenariusza. Ale to w sumie szczegół, rozumiem czemu miało to służyć.

Fragment „Przeniesienie tekstu na sesję” – bardzo dobrze, że jest. Szkoda, że napisany w sposób bardzo ogólny. Jestem przekonany, że w tekście tej samej długości można by udzielić bardziej precyzyjnych rad.

„Zaraz po rozpoczęciu sesji Strażnik może pozwolić Graczom przywołać ten moment – przywołując nie tylko ich słowa i reakcje, ale też emocje i myśli.” Rozumiem, że to początek sesji w stylu „hard framing”, ale i tak uważam to za przekroczenie linii oddzielającej MG od graczy.

Pocący się prawnik o rybiej twarzy, to świetny mylny trop w scenariuszu do Zewu Cthulhu! Także i drugi NPC jest pomysłowy i niejednoznaczny. Bardzo fajnie zostało to wymyślone.

Mózg w słoiku jako główny antagonista też jest wybornym pomysłem. Może się to okazać głównym twistem, wcześniej gracze mogą podejrzewać, że mają do czynienia z duchem albo maskaradą kultystów.

Rozpisanych zgodnie z mechaniką NPCów i antagonistę uważam za plus.

Larp w escape roomie. Oryginalny pomysł badający granice, czym może być rpg. Boję się, że nie dla każdej grupy wypali. Tekst też mógłby być dużo jaśniej i precyzyjniej napisany.

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka

W małym pokoju spotyka się całe mnóstwo wątków. Testament to scenariusz na czworo gotowych Badaczy, których historie wyjaśnią się podczas niezwykłego odczytania niezwykłego testamentu w Argentynie. Osoba autorska przedstawia swój scenariusz w kontekście klasycznej zasady trzech jedności — czasu, miejsca i akcji — i pierwsze dwie są spełnione, za to akcja jest skupiona na jednym wydarzeniu, ale spleciona z mnóstwa drobnych wątków.

Bardzo doceniam pomysł stojący za scenariuszem i to, jak zgrabnie zaprojektowana jest centralna lokacja (będąca jednocześnie głównym BNem). Wybór lat tuż po XX wojnie światowej jako czasu akcji ciekawie pasuje do pulpowego podejścia do Mitów Cthulhu, pozwala interesująco zagrać i drugowojennymi, i zimnowojennymi tropami związanymi z wojną wywiadów, okultystycznymi badaniami, Wunderwaffe itp. Bez wątpienia jest to jeden z tych scenariuszy, których poprowadzenie rozważałem najmocniej — strasznie mnie ciekawi, jak cała ta plątanina wątków przełożyłaby się na sesję.

Zarazem jednak obawiam się, że scenariusz ten wymaga do sprawnego poprowadzenia specyficznych narzędzi, ale nie daje ich Strażnikowi. Jest w dużej mierze oparty na rozmowach między Badaczami, ma dużą szansę przerodzić się w konflikt między nimi. Osoba autorska radzi, by porozmawiać z grupą o tym, ale nie pisze, co właściwie warto jej przekazać i jak Strażnik ma prowadzić taką przygodę — czy gracze mają deklarować akcje swoich postaci jawnie; jeśli nie, jak je przekazywać; czy można dopuścić do sytuacji, w których pozostali Badacze zmówią się przeciwko jednemu z nich?

Dostajemy spekulacje o tym, jak prawdopodobnie będą zachowywać się Badacze, ale mam wrażenie, że osoba autorska założyła jeden przebieg ich rozumowania. Scenariusz zawiera też propozycje, jak główny BN może podgrzewać atmosferę między Badaczami, ale obawiam się, że to za mało. Scenariusze, których zasadniczą treścią są interakcje między BG — nieważne, pozytywne czy negatywne — nigdy nie mogą być do końca “oskryptowane”, bo ich rdzeniem mają być nieprzewidziane zwroty akcji na sesji. Warto umieszczać w nich jednak porady, jak Strażnik ma wspierać bądź moderować te interakcje, a w moim przekonaniu tu tego zabrakło.

Zastanawiam się, czy, paradoksalnie, nie jest to efekt zbytniego zagęszczenia intrygi, „zbyt wielu grzybów w barszczu”. Scenariusz ledwie mieści się w limicie znaków Quentina, więc dalsze rady i wyjaśnienia zwyczajnie by się w nim nie zmieściły. Może warto byłoby np. ograniczyć wątki szpiegowskie, a skupić się na rodzinnych zaszłościach i powiązaniach z Mitami Cthulhu, a zaoszczędzone w ten sposób znaki przeznaczyć na dodatkowe rady? Obawiam się, że w obecnej wersji scenariusz jest kompletny tylko dla grup już przyzwyczajonych do intensywnych relacji i konfliktów w drużynie, a stojący za nim pomysł jest na tyle dobry, że także grupy z innymi przyzwyczajeniami mogłyby się przy nim świetnie bawić.

Patrycja Olchowy

Za sam koncept należy się solidna ofiara Przedwiecznym, bo jest genialny w swej prostocie. Jako scenariusz do gry fabularnej, pozostawia pewien niesmak. To decyzje Bohaterów Graczy powinny kształtować przebieg wydarzeń, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z historią opartą o relacje i prowadzone konwersacje. Jednocześnie sami bohaterowie powinni pozostawiać graczom na tyle dużo swobody, by mogli poczuć, że to naprawdę ich postacie i nadać im też własnego charakteru. Obu tych rzeczy jednak brakuje, a zakładanie, że gracze zrobią coś w taki czy inny sposób to prosta droga do nieszczęścia. I to przez duże N. Serdecznie jednak zachęcam wszystkich fanów Zewu Cthulhu do sięgnięcia po ten tekst i zainspirowania się tym wykraczającym poza pojmowanie odczytem ostatniej woli pewnego mężczyzny, który postanowił zrobić nie lada niespodziankę swoim dalekim krewnym. Zwłaszcza, że czeka on na Was w przejrzystej i przyjemnej dla oka oprawie graficznej, z czytelnie przekazanymi informacjami i z całkiem solidnie zredagowanym tekstem. 

Wojciech Rosiński

Kolejny scenariusz w tej edycji, który bardzo cieszy oko dopracowaną stroną wizualną. Kiedy dołożymy do tego ciekawą fabułę to klimat zewu aż wylewa się z tej pracy. Idea mózgu w słoiku jako głównego antagonisty bardzo do mnie trafia i zapewnia „mackowosć”, której oczekiwałbym po lovecraftiańskim horrorze. Na pewno scena konfrontacji z taką poczwarą to godny finał ciekawej intrygi opisanej w scenariuszu.

Niestety pomimo fajnych pomysłów, scenariusz ten raczej nie sprawdzi się dobrze jako coś na bazie czego mamy poprowadzić sesję. Autor w swojej ambicji opowiedzenia wciągającej historii zbliżył się niestety zbyt blisko do formy opowiadania. Widać to już na początku scenariusza przy opisie gotowych postaci. Gdybym otrzymał tak opisane postacie neutralne byłbym bardzo zadowolony, jednak nie pozostawiają miejsca dla graczy aby uczynili je własnymi.

Janek Sielicki

Przygoda oferuje ciekawy pomysł i odpowiednio korzysta z mechaniki gry. Jest też dobrze napisana i mimo ścian tekstu, czyta się to dobrze. Natomiast nie do końca widzę, żeby to np. na mojej sesji, z moimi graczami zadziałało. BT przygotowani są aż zbyt dogłębnie; motywacje są super, ale wskazówki do odgrywania, to już za dużo – takie założenie, że MG będzie wiedział, jak zachowa (albo jak powinna zachować się postać), przesuwa ten tekst bardziej w stronę reżyserowanego scenarusza. Samo zamknięcie akcji w jednym pomieszczeniu będzie moim zdaniem prowadzić do szybkiej frustracji graczy. Ciężko tu o wskazówki inne niż te uzyskane od innych postaci… Gdyby zachować pomysł rodziny, więzów krwi, testamentu, ale „otworzyć” pokój, dodać kilka miejsc do zbadania nawet w samej posiadłości, to mogłoby być coś naprawdę wspaniałego. W tej postaci to dobry, ale bardzo trudny do poprawnego poprowadzenia scenariusz, a na pewno nie dla większości graczy.

Michał Sołtysiak

Trudno mi zaklasyfikować ten tekst, bo z pozoru jest to „LARP w Escape Roomie”, ale biorąc pod uwagę sugerowane naciski, jakie może MG wywierać na graczy, to byłbym bliżej już „Dramy w Escape Roomie” i to takiej reżyserowanej.

Ten scenariusz do Zewu Cthulhu jest pomysłowy fabularnie. Ma niezłe elementy i postacie drugoplanowe. Jest jednak tak naprawdę mało „erpegowo grywalny”. Niebezpieczeństwo narzucania woli MG graczom, co mają czuć, co myśleć, oraz ilość nałożonych na postacie ograniczeń wynikających z historii ich postaci (bo są gotowe), sprawia, że raczej bym w to nie chciał zagrać. Za mało tu miejsca na granie w grę, a nie odgrywanie narzuconej roli. Tylko MG raczej się będzie tu dobrze bawił, chybachyba że gracze będą czerpać radość ze swojej gry aktorskiej, dobrze, że choć improwizowanej, a nie z gotowymi dialogami.

Moim zdaniem została tu przekroczona granica równowagi między MG a graczami, a całość w skrajnych wypadkach zamieni się w reżyserowaną improwizację. Autor powinien dać jednak większe pole inwencji dla graczy, choćby poprzez więcej opcji fabularnych do wyboru dla nich.

Andrzej Stój 

Sprawnie zrealizowany, odważny jednostrzał z gotowymi postaciami, których istnienie jest bardzo mocno uzasadnione. Sprzeczne interesy i jasno określone cele mogą sprawić, że sesja będzie samograjem opartym wyłącznie na rozmowach między graczami. Na wypadek, gdyby interakcje między postaciami nie wypaliły, na miejscu są dwaj bohaterowie niezależni, którzy rola nie musi ograniczyć się do udzielania informacji, a również (zwłaszcza Chico) do aktywnej próby uwolnienia się z zamkniętej części rezydencji.

To, co mi zgrzyta w tekście, to opis przebiegu przygody. Sesja będzie wyglądać tak, jak proponuje autor, jedynie z częścią drużyn (z mojego doświadczenia – niewielką). Historia i cele postaci być może sprawią, że gracze nie zaczną próbować uwolnić się chwilę po tym, jak pomieszczenie zostanie odcięte, wydaje mi się jednak, że stężenie dziwactw dotyczących tej sytuacji (seans spirytystyczny, głos denata, próbki krwi) przekona przynajmniej dwóch by zadbać przede wszystkim o wolność. Dochodzi tu też kwestia mentalności samych uczestników sesji – mało kto akceptuje tak skrajne ograniczanie wolności. Łatwo wtedy wyjść z roli i pokierować historię na tory slapstickowej komedii.

Zabrakło mi również podsumowania całej historii, najlepiej w kilku zdaniach – o roli Angusa, o tym po co jest potrzebna krew itd. Jednocześnie scenariuszowi przydałby się redaktor z ostrą brzytwą, który okroiłby tekst z niepotrzebnych informacji i pomógł mocniej zaakcentować to, co jest niezbędne.

Asia Wiewiórska

„Testament” to backstory bohaterów i głównego wątku a potem dziesiątki spekulacji jak bohaterowie powinni zachować się w takiej a to takiej sytuacji. Zdecydowanie nie jest to gra dla mnie, choć znamienitą część tekstu można by wyjąć na jakiegoś szybkiego LARPa.

FORMA

„Testament” jest naprawdę pięknie i czytelnie wydany: klimatyczne tło, pasujące do settingu czcionki, całość ułożona w eleganckie bloki – jest super. Choć interpunkcja leży, wszystko inne jest po prostu poprawne, wyważone, z ładnym akuratnych słownictwem i czytelnymi podkreśleniami. Podział ja akapity zgodnie z kryterium merytorycznym, choć nie wiem dlaczego w niektórych zastosowano zupełnie inna czcionkę niż w pozostałych. 

Wstęp dobrze prezentujący rzeczy niezbędne do gry i przekazujący istotne detale organizacyjne. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie też podrozdział „Przeniesienie tekstu na sesję”, w którym autor omawia różne logistyczne aspekty grania z agendami czy zarządzania konfliktem pomiędzy Graczami – zwykle brakuje tego w scenariuszach! Są też bardzo fajne porady jak poprowadzić pierwszą scenę sesji. Przedstawiono tam kilka różnych i bardzo ekscytujących opcji i widać, że dla autora tak rozpoczęcie in-media-res jak i bardziej rozciągnięte, pozwalające Graczom trochę się zintegrować, to nie pierwszyzna.

Trochę żałuję, że ładna czytelna mapka jest tylko dla Prowadzącego, przynajmniej dopóki bohaterowie nie odkryją tajnego pokoju. Z drugiej strony myślę: hej, akcja gry dzieje się w jednym zamkniętym pomieszczeniu. Naprawdę potrzebujemy do tego mapy? Albo lepiej: dobrych kilku stron opisu mebli i innych elementów wyposażenia? Serio, jeśli zarówno stół w gabinecie jak i historia postaci opisane są w pięciu akapitach, to daje do myślenia co dla autora było naprawdę w tej publikacji ważne. 

TREŚĆ

Bardzo się ucieszyłam, gdy już na wstępie scenariusz dali do zrozumienia, że będzie to gra z agendami. Wybrany setting jest do tego wręcz idealny – świat u progu Zimnej Wojny, początek rozliczeń za zbrodnie II Wojny Światowej, południowoamerykańskie ucieczki prominentów III Rzeszy – coś wspaniałego! Jakby tego było mało, w to wszystko wpleciona historia pewnej rodziny, której członkowie niejedno mają za uszami. Co ciekawe – wszystko wyżej wymienione to nie jest li i tylko chwyt marketingowy, autor bowiem albo zna te realia jak mało co albo odwalił kawał dobrej roboty i zrobił super research. 

Dlatego byłam wniebowzięta czytając wspaniałe karty postaci. Od razu pomyślałam, że to będzie bardzo „osobista” gra, w której historia postaci i jej rodziny oraz dramatyczne wydarzenia na świecie będą odgrywać kluczową rolę i wcale mi tu nie byli szkoda, że nie można było stworzyć własnych. Ten scenariusz brzmiał dosłownie jak spełnienie moich marzeń!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Pierwsze rozczarowanie przyszło wraz z odkryciem, że scenariusz odbędzie się wyłącznie jeśli uwięzimy bohaterów na dłuższy czas w jednym pomieszczeniu. Nie zrozumcie mnie źle – ja nie mam nic przeciwko klasykom murder-mysery, gdzie często stosowano tej sam zabieg, a jednak tutaj szybko dotarło do mnie, że większość z tych wspaniałych historii postaci, pozostanie w tej sytuacji całkowicie niewykorzystanych. W dodatku – przygoda wcale nie jest oparta na odkrywaniu tajemnic przeszłości postaci Graczy, lecz na gadżecie – pomieszczeniu finezyjnie zintegrowanym z tym co pozostało po przodku bohaterów, tak szczegółowo opisanym, że nie pozostawia wątpliwości co też gra w tym scenariuszu główną rolę. 

Mam wrażenie, że to raczej scenariusz filmu grozy niż gry RPG, gdzie nie ma ograniczeń w wykorzystaniu deus-ex-machina i gdzie „ulubiony bohater niezależny” scenarzysty nie kłuje tak bardzo w oczy.

„Zaraz, zaraz” – zaraz ktoś zakrzyknie – „To scenariusz gry dramatycznej, trochę improwizacyjnej, w której bohaterowie mają odkrywać swoje relacje!”. I ja to rozumiem (notorycznie gra się to na LARPach), z tym, że publikacja nie daje żadnych wskazówek jak zachęcić Graczy do takiej rozgrywki. Wręcz przeciwnie – w opisach postaci daje konkretne zadania, z których spora część jest w tej sytuacji nie do zrealizowania. Wychodzi bowiem na to, że bohaterowie mają raczej niewielką sprawczość albo nie mają jej w ogóle i to w sytuacji, w której jedynym logicznym rozwiązaniem, pozwalającym działać i realizować cele, jest wydostanie się z pomieszczenia. Jak dla mnie gra dla Graczy zacznie się dopiero wtedy, gdy zrealizuje się jedno z możliwych zakończeń pt. „Uwolnienie”.

W bezbrzeżnym zdumieniu pozostawiły mnie też:

– niekończące się dywagacje, jak mogą zachować się bohaterowie Graczy w której scenie czy sytuacji. W scenariuszu szkoda na to czasu, spekulacje takie zachowajmy dla Prowadzącego i Graczy;

– planowanie, jak pod wpływem wydarzeń zmieni się nastawienie Graczy. Hej – niech o tym zdecydują Gracze;

– szczegółowe planowanie z podziałem na „części” sesji, co też Gracze zrobią w której z nich (autor zaplanował, że Gracze najpierw będą szukać informacji, potem pojawia się konflikty między nimi a na końcu będzie eskalacja konfliktu między nimi a Wenzlem). Serio?

– wyliczanie głównych wątków rozmów Graczy w rolach… [mentorskim tonem] Tu zalecam podzielić się nimi z Graczami, na wypadek gdyby sami nie wpadli, żeby o tym porozmawiać.

I tutaj ujawnia się, jak bardzo scenariusz ów nie wie czym właściwie chce być: z jednej strony wymaga od Graczy dużo improwizacji, oczekuje, że będą współtworzyć relacje rodzinne, generować wspólne wspomnienia i plotki, z drugiej – stawia przed bohaterami zadania, których zamknięci z gabinecie nie mogą zrealizować, podcina im skrzydełka i odbiera całą sprawczość.

Tej scenariusz świetnie się zapowiada. Jest malowniczy i początkowo tu uwielbiam: tajemnice rodzinne, mroczna historia, eksperymenty medyczne. Potem jednak odkrywam, że dla wielu Prowadzących i Graczy (w tym dla mnie), jest on zwyczajnie niegrywalny, choć może się sprawdzić w środowisku LARPowym, które domyślnie ogranicza przestrzeni do działania i nie przejmuje się dywagacjami, co też w trakcie gry może się wydarzyć.

[collapse]

Zaginiony

Zaginiony – Adam Tabaka

Edycja: 2022

System: Zew Cthulhu 7 ed.

Setting: Boston, rok 1925

Liczba osób grających: 1-3

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1-2

Dodatki:

Opis:

Zaginiony to przygoda na podstawie opowiadania H. Heald powstałej we współpracy z H.P. Lovecraftem. Badacze mają za zadanie zbadanie sprawy zaginionego dziennikarza Stephena Jonesa. Śledztwo doprowadza ich do muzeum z tajemniczą wystawą “tylko dla dorosłych”.

Triggery: Scenariusz opiera się na ukazaniu grozy głównego miejsca, przez co niektóre sceny mogą być uznane za nieco drastyczne.

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Najklasyczniejsze Cthulhu, w dodatku oparte na opowiadaniu Lovecrafta!

Podoba mi się, że autor rozegrał swój scenariusz kilka razy i opisał, jak poszczególne sprawy wyglądały u niego na sesjach. Myślę, że to duża pomoc dla osób, które chciałyby poprowadzić tę przygodę.

Doceniam uwzględnienie mechaniki w rozpisce przygody. Fajnie byłoby, gdyby w przypadku oblanych testów też działo się coś ciekawego. Na szczęście na główną lokację, muzeum figur woskowych wskazuje wystarczająco dużo poszlak, więc któraś na pewno sprowadzi tu Badaczy. Przydałaby się też rozpiska mechaniczna Orabony. Gracze nie będą z nim raczej walczyć, ale znajomość jego cech i umiejętności może się przydać także przy innych interakcjach z tą postacią.

Duże wrażenie robią starannie przygotowane handouty i mapka muzeum. Sama wystawa i to, jak jest opisana, też jest bardzo fajna. Dobrze stopniuje klimat niesamowitości.

Bardzo przyzwoity scenariusz, swobodnie można go wykorzystać do poprowadzenia jednorazowej przygody na pojedynczą sesję (rozciągnięcie tego na dwie też pewnie by się udało, kosztem utraty pewnej dynamiki).

Żeby uznać go za wybitny, potrzebne byłyby tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze, jakiś element zaskoczenia, bo w tej chwili przebieg fabuły jest tak standardowy, jak to tylko możliwe. Przychodząc na sesję Zewu Cthulhu, zasadniczo spodziewamy się właśnie czegoś takiego, ale atrakcyjniejsze byłoby, gdyby te oczekiwania były w jakiś sposób przełamane – dodaniem jakichś zaskakujących elementów lub wydarzeń. Fajny jest motyw z odnalezieniem zaginionego w szpitalu psychiatrycznym – rozwiązanie sprawy, od której zaczyna się przygoda może nastąpić przed kulminacją w muzeum. Ale że tak się stanie, jest mało prawdopodobne. Przydałoby się tutaj więcej takich bocznych wątków. Druga sprawa, której nieco brakuje, to większa interaktywność, wpływ graczy na przebieg wydarzeń. Mogą kombinować, jak dostać się na zaplecze muzeum i jak obejść Orabonę. Ale poza tym to niewiele w praktyce mają do zrobienia. Ten scenariusz to trochę taka, nomen omen, wizyta w muzeum – mogą przechodzić z miejsca na miejsce, obejrzeć, co mają do obejrzenia, ale mogliby mieć więcej okazji do wykazania się pomysłowością.

Dobrze poprowadzony, ten scenariusz może być podstawą klimatycznej sesji. Cieszę się, że dołączy do kolekcji darmowych przygód na stronie Quentina.

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka 

Wydaje mi się, że scenariusze do Zewu Cthulhu na bazie opowiadań Lovecrafta to sensowny pomysł – więcej osób dziś słyszało o autorze i grze fabularnej, niż czytało wszystko. Bardzo popularne są dzisiaj zresztą paragrafówki Choose Cthulhu, które pozwalają czytelnikom właśnie rozegrać klasyczne fabuły Lovecrafta. Tu wybór jest szczególnie pasujący, bo Horror w muzeum to jeden z mniej znanych tekstów Samotnika z Providence.

Scenariusz Zaginiony to całkiem zgrabna adaptacja tego opowiadania, w dodatku solidnie przetestowana i wzbogacona o wnioski z tych testów. Obawiam się jednak, że zawodzi w kluczowym momencie — muzeum jest rozległą, ale dość pustą lokacją, a w nocy można w nim właściwie tylko wpadać na wrogie postaci. Sądzę, że te, kulminacyjne przecież, chwile scenariusza powinny dawać graczom więcej wyborów i rzeczy do zrobienia. I tak nie da się zagwarantować, że dojdą do oryginalnego zakończenia (i wymuszanie tego znacząco osłabiłoby ten tekst!), więc warto dać im jak największą swobodę.

Patrycja Olchowy

Na fali gier paragrafowych aż chce się brać kolejne opowiadania i dokładać do nich interakcję. To, co jednak sprawdzi się w przypadku paragrafówki, nie zawsze podoła w grze fabularnej. I muszę przyznać, że Zaginiony jest całkiem udaną próbą przełożenia prozy Lovecrafta na rozgrywkę. Osoba autorska dowozi nam solidny kawałek – co ważne – przetestowanej i okraszonej wnioskami rozgrywki. Oczywiście, można by było to wszystko jeszcze dopracować, obudować, ale nie jest źle. Zaginiony dodatkowo pokazuje, jak bardzo niskim nakładem sił i prostym formatowaniem tekstu można dodać czytelności i wznieść użyteczność materiału na wyższy poziom, a dołączone handouty robią fajne wrażenie. Choć wciąż przydałoby się materiał jeszcze przeczytać i dopracować pod kątem językowym, dobrze jest zobaczyć taki klasyczny chwyt na scenariusz do Zewu. 

Wojciech Rosiński

Gdyby quentin był konkursem na jedynie przygotowanie rozgrywki ta przygoda wypadłaby bardzo dobrze. Jest czytelnie rozpisana, zawiera mechaniczne elementy oraz porady dla mistrza gry. Wszystko to jest starannie złożone a autor włożył widoczny wysiłek w przygotowanie handoutów, które na pewno znacznie umilają rozgrywkę i przyłożą się do wzbudzenia w graczach immersji.

Quentin jest jednak także konkursem na oryginalną fabułę. Pod tym względem w pracy nie ma absolutnie nic twórczego. Przedstawiona historia oraz postacie są kalką tych z książki, którą autor się inspirował. Sprawę ratuje fakt, że na całe szczęście nie ukrywa się on z tym. Autor ma warsztat i bardzo chętnie zobaczę tak samo starannie przygotowaną pracę wokół, historii napisanej przez niego.

Janek Sielicki

Przygoda, jak sam autor przyznaje, to „Horror w Muzeum” RPG (a jak się inspirować, to dlaczego nie Lovercraftem?). Interaktywne zwiedzanie ogólnodostępnego opowiadania. Dlatego przeznaczona jest dla początkujących osób, które nie znają opowiadania, a i samo śledztwo jest proste. Można odwiedzić kilka miejsc, nawet znaleźć tytułowego Zaginionego, a potem badać tajemnicze muzeum, uciekać przed szaleńcem i zobaczyć mackoboga. A na koniec przeczytać opowiadanie i mieć to miłe uczucie „o tam byliśmy!”.  Warsztatowo jest w porządku, mimo rozmaitych błędów stylistycznych itp. tekst jest w miarę jasny, pomagają też kolory, pomysły z ramek i handouty.

Droga osoba autorska, teraz czas na spisywanie własnych pomysłów, bo podstawy już ogarnięte!

Michał Sołtysiak

Chciałbym najpierw pochwalić, to co mi się niesamowicie podobało w tym scenariuszu do Zewu Cthulhu:

  1. edycji i redakcja – dobrze się czyta i widać, że autor wie, jak ważna jest redakcja i korekta przed wysłaniem.
  2. pomoce dla graczy są pierwsza klasa, ładne i klimatyczne.
  3. scenografia, a szczególnie muzeum jest dopracowana i inspirujące.
  4. autor testował to najwyraźniej cztery razy i wyłapał wiele momentów, które mogą być wyzwaniem dla prowadzącego i dał swoje rozwiązania oraz dodał liczne ciekawe motywy do ewentualnego wykorzystania.

Tylko nie rozumiem, dlaczego zamiast adaptacji opowiadania zrobił swoiste odwzorowanie 1:1. „Przekład może być albo piękny, albo wierny”. Widać w przekładaniu tekstów Lovecrafta na scenariusz RPG jest podobnie. Jest wiernie i niezbyt porywająco. Zastanawiam się, czy autorowi, prowadzącemu to cztery razy, nie przyszło na myśl coś zmienić, coś dodać. Dopracować fabułę i wzbogacić, tak by były zwroty akcji, by była większa tajemnica, by postacie otrzymały np. wyjaśnienia, których nie ma w tekście oryginału. Ma doskonałe tło, na którym niewiele się dzieje. To, co w opowiadaniu może zachwycać (opis zwiedzania muzeum), w grze będzie monologiem Mistrza Gry, który może znużyć graczy. Oni przyszli grać, a nie słuchać.

Ten scenariusz spokojnie by dostał Quentina, bo ma jakość edycyjną godną braw, ale fabularnie może być mało satysfakcjonujący. Oczywiście przysłowiowy „Dobry MG” zrobi z tego cuda, ale zapewne adaptując po swojemu, bo wiele osób czytało to opowiadanie i zna intrygę.

Ten tekst mnie najbardziej rozczarował, bo jest straconą szansą. Autor ma warsztat, umie pisać. Rozumie, jak ważne jest stworzenie inspirującej scenografii, ale nie dał godnej tego wszystkiego fabuły. Odwzorował tekst Samotnika, ale nie zaadaptował go i nie zmodyfikowała, by z dobrego opowiadania zrobić dobry materiał na sesję. Wielka szkoda.

Andrzej Stój 

Jeden z lepszych tekstów, jakie miałem okazję przeczytać z okazji tegorocznej edycji. Nie wyróżnia się rewolucyjnymi pomysłami lub nietuzinkowymi rozwiązaniami, a solidnym opracowaniem. Autor szanuje czas czytelnika i skupia się na tym, co niezbędne albo przydatne, a nie możliwe do wrzucenia do scenariusza.

Myślę, że ten scenariusz bardzo dobrze sprawdzi się dla jednego gracza, niż większej drużyny. Śledztwo na pewno doprowadzi BT pod właściwy adres, więc nie ma ryzyka wykolejenia się przygody ze względu na brak dobrych pomysłów. Scenariusz może natomiast wyjść poza ustalone ramy jeśli Badacz (albo Badacze) nie będą chcieli spędzić nocy w muzeum. Wymusi to nieco improwizacji, jednak jest do zrobienia – dlatego nie rozumiem dlaczego w tekście pojawiają się sugestie by lekko railroadować BT sugerując w metagrze gdzie czeka dalsza część przygody.

Choć chętnie wyróżniłbym ten tekst na tle innych, nie jest to mój kandydat do zwycięstwa. Po pierwsze, ze względu na bardzo mocne (otwarte) zapożyczenia z opowiadania Lovecrafta. Po drugie, ponieważ brakuje tu czegoś, co sprawiłoby, że chciałbym z miejsca poprowadzić ten scenariusz. Trzymam jednak kciuki by autor spróbował swoich sił w kolejnej edycji, koniecznie z przygodą opartą na własnych pomysłach.

Asia Wiewiórska

Malowniczy scenariusz oparty na naprawdę atrakcyjnej lokalizacji. Byłoby o wiele fajniej, gdyby wszystko to wymyślił autor scenariusza, a nie H.P.Lovecraft.

FORMA

Czytelny spis treści już od progu zwiastował nienaganny porządek. I tak rzeczywiście jest: wszak mamy tu nie tylko bardzo przejrzyste wprowadzenie dla kogo jest ten scenariusz i jaką w zasadzie ma strukturę, ale nawet – świetny pomysł! – konsekwentne oznaczenie kolorami niektórych istotnych dla niego elementów. Nadal wprawdzie nie wiem  komu przyda się ogólny zarys scenariusza w formie książkowego “blurba”, z którego nie sposób wyczytać o czym naprawdę opowiada ta historia, ale pewnie jestem zbyt surowa dla osób, które zechcą go poprowadzić… Może i im należy się odrobina zaskoczenia i suspensu?

Lingwistycznie publikacja wypada nad wyraz dobrze. Choć interpunkcja i ortografia gdzieniegdzie niedomagają, to jednak nie zauważyłam tam nic, czego nie wyeliminowałby jeden rzetelny proof-read. Nie mogę też nie docenić poprawnego użycia zwrotów, które wprawdzie już dawno wyszły z użycia, ale istnieją i brzmią w użytym kontekście całkiem jak trzeba oraz nauczenia mnie, językoznawcy, zupełnie nowego słówka (“teratologia”). Dzięki!

Dodam też, że rzeczowe i skondensowane opisy lokacji, bohaterów niezależnych i wydarzeń oraz to, że treść handoutów tekstowych pojawia się tak w scenariuszu jak i w wystylizowanej formie w apendixie, również robią tu dobrą robotę.

TREŚĆ

I tu mój pierwszy niepokój, bo co będzie, jeśli Gracze jednak czytali “Horror w muzeum” i znają rozwiązanie intrygi? Autor, choć sugeruje, że warto się upewnić, nie pomaga – czy takiego Gracza wyprosić? Wcielić w któregoś z bohaterów niezależnych? A może uczynić drugim Strażnikiem Tajemnic (bo ponoć prowadzenie dwójkami teraz coraz bardziej modne)? Na szczęście tekst jest znacznie bardziej pomocny, gdy chodzi o nienaganny trail-of-clues, w którym pominięcie wskazówki w jednym miejscu wcale nie rujnuje możliwości jej zdobycia. Gdy wskazówki spadają tam, gdzie są właśnie potrzebne a nie leżą przyklejone na Superglue, że nie sposób przenieść ich w inne miejsce, znać, że dla autora scenariusz śledczy to nie pierwszyzna. Gra nie będzie prowadzić Graczy za rączkę i nawet punkt startu zależy od tego, w jaki sposób bohaterowie powiązani są z sytuacją lub niektórymi bohaterami niezależnymi. Jest dobrze.

Do dziś zachodzę jednak w głowę, w jaki sposób mogłabym wykorzystać te wszystkie, opisane na kilku stronach, piękne muzealne lokalizacje, w których absolutnie nic się nie dzieje, nie rozwijają fabuły ani nie dostarczają żadnych wskazówek? Bardzo fajnie, że pobudziły moją wyobraźnię, ale po to siądę raczej do książki a nie do tekstu ściśle użytkowego, jakim jest scenariusz do gry. Czuję, że w większości przypadków literacki ów materiał pozostanie zwyczajnie niewykorzystany.

Jest tu za to kilka elementów niezwykle cennych na tle wielu innych scenariuszy, a choćby “Pamiętnik Mistrza Gry” (sprytne, sprytne), konsekwentne i czytelne stosowanie mechaniki, w której wszystko zdaje się grać i zachowywać logikę przyczynowo-skutkową oraz informacje praktyczne, wskazująca dajmy na to, pakiet umiejętności z Zewowej 7-mki, szczególnie przydatnych dla tego scenariusza.

Problemy fabularne zaczynają się – mam wrażenie – w momencie, gdy bohaterowie Graczy powinni pojawić się w muzeum nocą. No bo, co tu dużo mówić, nie do końca przekonują mnie przedstawione tu motywatory, a już na pewno nie przekonuje mnie ten, w którym właściciel muzeum proponuje im zostać tam z własnej woli, z bronią złożoną w depozycie, aby udowodnić sobie i innym, że są wystarczająco odważni (już lecę!). Nie do końca też rozumiem, dlaczego dorośli ludzie mieliby co pół godziny robić wtedy test, żeby nie zasnąć na pniu. W skrócie – widzę oczywiście, że autor scenariusza chce po prostu opowiedzieć  historię podobną jak w opowiadaniu sprzed prawie stu lat, tyle że… to nie jest opowiadanie a my jesteśmy w 2022.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Lubię takie kolorowe i malownicze opowieści grozy. Emocjonalnie czułam się trochę jak pomiędzy “Klejnotem siedmiu gwiazd” Stokera a odkrywaniem jednego ze scenariuszy do “Posiadłości Szaleństwa”. Każdy bohater niezależny ma tu w sobie coś charakterystycznego, a to zabawną dykteryjkę, a to cechę wyglądu lub zachowania, które bardzo działają na wyobraźnię podczas czytania i nie raz sama uśmiechałam się od ucha do ucha.

Było mi też trochę przykro, że Gracze w zasadzie nie mają większych szans ustalić co naprawdę stało się z zaginionym i że tytuł scenariusza oraz ogólny jego zarys nijak się ma do tego co tam w środku rzeczywiście siedzi. Czasem to ma sens, żeby zagrać Graczom na nosie, robiąc plot-twist, gdy okazuje się, że gra jest jednak o czymś innym, ale tutaj zaginięcie okazuje się być jednak tak bardzo pobocznym wątkiem, że w zasadzie można o nim zapomnieć.

Trochę łamie mi się także serce, że cyt. “cokolwiek się wydarzyło”, nawet jeśli Gracze nie rozprawią się własnymi rękami ze złem, to jeden z bohaterów niezależnych i tak zrobi to za nich. Ostateczna decyzja grających nie ma więc tu specjalnego znaczenia a wszystko to w imię li i tylko ładnego, literackiego widoczku, żeby historia z opowiadania Lovecrafta miała swój finał. A co z historią Graczy, czyli tych bohaterów o których Lovecraft jakoś nie napisał?

Mam podobne wrażenie, co autor: że lokalizacja z opowiadania ma ogromny wręcz potencjał. Widzę ją nawet w roli miejsca, w którym wydarzy się origin-story i po rozegraniu scenariusz stanie się swego rodzaju bazą wypadową oraz źródłem różnego rodzaju informacji o innych istotach, które bohaterowie spotykać będą w przyszłych scenariuszach. Dlatego bardzo żałuję, że autor nie pokusił się o stworzenie tu własnej fabuły, całkowicie nowego scenariusza. Trudno jest bowiem ocenić walory tego obecnego, jeśli się wie, że to nawet nie “adaptacja” a “ekranizacja” opowiadania. Żałuję, że zamiast piać peany, pogratulować mogę jedynie bardzo przyzwoitego przekładu na inne medium.

[collapse]

Za garść ziemniaków

Za garść ziemniaków – Konrad Górniak

Edycja: 2022

System: Neuroshima

Setting: Postapo – Lekkie.

Liczba osób grających: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 3-4

Dodatki:


Opis:

Zatem, zaczynamy w zniszczonych Stanach Ameryki. Dokładna lokalizacja nie ma znaczenia dla samej zabawy. Zresztą, nawet lepiej, jeśli nie zna się miejsca, bo można wtedy wczuć się w klimat świata po zagładzie, gdzie jest trochę punktów orientacyjnych, ale poza horyzontem powstają nowe miejsca, nowe osady, których żaden przedwojenny kartograf nie miał na swoich planach. Postacie graczy docierają do wioski Pines Vile. Pozornie mało istotne miejsce, w którym nie ma czego szukać, ponad handlem, łykiem wody i miejscem do spędzenia nocy, czy uzupełnienia zapasów. Jednak nie jest to miejsce, które miałoby pozostać obojętne dla świata. Przybywając do osady natrafią na kilka problemów, które stanowią dość duży problem dla mieszkańców. Czy graczom starczy siły, odwagi i kul, żeby przedrzeć się przez wszystkie trudności i niebezpieczeństwa, a także dość sprytu, żeby w tym wszystkim ugrać coś dla siebie? To już tylko zależy od nich…

Triggery: Pająki, rany, post-apo, bandyci

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Ta przygoda ma fajny Borderlandsowy klimat i strukturę rodem z questów gier wideo. Uważam, że nie ma w tym nic złego, ale wydaje mi się, że to za mało, aby zasłużyć na miejsce w finale, zwłaszcza konkurując z bardziej „rozwiniętymi” przygodami w tej edycji.

Sposób przedstawienia przygody jest dość chaotyczny, a styl autora odrobinę męczy – przed każdą konkretną informacją padają trzy inne, które nie wnoszą nic dla graczy. Ot, taki fluff. Rozumiem styl neuroshimowy, ale uważam, ze dygresje czy humorystyczne wstawki to narzędzia, którymi też trzeba się umiejętnie posługiwać.

„Za garść Ziemniaków” to miła neuroshimowa przygódka, akurat na jedną sesję. Choć rzadko grywam w nerkę, to przygody do niej lubię czytać. Tu mam odwrotnie – czyta mi się ciężko, ale podoba mi się pomysł questów składających się na ogólną oś fabularną.

Piotr Cichy

Zahaczka do przygody polegająca na zakazie wejścia do miasteczka jest o tyle kiepska, że MG nie będzie miał okazji wykorzystać tej części materiałów ze scenariusza, chyba że dopiero po wykonaniu zadań. Myślę, że to niepotrzebne utrudnienie życia postaciom graczy.

Wspomniane są gotowe karty postaci z indywidualnymi zadaniami dla bohaterów. Niestety chyba autor nie przygotował ich ostatecznie. Dodatkowe wątki nie byłyby złe.

Ośmioramienna gwiazda to nie to samo co ośmiokąt.

Opis miasteczka jest nieco za bardzo schematyczny. Trochę zmarnowana okazja, żeby dodać coś oryginalnego, co mogłoby zainteresować graczy i ożywić przygodę.

Jest wzmianka, że szef farmerów Rob Cord ma problem, za rozwiązanie którego dodatkowo wynagrodzi graczy. Szkoda, że nie ma tu wskazówki, że chodzi o pierwszą misję („Włochaty problem”) – tak się przynajmniej domyślam. Podobnie z misją od policjantki Kelly McGut. Przynajmniej w przypadku trzeciej misji (od barmana) przy jego opisie w miasteczku jest wspomniane, czego potrzebuje.

Nie jest zbyt fajne, że scenariusz zakłada, że żaden z testów na polach i pastwisku nie może się udać, a pająka zobaczą dopiero przy drugiej wizycie. Dużo lepszym rozwiązaniem byłoby zdanie się na mechanikę i pomysły graczy.

Jeśli pająki polowały tylko na krowy, to skąd w jamie znalazły się te różne przedmioty, które można tam znaleźć?

Przydałoby mi się więcej wskazówek w zakresie mechaniki w tym scenariuszu. Dzięki temu MG mógłby bardziej sprawiedliwie rozstrzygać poszczególne sceny i unikać narzucania graczom rozwiązań takich, jak na przykład użycie beczek, żeby wydostać się ze złomowiska.

Podoba mi się zróżnicowanie misji. Mamy śledztwo, dyplomację i horror. Można by silniej podkreślić konwencję każdej z  części scenariusza. Dodać więcej pasujących do nich elementów.

Nie zaszkodziłoby nieco więcej wsparcia dla potencjalnych pomysłów graczy. Każde z trzech zadań byłoby ciekawsze, gdyby gracze mieli więcej rzeczy, z którymi mogliby wejść w interakcję, wykorzystać do rozwiązania sytuacji.

Paweł Jakub Domownik

“Za garść ziemniaków” ma tytuł którego nie rozumiem ni w ząb 🙂 

Podoba mi się:

  • Wieksza niż zazwyczaj skala postapokaliptycznego miastezcka.To prawdzie miasto a nie dekoracje.
  • Podoba mi się otwarta konstrukcja, gracze mogą wybierać którymi questami się zajmują i w jakiej kolejności.
  • Podoba mi się zestaw plotek – przydałby się taki nie ograniczony do jednego z questów ale dotyczący całego miasteczka
  • Duży plus za przejrzyście napisany materiał, dobrze przekazujący informacje precyzyjnie i bez wodolejstwa 🙂 
  • Podoba mi się śmiałość pomysłów (ropa z rośliny) bardzo wzbogacająca klasycznie smętny świat neuroshimy.

Uważam, że należy poprawić 

  • Scenariusz co prawda ma wstęp ale napisany tak żeby nic nie powiedzieć.
  • Dlaczego pierwsza żeczą która trafia w BG jest “NIE MOŻECIE” to zawsze deprymujące.
  • Niestety całość ma feel gry komputerowej – wręcz widać żółte wykrzykniki nad npc-ami którzy są tam tylko po to zeby zlecić questa.
  • Śledztwa są dość liniowe. BG mają szansę  sami dojść tylko do pewnego momentu.  Potem żeby akcja posunęła się do przodu musi nastąpić interwencja MG. 
  • Ja rozumiem że mechanika Nerki jest jaka jest, ale to nie je powod zeby scenariusz nie zawierał żadnych wskazówek mechanicznych.
  • Na złomowisku żeby przez nie przeżyć – gracze mają jedną drogę wyjścia a na dodatek muszą odgadnąć co myślał sobie MG
  • Bardzo powoli brak jakichkolwiek powiązań między trzema questami. Niech kurcze chociaż zrobienie jednego, utrudniałoby drugi albo dwa z nich miały jakąś wspólna przyczyne miałbym poczucie ze czytam premyślany tekst a nie zbiór 3 rzeczy ktore wypadly z generatora.

Chyba najlepsza przygoda do nerki jaka od 3 lat quentinowania przeczytałem. Still za mało na finał 

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Miałam nadzieję…  Nie wiem na co. Jeśli już fabularyzowane teksty – to wciąż powinny być one czytelne i łatwe w odbiorze. Pamiętam, że czytając Nerkę, bawiłam się dobrze. Grając już różnie bywało. Tu zabrakło i pozytywnych wrażeń z czytania i jakiejkolwiek potrzeby grania. Może da się wycisnąć coś z tych kilku zahaczek i oszczędnego opisu miasteczka, jeśli by to wszystko ubrać w jakąś sensowną fabułę. Pytanie tylko, czy komuś będzie chciało się to zrobić.

Wojciech Rosiński

Neuroshima to kultowy jednak już archaiczny oraz nie przystępny system. Decydując się na rozpisanie przygody do niego, autor postawił przed sobą bardzo trudne zadanie, gdyż musiałaby być ona niezwykle pomysłowa oraz dobrze napisana aby zagwarantować udaną sesję. Nie dziwi więc, że autor niestety nie podołał temu wyzwaniu.
Za garść ziemniaków to tak naprawdę opis lokacji oraz trzech stosunkowo prosty i nie powiązanych ze sobą misji. Być może w systemie, który pozwala graczom na wprowadzanie do gry elementów narracyjnych sprawdziłaby się ta formuła, jednak neuroshima nie jest tego rodzaju systemem. Sądząc po języku klimat oraz lore “z*****ch stanów” jest bliski autorowi więc to co chętnie zobaczyłbym w przyszłości w jego wykonaniu to przygoda w tym samym świecie, przedstawiona w podobnym luzacki stylu jednak zaadaptowana do jednej z wielu dostępnych mechanik, które są po prostu grywalne. Taki tekst mógłby zachęcić mnie aby powrócić do świata Neuro na sesję lub dwie.

Janek Sielicki

Prosty opis miasteczka i trzy proste misje, które w żaden sposób ze sobą się nie łączą. Niestety autor nie zakłada wykorzystania mechaniki i proste tropienie pająków rozpisane jest jak skomplikowane śledztwo. Misja z bandytami podobnie – po prostu zgodzą się odejść za paliwo, a przygoda na złomowisko to typowe spotkanie poboczne i chyba najciekawsze, choć tu także autor odgórnie zakłada rozwiązania. Tekst napisany jest też dość chaotycznie, płynnie przechodząc z sugestii w opisy wydarzeń.

Można skorzystać z zawartych tu pomysłów, zwłaszcza jeśli gramy przygodę rozbiegową, ale nic specjalnego w „Ziemniakach” nie znajdziemy – zgodnie z tytułem, po prostu się najemy i zapomnimy.

Natomiast przy odrobinie pracy, można z tymi pomysłami coś zrobić: a może to bandyci wypuścili technomorwy i pająki na wioskę? Albo ktoś z wioski chciał poradzić sobie z technomorwami i zwabił/wyhodował pająki, których populacja wymknęła się spod kontroli? Takie czy inne zależności ożywią miasteczko, npce zaczną do czegoś dążyć i zrobi się ciekawiej.

Michał Sołtysiak

Neuroshima nie ma szczęścia do scenariuszy. Ten tekst pokazuje to wzorowo:

1. Musi być luzacki języki i luzackie opisy – autor tak się zapomniał w swoim luzie, że zapomniał dać obiecanych, gotowych postaci z dodatkowymi, własnymi motywami. Do tego nie wiem, o co chodzi w większości misji, bo sens zaginął w nonszalanckiej gadce.

2. Fabuła musi być prosta, na granicy „wylosuj z bestiariusza” – tu trzeba przeżyć, więc nie trzeba się silić na fabułę, wystarczy kilka misji, połączonych jedynie lokacją i nagroda w postaci wyposażenia. Kto by tam robił jakieś głębsze treści, zwroty akcji, wprowadzał dramatyzm, tajemnice etc. Tu trzeba przeżyć i powtórzenie jest świadome, żeby zastąpić zwyczajowe przekleństwo na koniec wypowiedzi.

3. Miejsce akcji musi być generyczne i zawierać wszędzie te same elementy – Autor niczym nie zaskakuje, jego miasteczko nie ma w sobie żadnej inwencji, żadnej ciekawej postaci, nic wyjątkowego. Po apokalipsie wszystko jest takie samo, bo tak musi być!

4. Misje są jak grze komputerowej – czyli zadanie z walką i odbiór łupów. Wprawdzie są tutaj misje, które niby mają pozwolić na dyplomację i pewną dozę sprytu, ale podejrzewam, że trzeba mieć duże szczęście i rzutu, żeby udało się bez obowiązkowej walki.

Ten scenariusz więc można rozegrać, a potem go zapomnieć, bo raczej nie ma w nim nic wiekopomnego. Na plus mogę zaliczyć, że tym razem nie znalazłem rasizmu, seksizmu, szokujących wynaturzeń i innych, częstych „podkręcaczy” atmosfery w scenariuszach do Neuroshimy.

Na koniec mam smutny wniosek. Nie wiem po co, MOracz z Blachą pisali te różne Kolory, skoro nikt z nich nie korzysta. Choć na nasz konkurs ktoś by mógł!

Andrzej Stój 

Przygoda do Neuroshimy, która okazuje się być opisem miasteczka z problemami do rozwiązania przez drużynę. Mamy tu kilka pomysłów na wprowadzenie grupy do środka (no, raczej pod bramę osady), opis tego miejsca oraz trzy krótkie zadania do realizacji.

W każdej edycji Quentina przychodzi kilka takich przygód. Nie są złe, ale brakuje im tego, o czym pisze kapituła w swoich notkach dotyczących preferencji. Za garść ziemniaków nie opowiada historii, którą będzie się wspominać po latach. To będzie zwykła, cotygodniowa sesja, jedna z wielu.

Moim najpoważniejszym zarzutem względem tej pracy jest zupełny brak kompetencji postaci tła. Maksimum ich możliwości to zlecenie pracy bohaterom. Nikt nie łączy ze sobą prostych faktów, nie jest w stanie wykazać się inicjatywą by rozwiązać problem – swój lub miasteczka. Oczywiście nie ma niczego złego w tym, że to postacie są motorem napędowym historii, ale czytając tę przygodę odniosłem wrażenie, że bohaterowie niezależni nie robią nic, bo… są NPCami.

W scenariuszu nieco kuleje też logika i brakuje motywacji dla postaci. Osada niby jest bezpieczna i dobrze zorganizowana, ale brakuje jej zasobów. Strażnicy niby dobrze jej pilnują, ale są słabi, chorują i boją się wykonywać swoją robotę. Bandyci siedzą na tyłkach i czekają aż im się skończy żarcie, picie i paliwo. Jest tu sporo niekonsekwencji i naiwności.

Nie ma natomiast współczynników, podpowiedzi jak i co testować ani innych wskazówek dotyczących zasad, które mogłyby się przydać MG.

Plusy? Fajne wykorzystanie jednego z potworów z bestiariusza – zadanie z nim związane może być fajną, jajcarską (do pewnego momentu) odskocznią od klasycznej, smutnej Neuroshimy. Niektórym może się też spodobać klimat rodem z crpg – bo czytając scenariusz czułem się trochę jakbym widział mapkę z Baldur’s Gate. Doceniam też próbę stylizowania języka, choć tu autora czeka trochę pracy, by pisać klimatycznie, ale też konkretnie.

Asia Wiewiórska

Podczas czytania tego scenariusza kilka razy upewniałam się, że zaprojektowano go do Neuroshimy. Potem mnie olśniło: to nie może być przypadek, ktoś robi nam psikusa.

FORMA

Osobiście nie lubię takiego spoufalania się, wstawek z komentarzami kapkę niezwiązanymi z grą i silenie się na poczucie humoru, ale dokładnie to samo zrobili Trzewik z Oraczem i resztą w rulebooku, więc w sumie jak można winić niewinnego autora, który po prostu kontynuuje ich wiekopomne dzieło? Niestety, fakt, że tekst niczym rój czarnej szarańczy z Neodżungli, aż kłębi się od błędów gramatycznych, stylistycznych, interpunkcyjnych, znacznie trudniej wybaczyć. Może gdyby autor budował zdania trochę mniej wielokrotnie złożone, byłoby to łatwiej kontrolować? No nie wiem co poradzić.

Zupełnie nie wiem po co w opisie fabuły tyle tajemnic. Kameralnym szeptem tekst informuje, że bohaterowie będą zmagać się z problemami, nie wspominając co to za problemy. Fun-fact, ostatecznie aż do samego końca streszczenia nie miałam pojęcia co będzie osią fabuły i dopiero jakoś w połowie scenariusza odkryłam, że zadania dla bohaterów zaczynają się dopiero w okolicach 7-mej strony tej zaledwie 20-stronicowej publikacji. Wcześniej mamy jednak dość szczegółowy i całkiem, jak sądzę, przydatny opis miasteczka Pines Vile (lub Pines Ville, gdyż oba warianty można znaleźć w tekście), szczególnie jeśli będziemy chcieli uczynić je bazą wypadową na dłuższą kampanię.

Mapka Pines Vile/Ville zaskakuje tym, jak niewiele można się z niej dowiedzieć. Zawsze wydawało mi się, że takie pomoce mają ułatwiać, ale co ja tam w sumie wiem.

TREŚĆ

Poczułam się bardzo swojsko, gdy odkryłam, że wciągnięcie Graczy w przygodę odbywa się jak z tablicy ogłoszeń w “Wiedźminie 3”. “Proszę, oto trzy questy problemy, z którymi boryka się nasza społeczność. Rozwiąż je a dostaniesz dokładnie to czego teraz potrzebujesz”. No i oczywiście musi to wystarczyć także do, jak to się mówi, zadzierzgnięcia drużyny, bo żadnej innej motywacji tu nie uświadczymy. Wprawdzie autor wspomina, że coś opisane jest “w kartach postaci”, ale samych kart ni widu ni słychu.

Same questy problemy dosłownie grzeszą prostotą. Takie przynieś-podaj-pozamiataj z jakąś komplikacją, czyli nadal swojsko jak w grze komputerowej. A wydawało mi się, że “Neuro” to takie turbo rozrysowane uniwersum, w którym jest bardzo dużo miejsca i inspiracji do projektowania naprawdę odjechanych historii. Nie powiem, żałuję, że często w finale questa problemu koniecznie trzeba zastosować jedno konkretne i czasami naprawdę mało intuicyjne rozwiązanie (bo wszystko inne cyt. autora “nie ma sensu”), ale to oczywiście nie jest nic z czym nie poradziłby sobie losowy wybrany Prowadzący albo nawet przeciętnie brawurowi Gracze. Podczas zapoznawania się z tym scenariuszem, zaczęłam dostrzegać zaletę niepisanej zasady RPG: “Gracze i tak zrobią inaczej”. 😉

Na plus w tym wszystkim daję bardzo stereotypowemu i konwencjonalnemu miasteczku i mówię to bez cienia ironii. Sama uważam, że jeśli wszyscy przy stole będziemy nadawać na podobnych falach, to łatwiej nam będzie ocenić co możemy w nim zrobić, czego nie możemy, co warto szukać, więc im bardziej stereotypowe miasteczka tym w zasadzie lepiej.

Na koniec zostawiłam sobie rzecz straszną i aż na samą myśl o tym się z frustracji pienię. Kochani autorzy scenariuszy. Ja Was błagam, nie trzymajcie w tajemnicy przez Prowadzącym rozwiązania zagadki opisując questa problem aż przez 5,5 strony, zanim zdradzicie o co w nim chodzi. To naprawdę nie ma sensu, bo żeby poprowadzić Waszą przygodę Prowadzący i tak musi przeczytać całość i i tak się w końcu dowie co to za potwór czy kto strzeże wysypiska. Tajemnicę trzyma się przez Graczami, żeby mieli niespodziankę na sesji a nie przed Prowadzącym i czytelnikiem, który, żeby zrozumieć Waszą intencję, powinien takie rzeczy wiedzieć od razu!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Zróbmy mały myślowy eksperyment. Jaki system RPG przychodzi Wam do głowy, gdy:

  1. ratusz miejski przypomina średniowieczny zameczek;
  2. jednym z zadań jest zbadanie dlaczego z pól giną krowy;
  3. przeciwnikiem bohaterów w walce jest pająk-gigant;
  4. w innym zadaniu trzeba załatwić jednemu gościowi gar do ważenia piwa;
  5. na śmietnisku straszy;
  6. po zabiciu wroga wypada z niego loot;
  7. a w okolicy ukrywają się bandyci?

Nie “Neuroshima”? Serio? Kto by pomyślał. Wydaje mi się zwyczajnie, że  autor minął się z powołaniem: chciał stworzyć scenariusz fantasy, coś nie zaszło i dlatego pozmieniał parę faktów, żeby się zgadzało z systemem post-apo. Niestety nie zgadza się w ogóle i można z całą pewnością oczekiwać, że Gracze szybko odczują dysonans poznawczy i pół biedy jeśli przestawią się na takie trochę inne DeDeczki. Do tego jeśli traktuje się ich jak niegroźnych małpoludów, np. nakazując poinformować przeszukujących wysypisko bohaterów, że byli tak zapracowani, że nie zauważyli jak otoczyła ich grupa przeciwników, to ja już naprawdę nie wiem co więcej napisać…

[collapse]

Parszywa piątka

Parszywa piątka – Julia Rosowska

Edycja: 2022

System: Deadlands (2015)

Setting: Western

Liczba osób grających: 3-5

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1-3

Dodatki:

Dodatki nie były brane pod uwagę przy ocenie pracy z powodu przekroczenia limitu znaków.


Opis:

5 nieznajomych musi połączyć siły, by wspólnie odnaleźć chłopaka, który zaginął bez śladu w okolicach małej osady, na północy Idaho. Czy uda im się odkryć, co lub kto stoi za tym tajemniczym zaginięciem?

Triggery: Body horror, przemoc wobec dzieci, organizacje destrukcyjne, śmierć, religia

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Nie da się nie zauważyć odniesień i pewnych kalek ze ST – zarówno pod względem ekspozycji środowiska antagonisty, budowy świata i nazwisk głównych NPCów😉

Nie przeszkadza mi to absolutnie, ba, fajnie, że ST zainspirowało autora, który postanowił zrobić z podobnego pomysłu swoją własną wersję. I to w DeadLandsach, co szanuje bardzo. Po przeczytaniu scenariusza, tak jak Michał S., mam ochotę od razu zagrać w DL. Dodatkowo zachęca mnie konwencja horroru, którą, moim zdaniem, autor rozumie i umie się w niej poruszać.

Problemem i zaletą tego scenariusza są postacie graczy – ciekawie zbudowane, z ciekawymi backstory, ale niestety nijak te szczegóły nie przekładają się na przebieg rozgryki i odkrywanie tajemnicy (poza tym, że PG są związani z niektórymi NPC). Szkoda, bo backstory Indianina można naprawdę ciekawie wpleść w główny wątek (nie tylko w sytuację ze zwierzyną na ranczu, co zresztą, także prosi o się o jakiś dodatkowy komentarz do wykorzystania przez MG). 

Wprowadzenie PG na scenę można by zamknąć tak naprawdę w jednym akapicie, a nie próbować „unaturalnić” przypadkowość ich spotkania – moim zdaniem za dużo miejsca to zajmuje w tekście, a wystarczy jeden wspólny i zwięźle przedstawiony wątek. To jest drobiazg, ale zawsze warto pomyśleć o tym, co jest zbędne, a czego np. brakuje i temu poświęcić miejsce w tekście.

Las jest zamknięty i nie ma wyjścia – rozumiem walkę z bossem, ale co, jeśli PG od razu się tam udadzą? Jeśli autor zakłada kilka epilogów, to warto by pokusić się o akapit, co jeśli PG będą chcieli uciec, może jeśli wejdą za wcześnie do lasu, to coś się wydarzy? Swiat B przeniknie się ze światem A? Będą jakieś konsekwencje widoczne, dzięki którym PG coś więcej odkryją i dowiedzą się o świecie gry? To dość łatwe do naprawienia, a może wiele wyklarować, uatrakcyjnić i uspójnić 😊

Zastanowiłabym się także tak rozłożeniem wskazówek, które nie byłyby zabklokowane testami – polepszyłoby to progres przygody.

Niemniej, wszystkie moje powyższe uwagi to sugestie, co zrobić, aby ulepszyć ten scenariusz. Nie zmienia to jednak faktu, ze ja chętnie bym w niego zagrała albo poprowadziła – jest klimatyczny, krótki, ma fajną zagadkę i ciekawy pomysł – serio, podoba mi się. Plusem jest także fajny skład i klarownie wyjaśnienie wszystkich wątków na samym początku. Od razu wiem o co chodzi w przygodzie.

Piotr Cichy

Streszczenie na początku scenariusza! Oby więcej prac miało takie jasne wprowadzenie dla MG.

Szkoda, że nie ma na początku spisu NPCów występujących w scenariuszu. Ich imiona pojawiają się, zanim jest wytłumaczone, kto jest kim.

Historie bohaterów graczy są trochę zbyt rozwlekle opisane. Przydałoby się je skrócić tak, aby przekazać tylko najważniejsze informacje mające znaczenie dla przygody, a resztę niech uzupełnią sobie sami gracze.

Zazębiające się historie bohaterów powinny dać dobre podstawy do ciekawych i potencjalnie dramatycznych relacji wewnątrz grupy. To może okazać się ciekawsze niż sam główny wątek fabuły. Istnieje niestety niebezpieczeństwo, że wszystko za bardzo eskaluje i gracze nie dokończą razem przygody. Mam wrażenie, że to dość ryzykowne podejście.

Jednym z większych minusów tej pracy jest rozwlekły i mało konkretny język, jakim jest spisana. Autor pisze o wielu oczywistych rzeczach, zamiast zadbać, żeby treść scenariusza była zaskakująca, interesująca, żeby wyróżniał się od innych przygód, które MG prowadził. Nawet najładniejsza oprawa graficzna (a tutaj jest bardzo ładnie) nie pomoże, jak treść nie jest porywająca.

Z opisu kościoła wynika, że jest katolicki a nie protestancki. To dość dziwne jak na Dziki Zachód. Nie jest to w żaden sposób wytłumaczone.

Śledztwo w akcie I jest moim zdaniem nadmiernie utrudnione. Gracze mogą spędzić sporo czasu na bezowocnych próbach dowiedzenia się czegoś w osadzie, co zamiast niepokoju wzbudzi raczej tylko frustrację i zniechęcenie.

„Kiedy gracze zdecydują się wejść w głąb lasu, nie będzie już odwrotu, każda próba powrotu na trakt będzie kończyła się przeniesieniem z powrotem do jego środka.” To raczej nie jest zbyt fajne założenie. Powrót powinien być trudny, ale nie z góry niemożliwy. Scenariusz nie powinien mieć tylko jednego, z góry założonego przebiegu wypadków, na który gracze nie mają wpływu.

Doceniam zamieszczone w scenariuszu rozpiski mechaniczne przeciwników, kolejna rzecz, której MG nie będzie musiał przygotowywać sam.

Pomysł z nieumarłą wiedźmą, nawiedzonym lasem i osadą, w której panuje zmowa milczenia nie jest taki zły. Myślę, że autor za bardzo był przywiązany do swojej wizji przebiegu przygody i za mało umieścił w niej elementów, z którymi interakcje graczy mogłyby coś znacząco zmienić. Potencjalnie największą szansą ożywienia sesji są relacje między gotowymi postaciami graczy. Może warto było mocniej pociągnąć ich wątki w scenariuszu, żeby bardziej to wykorzystać?

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka 

Ten scenariusz zawiera dwie dobre historie, ale nie jestem pewien, czy one się spotykają i dobrze łączą w jedną przygodę. Mamy tu ciekawą sieć powiązań między BG i BNami, ludźmi z trudną przeszłością i dużym poczuciem winy. Mamy też pełen wyzwań las, z którego nie ma odwrotu i na końcu którego czai się groźny przeciwnik. Brakuje mi jednak powiązań między jednym a drugim. Historie BG oraz BNów z miasteczka sugerują w miarę spokojną sesję śledczą, w której emocji dostarczać będzie głównie powrót mrocznych wątków z przeszłości postaci. Potem zaś wchodzimy w las, nie możemy z niego wyjść, i nagle wszystko zaczyna się toczyć wokół walk i skradania się. Wydarzenia z lasu nie rozwijają historii postaci, a główna antagonistka jest z nimi dość słabo powiązana. 

Mam wrażenie, że w tym scenariuszu krąży dużo ciekawych historii, które mogą wybrzmieć na sesji i stworzyć ciekawe sceny, ale nie łączą się w spójną całość.

Patrycja Olchowy

Prosta historia w ociekającym klimatem wydaniu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie źle przygotowane śledztwo i milion szczegółów tam, gdzie ich wcale nie potrzeba. Przyznam, że choć scenariusz spełnia większość moich wymagań dot. budowy tekstu użytkowego, tak niestety ma niedociągnięcia fabularne, które nie pozwalają mi przyklasnąć i powiedzieć „super, chcę to poprowadzić!”. Jeśli wykonanie dodatkowej pracy nie jest czymś odstraszającym dla potencjalnych prowadzących, trochę modyfikacji i można z tego wycisnąć kawałek przyjemnego horroru na Dzikim Zachodzie. 

Wojciech Rosiński

Starannie przygotowana i bardzo klimatyczna przygoda. Cieszy mnie, że w tej edycji znalazło się miejsce na western do tego połączony z horrorem. Jest to bardzo ciekawe połączenie i sama koncepcja zachęca do tego aby dać szansę tej pracy. Pełne wsparcie mechaniczne oraz to, że w pracy zawarte są wszystkie potrzebne informacje na pewno pomoże w tym przedsięwzięciu.

Niestety praca napisana jest mocno rozdmuchanym językiem a stosunkowo prosta historia gubi się w gąszczu tekstu. Pierwszy akt daje graczom stosunkowo dużo swobody jednak wynik zawsze jest ten sam i prowadzi do stosunkowo liniowych aktów drugiego i trzeciego. Szczególnie zakończenie mogłoby zostać rozwiniętą. Pomóc w tym mogłoby wprowadzenie trzeciej frakcji, np. plemienia indian mieszkających w lesie, którym zależałoby na przywrócenie balansu w naturze. W obecnej formie gracze mają małą sprawczość w kwestii tego jak skończy się finał ot albo wygrają albo przegrają walkę gdyż nie widzę powodów, które sprawiłyby aby przeciwstawili się mieszkańcom miasteczka.

Janek Sielicki

Prosta historia rozdmuchana do ogromnych rozmiarów. Autor na pewno świetnie czuje klimat Deadlands, a przygotowane postacie mają ciekawe powiązania i historie. Dostajemy też opis miasteczka, który można wykorzystać w innych przygodach. Niestety, przygoda cierpi na wiele problemów. Pierwszy z nich to zbytnia szczegółowość opisów (zresztą też niekonsekwentna) – samo poznanie się PG można załatwić jednym akapitem. Jednak większym problemem jest samo śledztwo, które powinno być ciekawsze i coś wnosić do ostatecznego spotkania z wiedźmą. A tu, nawet jeśli PG poznają przeszłość wioski i Sophie, to w sumie nic z tego nie wynika. Nie ma tu też wskazówki prowadzącej do wiedźmy innej niż „we wschodnim lesie”. W dodatku, jeśli gracze wybiorą postacie inne, niż zaoferowane (bo na przykład gramy kampanię), przygoda ulegnie dodatkowemu spłyceniu.

Tę przygodę da się naprawić i zrobić z niej dwugodzinny, prosty monster hunt – albo na przykład odwrócić kolejność i zacząć od przypadkowego spotkania wiedźmy w lesie, jakiejś klątwy i próby jej zdjęcia poprzez ukaranie winnych samosądu. Ewentualnie w historiach postaci dodać jakieś powiązania z właśnie z wiedźmą, a nie ofiarą.

Michał Sołtysiak

Lektura tego scenariusza sprawiła, że mam ochotę wrócić do prowadzenia Deadlandsów. Jest klimatyczny i korzysta z tego świata garściami. Autor czuje horror w westernie i umiejętnie go pokazuje. Jego wizja systemu jest mi bardzo bliska (ale nie do końca), bo też zawsze wolał horror na Dzikim Zachodzie, zamiast groteska i szalona nauka wśród kowbojów. Dla mnie takie są właśnie Deadlandy, jak autor opisał. Trafił bardzo w mój gust. Co tu ukrywać.

Fabularnie jednak jest już mniej doskonale. Pominę redakcję i stylistyczne potknięcia, które trochę utrudniają czytanie. Ogólnie rzecz biorąc, scenariusz jest ładnie złożony, słabo zredagowany.

Mamy miasteczko w Idaho, gdzie trzeba rozwiązać problem z zaginięciem bliskiej osoby postaci graczy. Autor nie skorzystał chyba z mapy zbyt uważnie, gdyż akcje powiązał z miasteczkiem w pobliskim Oregonie. To setki kilometrów, jak to w USA, a trudno szukać wzmianki, że wszyscy przybywają z daleka. Zwalmy to jednak na magię westernu, te wszystkie cięcia i akcje ”wsiedliście i już jesteście”. Mamy pięć gotowych postaci (z bardzo fajnymi historiami), które w Saloonie w Silentfield odkrywają, że mają dużo wspólnego i mogą się wesprzeć nawzajem. Mamy miasteczko pełne nieprzyjaznych typów i tajemnicę, którą trzeba rozwiązać.

Postacie są fajne, bo reprezentują każdy z podstawowych typów bohaterów systemu. Brakuje odrobinę Pobożnego, który by dodał klimatu, ale i tak mają świetne historie. Niestety te historie niewiele znaczą. Nie wiadomo gdzie maja być wykorzystane, więc choć są fundamentem postaci, to nie odgrywają zbytniej roli. Autor trochę marnuje ich potencjał i nie pozwala na przezwyciężenie traum, którymi obdarza postacie. Zastanawia mnie też postać gracza, jakby rodem z Matrixa, która jednak się nie budzi, ale to może przypadek i zbieżność nazwiska oraz imienia.

Miasteczko Sillentfield (prawie jak Silent Hill) jest bardzo szczegółowo przygotowane i widać, że autor poświęcił mu dużo pracy. Czasem wręcz zbyt szczegółowo podaje opisy i co się gdzie znajduje. Aż taka inwentaryzacja wyposażenia może zostać kompletnie niewykorzystana, jeśli postacie nie będą żądać pełnych opisów pomieszczeń.

Fabuła i zawarte w niej śledztwo łatwo może stać się męczarnia dla graczy. Postacie mają swoje traumy (z własnych historii), ludzie są tu niemili i generalnie mam wrażenie, że autor przesadził z tworzeniem nieprzyjaznej atmosfery i zbyt mocno pogłębia psychologię postaci. Ten scenariusz ma potencjał do stania się zaprzeczeniem barwności Deadlandsów, bo horror to jedno, ale nic na siłę. Nie wszystko, na czele z ludźmi powinno być wrogiem drużyny. To jednak więc nie do końca moje Deadlandsy, bo ja bardziej lubię kontrastowość w tworzeniu świata gry. Tutaj jest smuta i znój, a do tego bliscy odchodzą, umierają, pojawiają się problemy z alkoholem, wyrzutami winy etc.

Mam też wrażenie, że dużo informacji zależy tu od rzutów, bo autor nie daje zbyt wielu szans na dowiedzenie się czegoś od ludzi poprzez odgrywanie postaci. Nikt tu nie lubi posse. Po prostu nikt nic nie powie, nikt nie pomoże. Omerta.

Ten scenariusz po prostu jest dobry jako pomysł, ale zawiodło wykonanie i prowadzenie fabuły. Wymaga pracy od Szeryfa, ale polecam go jednak z całego serca, po adaptacji oczywiście.

Andrzej Stój 

Przygoda jest oparta na pomyśle z dużym potencjałem, który niestety został obudowany przeciętnej jakości treścią.

Choć jestem fanem przygód przeznaczonych dla dowolnych postaci, nie przeszkadzają mi gotowe, jeśli ich istnienie jest uzasadnione. W przypadku tego tekstu tak jest – każdy bohater ma własny wątek, a dodatkowo historie większości się zazębiają (tylko dlaczego nie mają gotowych charakterystyk?). Niestety, autor nie wykorzystuje tego potencjału. Zamiast przygody opartej na postaciach dostajemy scenariusz ze śledztwem bez znaczenia, kończący się chodzeniem po lesie i finałową walką z bossem. Gdyby lekko zmienić scenografię, mogłoby to być polowanie na wiedźmę w Warhammerze albo na nekromantkę w D&D. Chyba każdy grał co najmniej kilka razy takie sesje i pewnie nieraz dobrze się na nich bawił – niestety, to zbyt mało jak na pracę konkursową.

Tekst sprawia wrażenie, jakby nie był przetestowany (albo był rozegrany w ekipie, która potulnie idzie tam, gdzie MG każe). Pierwszy akt to śledztwo, które ma duże szanse zakończyć się klasycznym tekstem „Walić to, idziemy do lasu”. Jeśli wątek samosądu ma być ważny, bohaterowie powinni dostać choć część kluczowych informacji na tacy. W drugim akcie autor odbiera drużynie sprawczość (jeśli postacie chcą się wycofać, są na powrót wteleportowywane w środek lasu). Czemu nie mogą uciec? Bo scenariusz nie skończy się finałową walką? Swoją drogą jestem w stanie wyobrazić sobie drużyny, w których Parszywa piątka skończy się podczas prologu – skoro bohaterowie się nie znają, wcale nie muszą zacząć działać razem. Sesja może się skończyć równie dobrze strzelaniną jeszcze zanim ekipa dotrze do właściwego miasteczka.

Przygoda nie jest zła, ale brakuje w niej tego, co wyróżnia ją na tle innych.

Asia Wiewiórska

Mimo takiego a nie innego tytułu, przygoda w Silentfield jak nic puszcza oko do fanów miasteczka “Silent Hill”, szczególnie tego filmowego, w którym Alessa Gillespie… eee, tak wiem, nie czas tu i nie miejsce. Trzeba Wam jednak drodzy czytelnicy wiedzieć, że przez to “Parszywa piątka” ma u mnie fory.

FORMA

Jak ten scenariusz ładnie wygląda – pomyślałam, gdy pierwszy raz rzuciłam na niego okiem. Tam wszystko, od okładki, przez tło i czcionkę, gra a przeurocze mapki po prostu rzucają na kolana. Do tego spis treści, może nazbyt szczegółowy jak na dwadzieściakilka stron, ale to przecież nie grzech.

A potem zaczynają się streszczenia, za które w pierwszej chwili brawo, bo czytający ma jasną sytuację – prowadzić czy nie. Ale potem jest jeszcze więcej streszczeń, teł wydarzeń, wprowadzeń. W sumie stanowią one ponad 20% całej publikacji a niektóre zdają się dublować między sobą sporą część treści. Przykładowo? Zawartość podrozdziału “Streszczenie historii” oraz sporej części “Tła wydarzeń: Silentfield” to jedno i to samo. Z kolei podrozdział o “Rusty Creek” solidnie dubluje się w backstory Agenta. Ja się nie czepiam, ale jednocześnie do publikacji dołączono liczne dodatki, które wykroczyły poza przyjęty w Quentinie limit znaków. Wiecie, to taki trochę miecz obosieczny, bo z jednej strony niby sprytne obejście zasad a z drugiej trafisz na taką Wiewiórską, która postanowiła nadmiarowych dodatków nie przeczytać i może gdyby było mniej “streszczeń”, to w treści znalazłoby się miejsce na dodatki a ona nie miałaby tylu natrętnych uwag? Hę?

W prologu autor umieszcza też niedługie gotowe opisy do głośnego przeczytania Graczom, co może być super sprawą dla początkujących, albo takich mniej wygadanych Mistrzów Gry. Potem jednak okazuje się, że takie ułatwienia to tylko w Prologu a dalej już nie. Szkoda. Moim zdaniem albo wszędzie albo wcale.

To czego nie sposób tu nie docenić to czytelny, poprawny i po prostu ładny język. Choć ilość informacji jest chwilami przytłaczająca i zalecałabym, aby Prowadzący przeczytał scenariusz nie raz a nawet zrobił sobie jakieś wypisy czy diagramy powiązań, tekst bardzo dobrze się czyta.

TREŚĆ

Uwielbiam przygody, w których tempo i konwencja ulega dużym zmianom w toku gry, a zestawienie: śledztwo detektywistyczne + survival horror + folk-horror, to dla mnie wyjątkowo smakowite połączenie (czy wspominałam już coś o “Silent Hill”?). Historia, która wpływa na bohaterów i fabułę jest tutaj wielowątkowa i zaczyna się na lata przed spotkaniem bohaterów w saloonie Buckhorn. Materiału z którym Prowadzącemu przyjdzie pracować jest więc wyjątkowo dużo i wiele wątków może być obiektem śledztwa, o ile oczywiście Gracze zawieszą na nich oko.

Prolog to mocny hard-framing, który od pierwszej sceny uczy Graczy, że będzie grane filmowo. Jeśli mimo to nie połapią się, żeby podążać za Prowadzącym i przygodą, to cała gra drużyną może się w tym oto momencie posypać, gdyż żadna z podgrup nie przyłączy się do pozostałych. I w niczym nie pomogą tu sugestie karczmarza, bo część backstory bohaterów może naturalnie stymulować nieufność wobec obcych. Prowadzącym scenariusz zalecam więc jasne ustalenie przed sesją, że pomimo tak czadowych indywidualnych motywacji, powinni mimo wszystko grać na drużynę.

No właśnie, indywidualne motywacje. Powiem Wam, że każdy z bohaterów przybywa tu do Silentfield z własną historią, czasami bardzo rozbudowaną, że Prowadzący scenariusz będzie musiał włożyć sporo dodatkowego wysiłku, aby je w pełni wykorzystać podczas sesji. Bardzo podobają mi się te miniopowieści, z których każda mogłaby być materiałem na osobny scenariusz. Napisano je z wyjątkowym wyczuciem konwencji, pasują do settingu jak nic a do tego sprawiają, że każda postać ma jakiś lekko mroczny, dramatyczny sznyt. Dwie postacie – Indianin i Rewolwerowiec – wydają się tu nieco odklejone od wątków, które wiążą resztę bohaterów, choć historie mają i tak cudowne. Tylko czy uda się je, że tak powiem, godziwie “zakończyć” podczas tej jednej czy dwóch sesji?

Zdarzają się drobne nieścisłości fabularne, które w najgorszym wypadku mogą mieć poważne konsekwencje. Na przykład ta, gdy autor pisze, że o jednej z pewnej klimatycznej lecz “tajnej” lokalizacji, bohaterowie mogą dowiedzieć się od jednego z tubylców (nie precyzując od którego), podczas gdy w opisach tych tubylców każdorazowo podano przecież zakres wiedzy, którą się podzielą. I wiecie co? Albo ze starości niedowidzę, albo nigdzie nie trafiłam na informację o owej tajnej lokalizacji. Wygląda więc na to, że Prowadzący będzie musiał szyć, inaczej Gracze nigdy tam nie trafią a byłoby szkoda, zważając, że z miejsca owego wycisnąć można kawał niezłej atmosferycznej grozy.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Opisane w publikacji lokacje są tak malownicze, że bujałam w obłokach i zerkałam na regał z eRPeGami, zastanawiając się gdzie mogłabym je podkraść (“Vaesen”? “Zew Cthulhu”?). Niestety tu muszę jednak lojalnie poinformować, że spora cześć tych eleganckich opisów prawdopodobnie nie zostanie podczas sesji skonsumowana. Bohaterowie zwyczajnie do wielu z tych miejsc nie dotrą, bo i nie mają żadnych ku temu powodów. No bo sami zobaczcie: skoro barman jest taki od początku do końca nieufny i małomówny, to po co bohaterowie mieliby zwiedzać opisany przez pół akapitu pokoik w którym mieszka? Z resztą i tak nie ma tam nic co popychałoby grę do przodu, więc nawet nie polecam bezmyślnego zwiedzania lokacji, jak w jakiejś kiepskiej jakości grze komputerowej.

Bardzo źle odbieram też pasywno-agresywną postawę prawie wszystkich bohaterów niezależnych i ostrzegam, że to może zirytować Graczy i rozłożyć rozgrywkę. To może nie jest jakiś szczególny pro-tip, ale w śledztwie to niestety jest tak, że jak nikt bohaterom nie będzie chciał niczego powiedzieć, to oni raczej nie pójdą tam, gdzie jest przygoda. Dlatego warto jednak raz na jakiś czas przemycić do śledztwa jakiegoś życzliwego i lepiej poinformowanego świadka.

Mam też uczulenie na agresywne sposoby zatrzymywania bohaterów w lokacji poprzez zastosowanie nadnaturalnego “nie-możesz-stąd-wyjść-i-co-mi-zrobisz” (jak w takiej starej kultowej grze komputerowej o cichym miasteczku, z mgłą w tytule, gdzie każda próba wydostania się przed finałem kończyła się fiaskiem). Niestety przenoszenie tricków z gier video na sesję sprawiło, że już niejednemu podwinęła się noga, a mnie najwidoczniej przyjdzie jeszcze poczekać na najlepszą eRPeGową adaptację mojej ukochanej gry wideo.

Podsumowując: stoję z “Deadlands” trochę w rozkroku. Z jednej strony uwielbiam horror – z drugiej nie znoszę westernu, ale wskazane w scenariuszu triggery bardzo zadziałały mi na wyobraźnię i jakoś specjalnie nie odczułam nielubianych przeze mnie wątków ze świata kowbojów, szeryfów i rewolwerowców. Uwielbiam folk-horror a w “Parszywej” mamy jego najbardziej generyczne wydanie, z dobrze opracowanymi i rozpoznawalnymi popkulturowymi nawiązaniami. Widzę za to w scenariuszu całą masę problemów, które trzeba rozwiązać zanim wpuści się do tego świata Graczy. Jest to do zrobienia i nawet warto, bo core intrygi ma tę moc!

[collapse]

Ostatnia wola

Ostatnia wola – Angelika Smólska

Edycja: 2022

System: DnD 5E

Setting: ForgottenRealms

Liczba osób grających: 3-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 5

Dodatki:

Opis:

Saragarda Viscioza urodziła się, jako Saragarda Stormraven, córka służących na dworze państwa Arayen i wychowywała się wspólnie z ich córką – Misadielą Arayen. Przyjaźniły się one w dzieciństwie. Saragarda jednak nie wiedziała, wtedy że jest ocaleńcem po ataku wampira na jej matkę. Gdy została nastolatką, mroczne moce, którymi została naznaczona jeszcze przed swoimi narodzinami, obudziły się i zaczęły niespodziewanie manifestować. Młoda zaklinaczka bardzo sprawnie zdobyła nad nimi kontrolę, a także nauczyła prostych sztuczek swoją przyjaciółkę – Misadielę. To było prawdziwe błogosławieństwo dla domu Arayen, który starał się o nawiązanie kontaktów z prawdziwą siłą, która rządziła Luskan – Bractwem Tajemnic. Za wstawienictwem pana Arayen i Misadiela, i Saragarda dostały się na naukę u tamtejszych magów. Saragarda, jako naturalnie utalentowana, szybko zaczęła zostawiać sfrustrowaną Misadielę w tyle. Przez kilka lat nauki przyjaźń przekształciła się w rywalizację, a później – nawet wrogość. Misadiela zaczęła być zazdrosna o sukcesy niegdysiejszej przyjaciółki. Zjadająca ją od środka frustracja przerodziła się w zawiść i wściekłość – aż doprowadziła do tego, że przez jej sabotaż eksperymentu przeprowadzanego przez Saragardę doszło do magicznego wybuchu, z którego tylko cudem tamta uszła z życiem. Została okaleczona, oszpecona, a także osądzona za straty i wydalona z Bractwa. Upokorzenie i zdrada sprawiły, że razem ze swoim mężem – Lucienem Visciozą, zaszyła się w Dworze Czarnego Kamienia na północ od Luskan i rozpoczęła własne, bardzo radykalne eksperymenty. Zaczęła szybko rosnąć w siłę i knuć zemstę. Jej aktywność nie została przegapiona przez Bractwo, które zrozumiało swój błąd. Magowie z Wieży Tajemnic spotkali się z Saragardą i dobili targu. Niedługo później Misadiela Arayen znikła bez śladu. Bractwo Tajemnic przehandlowało życie swojego mniej znaczącego członka w zamian za lojalność Saragardy – umowa została przypieczętowana i poświadczona przez lorda piekieł, Baalzebula, którego wyznawczynią stała się zaklinaczka. W drodze do odzyskania statusu zawarła z nim umowę, której stawką stała się jej własna dusza. Jednak kiedy jej cel został osiągnięty, z równie wielką obsesją zaczęła myśleć o sposobach na uniknięcie tej najwyższej ceny. Najłatwiejszym sposobem, który wymyśliła – i jaki stosowało wielu czarodziejów przed nią – było zwrócenie się ku nekromancji, aby zwyczajnie nigdy nie umrzeć. Sztuka ta znana jest niewielu, przez większość znienawidzona i pogardzana. Zatem dojście do upragnionego skutku wcale nie mogło być proste… Saragarda, ciesząca się wsparciem władcy Malodomini dopóki żyje, prowadzi serię koszmarnych eksperymentów (w tym również na własnej najbliższej rodzinie – oficjalnie jej córka i mąż nie żyją) i doszła do kilku strasznych wniosków. Czarownica odkryła, że jej magia ma źródło w wampirzej magii i teraz próbuje, korzystając z niej stworzyć dla siebie nowe, nieśmiertelne ciało. Doszła do konkluzji, że potrzebuje do tego odpowiednich części, a najlepiej nadawać się będą te należące do osób spokrewnionych z nią lub wampirem, który naznaczył ją swoją mroczną magią.

Triggery: przemoc, eksperymenty na ludziach, groza

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Klasyczna przygoda w nawiedzonym dworze. Trochę za bardzo klasyczna. Czym właściwie się różni ta przygoda od dziesiątek podobnych? Ok, jest całkiem sprawnie rozpisana, można w to dość łatwo zagrać. Jest tu parę klasycznych scen z opowieści o duchach. Miłośnicy gatunku mogą to docenić.

Nie jest podane, do której edycji D&D jest to przygoda. Można się domyślić, że do ostatniej, piątej, ale warto to gdzieś zaznaczyć.

„Saragarda Viscioza – (homebrew, patrz: Apendyks A) jest główną bohaterką przygody.” Apendyks mi się kojarzy z wyrostkiem robaczkowym. Podejrzewam, że tutaj jest to po prostu mało zręczny anglicyzm. Poważniejsza sprawa to, że antagonistka postaci graczy zostaje uznana za główną bohaterkę przygody. To oni powinni być głównymi bohaterami przygody i warto o tym nie zapominać.

Dziwi mnie brak korekty w tekście, zwłaszcza że wystarczyłoby chociaż zwrócić uwagę, które wyrazy Word podkreśla na czerwono.

Bardzo mi się podoba mapka posiadłości, oryginalna, przejrzysta, z zaznaczonymi najważniejszymi obiektami w poszczególnych pomieszczeniach. Brakuje jedynie zaznaczonych tajnych przejść.

W opisie Przedpokoju błędnie podano numery pomieszczeń, do których można stąd przejść.

Scenariusz w pełni korzysta z mechaniki D&D, co zdecydowanie można potraktować na plus. Jedna rzecz mniej do wymyślania przez MG.

Warto byłoby dodać do opisów pomieszczeń, a wcześniej NPCów, także propozycje, jak służba i Malvothen będą odnosić się do postaci graczy. Na początku mamy wspomniane, że służba otworzy drzwi i zaprosi do dworu, ale co dalej? Zaproszą do pokoi gościnnych czy na kolację? Co będą mówić o odczytaniu testamentu, co przecież jest zahaczką do całej przygody? Kiedy zjawi się Malvothen i co na początku mówi bohaterom?

Podobnie brakuje informacji o Sartemie Ardencie. Jak potraktuje go służba? Jak Malvothen? Czego będzie chciał od graczy? Czy będzie z nimi szabrował dwór? Pójdzie do gabinetu lub gdzieś indziej na własną rękę? Jak się zachowa w zastanej sytuacji?

Przydałoby się więcej informacji, jak poprowadzić ten scenariusz. Ale ogólnie jest całkiem dobrze. Przydatny materiał do wykorzystania.

Paweł Jakub Domownik

Ola Durlej

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Horror w dedeczkach to coś, co mi osobiście bardzo odpowiada. Bardzo dobrze rozpisana przygoda, zarówno pod kątem wydarzeń i spotkań, jak i lokacji. Wskazówki mechaniczne, załączniki ze statystykami… No cacy! To czego brakuje? Formatowania tekstu, redakcji… Ale nad tym dałoby się zrobić krok i jednak się zachwycić. Zatem? Chyba zaskoczenia. Wszystko jest dość oczywiste i choć świetnie przygotowane, nie wywołuje tej nagłej potrzeby, żeby w to zagrać. Mimo kilku ciekawych myków. Jeśli jednak potrzebujecie w swoim arsenale przygody osadzonej w nawiedzonym domu, którą dość łatwo przygotujecie i poprowadzicie – warto zajrzeć.  

Wojciech Rosiński

Klasyczna „horrorowa” przygoda do piątej edycji najpopularniejszej gry fabularnej świata. W jej trakcie bohaterowie graczy będą zwiedzać nawiedzony oraz bardzo dobrze opisaną i zmapowaną posiadłość. Bardzo podoba mi się sposób w jaki wprowadzony jest niezbędny dla tego systemu limit czasu czyli przypadkowo podpisywany przez graczy cyrograf. Idealnie wpasowuje się w praworządny zły charakter antagonistów przygody. Przygoda jest do tego bardzo solidnie przygotowana mechanicznie. W szczególności wielkie brawa dla autora za wykorzystanie legendarnych akcji, jest to doskonałe rozwiązanie, które sprawi, że końcowa walka z wiedźma będzie ciekawa.

Przygoda ma klimatyczną acz trochę za prostą linie fabularną. Tak naprawdę sukcesy oraz porażki graczy mają jedynie mechaniczny wpływ na finał, fabularnie tak czy siak skończy się walką. Trochę szkoda gdyż gdyby dodać trzecią frakcję (np. chaotycznego złego demona) przygoda mogłaby nabrać wielowymiarowości. W obecnej formie to fajna i raczej prosta do poprowadzenia przygoda.

Janek Sielicki

Bardzo solidna, świetnie przygotowana przygoda do D&D. Zawiera motywacje postaci (dość ogólne, ale inspirujące), mapki, statystki przeciwników i różnorodne spotkania. Co ważne, jest też odpowiednio mocno osadzona w Zapomnianych Krainach i uczestnicy przygody mogą przy okazji dowiedzieć się nieco o świecie w kontekście historii głównej złolki, a to cenna cecha. Autor/ka nie zapomniała też o licznych mniej lub bardziej cennych skarbach i opisaniu wyzwań za pomocą mechaniki gry. Dzięki temu można tę przygodę raz przeczytać i poprowadzić i wszyscy powinni się dobrze bawić (może z wyjątkiem automatycznego cyrografu z miecza, tu przydałby się jakiś rzut obronny albo jasna deklaracja postaci tak/nie).

Brak tu natomiast jakiejś oryginalności. Ot, kolejny nawiedzony dom przypominający „Dom Grozy” lub „Świrowisko Pieszczoty Tashy”, a na końcu czeka boss – szkoda, że nie ujawnia się wcześniej, oferując własną wersję wydarzeń i ukazując część swoich zdolności, co może PG pozwolić się przygotować i nie trzeba ich będzie ratować (a przygoda sugeruje rozwiązanie Deus Ex).

Mimo tego, polecam, bo to świetnie przygotowana i stosunkowo łatwa do poprowadzenia rzecz

Michał Sołtysiak

To bardzo klasyczna przygoda do DnD, ale przez to mało wybija się spośród innych. Drużyna trafia do lokacji, rozgryza zagadki, bije potwory, pokonuje złego. Wszystko przygotowane, dopracowane, ale nie porywające. Ja już widziałem i grałem w wiele takich przygód i zawsze w pewnym momencie mam wrażenie powtarzalności.

Przydałby się jakiś zwrot akcji, coś, co by zaskoczyło grających. Na tę chwilę po prostu fajnie, że jest, bo wzbogaci bibliotekę dostępnych przygód „na najbliższą sesję”. Dobry Mistrz Gry ładnie ją poprowadzi. Będzie się cieszył z wszelkich pomocy, jakie dostał od autora i doceniał jego ciężką pracę przy przygotowaniu niezłych map, spotkań i Bohaterów Niezależnych. Tylko potem zrobi kolejną taką przygodę, kanibalizując charakterystyki i nikt nie będzie pamiętał, bo Ostatnia Wola nie wryła się w pamięć.

Po prostu dobrze przygotowana przygodą na kolejną sesję w Dedeki.

Andrzej Stój 

Asia Wiewiórska

W przygotowanie tej przygody w stylu dungeon-crawl ktoś włożył bardzo dużo pracy. Wszystko jest bardzo profesjonalnie i solidnie przygotowane. A ja nie mogę nie docenić, że to kolejna opowieść grozy w tej edycji!

FORMA

Gdy czytam nowy scenariusz, pierwsze długie minuty poświęcam na zrozumienie tego, co właściwie Gracze będą mieli tam do roboty. Czasem aż do końca przygody nie za bardzo wiem i muszę czytać ponownie. Czasem z kolei – jak tu – pierwsze czytanie właściwie załatwia sprawę. Niczego tak bardzo bowiem nie uwielbiam, jak przejrzyste i łatwe do zapamiętania backstory i podsumowanie przygody oraz jasne wyłożenie stanu początkowego i wymagań, jakie muszą spełnić Gracze, aby móc wejść w przygodę.

Od razu rzucają się w oczy pewne problemy z interpunkcją i nieliczne, ale jednak literówki, które przy zdaniach tak wielokrotnie złożonych mogą prowadzić do katastrofy. Tutaj nie jest źle, w gruncie rzeczy scenariusz jest bardzo ładnie napisany i estetycznie przygotowany, a te niewielkie potknięcia jakoś nie robiły na mnie dużego wrażenia.

Jestem pod wielkim wrażeniem zastosowanych wizualizacji, które szczególnie ułatwiają zrozumienie co będzie się działo i co auto miał na myśli. Do tego mapki, które może nie są specjalnie wyraźne, ale mają klimat i na ich podstawie da radę coś wyrzeźbić, nawet nie mając bardzo szczegółowego opisu posiadłości. Szkoda tylko, że są przeznaczone raczej dla Prowadzącego niż dla Graczy, bo po znajdujących na nich rysunkach można łatwo wywnioskować rzeczy, które powinny być odkryte w przygodzie dopiero później.

TREŚĆ

To już kolejna w tej edycji Quentina przygoda, której motywem przewodnim jest zwiedzanie bardzo mrocznej posiadłości. Realizuje więc mniej więcej te same cele co “Więc chodź odczaruj mój świat”, co prowadzi mnie do refleksji, że z jakichś powodów mroczne i śmiertelnie niebezpieczne siedziby Bardzo Złych Kobiet, cieszą się nadzwyczajnym zainteresowaniem. 🙂

Jest, no właśnie, mrocznie, zwłąszcza jak na D&D i Forgotten Realms, ale ja łykam taką konwencję. Wprawdzie żałuję, że nie Ravenloft, ale co kto w sumie lubi. Zawiązanie przygody jest bardzo lekkie, proste i nie zwiastuje zagrożenia (choć Gracze na pewno pomyślą swoje). To, na co kręcę nosem, to określanie głównej antagonistki mianem “ głównej bohaterki przygody”. No nie, głównymi bohaterami przygody mają być bohaterowie Graczy a nie “ulubiony BN Mistrza Gry”.

Doceniam za to jak szalona, że bohaterowie niezależni mają swoje backstory, czasami trochę smutne, czasami mroczne. Mają charakter, motywację. Wprawdzie jest ich zbyt wielu, aby tak na raz pamiętać zależności między nimi, ale i tak są super!

W scenariuszu jest cudowne who-is-who i niech się inne scenariusze uczą. Tak dotkliwie odczuwalne jest, gdy w co bardziej zawiłych intrygach takiego przedstawienia postaci nie ma, że tutaj całuję autora po rękach. Wprawdzie trochę niepotrzebnie dwukrotnie przedstawione jest to samo backstory głównej antagonistki, ale rozumiem zamysł, żeby najważniejszą postać bardzo wypalić w pamięci czytającego.

Z rzeczy bardziej standardowych: jest szczegółowo rozpisana mechanika wewnątrz gry, losowe tabele znajdziek, statystyki niestandardowych potworów, spis magicznych przedmiotów, dobrze napisane dymki, dzięki którym można odczytać Graczom co się dzieje w scenie, bez konieczności – jak ktoś nie przepada – samodzielnego improwizowania i coś cudownego – przedstawiona w czytelnej graficznej formie chronologia wydarzeń… tylko czy Gracze zaaferowani próbą przeżycia w posiadłości Saragardy, będą w stanie odkryć choćby część tej dobrze zbudowanej historii?

Bardzo mi się podoba, że autor zaproponował alternatywne do wampiryzmu przyczyny całego ambarasu pomiędzy główną antagonistką a bohaterami. Szczerze mówiąc wampirów mam ostatnio po dziurki w nosie, więc chętniej poprowadziłabym taką przygodę choćby w klimacie faerie. To mogłoby być coś!

Jest wprawdzie trochę sztampowych aż do bólu wyborów fabularnych (np. duch dziecka, które walczy do upadłego, chyba że bohaterowie zniszczą jej lalkę), ale hej – czym byłaby konwencja bez konwencjonalnych rozwiązań!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Najfaniejsze w tym wszystkim jest to, że mimo iż to “radosne DeDeczki”, główna antagonistka i towarzyszący jej folołersi, to w gruncie rzeczy postacie bardzo tragiczne – i być może dlatego ta opowieść tak mi ostatecznie pasuje.

Dwa, że bohaterowie są tu w pewnym sensie w centrum uwagi i to na nich skupia się cała aktywność kluczowych bohaterów niezależnych. Nie są oni bowiem przypadkowymi przechodniami, czy losowo wybranymi poszukiwaczami przygód, lecz mają konkretną rolę do odegrania w tej opowieści, nawet jeśli ta rola to walka o życie z zasadzającą się na nich antagonistką.

Niestety, do hurraoptymizmu brakuje mi tu ognia. To prawda, że jest spójny i szczegółowo opracowany ciąg przyczynowo-skutkowy, ale gdzieś w tym wszystkim brakuje mocy, jakby – pomimo poważnego backstory bohaterów – sama przygoda była jakaś taka wyłagodzona. Jakby bała się wyjść poza standard dla takich przygód.

Szkoda, bo mógłby być hit.

[collapse]

Na glinianym wzgórzu

Zwycięzca 2022

Na glinianym wzgórzu – Karol Gniazdowski

Edycja: 2022

System: Symbaroum

Setting: Symbaroum

Liczba graczy: 2-4 (optymalnie 3)

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 2-5

Dodatki:

Opis:

Klasyczny scenariusz ze śledztwem w sprawie kultu i wojną gangów, która wisi w powietrzu: Na wykopaliskach pod Starym Kadizarem odnaleziono przejście do miejsca mocy. Zepsuty kapłan Almevar zamierza wykorzystać okazję. Proste poszukiwania zaginionego strażnika wplączą graczy w intrygę, która może skończyć się zniszczeniem miasta.

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Ten scenariusz czytało mi się znakomicie, zarówno pod względem merytorycznym, jak i strukturalnym. Przejrzystość tekstu sprawiła, że nie gubiłam się w przedstawionej historii, mimo małej znajomości świata. Bohaterowie nie są oderwani od głównej osi fabularnej, a Autor bardzo zgrabnie osadza ich wątki w pełnej historii, chociaż początkowo wydawało mi się, że za słabo podkreślone są motywacje. Podoba mi się ogromnie wątek gangów, a jedyne co ewentualnie bym poprawiła (choć myślę, że ten fakt najlepiej zweryfikować w praktyce, prowadząc) to początek, który dość powolnie się rozwija. Mam tu na myśli zdobywanie informacji podróżując między Kajfaszem a Annaszem. 

Piotr Cichy

Mam poczucie jak dwa lata temu przy „Salamandrze” Enca. To inny poziom scenariusza niż konkurencja. Profesjonalizm na każdym poziomie i wyjątkowa praca.

Scenariusz twórczo bazuje na opisie Yndaros z podręcznika głównego. Podoba mi się takie porządne osadzenie przygody w świecie.

Udało się bardzo dobrze oddać klimat Symbaroum, nawet bez wycieczki do puszczy (tym większy plus, moim zdaniem). Z jednej strony mamy walkę stronnictw, różne sekrety i osobiste interesy, a z drugiej tajemnice pradawnej cywilizacji i magiczne artefakty niosące zepsucie i zniszczenie.

Postaci graczy są bardzo sensownie zahaczone w fabule, choć później trochę brakuje odniesienia, co Berano i Demegai powiedzą na wieści o swoich zaginionych pracownikach. Także przejście do Aktu III następuje trochę siłą rozpędu – wydarzenia powinny zmotywować graczy do próby zejścia w podziemia, ale podejrzewam, że np. przy rozbuchanej wojnie gangów i bohaterach zaangażowanych po stronie Mirzaha, gracze mogą uznać inne sprawy za istotniejsze.

Super jest świadome wcześniejsze sygnalizowanie wątków, które dopiero później się pojawią! Bardzo to jest rzadkie, a świetnie spaja fabułę i sprawia, że przejścia do kolejnych wydarzeń są płynniejsze.

Doceniam alternatywny przebieg wydarzeń zależny od działań graczy. Widać, że bohaterowie są istotnym czynnikiem całej sytuacji.

Rozpiski mechaniczne przeciwników są przydatnym elementem scenariusza. Przydałyby się jeszcze charakterystyki niektórych bohaterów niezależnych, np. Gamereia.

Przejrzyste mapki, akurat na tyle dokładne, na ile jest to potrzebne. Dobrze są rozmieszczone w tekście.

Fajnie został przedstawiony proces tłumaczenia symbarskich runów. Dużo scenariuszy pomija ten ciekawy aspekt odcyfrowywania starożytnych zapisków.

Pomysłowe zagadki w podziemiach. Alternatywne drogi pomagają nie utknąć, jeśli ma się z którąś problem. Gorzej w ostatniej części – ale moim zdaniem, nie są na tyle trudne, żeby ich nie przejść. Uwzględnione są też sytuacje taktyczne – w ten sposób walki też można potraktować jako zagadki, w tym finałowe starcie.

Scenariusz uwzględnia, co zrobić w przypadku Total Party Kill i mówi, żeby nie chronić na siłę postaci przed śmiercią. Dobre podejście!

Naprawdę wyjątkowy scenariusz. Zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Precyzyjnie opisany wstęp, bardzo sensowne założenia projektowe i timeline wydarzeń.
  • Bardzo jasno i klarownie przekazywane informacje — pod względem technicznym jeden z najlepszych tekstów tej edycji.
  • Bardzo ładne i przede wszystkim czytelne mapki (szkoda, że loch, który przedstawiają, jest liniowy do bólu.
  • Ciekawa intryga, autorka/autor umiejętnie buduje napięcie, stosuje foreshadowing, napięcie rośnie, wszystko ma ręce i nogi.
  • Dobrze opracowane mechanicznie, fajne tabelki losowe.
  • BG mają zwłaszcza w pierwszej części dużo swobody w wyborze swojej drogi, podejściu do questów i w ogóle eksploracji miasta.

Uważam, że należy poprawić:

  • Niestety niewiele tu Symbaroum, ta przygoda spokojnie mogłaby dziać się w zapomnianych krainach a przy odrobinie wysiłku nawet w Starym świecie. 
  • Jak na przygodę wprowadzającą do świata mogłoby też być ciut więcej ekspozycji. Nie tylko scenerii, ale i NPC-ów, którzy są dość przeźroczyści.
  • W pierwszej fazie jest tam mnóstwo chodzenia od Annasza do Kajfasza. 
  • Niektórzy NPC zdają się cierpieć na plot-ślepotę. Dlaczego Marbella nie wie, jak podróżowało do niej berło? Dlaczego przed drugim aktem nikt nawet nie wspomni o tym, że poszukiwany miał pokój w tawernie z łodzią? Dlaczego NPC-e nagle czują przemożną chęć dzielenia się z BG historiami, o których zapominali wcześniej? Za bardzo to przypomina oskryptowany świat Crpg
  • Metoda szukania człowieka bez oka w 1 akcie jest bardzo fajna, ale wymaga, żeby ją jakoś zakomunikować graczom, inaczej będą szukali klasycznych tropów i wskazówek (których nie ma).

Na glinianym wzgórzu to bardzo dobrze napisana miejska przygoda fantasy. Ma pewne niedociągnięcia i troszkę za bardzo próbuje być komputerowym erpegiem, ale to nadal mocny kandydat do finału.

Ola Durlej

Kawał dobrej roboty! Scenariusz jest napisany poprawną polszczyzną, zadbany pod względem korekty i czytelny. Stosowane terminy i sposoby wyróżniania treści są opisane tak, żeby ułatwić MG korzystanie z materiału. Doceniam skrót scenariusza i oś czasu – wiele ułatwiają. Zarówno to, jak i czytelne rozpisanie scen i opcji ich motywacji tworzy technicznie bardzo dobry materiał.

Widać, że osoba autorska zna mechanikę i płynnie się nią posługuje. Brakuje mi jednak nieco szerszego zarysowania lore, dodania kilku smaczków.

Sama przygoda jest wielowątkowa, pozwala graczom na eksplorację różnych wątków i poniesienie konsekwencji swoich decyzji. Zyskałaby na kilku poprawkach, może zmniejszeniu objętości niektórych części. Jest dobrą przygodą dla średniozaawansowanych graczy, ale na pewno nie dla nowych.

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Bardzo bym sobie życzyła, żeby chociaż połowa prac w tej edycji była tak starannie, jasno i poprawnie językowo napisana. Świetne pomoce w formie ramek, mapek i ilustracji sprawiają, że automatycznie wylądowała w mojej topce. Do tego z łatwością skorzystają z niej również fani Warhammera, D&D czy Pathfindera. I to jest jednocześnie chyba największy mankament, jaki jestem w stanie tutaj znaleźć, bo jako scenariusz do Symbaroum, choć uniwersum to znam dość słabo i jedynie z lektury, mam wrażenie przemyca za mało kolorytu tego świata. Złożoność kwestii społeczno-kulturowych ma w Symbaroum ogromne znaczenie i wydaje mi się, że dobrze by było podkreślić, że to jednak do tego, a nie innego systemu scenariusz. Nie jest on też dla każdej drużyny, ani dla zupełnie początkujących graczy. Chyba że właśnie ten zabieg, że BNi przyjmą z otwartymi ramionami każdego, ma być tym pożądanym na początku przygody z RPGami ułatwieniem. Niemniej, polecam. 

Wojciech Rosiński

Przygoda ta zawiera wszystko co potrzebne do rozegrania klasycznej sesji, a właściwie kilku gdyż jest stosunkowo złożona. Bardzo podoba mi się, że autor/ka nie wymyśla koła na nowo a skupia się na dopracowaniu narzędzi, które pomogą mistrzowi gry poprowadzić rozgrywkę. Być może sama fabuła nie jest przesadnie odkrywcza czy zaskakująca ale jestem przekonany, że ze wszystkim tak ładnie podanym na tacy grający przy stole sami poprzez swobodę działania oraz swoje wybory stworzą niezapomnianą historię a to właśnie to jest dla mnie sedno RPG.

Warto wspomnieć, że praca zawiera bardzo fajne i klimatyczne ilustracje oraz handouty. Jeżeli są one dziełem autora to gratuluję mu talentu. Czas włożony w ich wykonanie na pewno zaowocuje przy rozgrywanych sesjach tej przygody.

Janek Sielicki

Znakomicie napisana przygoda z klasycznymi wątkami fantasy. Jest to rzecz dla osób nowych w Symbaroum, dlatego te klasyczność można wybaczyć, zwłaszcza, że w zamian otrzymujemy świetnie, jasno rozpisane sceny, podpowiedzi co zrobić, statystki PN tam, gdzie są potrzebne. Mamy piękne i klarowne mapki, w pełni wykorzystaną mechanikę gry i ciekawą fabułę.

Postacie graczy mają tu dużo do roboty. Szczególnie podobał mi się wątek poboczny walki gangów, w który można się zaangażować. Są też „strzelby na ścianie” – łódź, jednooki człowiek już we wstępie. Mimo dokładnego rozpisania scen i pewnego założenia finału (nie da się powstrzymać pewnych wydarzeń) jest tu dużo miejsca do manewru, jeśli PG zrobią coś nieprzewidzianego – takie solidne podwaliny to podstawa dobrze napisanej przygody.

Widzę tu też dużo opcji do modyfikacji np. finałowe podziemia można skrócić, tak samo śledztwo czy przeszukiwanie bazarku, po prostu podsuwając wskazówkę. Przygodę można też bez trudu przenieść do Warhammera i wielu innych systemów fantasy, co jest dużą zaletą (i wadą).

Do ideału zabrakło mi kilku rzeczy, przede wszystkim jakiejś mocniejszej motywacji PG do działania, jakiś przykładowych zahaczek, zwłaszcza że to przygoda startowa i łatwo je wprowadzić. No właśnie, jak na przygodę startową (a tak jest nazywana) jest ciut zbyt skomplikowana i wydaje mi się też dość trudna i śmiertelna dla PG. Czasem też pewne informacje można by umieścić gdzieś indziej (np. późno dowiadujemy się o co chodzi z tym jednookim uciekinierem). Mam wrażenie że trochę mało tu Symbaroum – choć dzięki temu łatwo przenieść przygodę do innego systemu, to na tym akurat traci. Gdzie ten słynny las!

Podsumowując: bardzo dobra przygoda.

Michał Sołtysiak

Symbaroum nie jest zbyt popularne w Polsce, a szkoda. Moja półka poprawia jednak na pewno średnią i trochę ten system prowadziłem. Bardzo więc się ucieszyłem, gdy otworzyłem plik ze scenariuszem i odkryłem przygodę do tego systemu. Dodatkowo ma to być przygoda wstępna, a więc ma dać szansę zastąpić „Ziemię obiecaną”, która jest dobrym wstępem, ale ma wady. To bardzo ambitne i rzadko kiedy można spotkać dobrze przygody dla zaczynających grać w danym świecie.

Autorowi należą się pochwały za przyjazność dla użytkownika i bardzo przemyślane podejście do skonstruowania samego tekstu. Widać, że mocno przemyślał kwestie organizacyjne, dał dużo miejsca i możliwości samodzielnej adaptacji fabuły dla Mistrzów Gry. Nie bał się też przyznać, że przygoda jest dla postaci graczy i to one mają się znaleźć na pierwszym planie. Nie ma tu „prezentacji wizjonerstwa” ani prób narzucania toku zdarzeń. Ogólnie rzecz biorąc to świetnie zbudowany tekst i choć jest dość długi, to jednak taka objętość ma sens. Daje dużo akcji i dużo możliwości. Co świetne, BN- są rozpisani w standaryzowanych ramkach i łatwo się korzysta z ich charakterystyk.

Zasadniczo po pierwszej lekturze mogę wprost napisać, że to scenariusz godny finału, zarówno za dobrze przygotowaną fabułę, jak i całą edycję, mapy, przejrzystość i redakcję.

Początkowo wprawdzie zastanowiło mnie to, że z całego repertuaru motywów Symbaroum wybrano pomysł na „przygodę miejską”, rozpisaną jak klasyczne D&D, czyli szukamy wejścia do podziemi, spotykamy przeciwników, znajdujemy wejście, eksplorujemy podziemia, w ich centrum finał. Tylko wiele przygód fantasy tak wygląda, więc to nie może być duży zarzut. Symbaroum jest dark fantasy z motywem wielkiego lasu jako dominującego w gotowych przygodach, ale nie można się upierać tylko przy przygodach leśnych. Autor zaryzykował i jako przygoda miejska się broni. Tradycjonalistom może się nie spodobać, bo nie pasuje do ich wyobrażeń o systemie. To jednak problem tradycjonalistów. Przygoda nie łamie zasad świata Symbaroum.

Nie jest idealnie jednak, gdyż jest też jeden konkretny brak w tekście, który utrudnia prowadzenie. Mianowicie, postacie BN nie mają opisów, nawet ci najważniejsi (jak Człowiek bez Oka, którego postacie mają znaleźć, ale czy poza brakiem oka ma jakieś inne cechy szczególnie, to nie wiemy). To stwarza wrażenie, że przeciwnicy są generyczni i każdy wie, jak taki wygląda. MG sobie dopisze, jak mu wyobraźnia podpowie. Brakuje mi choć jednego zdania, na temat pochodzenia, rasy, etc. Świat Symbaroum nie jest tak zuniwersalizowany i bez podziałów społecznych jak D&D, gdzie rasa i urodzenia mają małe znaczenia. Tutaj tego brak, a dodałoby to plastyczności. Tak mamy samych generycznych ludzi, a z innych ras mamy krasnoludy (które w tym systemie są inne niż gdzie indziej) i ogra z wielką łopatą (ogry też są tu inne).

Moja ocena byłaby wyższa jeszcze, gdybym nie prowadził tego systemu. Największą bowiem bolączką tego tekstu jest problem z brakiem informacji, jak stworzyć drużynę, która będzie pasowała do przygody i będzie w stanie w logiczny sposób „wejść w przygodę”. Jeśli damy inne rasy, barbarzyńców, changelingów, gobliny, kapłanów Priosa, przedstawicieli Ordo Magica, wiedźmę itd. to mogą nieźle namieszać. Wzbudzą oni inne reakcje i początek przygody, samo wepchnięcie w fabułę może być utrudnione. Autor całkowicie niestety pominął problemy społeczne, które są jednym z filarów świata Symbaroum. Gdyby napisał, że to przygoda dla co najmniej jednego ambryjskiego szlachcica/żołnierza królowej/kogoś o wyższym statusie, który legitymizuje mniej szanowane postacie, to byłoby łatwiej. Typowa drużyna może mieć problemy, a już obecność pogardzanych ras i profesji, może wykluczyć możliwość bezproblemowego rozpoczęcia. Jak na scenariusz mający rozpocząć przygody w świecie Symbaroum, niestety mało pokazuje ten świat i jego atuty.

Jest to więc świetnie spisana przygoda, kawał doskonałej roboty, ale lepiej by się nadawała do D&D, jeśli się mamy trzymać settingu i zasad dotyczących społeczności Ambrii. Na pewno będę głosował na ten scenariusz, ale nie jest doskonały i szkoda wielka, bo liczyłem na dobry scenariusz do Symbaroum, a nie tylko dobry scenariusz do fantasy.

Andrzej Stój 

Kompletna, przemyślana i prawdopodobnie przetestowana praca, która dowozi to, co obiecuje. Stanowi nie tylko świetne wprowadzenie w Symbaroum, ale nadaje się do konwersji na inne systemy fantasy, nie tracąc swoich atutów. Do Cienia Władcy Demonów można by przenieść ten scenariusz niemal 1:1, podobnie jak do Warhammera.

Olbrzymią zaletą jest sposób spisania tekstu. Dostajemy to, co potrzebne, podane w przystępny i przemyślany sposób. Znalazło się nawet miejsce na wskazówki dotyczące prowadzenia – sensowne i dobrze przemyślane. Tekst jest na tyle zwięzły, że przygotowując się do prowadzenia tej przygody można zrezygnować z robienia bardzo dokładnych notatek.

Podoba mi się również to, że przygoda sprawnie łaczy kilka wątków, które mogą, ale nie muszą zostać rozwiązane przez drużynę (przy czym zignorowanie ich ma pewną wagę – nie jest bez znaczenia). Żadna z dróg nie jest jedyną, a inwencja graczy w każdej scenie może zostać nagrodzona. Super. Otwarta historia oparta na ludziach i miejscach to sprawdzony, działający przepis na udaną sesję.

Mimo, że nie jestem fanem Symbaroum, zostałem oczarowany wizją autora. Czerpie pełnymi garściami z podręcznika, dodając do niego własne – bardzo dobre – pomysły. Poruszanie się po ustalonej konwencji jest dużym atutem tego tekstu.

Asia Wiewiórska

Bardzo lubię scenariusze, w których bohaterowie muszą zmagać się z pychą, rządzą władzy lub chorobliwą ambicją, bo zwykle jest to przepis na świetną grę. Silne emocje bohaterów niezależnych i zdeterminowany antagonista potrafią rozpalić ogień, ale tylko gdy i dla postaci Graczy na szali leży wysoka stawka.

FORMA

To jedna z najbardziej profesjonalnie przygotowanych nieprofesjonalnych publikacji, jakie w życiu widziałam i naprawdę niewiele jej brakuje, żeby z powodzeniem podszywać się pod oficjalne wydawnictwa. Świetny blokowo-kolumnowy układ, piękne mapy i plany, statystyki przeciwników, kolory, tematyczne ramki z dodatkowymi informacjami lub alternatywnymi rozwiązaniami i poradami – wszystko to jest najwyższej klasy i znak, że nad scenariuszem pracowali fachowcy.

Scenariusz otwiera wprowadzenie, które na tle wielu innych scenariuszy świata zdumiewa: nie tylko informuje, ale też “wychowuje”, wchodząc głęboko w rolę tekstu, który ma za zadanie pomóc poznać system RPG w różnych jego aspektach. Jest też szczegółowa infograficzna legenda, jak interpretować określone rozwiązania graficzne publikacji oraz co oznacza zastosowanie różnych wariantów zapisów tekstu. Jestem pod wrażeniem.

Mamy też jeden z najbardziej czytelnych skrótów tego co wydarzyło się zanim Gracze pojawili się na arenie gry, w całym tegorocznym Quentinie. Wytłuszczone imiona i nazwy własne w miarę szybko pozwoliły mi zapamiętać kto jest kim (lub czym) i pomimo tumultu postaci, miejsc i wydarzeń pojawiających się w dalszej części scenariusza, te pamiętałam bez problemu.

Niestety, nie znając dalszej części bardzo trudno było mi poprawnie zinterpretować linię czasu, ale potem staje się ona rzeczywiście jasna i przydatna. Na etapie pierwszego czytania, jednak, do dalszej pracy nad tekstem zmotywowało mnie widniejące tam stwierdzenie: “Armia nieumarłych zalewa miasto”. Yay!

Opisy lokalizacji są konkretne i nieprzegadane; kluczowe informacje, które można uzyskać od bohaterów niezależnych, poprawnie i czytelnie wypunktowane; w treści są informacje mechaniczne o testach, które należy wykonać a gdzieniegdzie także elementy do wylosowania (np. szansa na napaść w mieście). Scenariusz ma jednak niestety duże problemy z interpunkcją i przez to początkowo trudno się czyta a dodatkowo, gdyby nie czytelny podział na akty oraz na sceny/miejsca, naprawdę trudno byłoby za nim nadążyć.

Aż trudno mi uwierzyć, w jaki sposób autorowi udało się zmieścić taką gigantyczną fabułę w tak małej publikacji!

TREŚĆ

Autor zaserwował nam opowieść w trzech wyraźnie odróżniających się aktach.

Pierwszy z nich to śledztwo, na które składa się rozmowa ze zleceniodawcami, przesłuchiwanie świadków, podejrzanych, zwiedzanie miejsca przestępstwa  i towarzyszące temu wypadki. Poprawnie zorganizowano tutaj trail-of-clues, z użyciem zasady powtarzania tych samych informacji w kilku różnych źródłach, co ważne, szczególnie w scenariuszu tak rozbudowanym. W akcie tym bohaterowie poznają też zawiłą i malowniczą strukturę społeczną miasta, która może być świetnym otwarciem na kolejne sesji kampanii w Kadizarze. Wszystko to nie jest oczywiście obowiązkowe, ale sądzę że większość Graczy i tak będzie chciała brnąć w poznawanie niuansów tego uniwersum. Są po prostu intrygujące!

Akt drugi zmienia trochę charakter gry – od teraz będą to różnego rodzaju poszukiwania, intrygi i pierwsze starcia z antagonistami. To najbardziej dynamiczna część, sytuacja często się zmienia i pewnie niejedno bohaterów tu zaskoczy. Niestety będzie też najtrudniejsza do prowadzenia – trzeba bowiem uwzględnić dużo zależności, wcześniejsze działania lub zaniedbania bohaterów, obecną sytuację i fizyczną pozycję bohaterów niezależnych, itp. Sytuacja w poszczególnych wątkach tej części scenariusza zmieni się w czasie i jeżeli Gracze za niektórymi nie nadążą, mogą stracić szansę na łatwiejsze załatwienie  sprawy. Niestety, akt drugi cierpi na chorobę rozbudowanych i wielowątkowych scenariuszy o nazwie “jeśli”. Chodzi o to, że stara się przewidzieć jak najwięcej opcji postępowania Graczy i przez to tekst najeżony jest wariantami “jeśli to, to tamto a jeśli coś innego, to tamto drugie”. Niestety – żeby nie wiem jak scenariusz był ambitny, przemawia to na jego niekorzyść, gdyż traci na tym podstawowy warunek, dla którego ktoś mógłby chcieć go poprowadzić: czytelność. Keep it simple!

W końcu mamy też akt trzeci, nad którym nie będę się rozwodzić. To po prostu typowy klasyczny i dobrze uzasadniony przygodą dungeon-crawl, ze szczegółowo opisanymi podziemiami, potyczkami, pułapkami i artefaktami. Są nawet zagadki! I tu bardzo dużo się dzieje a całość kończy malowniczy i widowiskowy finał, nieco tylko zależny od wcześniejszych decyzji Graczy. Wspominałam: “Armia nieumarłych zalewa miasto”.

Brzmi świetnie, co nie? A jednak łyżka dziegciu: wszystkie efektowne i inspirujące w tym scenariuszu emocje to niestety iluzja: pochodzą od bohaterów niezależnych i niewiele jest scen, które mogą choćby podjąć próbę wykrzesania ich z Graczy. Szkoda, że autor nie zadbał o stworzenie jakiegoś naprawdę temperamentnego powiązania bohaterów ze spektaklem, w którym będą brali udział na zwykłe zlecenie sierżanta Berano.

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Jestem pod ogromnym wrażeniem rozmachu tego scenariusza i ciekawa jestem jak wyglądał w testach. Wydaje mi się bowiem, że bardzo by mnie korciło, aby każdy wątek czy wydarzenie jeszcze rozbudować, coś do niego dodać albo przedstawić w jakimś szerszym kontekście i w rezultacie mielibyśmy kampanię na kilka miesięcy grania.

Mimo tego wydaje mi się, że “Na glinianym wzgórzu” jest przygodą, którą bardzo trudno będzie poprowadzić by-the-book. Chodzi o to, że jest tam tak wiele faktów, zależności, osób i informacji – i to takich, których przeoczenie przez Prowadzącego może skutkować tym, że Gracze niechcący ominą jakąś naprawdę ważną dla dalszej gry scenę/lokalizację – że nie ma innego sposobu niż literalnie prowadzić z nosem w scenariuszu albo spędzić dużo czasu robiąc notatki, schematy powiązań czy prawdopodobne chronologię wydarzeń (nieco bardziej szczegółowe niż oś czasu). Do tego pojawia się też sporo elementów lore’owych i sporo scen, w których będzie eksploatowana mechanika. Czy to nie za dużo na raz dla początkujących Prowadzących lub Graczy?

[collapse]

Orli Pazur

Orli Pazur – Jarosław Iwański

Edycja: 2022

System: Dark Heresy 2ed PL

Setting: Warhammer 40k

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 4-6

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 2-4

Dodatki:

Opis:

Orli Pazur to przygoda (w świecie Warhammer 40k) traktująca o przetrwaniu podczas spotkania z wrogiem wewnętrznym. Akolici, podróżując w sektorze Askellon, działają na zlecenie swojego Inkwizytora. Na pokładzie Orlego Pazura mogą się znajdować przedmioty i artefakty związane z przemytem artefaktów xenos. Jest to wątek, który wpycha ich los na pokład Orlego Pazura. Śledztwo przerywa niespodziewane wydarzenie. Akolici zmierzą się z piratami, którzy abordażem wdzierają się na pokład statku. Głównym celem akolitów stanie się przetrwać i nie dać się pojmać tym którzy z trwogi i bólu czynią sobie rozrywkę. Wrogiem także okaże się czas; każda decyzja będzie niosła konsekwencje. Ich zadaniem jest odkryć, czego szukają piraci oraz uciec z zaatakowanego statku. Dodatkowo mogą próbować uratować członków załogi, ostrzec Inkwizytora oraz Gwardię Imperialną o zagrożeniu, które pojawiło się na mapie sektora Askellon.

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Szczegółowe rozpisanie pomieszczeń na statku robi wrażenie. Eksploracja kolejnych poziomów będzie de facto treścią tego scenariusza. Trochę jak przechodzenie kolejnych kręgów piekła u Dantego. Szkoda, że nie zostało to jakoś mocniej pociągnięte w tę stronę. Obecnie, mam wrażenie, całość jest pozostawiona trochę niedookreślona, mało w sumie ciekawa. Będą się działy straszne rzeczy, ale rozpisanie scenariusza tylko w ograniczonym stopniu wspiera MG w poprowadzeniu tego.

Przydałaby się wnikliwa korekta. Błędów ortograficznych i językowych jest wyjątkowo dużo i niektóre są dość poważne. Na przykład rozjeżdża się płeć przywódcy piratów – jest wiele miejsc, gdzie autor odnosi się do niego w rodzaju żeńskim. W jakiejś wcześniejszej wersji scenariusza Dejv Jones była kobietą? Innym błędem, dość dziwnym, jest w pewnym momencie założenie, że człowiek ma dwadzieścia palców u rąk.

Odesłanie do odpowiednich statystyk NPCów w podręczniku głównym jest według mnie dobrym rozwiązaniem. Jakichś dodatkowych punktów za to ta praca nie zdobywa, ale gdyby tego zabrakło, miałbym zarzut.

Brakuje wskazania, jak doświadczone powinny być postaci graczy. Czy ta przygoda jest przeznaczona dla początkujących agentów inkwizycji czy dla takich z potężną kolekcją rozwinięć?

Nie wiadomo dokładnie, jakimi siłami dysponują piraci i ile osób z ochrony statku przeżyło początkowy atak. Bez tego próby zorganizowania oporu przez graczy nie mają większego sensu. Ich powodzenie zależy wyłącznie od widzimisię MG.

Przydałby się nieco dokładniejszy rysopis przemytnika. Skoro bohaterowie go szukają, to warto wiedzieć, o kogo mają wypytywać.

Przydatne byłyby ze dwa dodatkowe zdania wyjaśnień, kiedy nastąpi atak piratów. Czy postaci muszą być na pokładzie XI, czy właściwie nie ma to znaczenia (chyba ma – żeby nie znaleźli się w samym centrum walk). Czy odnaleźli już ładunek, czy dopiero mają go znaleźć?

Wydaje mi się, że rozumiem, co autor scenariusza chciał osiągnąć. Apokalipsa na statku, zdrady, szaleństwo, trudne wybory. Szkoda, że to wszystko nie jest bardziej przemyślane i lepiej opisane. W tej chwili mamy trochę taki worek z motywami, nie wiadomo, które są ważniejsze, a które tylko dodatkowe. Jakie w praktyce gracze mają możliwości działania? Dokładny opis statku trochę w tym pomaga – to najmocniejsza strona tego scenariusza. Przydałoby się lepiej rozpisać NPCów, ich działania, możliwości i motywacje.

Paweł Jakub Domownik

Podoba mi się:

  • Scenariusz jest bardzo porządnie opracowany mechanicznie. Autor mówi, kiedy i na co rzucamy i jaki poziom trudności mają testy.
  • Autor/ka wykazuje się dogłębną znajomością uniwersum WH 40k, przedstawia barwny ciekawy świat „statku” Orli pazur z dużą swadą i dokładnością.
  • Przygoda jest różnorodna, stawia przed BG zupełnie inne wyzwania w pierwszym i drugim akcie. 

Uważam, że należy poprawić. 

  • Tekst zaczyna się 8 stronicowym opisem statku, czytam go i nie wiem, o co chodzi. Najpierw powinno być wprowadzenie mówiące co i kto (którego brak) a ewentualnie opisy gdzie. 
  • Mg poznaje tu świat równolegle z graczami niczym czytelnik powieści kryminalnej, takie coś bardzo utrudnia korzystanie ze scenariusza. MG powinien dostać streszczenie całości na samym początku.
  • Pierwsza część to dość liniowy ciąg questów „idź do A, dowiedz się czegoś, co skieruje cię do B, co zaprowadzi was do C”. Jest skonstruowana na tyle pancernie, że raczej się nie wywali, ale zachęcałbym do tworzenia bardziej otwartych struktur.
  • Druga część to neuroshimowe z ducha przeczołganie BG przez błoto. BG co chwila są skonfrontowani z wszechpotężnymi piratami zmuszeni do brania udziału i ich perwersyjnych grach i w zasadzie muszą się podporządkować. 

Droga autorko, drogi autorze.nie bój się dać BG więcej sprawczości, nie bój się pozwolić im samemu wybierać drogę w waszym świecie, niech to oni będą bohaterami i niech od ich wyborów zależy los statku. Niech nie będą tylko pionkami w grze NPC

Ola Durlej

Mam wrażenie, że przychodzi mi kolejny raz przywdziewać rolę tej marudną osoby komentującej. Scenariusz jest dziełem użytkowym – i jako taki powinien być przede wszystkim czytelny i łatwy w wykorzystaniu. Z powodu kolejności pojawiania się treści, ilości błędów ortograficznych i użycia słów niezgodnie ze swoim znaczeniem – nie jest.

Jednocześnie, jest przyzwoitym scenariuszem z motywem pirackim.

Osoba autorska ewidentnie zna system i świat, w którym rozgrywa się przygoda i zręcznie to wykorzystuje. Postacie są różnorodne, w większości dobrze zarysowane. Brakuje mi nieco informacji, co stałoby się, gdyby bohaterowie graczy postanowili jednak walczyć z piratami po ogłoszeniu „gry”.

Marek Golonka 

Patrycja Olchowy

Z jednej strony niesamowicie doceniam ilość pracy włożoną w rozpisanie wszystkich pokładów statku, stworzenie tabeli losowej oraz rozpiskę rzeczy, które mogą stanąć na drodze bohaterów. Z drugiej jednak strony, tekst samej przygody jest tak trudny do przełknięcia, że wyciągnięcie z niego użytecznych informacji jest niemalże niemożliwy. Gdybym chciała poprowadzić kampanię – KAMPANIĘ, nie sesję, bo materiału jest tu aż nadto – w stylu Firefly i Battlestar Galactica spotykają WH40K, to z przyjemnością skorzystałabym z rozpiski i mapy rozlokowania poszczególnych pomieszczeń. Nawet pomysły na spotkania, czy sama misja Akolitów, choć osobiście nie przepadam za DH, są czymś, z czym można by popracować. Jak się już uda przekopać przez tekst, odkopać to, co fajne i zapomnieć, że się musiało to w całości czytać. 

Wojciech Rosiński

Koncept na przygodę jest solidny i jak najbardziej pasuje do mrocznego uniwersum warhammera 40k. Jest inkwizycja, niebezpieczny psionik, bryła metalu mknąca przez przestrzeń kosmiczną nazywana „statkiem” i nawet przebrzydli Xenos się znajdą. Niestety przygoda zbudowana wokół tego wszystkiego jest przedstawiona w bardzo, bardzo uciążliwy sposób.

10 stronicowy opis statku z 11 stronicową mapą to nie lada zapora stojąca przed dalszą częścią tekstu. Podejrzewam, że jest to element, z którego autor jest nad wyraz dumny, co nie dziwi patrząc po ilości pracy włożonej w zaprojektowanie CAŁEGO statku kosmicznego. Tekst dramatycznie potrzebuje jednak czegoś, co zachęci czytającego aby zgłębić ten element przygody. Wstawka wprowadzająca w klimat uniwersum oraz skrót fabuły mogły by zdziałać tutaj cuda. W obecnej formie, przygoda po prostu odrzuca.

Pomysł na statek jako swoisty loch, który nie tylko jest od samego początku do pełnej eksploracji dla graczy ale także zmienia się w trakcie gry jest fajny. Trzeba jednak pamiętać, że to scenariusz do RPG a nie projekt gry komputerowej. Ogarnięcie umysłem takiej ilości danych jest po prostu przytłaczające. Myślę, że dużo lepiej sprawdziłby się tutaj generator pomieszczeń/zdarzeń na statku w postaci tabeli taki jaki mamy w OSRowych generatorach lochu.

Janek Sielicki

Michał Sołtysiak

Scenariusz do Dark Heresy 2ed jest doskonałym przykładem, że spisać scenariusz to nie oznacza „napisać porządnie”. Jest też dobitnym dowodem, że warto czytać, co się piszę, przed wysłaniem i zastanowić się nad użytecznością swojego tekstu.

Tekst opowiada nam o grupie sług inkwizytorskich, uniwersalnej (bo nie znajdziemy jakich większych wymagań wobec nich), którzy trafiają na statek kupiecki „Orli Pazur”, gdzie jak to w uniwersum Warhammera 40 000, roi się od różnych, egzotycznych postaci, a sam statek ma wiele tajemnic. Mają znaleźć przedmiot xenos i zdrajcę Ludzkości. Temu celowi nie poświęcono zbyt wiele miejsca. Są też piraci, którzy napadną na statek i jeden wybór dla postaci graczy w finale, dotyczący ocalenia siebie, lub innych oraz wykonania rozkazu Inkwizycji.

Do tego mamy prawie 10 stron opis statku, jedenaście stron schematycznej mapy Orlego Pazura i 14 stron spisanej przygody. Słowo „spisanej” jest kluczowe, bo łatwo ten tekst pomylić ze spisaną relacją z sesji. Autor mało przekonująco ukrywa ten fakt, że mamy do czynienia z historią, jaka być może rozegrała się na jego sesji, a teraz spróbował zrobić z tego przygodę.

To, czego nie mamy to: wstęp, gdzie byśmy się dowiedzieli, o co chodzi, jakie postacie powinny brać udział, jak wyglądają koneksje i dokładne rozkazy etc. Brak tego jest wręcz szokujący, bo po króciutkim akapicie o świecie Grim Dark-u od razu dostajemy opis kilkunastu poziomów statku, kilkunastu Bohaterów Niezależnych i potem wspomniany wcześniej słabo zawoalowany opis sesji.

Nie będę się tu pastwił nad brakami stylistycznymi, gramatycznymi i ortografią, ale choć autor powinien wziąć swój tekst i spojrzeć na jego konstrukcję. Opis statku na 1/3 tekstu nie jest zachętą do grania. Brak zaś wstępu i wymagań dla postaci sprawia, że nie wiemy, kto ma grać, co się ma dziać i jaka jest fabuła, póki czytelnik nie przebije się przed scenografię i BN-ów.

Bardzo mnie zmęczył ten tekst, bo czuję, że autor chciał stworzyć fajną przygodę z gonitwą przez niekończące się poziomy Orlego Pazura, gdzie będą potyczki z piratami, serwitorami, Adeptus Mechanicus i xenosami. Tylko że nie podołał temu zadaniu. Nawet nie wiem, czy warto go polecać do inspiracji, może sam statek jest ciekawy, jako dekoracja dla innej, dopracowanej fabuły. Na ten moment jednak tekst ten wymaga masy pracy i cierpliwości, żeby go rozegrać. To nie jest tekst na Quentina.

Andrzej Stój 

Czytając ten tekst miałem wrażenie, że intencją autora było stworzenie przygody w stylu Szklanej pułapki. Dokładny, wręcz drobiazgowy opis okrętu wraz z informacjami jak wykorzystać dany system albo przemieszczać się między pokładami potęgowały to wrażenie. Problemem dla graczy byłby na pewno fakt zabicia pasażerów w przypadku zalania pokładów, zatrzymania wentylacji albo skierowania tam trujących gazów – potrafię sobie jednak wyobrazić drużynę Akolitów, dla której wybór jest oczywisty.

Wyjątkowo brutalny, ale jednocześnie wiarygodny jest opis skutków abordażu. Widok miejsc rzezi, konieczność przeciskania się przez spanikowany tłum, okrutne zabawy piratów, odkrycie faktu sprzedania pasażerów w zamian za życie jednostek – a jednocześnie metodyczne czyszczenie okrętu z cennego sprzętu, niszczenie dowodów zdrady i przygotowania do przejęcia kontroli przez zdradliwego Mechanicusa łączą się w obraz kompletnego chaosu. Przygoda jest otwarta, trudno więc zgadywać jakie będzie jej zakończenie, ale jeśli Akolici zachowają się paladyńsko, jest mało prawdopodobne by wyszli z tego cało.

Choć przygoda ma drugie dno, jest duże ryzyko, że Akolici do niego nie dotrą. Z punktu widzenia graczy może być to historia o polowaniu na przemytnika, która okazuje się być lochotłukiem w kosmosie. Przydałby się tu drugi, ukryty cel dla Akolitów, np. zweryfikowanie raportów czy kapitan Orlego pazura nie dopuszcza się herezji.

Scenariusz dużo by zyskał na przeorganizowaniu treści. Na początku aż się prosiło o wprowadzenie – informację kto jest kim i co się będzie działo w przygodzie. Potem powinien pojawić proponowany przebieg sesji, zaś dopiero na końcu opis samego okrętu. Sam tekst właściwej przygody przeorganizowałbym też tak, by znalazł się tam opis co się będzie dziać, minuta po minucie (o ile Akolici nie zniszczą planu piratów). Zabrakło też informacji o stanie osobowym – nie wiem ilu ochroniarzy jest na Orlim pazurze, ilu piratów ich atakuje itd.

Na koniec kilka gorzkich słów na temat języka, jakim jest napisany ten tekst. Jest pełen błędów, z których większość dałoby się wyeliminować czytając go uważnie (najlepiej nie przez autora). Językowy chaos bardzo utrudnia lekturę i zniechęca do niej. Mam nadzieję, że kolejny tekst autora będzie przygotowany staranniej. Jest potencjał, ale potrzeba lepszego wykonania.

Asia Wiewiórska

Dark fantasy w kosmosie to nie jest konwencja dla mnie, ale jeśli dodasz do tego piratów i Davy’ego Jonesa? Coś w tym jest.

FORMA

Przyznam szczerze, że po przeczytaniu tylu scenariuszy ze specjalnie dobranymi czcionkami i innymi ozdobami, miło zasiąść do tekstu czarno-na-białym, zwyczajnym fontem i bez uwodzenia formą. Mam poczucie, że dla dobra jury to powinien być standard. 

W „Orlim Pazurze” już na pierwszy rzut oka brakuje wstępu, który informowałby w co gramy, kim będziemy grać i jaki jest klimat opowieści. Najbardziej odczuwa się brak informacji o potencjalnych bohaterach, bo zakładam, że w „Dark Heresy” można stworzyć więcej postaci, niż tylko akolitów, co nie? Niestety potencjalny Prowadzący będzie musiał wyłowić to sobie z treści scenariusza i to dopiero po jakichś 10 stronach tekstu. 

Zamiast bowiem skupić się na tym, co w zasadzie bohaterowie mieliby na statku robić, otrzymujemy 8 stron opisu statku, 6 stron wydarzeń wstępu do gry, 8 kolejnych stron opisu statku, po wystąpieniu wydarzeń wstępu i 11-stronicowy plan „Orlego Pazura”.

W środku – wiele utrudniających czytanie błędów interpunkcyjnych, trochę ortograficznych a nawet kilka merytorycznych (coś z liczeniem nie tak). Choć mechanika rozpisana jest dość szczegółowo, nie ma tu współczynników, lecz odnośniki do stron w podręczniku głównym – super, bardzo doceniam.

Wszystko to wskazuje mi na to, że mamy po prostu do czynienia z niedopracowanym lochem. Tyle, że na statku.

TREŚĆ

Gdyby nie nawiązania do „Piratów z Karaibów” czy anglosaskich opowieści marynistycznych, nigdy chyba nie przedarłabym się przez tę ścianę tekstu, choć od momentu, gdy startuje opis wydarzeń, wygląda to nawet nieźle. Mamy tu mikrointrygę, która zasadza się na działaniu pod przykryciem na zamkniętej przestrzeni, w celu identyfikacji przemytnika i odnalezienia szmuglowanie przez niego artefaktu. Wygląda na zalążek śledztwa, ale mam co do tego wątpliwości – nagminnie brakuje mi tu informacji o interakcji między bohaterami Graczy a niezależnymi (np. jak w scenie, gdzie autor informuje, że kapitan odpowie na wszystkie pytania bohaterów, tylko nie mówi co ów w zasadzie wie i jakich wskazówek może im udzielić).

Ciąg zaproponowanych przez autora wydarzeń jest logiczny, choć w oczy kole, że jednowątkowy. Gracze mogą robić tylko to, po co znaleźli się na statku i nie uświadczymy tam żadnych aktywności pobocznych, bo za chwilę i tak gra przestanie udawać, że prowadzimy śledztwo. Celem jest zwiedzanie statku. Wyłącznie.

Na szczęście jeszcze w fazie działania, oczekiwane przez autora rezultaty można rzeczywiście rozwiązać na kilkuset różnych sposobów, więc nie czuje się jakby odbierano Graczom sprawczość. Co ciekawe – mamy tu fajny zwrot akcji, gdy zadanie realizowane przez nich od początku sesji okazuje się tylko pretekstem, żeby być w tym miejscu o właściwym czasie i doświadczyć pirackiego abordażu, i mnie bardzo podoba się ten nagły i nieoczekiwany zwrot akcji. 

Sam abordaż opisany jest świetnie. Znajdziemy tu wszystko co trzeba: brawurę, chaos a nawet trochę zaskakującej w tym miejscu, ale dobrze dobranej makabry. I tu się w zasadzie gra kończy, jest nawet info, że tylko do tego momentu przysługują Graczom nagrody za sesję. Po ataku piratów scenariusz zmienia się bowiem nie do poznania i w zasadzie przestaje być scenariuszem. Wracamy do opisu okrętu, tak szczegółowego, jakby to był protokół jego przeszukania. 

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Zapoznawanie się z tą publikacją było jednym z najbardziej męczących dla mnie zadań podczas tegorocznego Quentina. Ściana tekstu, z drobiazgowymi opisani wszystkich pokładów i pomieszczeń po kolei i których nie sposób zapamiętać, to nie jest forma przyjazna dla jakiegokolwiek Prowadzącego (nie wspominając już o czytającym). 

O ile więc nie mam problemów z lochami jako takimi, a nawet zdarza mi się takimi cieszyć jako Graczka, tak tutaj uważam co następuje: gdyby autor tekstu wysłał go na konkurs opisu lokacji do gry komputerowej, którą potem trzeba oprogramować i ugraficznić, to złego słowa bym nie rzekła. A tak mówię: jeśli potrzebujesz wielopoziomowego dungeonu na okręcie kosmicznym w „Dark Heresy” – to… nawet wtedy zastanów się dwa razy. I to pomimo iż motyw z Davy’m, oj przepraszam, Dejvy’m Jonesem – superro!

[collapse]

Kac w Night City

Kac w Night City – Marcin Zajdel

Edycja: 2022

System: Cyberpunk RED

Setting: Cyberpunk

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki:

Opis:

Trzech członków gangu „Mental monkeys” budzi się nad ranem w luksusowym apartamencie, na ostatnim pietrze wielkiego wieżowca w Night City. Lokal jest kompletnie zdemolowany, na podłodze wala się mnóstwo kiepów i pustych butelek. Gdzieniegdzie wciąż śpią roznegliżowane prostytutki. Gracze zaczynają dzień gigantycznym kacem i brakiem pamięci na temat tego, co wydarzyło się zeszłej nocy. Co gorsza okazuje się, że Ellington, czwarty przyjaciel, z którym przybyli do miasta zniknął. Ostatnie, co pamiętają to fakt, że przyjechali dzień wcześniej do Night City, aby świętować wyjątkowo udaną akcję, podczas której zarobili masę pieniędzy.

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Piotr Cichy

Zrobienie całego scenariusza w formie retrospekcji jest czymś bardzo trudnym. Groźbą jest nadmierna liniowość i ta praca jak najbardziej jest winna tego grzechu. Sztywny układ scen, zaprojektowani dokładnie bohaterowie graczy i ich działania w danej scenie. Margines dla ich inicjatywy jest naprawdę niewielki.

Sam klimat jest całkiem fajny, 100% cyberpunka w cyberpunku. Gangi, korporacje, intrygi i podejrzane interesy. Zdrady i rozróby. I oczywiście cybernetyka i sieć.

Podobają mi się wskazówki, jak odgrywać poszczególnych NPCów. Plastycznie przedstawiają charakter tych postaci.

Przydałoby się streszczenie scenariusza na początku, zwłaszcza że są to głównie sceny retrospekcji, więc warto, żeby MG nie miał problemów w zorientowaniu się, co się mogło wydarzyć i jakie są wątki w fabule. Teraz nie jest z tym dobrze i MG czytający scenariusz może być dość mocno zdezorientowany. To nie jest dobre podejście, nawet w scenariuszu, który opiera się na dezorientacji postaci.

Dobrze, że są odwołania do podręcznika odnośnie statystyk przeciwników. Szkoda, że nie ma rozpisanej mechaniki bohaterów graczy. Z kolei teksty na ich „kartach postaci” są trochę za długie. Fajne jest wykorzystanie pytań dla graczy, co daje im możliwość udziału w stworzeniu historii postaci.

Mam wątpliwości, czy obsadzenie Ellingtona jako postaci gracza jest dobrym pomysłem. Nie będzie uczestniczył w scenach poranka, co powiedzmy jest małym problemem, bo mają być krótkie. Ma duży wpływ na sceny retrospektywne, sporo zależy od jego decyzji. Z drugiej strony, gdyby był NPCem, grozi mu odgrywanie roli ulubionego NPCa Mistrza Gry. Choć widać starania, żeby wszyscy bohaterowie mieli swoje pięć minut w przygodzie, to sądzę, że nie do końca się to udało i Ellington zbytnio dominuje. Rozumiem, że ma to skłonić pozostałych graczy, żeby go zabili, ale obawiam się, że może to nie do końca się udać. Wątek jest interesujący, ale zbyt dużo się dzieje, żeby gracze mieli czas poważniej się nad tym zastanowić. To w ogóle jest coś typowego dla przygód rpg – wartka akcja i rozgrywanie relacji między bohaterami to są przeciwstawne priorytety. W tym scenariuszu podjęto starania, żeby wybrzmiało jedno i drugie. Wątpię, czy to się uda.

Paweł Jakub Domownik

Scenariusze oparte na flashbackach są trudne, bo z konieczności odbierają graczom sprawczość. Tu autor stosuje ciekawy zabieg, odwracając proporcje i skracając do minimum twardo kadrowaną teraźniejszość – przenosząc w przeszłość główną rozgrywkę.

Podoba mi się:

  • Uczynienie flashbacków centrum rozgrywki!
  • Pomysły na zawiązywanie drużyny scena wspominki przy piwie
  • Dużo ciekawych zachodzących na siebie interesów postaci i ich konflikty.
  • Klimatyczne sceny (przebierana impreza, szefowie gangów z cyberdobermanami). Autor/ka ma łatwość w budowaniu plastycznych scen.
  • Wciągająca wielowątkowa historia o zemście i walce o władzę.

Uważam, że należy poprawić. 

  • Nie udało się jednak ominąć torodrogowania. Większość scen ma jednak oskryptowany i znany wynik. Nie ma szanse, żeby w którejś ze strzelanin ktoś z BG zginął. W związku, z czym wszystkie sceny walki są bez znaczenia. 
  • Wpływ graczy na sytuacje jest w większości scen ograniczony do tak zwanej jajowy. Mało znaczących zachowań, które i tak nie wpłyną na to, gdzie potoczy się historia.
  • Potężni NPC sojusznicy, którzy uwalają każdy plan bohaterów, bo wiedzą lepiej. To BG mają być w centrum historii nie superhakierka wyciągnięta przez mg z rękawa.
  • Pregenerowane postacie są asymetryczne, jeżeli chodzi o staty i wątki. 
  • Wszędzie jest za dużo szczegółów, a opisy są zbyt rozległe. Do poprowadzenia tego będzie potrzebne zrobienie tony notatek, żeby nic nie przegapić. 
  • Zabrakło dobrego podsumowania na początku — MG powinien wszystko znać zarys całej historii na samym początku, a nie dowiadywać się o kolejnych zwrotach akcji „z punktu widzenia graczy”.

Kac to wciągająca historia. Niestety taka gdzie BG są głównie widzami. Quentina z tego nie będzie.

Ola Durlej

Kac w Night City to przygoda z dobrym pomysłem i potencjałem. Początkowe założenie, charakterystyczne postaci i przemyślani NPC są jego ogromnym plusem. Jest to scenariusz, który z założenia opowiada pewną historię – historię ciekawą, ale pozwalającą postaciom graczy co najwyżej na jej odkrycie, a nie stworzenie. I to jest tutaj największa wada – wrzucenie postaci w wagonik, który mniej lub bardziej gładko toczył się będzie po torach.

Na pewno przygoda scenariusz zyskałby na porządnej korekcie, bo roi się w nim od błędów ortograficznych i stylistycznych.

Marek Golonka

Patrycja Olchowy

Cyberpunk RED to system, który ma ciepłe miejsce w moim serduszku. Liczyłam więc na porywającą przygodę w Czasie Czerwieni. Nie znajdziemy tu jednak ani tytułowego Night City, bo akcja może się dziać w randomowym mieście i wyjdzie na to samo, nie będzie też Czerwieni, ani tym bardziej akcji rodem z gry Cyberpunk 2077. Chyba, że gwiazdy ułożą się tak bardzo w porządku, że Graczom cudownie siądzie klimat rozgrywki, magicznie poczują, w jakim kierunku powinni pójść z tą historią i czego spodziewa się po nich MG. Nie wiem, jakie Wy macie doświadczenia z tego rodzaju przygodami, ale ja czuję, że wszystkie śliczne założenia wykopyrtną się na pierwszej decyzji osób biorących udział w rozgrywce. Retrospekcje mają szansę pięknie działać – vide Ostrza w Mroku – ale tu mam duże wątpliwości, że sprawdzą się w takiej formie, w jakiej proponuje to osoba autorska. Gdyby całość uprościć i nie bawić się w ten fikołek rodem z Kac Vegas, cała historia, oparta o świetne relacje i ciekawie zarysowany kawałek świata, mogłaby być perełką. Zachęcam więc do zapoznania się z materiałem, bo wprawny MG wyciągnie z tego dużo. Do poprowadzenia w tym kształcie, który został zaproponowany? Oj, będzie ciężko. 

Wojciech Rosiński

Gdyby tekst ten był scenariuszem fanowskiego filmu krótkometrażowego, to z chęcią bym takowy obejrzał. Fabuła oraz występujące w niej postacie jak ulał pasują do klimatu Cyberpunkowego Night City. Do tego scenariusz zawiera wszystko co mechanicznie jest potrzebne do jego poprowadzenia w tym nawet dwie mapy.

Scenariusz ten został jednak napisany do gry fabularnej, w której udział mają brać 3 lub 4 osoby i oceniając go pod tym kątem budzi u mnie wiele wątpliwości. Po pierwsze strutkura flashbacków, o ile fajnie nawiązuje do kultowej komedi to sprawia, że 3 z 4 głównych postaci nie mogą zginąć aż do ostatniej opcjonalnej potyczki. Po drugie sposób w jaki napisane są sceny sprawia, że na tory railroadu jest sprowadzana nie tylko drużyna ale również prowadzący ją mistrz gry. Niestety podejrzewam, że obie te wady zniechęca większość grona odbiorców. A jest to szkoda, bo jak wcześniej wspomniałem bardzo fajnie zbudowany klimat i napisane postacie po prostu zostaną zmarnowane.

Janek Sielicki

Tak bardzo brakuje pełnoprawnych, dużych przygód do CP RED. Niestety, nadal musimy poczekać. Kac ma wiele znakomitych elementów oraz równie dużo pomysłów, które sprawiają, że prowadzenie tej przygody będzie niezwykle trudne. Trzeba pamiętać o masie postaci i zależności, po prostu nie chciałoby mi się spędzać godzin na przygotowywaniu do tej przygody.

Choć autor/autorka i tytuł przywołują słynną komedię, to przygodzie bliżej do „Pulp Fiction”. Mamy tu ciekawe i dobrze opisane postacie niezależne, razem z ich przykładowymi wypowiedziami, co ładnie pokazuje, jak je odgrywać. Mamy też trochę mechaniki gry i na poziomie sceny wszystko jest w miarę jasno opisane. Są też gotowe postacie, choć opisy są troszkę przydługie – mało który gracz by to wszystko zapamiętał.

Ale mamy też te nieszczęsne flashbacki. Nikt nie może zginąć, bo się scenariusz (bo to nie przygoda, a scenariusz) sypnie. Niestety, nie widzę jak bez ostrego railroadingu miałoby to działać. Gdyby się pozbyć tego pomysłu, rozpisać tę przygodę na zasadzie klasycznej zemsty postaci z różnymi motywacjami, zostawić PN i dodać więcej Night City, byłoby świetnie. No właśnie, mało tu Night City – w filmowym Kacu postacie odwiedzają znane miejscówki i spotykają sławy (Tysona). Szkoda, że tu tego zabrakło.

Michał Sołtysiak

Cyberpunk wraca na stoły i to uderza w moją nostalgiczną sympatię do tego systemu. Dobrze poprowadzony Cyber ma moc! Bardzo mnie ucieszyło, że pojawiła się w naszym konkursie scenariusz do tej gry.

Przeczytałem i zastanawiam się, czy autor prowadził swój scenariusz oraz, czy gracze się dobrze bawili?

Mam bowiem dużo wątpliwości co do tego, bo jest to bardzo niejasny tekst, który jest bardziej teatrem Mistrza Gry, niż scenariuszem, gdzie gracze mają coś do powiedzenia. Całość jest mocno skomplikowana, cały czas trzeba sprawdzać w notatkach, czy nie pominięto jakiegoś wątku, bo retrospekcje i opisy często dają kolejne elementy układanki, tyletyle że są rozrzucone na 31 stronach. Łatwo się pogubić. Nic tu nie jest intuicyjne, wszystko wygląda jak specjalnie „zapętlenie”, żeby podnieść poziom komplikacji fabuły i ilości niewiadomych.

Pomysł na wykorzystanie motywu z „Kac Vegas” jest ciekawy, ale jeszcze trzeba go umieć przeprowadzić tak, by sceny z retrospekcji nie stanowiły de facto podstawy fabuły, a jedyne co mogą postacie graczy, to reagować i próbować się nie zgubić w podobno własnych wspomnieniach. Pobudka bez pamięci jest ciekawa, ale powinna być początkiem fabuły, a nie tylko początkiem, kolejnych objawień MG. Autor powinien rozpisać sobie to wszystko, co się dzieje, na jakimś grafie ze strzałkami pokazującymi dominującego „aktora w danej sytuacji”, a potem spojrzeć ile jest dostępnych decyzji dla graczy. Niewiele. To raczej rwane opowiadanie, gdzie MG oświeca graczy, a oni muszą się dostosować. Nie mają prawie nic do gadania, poza finałowym wyborem, a to za mało. Finałowy wybór jest zresztą mało przekonujący fabularnie, bo wszyscy mają powody, by „zabić daną osobę”. I co wtedy?

Autor nie daje również rozwiązania problemu, że w Cyberpunku postacie graczy giną, a tu nie mogą. Muszą przeżyć, tzw. „plot armor (osłona ze scenariusza)” działa cały czas. Mnie bardzo by to zepsuło rozgrywkę, bo podstawowa motywacja, czyli „instynkt przetrwania” nie jest potrzebna.

Tym samym mamy ciekawy pomysł przekuty na nieciekawy scenariusz, gdzie wszystko prawie jest z góry wiadome, nie można zginąć, MG pokazuje skomplikowaną intrygę z masą Bohaterów Niezależnych, a postacie graczy po prostu są aktorami. Nie polecam. Bo za dużo tu chaosu, a za mało Night City, które jest zresztą wykorzystane pretekstowo i mało tu mamy odwołań do samego świata gry. Quentin raczej nie będzie.

Andrzej Stój

To, co początkowo wydawało się jajcarską sesją mocno inspirowana głupawym filmem, okazało się cyberpunkowym teledyskiem napisanym specjalnie pod gotowe postacie, z których każda ma okazję zabłyszczeć realizując swój cel. Scenariusz nie dowozi jednak wszystkiego, co obiecuje, potykając się o własne nogi.

Domyślnie jest przygodą bardzo liniową, opartą na oskryptowanych scenach opisujących najważniejsze wydarzenia. Autor podejmuje wszystkie istotne wątki, dając graczom szansę by zrealizowali cele ich bohaterów. Super. Problemem jest jednak to, co stanie się w momencie gdy drużyna wyjdzie poza schemat – czytając tekst byłem w stu procentach przekonany, że zaproponowany finał ma niewielką szansę na zaistnienie (już nawet nie biorąc pod uwagę tego, że ktoś ważny dla późniejszych scen może zostać wyeliminowany podczas wcześniejszych wydarzeń). Autor wpadł we własną pułapkę – a wystarczyło przecież rozpocząć Kac szerokim kadrem z panthouse’u idoru, nie wspominając słowem które z postaci graczy są obecne.

Bez dwóch linii czasowych przygoda mogłaby stać się fenomenalną, cyberpunkową, pełną akcji opowieścią, w której będzie dość miejsca na inwencję graczy. Tu teoretycznie jest również, ale jedno niespodziewane zdarzenie wykoleja zaplanowany przebieg i MG zostaje na lodzie – musi wszystko improwizować.

Zaskoczeniem dla mnie jest moment finału – spodziewałbym się choć epilogu, w trakcie którego rozwiązuje się problem z Loftym (albo wychodzi na jaw, że akcję zaplanował szef gangu wiedzący, że Ellington i Bartok będą chcieli go załatwić – użył więc kontaktów w korporacji by uprzedzić cios).

Na koniec drobna sprawa – przydałoby się, żeby tekst przeczytała druga osoba. Jest trochę błędów, które łatwo wyłapać (np. w opisie Bartoka jest mowa o spotkaniu o północy, zaś wg rozpiski scen, ma ono miejsce o 22:00). Brakuje również współczynników postaci – przydałyby się nie tylko dla oszczędności czasu, ale też ze względu na możliwość doboru umiejętności i sprzętu, który przyda się podczas rozgrywania przygody.

Podsumowując – dobry pomysł oparty na świetnych, cyberpunkowych postaciach, który niepotrzebnie komplikuje życie MG dzieląc sceny na dwie linie czasowe.

Asia Wiewiórska

Mam złamane serce. „Kac” to świetna wielowątkowa historia, z malowniczymi bohaterami Graczy, klimatycznymi lokalizacjami i widowiskowymi scenami. Niestety, na scenariusz, w którym wszystko jest rozpisane jak w sztuce teatralnej, nie ma miejsca przy moim stole. 

FORMA

W tej komediowej bądź co bądź opowieści, zastosowano dość błyskotliwe i – nie powiem – zachęcające rozwiązanie konstrukcyjne, oparte w całości na retrospekcjach, nawiązujące do filmowego „Kac Vegas”. Bardzo lubię konwencjonalne granie, zwłaszcza jeśli nawiązanie kulturowe wspomaga zagranie dobrej sesji, i z dużą nadzieją analizowałam przedstawione tu dodatkowe mechaniki. 

Mamy więc podział scen na fazę poranka oraz flashbacków (retrospekcji), przeplatające się nawzajem, z których Gracze, jak w filmach, rekonstruują przebieg wczorajszego wieczoru. W grze odgrywa się wyłącznie wydarzenia przeszłe, stąd przyznam pomysł bardzo przypadł mi do gustu i byłam niezmiernie ciekawa czy w grze RPG jest w stanie sprawdzić się równie dobrze co w filmie. Do tego autor skłania uczestników sesji, aby implikowali konsekwencje działań Graczy w retrospekcjach na fazę poranka (np. zranienie się w rękę podczas flashbacku, rano powinno skutkować opatrunkiem i ograniczonymi możliwościami), choć potem jakby o tym chwilami zapomina, zrzucając pilnowanie tego na Prowadzącego. 

A jest czego pilnować – scenariusz jest po koreczek wypełniony bohaterami niezależnymi i powiązaniami między nimi, lokacjami, wydarzeniami, aż trudno to wszystko spamiętać. Bez własnych szczegółowych notatek raczej trudno będzie poprawnie odtworzyć wszystkie sceny, grając ma żywca. Do tego otwierająca scenariusz „Zajawka” w ogóle nie pomaga – nie wyjaśniania na czym polegać będzie cała intryga, więc potencjalny Prowadzący musi wywnioskować o czym jest ta historia z opisów scen. Po co ukrywać mainplot przed osobą, która ma tę sesję prowadzić? Nie mam pojęcia.

Na plus – szczegółowo rozpisane statystyki przeciwników i NPCów oraz naprawdę bardzo ładne i czytelne mapki. Językowo jednak trochę przyciężki, skrzeczy interpunkcja, są powtórzenia. Wymaga redakcji.

TREŚĆ 

Wydaje się na pierwszy rzut oka, że „Kac” to fajny eksperyment, który wymaga, aby Gracze i Prowadzący respektowali przyjętą konwencję i zawsze zmierzali w tym samym kierunku. Choć autor początkowo uśmierzył moje wątpliwości, informując, że wprawdzie Gracze w fazie poranka mogą tylko aktorsko odgrywać skacowanych gangsterów i nie mogą nic zrobić, w fazie retrospekcji scena należy do nich. 

A jednak, każdy flashback to praktycznie opisany krok po kroku skrypt co się wydarzy, kto się pojawi, co zrobi i dlaczego nie ma tu dużo miejsca na działanie lub decyzje Graczy. Czasami skrypt pozwoli im łaskawie zrobić co chcą, pod warunkiem trzymania się z dala od głównej fabuły. Cóż… oto przykre konsekwencje błyskotliwych rozwiązań konstrukcyjnych – publikacja jest po prostu jak scenariusz sztuki teatralnej lub filmu. Nie gry.

A szkoda, bo wspaniałe, szczegółowo opisane i zindywidualizowane postacie Graczy (swoją drogą przypominające nieco postacie na LARPa), z pewnością mogły by w imprezowym Night City sporo namieszać, gdyby tylko zostawiono im wolną rękę.

ATMOSFERA I REFLEKSJE 

Mam taką refleksję, że charakterni i dobrze zbudowani bohaterowie niezależni oraz ekscytująca siatka powiązań między nimi, to dla scenariusza naprawdę super sprawa, o ile nie „grają” w nim więcej niż Gracze. Trochę rozumiem konieczność pakowania bohaterów w coraz większe gówno, bo wymaga tego konwencja ustawiona filmowym pierwowzorem, jednak nie potrafię zaakceptować, że Gracze nie mają większych możliwości ich ominięcia lub przekucia w atut. Wiadomo – musi się skończyć tak jak się zaczęło, czyli kacem gigantem i bardzo dwuznaczną sytuacją. Dopiero 5-ta scena (ostatnia) zdaje się dawać Graczom trochę więcej swobody, wszak jej celem jest „dać Graczom szanse na wykonanie misji z użyciem swoich umiejętności i pomysłów”. Dobrze, że autor daje znać, bo można by pomyśleć, że cele są nadal takie jak we wcześniejszych scenach, czyli w skrócie:

• zbojkotować plan bohaterów;

• dać bohaterom postrzelać;

• wpakować bohaterów w jeszcze większe kłopoty;

• zaprezentować kolejnego świetnego bohatera niezależnego.

I całe backstory postaci jak para w gwizdek i w niczym tu nie pomoże silny rys osobowościowy czy proaktywność wynikająca z charakteru postaci i z samego „Cyberpunka”. W świetle reflektorów są, niestety, nieustannie bohaterowie niezależni, których autor bardzo celebruje (są sprawczy, często się pojawiają, szczegółowo opisano ich motywacje nawet gdy bohaterowie nie mają szans ich poznać, w końcu – są nawet wskazówki do ich odgrywania).

Na koniec dodam jeszcze jedno osobiste rozczarowanie: zgodnie z konwencją można by przypuszczać, że coś złego stało się Ellingtonowi podczas tej zapomnianej nocy. Tymczasem w jednej z prawdopodobnych przecież wersji zakończeń, ów może zwyczajnie leżeć obok a potem wstać i mieć się dobrze. Mam więc wrażenie, że jeżeli któryś z bohaterów nie zdecyduje się rzeczywiście sam go ubić, gra w tej rozpoznawalnej, filmowej konwencji zwyczajnie straci cały swój sens.

[collapse]

Bliźnięta z Calamochy

Bliźnięta z Calamochy – Michał Przygodzki

Edycja: 2022

System: October Rust

Setting: Historyczny (Półwysep Iberyjski pod koniec XV wieku)

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Opis:

Społeczność aragońskiej wsi Calamocha pragnie spalić na stosie dwóch transmężczyzn oraz “wiedźmę”, aby dać upust swoim napięciom. Dla rodu szlacheckiego de Calamocha to okazja, aby zaspokoić swoją wiarę w Pakt, który rzekomo go chroni. Wmieszany jest w to inkwizytor, wezwany do wydawałoby się wiejskiej awantury…
Tylko od Was zależy, czy trzy niewinne osoby zostaną uratowane!

Pokaż komentarze kapituły

Marysia Borys-Piątkowska

Rozumiem powagę i aktualność tematu, który poruszył w tym tekście autor. Osobiście jednak – ta praca podobała by mi się bardziej, gdyby wspomniane trans bliźnięta nie odgrywały tu roli ofiar, a bohaterów (moze i nawet bohaterow graczy), którzy wspomagają BG w uratowaniu wiedźmy. Mogliby rezonować z problemem piętnowania wiedźmy i ostatecznie pomóc oczyścić ja z zarzutów, stawiajac sobie za cel 'ochronę mniejszosci/ochronę piętnowanych’. Uwazam, ze takie ujęcie byloby duzo korztystniejsze dla przedstawionego tu problemu. Ale, to wyłącznie moja opinia.

W kwestii merytoryczności i grywalności – brakuje mi tutaj jakiegoś twistu. Od początku BG mają jasny cel (co jest fajne), ale ja jako odbiorca od początku wiem, ze nasza trójka jest niewinna, nie zaskoczy mnie nic, musze poprostu ich uratowac. Duzo ciekawiej dla fabuly byloby dodac zwrot akcji, ktory wprowadzilby pewien konflikt moralny – moze bliznieta dopuscili sie czegos, za co faktycznie powinni zostac ukarani i co namiętnie probowaliby tuszować. Taki zabieg dodałby więcej kontrastujących ze sobą emocji, ergo

wpłynąć na decyzję i zachowania graczy. Wybór nie byłby taki prosty – uratowac czy nie, wierzyć im czy nie? Tak samo rola cyruliczki moglaby byc bardziej rozwinieta – brak mi tu zwyklej motywacji, która mogłaby stanowić o jakims sekrecie skrywanym przez Veronicę i ergo zmusic ja do podjecia pomocy bliznietom, mimo wiadomej grozby inkwizycji.

Przygoda bardziej przypomina scenę z postawioną jasno tezą, nizeli pełnoprawny scenariusz. Oczywiscie rozumiem, ze jest to wpisane w konwencję October Rust, co Autor bardzo klarownie tłumaczy, tym niemniej nie do konca umiem ocenić ten tekst jako scenariusz. To jasno i logicznie postawiony konflikt, w ktorym moze brakuje tzw. drugiego dna, ale z drugiej strony wrzuca BG w gotową sytuację do rozwiązania. Mamy tu rozne strony tego konfliktu, duzo przeszkod na drodze i faktyczny wplyw graczy na ostateczny wynik (choć ten zaklada proste rozwiązanie A lub B). Niemniej, w mojej sesji chętnie taki wątek bym wprowadziła i skorzystalabym z gotowego tutaj modułu.

W obliczu wielu innych rozbudowanych prac, które w tym roku przyszły na konkurs, nie widzę niniejszego tekstu w finale, ale uwazam, ze jest to solidna, przemyslana praca, dostosowana do systemu, ktory Autor sobie wybrał.

PS. Przydałaby się redakcja językowa.

Piotr Cichy

Cieszę się, że ta praca skłoniła mnie wreszcie do porządnego wczytania się w October Rust, całkiem interesującą gierkę. Nadal jeszcze w nią nie zagrałem, ale może kiedyś?

Nie podoba mi się w pracy wysłanej na konkurs pozostawienie pytań i odpowiedzi w języku angielskim. Rozumiem, że ich wybór to początek rozgrywki, jak jest to opisane w podręczniku do gry, ale pozostawienie ich po angielsku w niczym nie pomaga, a jedynie burzy spójność redakcji i utrudnia skorzystanie ze scenariusza osobom gorzej znającym ten język.

„The dominant religion refuses to acknowledge the desperate need for reform.” Nie widzę, żeby ten scenariusz zajmował się reformami w kościele katolickim. Jako pomoc w improwizacji pozostawienie gotowych odpowiedzi nie jest złym pomysłem, ale jak się decydujemy napisać gotowy scenariusz, warto dodać coś oryginalnego – co zresztą, jak widzę, miało miejsce przy odpowiedzi na pytanie o wrogów czy przy zamianie deszczu w burzę piaskową.

W ogóle dosyć dwuznaczne jest napisanie scenariusza do systemu opartego na improwizacji. Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby szersze przygotowanie sytuacji – dokładniejsze opisanie jej elementów, które mogą mieć wpływ na rozgrywkę. Takie podejście poza samym pomysłem dałoby też konkretną dodatkową pomoc do poprowadzenia sesji. Podejrzewam, że autor nie zdecydował się na takie podejście z obawy przed railroadem, narzuceniem przez osobę prowadzącą sesję zbyt wiele rzeczy we wspólnej fikcji. Niestety, efekt nie jest – moim zdaniem – satysfakcjonujący. Nie będziemy mieli pełnej improwizacji ani też pełnego scenariusza do rozegrania.

To w ogóle jest kwestia wyboru systemu do pracy, którą chce się zaprezentować w konkursie. Jeśli wybierzemy system, który ma sztywną strukturę sesji i wiele rzeczy z góry założonych, to w praktyce napisany scenariusz mniej będzie mógł do tego dodać – a właśnie ten wkład jest tutaj oceniany. Nie oceniamy systemu, ale scenariusz. Moim zdaniem w „Bliźniętach z Calamochy” mamy za mało nowych rzeczy opartych o oryginalne, ciekawe pomysły autora scenariusza, żeby tę pracę wysoko ocenić.

Paweł Jakub Domownik

Nie jest fanem systemów o typu „October rust”. Osiągają to samo co torodrogujący mg, używając do tego doskonale dobranej mechaniki i struktury. To, co zostaje BG to słynna jajówa — bezcelowe odgrywanie postaci siedzących w wagoniku.

Trudno mi więc oceniać scenariusz, który jest na tę jajecznicę przepisem. Przyznaje, że atakuje poważne tematy z właściwą delikatnością, jest super dopasowany do systemu. Osiąga mistrzostwo w przejrzystym i skrótowym przekazywaniu informacji. 

Mam problem z tym, że nie wiem, jak skierować reflektor na BG, nie mam żadnych wskazówek, które pomogą nam ustalić, dlaczego sprawa palonych na stosie stanie się ostatnia reduta akurat naszych bohaterów. 

Wstrzymam swoją ocenę.

Ola Durlej

„Bliźnięta” od pierwszych znaków mocno mnie odrzuciły, jednak wraz z czytaniem zyskiwały na ocenie.

Na pierwszy rzut oka scenariusz wydaje się prosty i czytelny, jednak czytanie dłuższych wypowiedzi kursywą, duża ilość czcionek i brak konsekwencji w ich stosowaniu, jak również błędy interpunkcyjne mocno utrudniały mi zapoznanie się z tym materiałem. Ciężko było mi też przebić się przez nagromadzenie wykrzykników, oraz nietypowo skonstruowane zdania. To są kwestie, które łatwo poprawić przy użyciu gotowych narzędzi, a mocno poprawią odbiór tekstu.

Warta docenienia jest jego długość – to tylko 5 stron, na których zmieściły się wszystkie niezbędne informacje. To godna podziwu zwięzłość, o którą zazwyczaj trudno. Pozwala to na poprowadzenie przygody niemal bez przygotowania, co bywa bardzo wygodne.

Jednocześnie, scenariusz podnosi trudną tematykę i robi to z wymaganą delikatnością. Osoba autorska dba o zaznaczenie triggerów, postacie, mimo że opisane pokrótce, są dość chatakterystyczne, a ich motywacje jasne.

Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że ta przygoda niczym wagonik prowadzi graczy i MG przez kolejne stacje, nie pozwalając dojechać do końca bez odwiedzenia wszystkich z nich. Ogranicza to bardzo możliwości działania postaciom graczy.

Marek Golonka

—————————–

Patrycja Olchowy

Ta pozycja przypomina mi nieco problem, jaki miałam ze scenariuszem do systemu Psy w winnicy w jednej z minionych edycji. Na ile jest to scenariusz, a na ile po prostu założenia sesji rozpisane zgodnie ze schematem przedstawionym w podręczniku? Plus, który normalnie by się tu pojawił za krótką, przejrzystą formę, nie jest do końca zasługą autora scenariusza, a samego systemu. Tematyka mnie również nie porwała, bo choć koncept mógłby być ciekawym i trudnym problemem, tak został on zbyt płytko przedstawiony, by móc potraktować go poważnie. Przydałaby się redakcja tekstu, sensowniejszy skład oraz przetłumaczenie angielskich wstawek z podaniem angielskiego oryginału dla łatwości operowania podręcznikiem. Na Quentina stanowczo za mało.

Wojciech Rosiński

Przygoda gdzie głównym antagonistą jest Jan Paweł chcący spalić na stosie dwie osoby transpłciowe, automatyczne 21/37 punktów.

A tak na serio, to z mojego punktu widzenia scenariusz powinien wykorzystywać mocne strony systemu. W tym wypadku ta strona powinien być brak scenariusza tak wiec mamy tu błąd koncepcji. Z resztą autor przyznaje się do tego sam na początku tekstu. Do tego tragedia dla mnie jest to, że część kluczowych elementów jest nie przetłumaczona. Bije od tego lenistwem i niestety bardzo negatywnie nastawia do scenariusza. Skoro autorowi nie chce się go porządnie spisać to czemu mi chciałoby się go poprowadzic?

Janek Sielicki

October Rust to system, który z założenia nie opiera się na gotowych przygodach, co może być trudne dla osób nowych. „Bliźnięta” starają się pomóc, oferując założenia, czy też raczej sytuację startową, postacie niezależne i odpowiednie komplikacje.

Cała praca mocno wspiera mechanikę gry, często się do niej odwołując, przypominając zasady i oferując rozwiązania. Mamy też krótko, ale konkretnie rozpisane postacie niezależne.

Jestem pełen podziwu dla autora/autorki, że na zaledwie pięciu stronach zdołała zamieścić wszystkie informacje potrzebne do poprowadzenia przygody, nie przygniatając czytelników na przykład wykładem historycznym. To ogromny plus! Całość jest też czytelnie przedstawiona i zaplanowana. Natomiast wydaje mi się, że wszystko by lepiej zagrało, gdyby zaoferowano nam konkretne zahaczki dla każdej osoby grającej (ty jesteś kowalem, ty jesteś wędrownym kupcem itp.).

Fabuła może wydać się kontrowersyjna (ale mamy podane triggery) i każda grupa musi samodzielnie zdecydować czy jest na tyle dojrzała, by ten dość jednak mocny scenariusz rozgrywać i nie spłycić trudności osób trans do rozrywki przy czipsach.

Podsumowując: średnia, raczej poprawna niszowa przygoda, czy też raczej sytuacja rozpoczynająca przygodę.

Michał Sołtysiak

Jeśli w pierwszym zdaniu dostajemy następująca informację: „Społeczność aragońskiej wsi Calamocha pragnie spalić na stosie dwóch transmężczyzn oraz „wiedźmę”, aby dać upust swoim napięciom”, to się poważnie zastanawiam, czy autor umie pisać „po polsku”. Tania Sensacyjność swoją drogą, ale gramatyka, ortografia i anglicyzmy w dalszej części, w rodzaju „prep”, „trigger” itd. mnie odrzucają, bo rozumiem, że to swoisty idiolekt, ale są granice. Podobnie zastanawia nieprzetłumaczenie pomocy do gry z pytaniami z systemu, który może nie został wydany w Polsce, ale nic nie stało temu na przeszkodzie. Nie rozumiem tego zabiegu, bo nic go nie uzasadnia, ani trudność w tłumaczeniu, ani nie ma tu idiomów lub czegokolwiek nieprzekładalnego już nawet z podstawową znajomością języka angielskiego. To ma być scenariusz do użytku dla ludzi, a nie własne notatki, gdzie nie obowiązują żadne zasady.

Autor niestety również fabularnie się nie popisał. Stworzył bardzo chaotyczny scenariusz do systemu October Rust, o czasach Inkwizycji w XV Hiszpanii i próbie spalenia niewinnych etc. Nie będę się odnosił do rzeczywistej sytuacji, historiografii, stanu naszej wiedzy itd. Miałbym trochę uwag, ale to nie jest duży problem.

Kłopotem jest sama fabuła. Autor, ogólnie rzecz biorąc, nakreślił sytuację dramatyczną. Szafuje przy tym anglicyzmami i stara się przekonać czytelnika, że to scenariusz realizujący ideę systemu. Niestety October Rust wymaga, by postacie dotarły do swojej „ostatniej reduty”, a więc wymaga sytuacji dramatycznej, gdzie bohaterowie mają aż nadto motywacji do działania i jest to ich OSTATNIA WALKA/OSTATNI KONFLIKT (z naciskiem na ostatni). Tutaj jedyną motywacją jest fakt, że spalą niewinnych z powodu nietolerancji dla transseksualizmu. To nie jest OSTATNIA WALKA bohaterów z niegodziwym światem! Nie mamy żadnych wzmianek, dlaczego akurat postacie graczy są jedynymi obrońcami skazańców i czy coś im grozi, co sprawia, że ma to być ich „bój ostatni”. Nie ma żadnej wzmianki również, kim mają być postacie, by mogły realizować swoje role w fabule. Zasadniczo autor chyba zapomniała o nich.

Krótko mówiąc, bardzo źle napisana przygoda, niewykorzystująca systemu, do którego została przygotowana z ewidentnymi brakami, dotyczącymi najważniejszego elementu fabuły w RPG, czyli bohaterów graczy. Odradzam.

Andrzej Stój

Jeden ze słabszych tekstów tej edycji. Jedynym plusem jest niewielka objętość tekstu, jest to jednak słaba pociecha. Drużyna chcąca zagrać w October Rust z pewnością wymyśliłaby ciekawszą, bardziej angażującą historię w czasie potrzebnym na przeczytanie tego scenariusza.

Nie kupuję czarno-białego, naiwnego tła tej opowieści. Zły ksiądz, zły inkwizytor, zła szlachta, zły tłum wieśniaków, nawet psy są tutaj złe. W opozycji do tego zestawione są Bliźnięta, które nie wiadomo czy jedynie przebrały się w męskie stroje i przyjęły nowe imiona, czy też faktycznie stały się mężczyznami. Zgadywałbym, że to pierwsze, ale w tekście jest mowa o Pakcie, który może być prawdziwy.

Założeniem systemu October Rust jest (pomijając improwizowanie tła rozgrywki przez uczestników sesji) podjęcie ostatniej walki przez bohaterów. W tym tekście postacie domyślnie są osobami znikąd, mieszającymi się w cudzą historię z niewiadomego powodu. Graczy czeka kawał roboty, by wpasować swoje postacie w scenariusz tak, by ich obecność i starania miały sens. To kolejny argument by zamiast się męczyć z tą historią, po prostu wymyślić własną.

Sytuacji nie poprawia chaotyczny język tekstu. Kolejne sugestie dotyczące rozgrywki jedynie zabierają swobodę uczestnikom sesji, nie przynosząc w zamian wiele korzyści.

Mam wrażenie, że jest to – nieudana – próba promocji October Rust, opierająca się na przekonaniu, że współcześnie ważny temat (problemy mniejszości) z automatu poprawi odbiór. Nie poprawia.

Asia Wiewiórska

Aragonia, czyli region w którym leży tytułowa Calamocha, to obszar, w którym w XV wieku przeprowadzono wiele inkwizycyjnych procesów czarownic. Nie jestem pewna czy to akurat rola scenariusza do gry RPG, ale wiem to tylko dlatego, że publikacja niebagatelnie zainspirowała mnie do takich poszukiwań.

FORMA

Ładna rzecz, skomponowana na klimatycznym tle z dbałością o wizualną czytelność. I rzeczywiście – poszczególne rozdziały, ramki, wytłuszczone hasła, dość płynnie poprowadziły mnie przez całą zawartość, nawet pomimo bardzo irytującej praktyki umieszczania różnej wielkości czcionek w jednym zdaniu.

Niestety sam tekst nie jest czytelny, a powiedziałabym nawet – bałaganiarski, co niekiedy bardzo trudno zrozumieć: czasami stosuje pasywne opisy, czasami zwraca się bezpośrednio do Prowadzącego a czasami do wszystkich uczestników gry. Czasami pojawiają się nieoczekiwane wyliczenia od myślników a czasami akapity, które mają całe jedno zdanie i fajrant.

Na szczęście scenariusz jest krótki, choć te cztery strony jak dla mnie w zupełności wystarczą, aby wyrzeźbić z niego coś ciekawego. Wbrew przewidywaniom, jest tam całkiem sporo do zagrania, choć nie mam wątpliwości, że nie jest to gra dla początkujących Prowadzących.

Bardzo chaotycznie prowadzona jest tu także część mechaniczna. Elementy korespondujące ze strukturą “October Rust” pojawiają się w tekście w trochę losowych momentach, pomimo iż moim zdaniem spokojnie można byłoby najpierw zaznaczyć propozycje/rozwiązania/opcje fabularne, potem wskazać przeszkody a na końcu objaśnić jak te konfliktu przeprowadzić z wykorzystaniem mechaniki systemu.

Mam też poczucie, że fragment o inkwizycji jest tu całkowicie zbędnym wypełniaczem. Na poziomie podstawowym każdy kojarzy czym jest inkwizycja a do zagrania w “Bliźnięta” wcale nie jest potrzebna bardziej szczegółowa wiedza, zwłaszcza, że sam inkwizytor jest całkiem nieźle rozpisany w ostatnim rozdziale publikacji.

Nie sposób też nie przyznać, że w tekście jest zatrzęsienie niepotrzebnych i chwilami bardzo nieoczekiwanych emocji: wykrzykników, podkreśleń, wyrazistego języka ocennego. I tak sobie jednak myślę, że to nie publikacja powinna szarpać nerwy, lecz rozegrana na jej podstawie sesja. Szkoda, bo tekst staje się przez to znacznie mniej użytkowy niż na to zasługuje. Bo sam poziom emocji potencjalnej sesji – jak dla mnie miodzio!

TREŚĆ

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że ja kocham realistyczne settingi historyczne, chociaż tutaj, głównie przez wzgląd na niektóre wybory, decyzje czy zachowania bohaterów niezależnych, mam wątpliwość, czy nie jest to jednak fantastyczna wersja takich historycznych realiów. Nie na tyle jednak znam XV-wieczną Hiszpanię, żeby się na ten temat rzeczowo wypowiedzieć. Opowieści o wojnach religijnych, polowaniu na czarownice i agresywnej homofobii często pojawiają się na moich sesjach, choć raczej w settingach bliższych naszym czasom. Nie mogę więc nie docenić tematyki i wiem z praktyki, że sięgając po te wątki można stworzyć na sesji naprawdę mocne sceny.

I “Bliźnięta” bardzo o to zabiegają, choćby tym, że wszyscy bohaterowie są z góry zaangażowani w konflikt już w przedakcji. Nie ma tu miejsca na wybrzydzanie na jaką interwencję mogą sobie pozwolić, bo są już w samym centrum wydarzeń. I to jest doskonały przykład jak można umieścić bohaterów Graczy w fabule in-media-res. Już na samym początku skomponowano dynamiczną i pełną napięcia scenę z bardzo wysoką stawką – i ja totalnie uwielbiam takie początki!

ATMOSFERA I REFLEKSJE

Choć początkowo trochę trudno mi było stwierdzić, czy jest to opowieść o rodzie szlacheckim zaangażowanym w mroczny kult czy o homofobii, chciwości i okrucieństwie, ale po przeczytaniu całości uznaję, że w tekście aspekty te wcale się nie wykluczają i obawiam się tylko, że przy takiej dawce akcji i emocji już na samym początku, trudno będzie odkryć lub “rozwiązać” wszystkie najciekawsze wątki tej opowieści. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że ten scenariusz bohaterami niezależnymi stoi. Są re-we-la-cyj-ni, łykam ich backstory jak młody pelikan i chętnie obejrzałabym o nich film fabularny.

To natomiast co najbardziej szkodzi publikacji “Bliźnięta z Calamochy” to chaos i rozbuchane emocje. I myślę, że gdyby jedne i drugie powściągnąć i utrzymać w ryzach, porządnie przepisać, zredagować i wyjaśnić kilka wątpliwych teraz kwestii, byłby z tego solidny, mroczny i niejednoznaczny scenariusz, który z przyjemnością zaprosiłabym do swojego stołu. Póki co nie zagram w tą przygodę “as-is”, ale być może zaadoptuję przedstawionych tu bohaterów niezależnych i główny wątek fabularny do swoich projektów.

[collapse]

Przygoda bez tytułu

Przygoda – Ireneusz Worek

Edycja: Express 2021

System: dowolny

Setting: czasy współczesne

Gotowa mechanika: brak

Liczba graczy: dowolna

Gotowe postacie: Nie

Liczba sesji: 1 (?)

Opis: W mieście/wiosce trwa coroczny konkurs na najlepszego wędkarza. Zawodnicy należą do jednego z dwóch obozów Sumów lub Szczupaków.

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Przygoda na podstawie znanej copypasty o ojcu, fantatyku wędkarstwa, w konwencji nasuwającej skojarzenia z Wilqiem Superbohaterem. Przezabawna! Do tego dochodzą różnorodne wyzwania dla graczy (rozmowa -> opcjonalna walka -> śledztwo -> otwarty konflit z wędkarzem -> finałowa konfrontacja), duże pole do manewru podczas poszczególnych spotkań i bardzo barwne postacie (takich bohaterów niezależnych często próżno szukać w przygodach długich, poważnych, wydawanych drukiem). Zwróćcie uwagę, Czytelnicy, jak początkowe zlecenie od Młodego (wybicie ryb w jeziorze) i okazywana od samego początku niechęć do ryb antycypuje jego szalone, rybobójcze zapędy w finale! Minusem pozostaje względnie słaba motywacja graczy (nie każdy załapie się na wyrzuty sumienia), ale komediowa konwencja to przełknie. Swoją drogą, jakby odrobinę zmniejszyć poziom absurdu, byłby z tego solidny jednostrzał do D&D czy innego Warhammera.

Rybia plaga

Rybia plaga – Izma

Edycja: Express 2021

System: dowolny

Setting: czasy współczesne

Gotowa mechanika: brak

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: Nie

Liczba sesji: 1

Opis: W wiosce rybackiej ostatnimi czasy znikają ludzie. Postaci graczy będę skłonni zainteresować się sprawą zniknięcia ojca i wuja jednego z nich, a co odkryją w pobliskich lasach to już ich zmartwienie i sprawa co z tym zrobią.

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Scenariusz poświęca dużo uwagi na opisy. Nie polecamy tego rozwiązania przy pisaniu przygody w godzinę, niemniej… w „Rybiej pladze” opisy razem z nieoczekiwanym, krwawym zwrotem akcji wpływają na niepokojący klimat, poczucie, że coś jest nie tak. Mieliśmy w Kapitule skojarzenia z midnight movies. Poza wstępem przygoda składa się z jednego, otwartego wyzwania, co jest całkiem solidną opcją dla scenariusza do rozegrania podczas jednej, krótkiej sesji.

Najlepsi przyjaciele człowieka

Zwycięzca Quentina Express

Najlepsi przyjaciele człowieka – Jakub „Gachu” Gachowski

Edycja: Express 2021

System: autorski

Setting: mieszkanie

Gotowa mechanika: pełne zasady gry

Liczba graczy: 1-4

Gotowe postacie: Tak!

Liczba sesji: 1

Opis: Znany ichtiolog – profesor Alojzy Sum stworzył nowy gatunek złotej rybki – srebrną złotą rybkę! Brzmi absurdalnie, ale tak wyjątkowe odkrycie przyciągnęło uwagę Witolda Szczupaka. Witold to nikczemny rywal profesora, który wkrótce włamie się do mieszkania Alojzego z zamiarem ukradnięcia srebrnej złotej rybki! Na szczęście wierne zwierzaki domowe Alojzego wyczuwają niebezpieczeństwo i już szykują się na powstrzymanie włamywacza!

Praca z Quentina Express, napisana w godzinę.

Komentarz Kapituły: Mamy konflikt, mamy dramaturgię (główny zły wzywa wsparcie), mamy uroczy pomysł i otwarte wyzwanie dla graczy. Czego chcieć więcej? Może dokładniejszego opisu mieszkania, w którym toczy się akcja – ale i bez niego wszyscy powinni się dobrze bawić. Krótka i zabawna przygoda imprezowa, naszym zdaniem zasługująca na zwycięstwo w konkursie.

Biały Jeleń

Biały Jeleń – Tomasz Latoszek

Edycja: 2021

System: Warhammer Fantasy Roleplay 2ed

Setting: Warhammer Fantasy

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Bohaterowie trafiają do wioski, gdzie odbywa się polowanie na Białego Jelenia – jego poroże jest świętym trofeum na cześć Taala, boga przyrody. Okazuje się, że w lasach znajduje się nie tylko biały jeleń, ale także wiele innych białych zwierząt, a ich obecność to zdecydowanie nie błogosławieństwo Taala, a raczej wpływ jednej z niszczycielskich potęg chaosu… Scenariusz jest do rozegrania w dowolnej edycji warhammera i przy niewielkiej modyfikacji w dowolnej części starego świata.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Krótkie streszczenie i pomysły na motywację – choć poleganie na tym, że postać gracza zainteresuje się tematym tylko z powodu ogólnie pojętej podejrzliwości może nie zadziałać w przypadku postaci, które nie są ciekawskie.

+ Przyjemnie nie-epicki powód przyzwania demona. Niziołek z kucharskimi ambicjami to interesująca odmiana od głodnych władzy magów i podobnych.

+/- Zawody strzeleckie wyglądają trochę jak mały poboczny quest zręcznościowy w grze komputerowej. Podczas sesji nie będą tak atrakcyjne, bo aspekt zręcznościowy odpadnie.

– Autor zakłada, że gracze nie przyjmą łapówki od szlachcica i nie zrezygnują z udziału w polowaniu. A jeśli jednak to zrobią, choćby po to, żeby zobaczyć jakie przyniesie to skutki? Co wtedy?

– I znowu – autor zakłada, że bez względu na wszystko Hans nie uwierzy BG. A co jeśli uda im się rzut na przekonywanie, do którego powinni mieć prawo?

– Gracze nie powinni zaczynać od odwiedzenia demona – to może być trudne do uniknięcia. Hasło „tajemnicza zniszczona posiadłość” to tak klasyczny trop, że wielu graczy może pójść tam dość szybko i przetrząsnąć budynek do fundamentów.

– Gracze mają niewielkie pole do popisu. Muszą tylko wejść do lasu, posłuchać wyjaśnień i… no właśnie, co? Dlaczego mieliby ingerować w układ między niziołkiem, a demonem? Jeśli nie są inkwizytorami pragnącymi tępić każdy przejaw chaosu, najprawdopodobniej ustrzelą kilka białych zwierząt, odbiorą nagrodę i ruszą w dalszą drogę. Właśnie dlatego tak istotne jest solidne przemyślenie motywacji bohaterów.

Michał Kuras

Podoba mi się brak liniowości tej przygody. Nie ma rozpisanych konkretnych scen, które muszą nastąpić jedna po drugiej. Owszem, pojawiają się krótkie opisy scen, a raczej ich propozycji, które mogą ukierunkować odpowiednio fabułę. Autorka zostawia jednak MG (oraz graczkom) dużo swobody w układaniu kolejności wydarzeń. Dobrze wygląda też opis głównego przeciwnika, również od strony mechanicznej (fajne są te nurglingi). 

Dużym plusem jest zgodność z grą: to jest scenariusz do Warhammera i należy go rozegrać w ponurym świecie niebezpiecznych przygód. Z drugiej strony jest nie od odróżnienia od innych scenariuszy warhammerowych.

Szkoda, że nie zostali opisani dokładniej kapłani Talla, wraz z czarami i zdolnościami, jakimi dysponują. Łatwo mi wyobrazić sobie sytuację, w której BG namawiają ich na większą współpracę w trakcie ostatecznej walki z demonem. W gruncie rzeczy czemu mieliby odmówić? Ze strachu o własne życie? Przecież wypełniają swoją najważniejszą misję.

Niestety jest niechlujstwo językowe, które utrudnia lekturę. Kilka przykładów:
-wioska raz nazywa się Ferrig, a raz Serrig;
– ochroniarz szlachcica w pewnym momencie zyskuje imię swego mocodawcy;
-część tekstu „Tajemniczy mieszkaniec” została ucięta w połowie zdania;
-mylenie graczy z bohaterami graczy.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, która nie wpływa jednak na moją ocenę scenariusza: szkoda że autor zdecydował się na 2 edycję Warhammera, a nie najnowszą wydaną po polsku, czyli czwartą. 

Myślę, że fani młotka z przyjemnością rozegrają tę przygodę, a sam tekst pomoże mistrzyni gry w przygotowaniu spotkania. Nie jest to jednak scenariusz, który może wygrać Quentina.

Janek Sielicki

Dobry, nieco groteskowy – w stylu Warhammera lat 90 (ale nie ‘polskiej szkoły’)– pomysł na główny wątek. Niestety, nieco się zagubił w zupie, do której wrzucono składniki. Sam pomysł jest ciekawy i łatwy do zaadaptowania do różnych warhammerowych systemów (mi jakoś najbardziej pasuje akurat do Soulbounda).
Trochę nie widzę też tych motywacji postaci. Autor pisze, że na przykład ktoś podejrzliwy ich tu wysłał, a potem zniechęca do badania bardzo podejrzanych ruin. Trochę tu też ciężko o konkretne tropy i ślady. Podobnie z motywacją demona. Co chce osiągnąć? Tak sobie siedzi w tej piwnicy bo…? Od trzech lat zaraża wioskę i nic w sumie z tego, prócz bólu brzucha, nie wychodzi?
Przydałaby się też druga grupa łowców (albo i dwie), dałoby to płaszczyznę nowych konfliktów. Kapłani Taala też są wrzuceni trochę przy okazji. Tę przygodę przydałoby się porządnie przeredagować i byłby fajny, jednosesyjny scenariusz z klasycznym potworem w piwnicy. Da się to poprowadzić, mamy statsy przeciwników, ale nie jest to materiał finałowy.

Marek Golonka

—————–

Marysia Piątkowska

—————–

Michał Sołtysiak

Scenariusz jest krótki, zwarty i dość przyjazny użytkownikowi (poza brakiem redakcji i korekty – to kuleje). To klasyczny Warhammer z odhaczonymi elementami: groteska, zaginiona wioska, zacofanym plebsem, zepsuciem i oczywiście Chaosem winnym wszystkiego. Wszystko jak trzeba w klasycznej staroświatowej przygodzie. 

Do tego autor podszedł praktycznie do konstrukcji tekstu. Mamy streszczenie, opis głównych postaci, motywacja ZŁEGO jest dość ciekawa, ale z tego może nie być długiej przygody. Moim zdaniem typowa drużyna nie będzie w stanie wykorzystać scenariusza. Podejrzewam, że poprzestaną na polowaniu i na tym się skończy.

Niestety poza typową motywacją: „CHAOS ZŁY! TĘPIENIE GO TO OBOWIĄZEK!” – nie ma tu żadnej dodatkowego pomysłu, dlaczego bohaterowie powinni przyjrzeć się bardziej białemu jeleniowi i innych albinosom. Jest duża szansa, że upolują jelenia i na tym skończą. Autor nie zadbał o wzmocnienie śladów demona Nurgla,  który wygląda, że nie jest żadnym problemem dla mieszkańców wioski. Daje moce niziołkowi, nikomu nie szkodzi. Zaś jak piszę autor o reszcie mieszkańców: „Większość posiada proste chałupy i nie reprezentują światłych umysłów.”. Demon dba o swoich, jest wręcz dobrotliwy. Złowrogość jego ogranicza się najwyraźniej do zapachu zgnilizny, ale i tak siedzi w piwnicy w lokalnej ruinie, więc to nie problem.

Autor powinien więc przemyśleć dwie kwestie:

  1. Dlaczego i jak drużyna ma odkryć demona?
  2. Na czym polega zagrożenie związane z demonem? Jeśli zaś nie jest groźny to jak to uzasadnić w ramach świata, gdzie Nurgle to jednak bóg zarazy, zepsucia, a nie miły dziadek od kompostu oraz butwiejącej ściółki.

Bardzo mi tego brakuje. Z takimi brakami QUENTINA nie będzie.

Paweł Domownik

Scenariusz bardzo warhammerowy w swojej esencji. Mamy tu polowania, lokalne święto w wiosce leżącej na uboczu no i oczywiście kultystów chaosu ukrytych pod tym wszystkim. Jeżeli chodzi o klimat, to przygoda trafia w samo sedno. Nawet zaprzedanie się nurglowi, by zostać mistrzem kucharstwa, w przewrotny sposób pasuje do młotkowej estetyki (tej groteskowej, bo jesienno-gawędowców będzie razić komizm).

Niestety scenariusz napisany jest w sposób urywany i (pun intented) chaotyczny, niektóre zdania się urywają, z kolei gdzie indziej prawie powtarza się całe akapity. Śmiem niestety twierdzić, że nikt nie przeczytał tego przed wysłaniem.

Za mało tutaj sugestii mechanicznych, mamy co prawda statblocki, ale poza tym tylko w dwóch miejscach dostajemy sugestie co do testów. A przecież są tu miejsca, gdzie aż prosi się o serię emocjonujących rzutów o wysokie stawki. Zarówno sugerowany turniej strzelecki, jak i polowanie to sceny jakby stworzone od tego, żeby przy pomocy kości budować napięcie.

Dostajemy tu sensownie rozstawioną plansze z aktorami i praktycznie żadnego wsparcia co z tym dalej robić. Te sugestie, które autor scenariusza daje, niebezpiecznie przypominają, wstawianie graczy na tory (nie pozwól im zbyt wcześnie eksplorować ruin). No przecież wiadomo, że jak BG dowiedzą się, że koło wioski są ruiny, to pobiegną je zbadać, imperatyw narracyjny tak mówi.

Mocno irytuje też sugestia, że jelenia nie da się upolować. Nie znalazłem w rozdziale 3 obiecanych informacji dlaczego. Ba nie znalazłem nawet rozdziału 3. Co do zasady jednak skoro BG przyjeżdżają na polowanie, to dajmy im, chodź małą szansę zdobyć trofeum.

To wszystko należałoby spiąć jakimś frontem rodem z AW serią wydarzeń, które będą się dziać niezależnie od graczy i zmuszą ich do działania.

W tej przygodzie jest dużo dobrych pomysłów. Nie ma za to informacji jak połączyć je w całość i jak stworzyć z nich emocjonująca historię. Dobra drużyna zmieni ją w fajną cotygodniową sesję w młotka, ale to trochę za mało.

Piotr Cichy

Tekst ma jasną strukturę, wszystko jest na swoim miejscu, łatwo się w tym zorientować i odnaleźć potrzebne informacje. W przygodzie mamy i sceny społeczne, i eksplorację, ostatecznie pewnie i walkę. Dla każdego coś miłego.

Proste, krótkie, warhammerowe. Nie jest to jakaś rozbudowana fabuła, ale powinna zapewnić rozrywkę graczom akurat na pojedynczą sesję. Twist jest trochę zbyt przewidywalny, ale przynajmniej dzięki temu gracze mogą nie mieć nadmiernych kłopotów z domyśleniem się, o co w tym wszystkim chodzi i Mistrz Gry nie będzie musiał się trudzić nad wymyślaniem podpowiedzi.

Garść całkiem barwnych NPCów, z którymi bohaterowie mogą wejść w interakcje, może zapewnić kilka zabawnych scenek. Wszyscy z rozpisaną mechaniką, co jest konkretną pomocą do rozstrzygania konfliktów (lub turniejów łuczniczych).

Trochę brakuje tu jak dla mnie jakiejś konkretnej korzyści dla graczy. Po rozegraniu tej przygody postaci graczy zapewne pozostaną równie biedne jak i wcześniej. Chyba że oszukają kogoś sprzedając mu truchło białego jelenia. Szkoda, że nie ma konkretnej informacji, ile mogą na tym zarobić (zanim oszustwo nie wyjdzie na jaw i będą ścigani listem gończym). Łatwo jest tu zarazić się jakąś chorobą przy tym całym interesie. Cóż, pasuje to do mroczno-prześmiewczego klimatu Warhammera.

Zasadniczo nie widzę większych błędów w tym scenariuszu. Sytuacja jest na tyle otwarta, że gracze mają dużą wolność, co zrobić, a to jest według mnie najciekawsze w rpg. Dobrze, że autor umieścił w puszczy kapłanów Taala – dzięki temu jeśli gracze będą chcieli wystąpić przeciwko demonowi, mają gdzie znaleźć wsparcie. Fajnie też, że przewidziana jest opcja skłócenia demona z niziołkiem – z demonem da się porozmawiać i wpłynąć na jego działania. Bardzo doceniam takie alternatywy wobec bezmyślnej walki.

Witold Krawczyk

Mam wrażenie, że to przygoda ekologiczna – demon, w gruncie rzeczy nie taki zły, traktuje mutanty jak swoje dzieci, a niziołek urządza na nie polowania, żeby jego interes się kręcił. Jako gracz chciałbym sprzymierzyć się z demonem, bardzo mi się podoba taki subwersywny Warhammer. Główny problem w tym, że scenariusz ma zawiązanie akcji i potencjalne finały, ale nie ma rozwinięcia – brakuje mi choćby pomysłów na sceny, które mogą się dziać między początkowym spotkaniem w karczmie a ostateczną konfrontacją z niziołkiem i demonem; brakuje mi pomysłów na to, jak wciągnąć w to emocjonalnie graczy, żeby zaraz po krótkim polowaniu nie poszli sobie do domu. Niemniej – jeśli MG uzupełni braki improwizacją albo własnymi przygotowaniami, z „Białego jelenia” powinna wyjść ponadprzeciętnie dobra sesja.

Andrzej Stój

Krótka przygoda do drugiej edycji Warhammera o niewielkiej objętości. Na początek miłe zaskoczenie – nadaje się do wykorzystania z dowolnymi bohaterami! Fabuła nie ma ustalonego przebiegu – grupa może (niemal) swobodnie przemieszczać się po okolicy i realizować cele według własnego widzimisię. Choć jest zaznaczone, że to przygoda do Drudycji, nie czuć tego w tekście. To bardziej swojski Mójhammer, oparty na wizji Starego Świata widzianego oczami autora.

Czytając Białego jelenia miałem wrażenie, że musiała być to dobra, cotygodniowa sesja poprowadzona w zgranej ekipie. Nic wyjątkowego, ale też nie przygoda, której prowadzący musiał się wstydzić.

Zastanawiam się dlaczego autor wybrał Dziadka Nurgle jako odpowiedzialnego za całe zamieszanie. Przemiana formy, nienaturalny wygląd bardziej pasują do Tzeentcha. Również sam charakter pragnącego sławy kucharza sugeruje, że Pan Przemian prędzej mógłby zainteresować się spełnieniem jego marzeń.

Trochę niezgrabnie została wybrana kryjówka demona (co skutkuje sugestią by MG zniechęcił graczy do eksploracji jej otoczenia – już widzę, jak ekipa odpuszcza ;)), ale to najmniejszy problem związany z tą istotą. Nie rozumiem jej motywacji. Jest inteligentna, dość silna, może robić co chce. Czemu siedzi od 3 lat na tyłu, zajmując się tylko żarciem i wybielaniem zwierząt? Wredny, cwany obżartuch powinien knuć coś za plecami kucharza. Mógłby znaleźć sobie nowych, bardziej wartościowych wyznawców i planować wystawienie (czyt. pożarcie) ambitnego niziołka. Myślę, że pewne sprawy uprościłoby podmienienie demona przedmiotem pozwalającym hipnotyzować dzikie stworzenia i pozbawiać je koloru.

Swoją drogą, prowadząc tę przygodę wprowadziłbym do niej 2-3 grupy niby-łowców, w rzeczywistości inkwizytorów, kultystów, przedstawicieli kolegiów itp. Wszyscy udawaliby zainteresowanych upolowaniem zwierzęcia błogosławionego przez Taala, a w rzeczywistości szukaliby źródła spaczenia. W takiej wersji Białego jelenia drużyna mogłaby grać rolę języczka u wagi – strona, którą by wsparli zyskałaby przewagę i prawdopodobnie osiągnęła swój cel. Oczywiście byłoby tam sporo miejsca na kłamstwa i zdrady.

[collapse]

Zielona Nadzieja

Zielona Nadzieja – Konrad Guła

Edycja: 2021

System: Cyberpunk RED

Setting: Cyberpunk RED

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1+

Dodatki: brak

Opis:

Poniższa przygoda przeznaczona jest do systemu Cyberpunk RED. Prosta struktura sprawia, że idealnie nadaje się do rozegrania z grupą, która dopiero zaczyna swoja przygode z Cyberpunkiem. Intryga nie powinna sprawiać szczególnego wyzwania dla Mistrza Gry, ale otwarta struktura wymagaċ będzie sporej dozy improwizacji i zdolności do interpretowania poczynań graczy pod kątem zaprezentowanej sytuacji.

Rozegranie przygody powinno zająć około sześciu godzin, ale oczywiście wszystko zalezec bedzie od tempa rozgrywki i ilości detali, które wprowadzi MG. Grupy, które lubują się w atmosferze i odgrywaniu postaci prawdopodobnie spędza okolo osmiu godzin rozgrywając zaprezentowana intrygę. Z drugiej strony MG może rozegrać tę przygodę w cztery godziny, jeśli skupi się na jej najważniejszych elementach i będzie odpowiednio dozować ilość informacji.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ BG są dobrze zakorzenieni w lokalnej społeczności, dzięki czemu gracze od razu będą integralną częścią świata.

+ „Tak, ale” to interesujący patent, dzięki któremu lokacja nabierze niepowtarzalnego charakteru, wciąż pozostając biedną okolicą. Mimo wszystko lepiej nie nadużywać tego pomysłu.

+ Dobrze rozpisane, zwarte streszczenie przygody z wypunktowanymi celami MG to cenna pomoc przy prowadzeniu.

+/- Dobrze, że MG i gracze mają wolną rękę w prowadzeniu śledztwa, ale zostało ono opisane trochę zbyt pobieżnie. Na jakie poszlaki mogą się natknąć? Jak mniej więcej wygląda budynek, do którego próbują się dostać? Kogo mogą tam spotkać? Jak przykładowo można przedstawić sceny pokazującą agresję gangu? Świetnie, że autor podaje cele MG, przydałoby się jednak parę sugestii, jak doprowadzić do ich realizacji.

– Jeśli gracze mają czuć się częścią lokalnej społeczności, trzeba pozwolić im, by się tak poczuli. Przydałoby się wprowadzenie, podczas którego weszliby w krótką interakcję z sąsiadami, podjęli jakąś pomniejszą decyzję, zbudowali więź z tutejszymi NPCami. Bez tego ich „tutejszość” pozostanie tylko na karcie postaci, a szkoda tracić taką okazję – jeśli gracze poczują więź z NPCami, będą mieli dodatkową, silną motywację, by zająć się sprawą Cortota, który przecież torturuje mieszkańców blokowiska.

– Zachęcanie MG, by nie planować sztywnego zakończenia jest chwalebne, ale mało pomocne. Przydałoby się kilka wskazówek, jak je poprowadzić, jeśli MG nie czuje się na siłach, by w stu procentach improwizować.

Marek Golonka

Prosty i elastyczny scenariusz, który imponuje mi staraniem, by ułatwić MG improwizację i zawsze wyjść dobrze, czego gracze by nie zrobili. Początkowa sytuacja – osiedle z działającym układem między lokalsami a bandytami i nadgorliwą ochroną, która to psuje – jest ciekawa. Nie jestem za to pewien, czy scenariusz nie zakłada zbyt szybko, że gracze staną po stronie status quo i zgodzą się szukać brudów na szefa ochrony. Przy tym – scenariusz zakłada, że z czasem mogą stanąć po jego stronie, więc nie byłoby większych problemów z prowadzeniem go postaciom, które od razu wybiorą tę drogę.

Bardzo podoba mi się to, że scenariusz przedstawia informacje do zdobycia i pomysły na to, jak je zdobyć, a nawet więcej – listę wymogów, które muszą spełnić sceny zdobywania ich, by być ciekawe. Dzięki temu czuję, że sesja na podstawie Zielonej Nadziei byłaby w całości prowadzona przez wybory graczy, ale ja jako prowadzący zawsze miałbym pomysły na ciekawe zwroty akcji. 

Zielona Nadzieja wyznacza wysokie standardy, gdy chodzi o doradzanie MG i pomoc przy improwizowaniu sesji. 

Michał Kuras

Scenariusz spodobał mi się już od samego początku. Autor często podsuwa drobne smaczki, które mają pomóc w zbudowaniu atmosfery, zaprezentowaniu zarówno miejsc (opis arkologii Zielona Nadzieja) jak i ludzi (Mekka, John) w odpowiednim świetle. Reguła „tak, ale..”, którą mają kierować się MG odpowiadając na pytania graczek o świat jest zgodna z moją wizją erpegów. 

Konstrukcja fabuły bardzo mi odpowiada. Mamy scenę wprowadzającą, w której graczki zostają wprowadzeni w sytuację, świat i zadanie. Druga część, to niczym nie ograniczona w swobodzie eksploracja, w trakcie której BG poznają lepiej sytuację, jej zawiłości, przesłuchują świadków, zdobywają tajne informacje itd. Ważne jest, że choć mamy tu olbrzymią swobodę, to MG nie jest zostawiona sama sobie: są tu podpowiedzi jak reagować na działania BG, a kilka tabel losowych na pewno ułatwi zaimprowizowanie scen. W samym finale graczki podejmują decyzję, domyślnie stając po jednej ze stron, choć łatwo wyobrazić sobie, że znajdują jeszcze inne rozwiązanie.

Bardzo dobrze, że wiele elementów ma umocowanie w mechanice gry.

Tekst nie jest pozbawiony częstego w erpegach błędu dziwnej chronologii wydarzeń. Przykład: Cortot od (dopiero) dwóch tygodni jest w Night City, ale „stopniowo pozbywa się niepożądanego elementu”. Gdyby od tygodnia z hakiem usuwał dealerów czy gangerów, to należałoby to nazwać szybkimi działaniami. Stopniowo tymczasem sugeruje wolne działanie. Jest w nim także sporo niechlujstwa, literówek i drobnych błędów, które choć nie ujmują scenariuszowi jako materiałowi na sesję, to jednak utrudniają lekturę.

Janek Sielicki

Autor nie ukrywa, że jest to prosta, startowa przygoda i wszystko jest do tego dostosowane. Rejon działania graczy ograniczono do jednej arkologii, konflikt z przygody jest istotny w tej mikroskali i ma znaczenie dla graczy, co wielokrotnie podkreślono. Decyzje Krawędziarzy mają znaczenie, a autor podrzuca tropy w czytelny sposób. Nie ma tu jakiś epickich akcji, całość przypomina małobudżetowy thriller, ale znowu – to przygoda dla początkujących. Jest tu też sporo praktycznych przykładów i narzędzi, na przykład krótki opis gości z Militechu, zmiany w mechanice NPC-ów. Najważniejsze – można prowadzić od razu po przeczytaniu. Plus za mapki!
Ale… jak na przygodę dla początkujących ciut tu za mało szczegółów. Na przykład na barki MG zrzucono wymyślenie całej arkologii, a kilka nawet kilkuzdaniowych opisów fajnych miejscówek oszczędziłoby czasu i pracy. A przecież związek BG z tym miejscem jest tu najważniejszy. Zamarzyła mi się wręcz osobna Ścieżka Życia do tej arkologii.
Praca jest też nieco niechlujna – dużo literówek, urwane zdania, brak polskich znaków. Na początku brakuje kilku zdań podsumowania o co chodzi w przygodzie.
Zielona nadzieja to całkiem dobra przygoda, ale nie do końca dla początkującego – wymaga od MG bardzo dużo własnej inwencji i umiejętnego prowadzenia, znajomości różnych technik. Próbuje uczyć i podpowiadać, oferuje przydatne elementy i trochę zakłada, że ‘no to teraz będą się kłócić’. Najważniejsze – można ją poprowadzić właściwie od ręki (jeśli jest się doświadczonym MG), wykorzystuje świat i mechanikę systemu (są Architektury, duży plus!), ale też nie oferuje nic nadzwyczajnego. Jednak im więcej o niej myślę, tym bardziej mi się podoba, właśnie za małe „Night City” – idealne na pierwszą przygodę.

Marysia Piątkowska

bardzo fajna praca, klarowna, zwięźle przedstawiona, nie gubiłam się w wątkach i wydaje mi się, że Autor to: po pierwsze doświadczony MG, a po drugie odrobił lekcje z komentarzy do prac Quentina z poprzednich lat oraz – chyba oglądamy podobne prelekcje 😀
Tak czy siak nie jest to przygoda napisana dla początkujących graczy, doceniam luz i pewność siebie oraz kontrolę treści Autora, ale skoro zaznacza, ze to historyjka dla początkujących, to powinien bardziej postarać się nakreślić szczegóły i trochę „pomóc” lub „poprowadzić za rękę” początkujących MG, którzy nie zjedli zębów na improwizacji podczas sesji.
Ale, serio, podobało mi się.

Michał Sołtysiak

Po lekturze muszę od razu powiedzieć jedno: to bardzo dobra, niedopracowana przygoda. Jest potencjał, jest pomysł, ale jak to mówią, trzeba go jeszcze czymś obudować. Tutaj zabrakło tej pracy. Jeśli jednak Cyberpunk w edycji RED będzie się rozwijał w kierunku tworzenia „lokalności”, tak jak w tym tekście, to zostanę jego wielkim fanem.

Urzekła mnie bowiem idea cyberpunka, gdzie nasi bohaterowie mają dom, nie muszą wybijać się jak kometa w dżungli megalopolis, ale są związani ze swoim blokiem, ulicą etc. Są u siebie, a nie pomykają anonimowo, licząc na wybicie się na billboardy. Poza już nie jest wszystkim, dom jest.

Tylko, że po tym zachwycie przyszło zastanowienie, że brakuje scen budujących obraz świata i plastycznego tło. Autor pisze o lokalności, ale nie tworzy więzi dla bohaterów, choćby jednej sceny, gdzie mogą poczuć się w swoim domu, gdzie znają ludzi itd. Można to było chociażby osiągnąć przez stworzenie po kilku BN-ów-mieszkańców arkologii, którzy by znali i lubili naszych cyberpunków, byli im coś winni, wdzięczni, znali ich z dzieciństwa etc. Podobnie konflikt nie jest zbudowany na pokazaniu różnych punktów widzenia, gdzie bohaterowie usłyszą opinie na temat, będą mogli zbudować swoje własne zdanie przed finałową walką itd. Wiem, że to nudne opisać kilkunastu nudnych BN-ów bez statystyk, dla scen socjalnych i wymyślić ich powiązania z bohaterami graczy, wiem, że sceny socjalne mogą być nudne, a Cyberpunk ma być szybki. Na Quentina jednak potrzebne jest nie tylko stworzenie fajnego pomysłu, ale również pokazanie sprawnej jego realizacji i tworzenie motywacji dla postaci. Mają na koniec zdecydować i wybrać jedną ze stron. To zaś wymaga zbudowania dla tego wyboru fundamentów. Jeśli zaś mają się czuć u siebie, potrzebują kotwic i korzeni fabularnych. Tu mi tego wszystkiego zabrakło.

Polecam jednak, jako ciekawy pomysł, po dopracowaniu, powinien hulać i pozwolić na stworzenie niezapomnianej sesji, bardziej dramatycznej i przejmującej, niż zwykła strzelanina, gdzieś na ulicach Night City.

Paweł Domownik

Zielona nadzieja to jednocześnie bardzo prosty i bardzo ciekawy tekst. Czwarty scenariusz w tym roku i pierwszy z porządnym wstępem. Kawa na ławę wyjaśnia, o czym jest przygoda, podsumowuje, co nas czeka dalej.

Bardzo podoba mi się, jak scenariusz buduje świat. Przywiązanie graczy do jednej Arkologi to super zabieg, jednocześnie pokazuje gigantyczną skalę osiedla przyszłości i wiąże BG z fabułą. Stawka nie jest byle jakie osiedle — ale ich dom.

NPC-e nie są może szczególnie wydumani, ale to porządne cyberpunkowe klisze, z którymi każdy mg będzie wiedział co zrobić.

Materiał ma świetną otwartą strukturę. Tak że chwilami bardziej niż scenariuszem nazwałbym go hackiem oryginalnej gry czy po prostu poradnikiem. Żeby nie było, to są bardzo dobre rady, ale trochę niewystarczające. Gdyby do dobrej zasady jak budować NPC dodać jeszcze tabelkę — generator takowych nie miałbym więcej pytań. Tak czuje, że jednak mg jest za bardzo pozostawiony samemu sobie. W końcu po to sięga po gotowy materiał, żeby część roboty odwalić za niego.

Mechanicznie wszystko jest bardzo fajnie ogarnięte. Chyba wolałbym jednak przykładowe stopnie trudności dla niektórych działań (jak w Lady Blackbird) od wymyślania nowych ogólnych zasad wyliczania stopnia trudności.

Jeżeli chodzi o plota, jest on raczej klasyczny, BG muszą rozpoznać nową siłę na dzielnicy i zdecydować co z nią zrobić. Finał będzie wybuchowy, choć mam wrażenie, że byłby jeszcze mocniejszy, gdyby mocniej zagrać konsekwencjami wyboru na dalsze życie BG. W końcu sprawa toczy się o ich dom.

To, czego jeszcze zabrakło to jakiegoś plot twista, nagłej zmiany optyki czy zaskoczenia, którą można by wrzucić pod koniec gry. Niestety w tej wersji jest od początku do końca dość przewidywalne.

Strasznie narzekam, ale to dlatego, że Zielona nadzieja bardzo mi się podoba i chciałbym, żeby była jeszcze lepsza. To fajny nowoczesny materiał, gdyby dawał nieco więcej wsparcia, na etapie szukania brudów, byłby pewnym kandydatem do finału.

Piotr Cichy

Bardzo fajny, zgrabny mały scenariusz o przejrzystej strukturze. Wie, o czym jest, skupia się na najważniejszych elementach. Gracze mają jasny cel, a przy tym dużą wolność w zdecydowaniu, co zrobić z sytuacją, którą poznają.

Widać, że autor jest doświadczonym Mistrzem Gry. Rady jak prowadzić scenariusz są bardzo dobre. W tekście zawarto kluczowe informacje potrzebne na sesji, z sugestiami jak improwizować resztę.

I tutaj jest mój największy kłopot z zaprezentowaną pracą. Jest idealna dla kogoś, kto umie dobrze improwizować cyberpunka, ale daje za mało wsparcia dla osób mniej biegłych w tej konwencji. Uważam, że warto było zamieścić więcej wsparcia dla potencjalnego MG, który by to chciał prowadzić – więcej propozycji scenek (tabela wydarzeń jest tu dobrym narzędziem, ale raczej uzupełniającym), a przede wszystkim więcej gotowych NPCów. Oczywiście postaci graczy mogą mieć swoje kontakty, znajomych i inne postaci tła, wymyślone przez graczy. Ale przesłuchując świadków podczas prowadzonego śledztwa dobrze byłoby mieć na podorędziu garść takich przykładowych postaci. Nie potrzeba pełnych rozpisek ani niczego w tym guście. Wystarczy parę zdań – imię lub ksywka, wygląd, co osoba myśli o całej sytuacji (choćby skrótowo imieniem jednego z głównych NPCów – że popiera jego punkt widzenia), jakaś ciekawostka, którą można wpleść w scenę. Zbiór takich przykładowych NPCów zająłby pewnie stronę tekstu, więc nie rozdmuchałby nadmiernie objętości pracy, a byłby bardzo przydatny.

Bez tego główna część przygody, śledztwo, jest w dużej mierze do wymyślenia przez MG. Bardzo dobrze, że autor stworzył listę informacji, które można zdobyć i drugą z potencjalnymi sposobami ich zdobycia. Także tabelka do losowania wydarzeń jest bardzo dobra. Bez tego w scenariuszu ziałaby poważna dziura. A w tej chwili mamy solidne rusztowanie i pozostaje jedynie wypełnić je konkretnymi scenami. Jeśli MG umie zręcznie improwizować w konwencji cyberpunka, to nie potrzebuje niczego więcej. Ale myślę, że dla wielu osób to będzie za mało.

Świetnym przykładem problemu jest sekcja Zakończenie. Autor stawia bardzo dobre pytania wskazując, żeby opowiedzieć o konsekwencjach wyborów graczy. Przydałoby się dodać kilka propozycji odpowiedzi, żeby ułatwić robotę MG, zwłaszcza, że podstawowych możliwości, co zrobią bohaterowie, nie ma aż tak dużo. Dałoby się do każdej coś podrzucić.

Podobnie z sugestiami, żeby odmalować na tyle plastycznie arkologię i jej mieszkańców, żeby przejąć ich losem graczy. Mamy w tekście jeden akapit w otwierającej scenie, który daje fajną wskazówkę, w jakim kierunku powinno się to robić na sesji. Ale dla mnie jest tego za mało.

W tekście zostało dużo literówek, przydałaby się lepsza korekta. Podobnie jest problem z polskimi znakami w niektórych użytych czcionkach.

Schludne, funkcjonalne mapy – przydatna sprawa, ale nie wnoszą znacząco wiele do scenariusza. Może warto było dodać parę szczegółów, a nie zostawiać tylko sugestii, żeby MG dodał je w opisie? Niekoniecznie na mapkach, może jakaś tabelka ze scenografią w tekście?

Bardzo fajnie dobrane obrazki do głównych NPCów, świetnie pasują.

Przygoda, którą dość trudno byłoby wpleść w toczącą się kampanię, ale może być wyśmienitym początkiem nowej lub satysfakcjonującym jednostrzałem.

Witold Krawczyk

Bardzo mi się podobają porady odnośnie prowadzenia i improwizacji – wyglądają oryginalnie, śmiało i grywalnie, kojarzą mi się z grami PbtA. Myślę, że sprawdzą się jako poręczna i nowatorska alternatywa dla scenariusza-śledztwa rozpisanego trop po tropie. Bardzo podoba mi się też otwarcie się na wybory graczy i na losowość, a także, co równie ważne – skupienie się na dramaturgii (przygoda ma ze trzy zwroty akcji, stawiające graczy przed nowymi decyzjami: ujawnienie zbrodni Cortorta, ujawnienie ucisku wprowadzanego przez gang, konflikt Johna i Mekki). 

Brakuje mi w Zielonej Nadziei konkretów i szczegółów odnośnie tła przygody (np: co dokładnie złego robi gang Bullet Hall? Czym napotkani przez BG ćpuni, pozerzy, gangsterzy różnią się od stereotypów, jakie pierwsze przyjdą do głowy MG? Blizna po kuli na ręce jest spoko, ale poproszę o więcej). Brakuje mi też korekty językowej.

Jednak ogólnie ten scenariusz jest nowatorski, grywalny, emocjonujący.

Andrzej Stój

Upadająca arkologia, niszczejące bloki, ciągnące się w nieskończoność klatki schodowe z odłażącym płatami tynkiem, wszechobecne ćpuny („kierowniku, poratuj pan piątką…”). Znany i lubiany krajobraz, tło w sam raz do przygody, w której bohaterowie muszą wziąć na celownik nowoprzybyłego pracownika korporacji, burzącego ustalony porządek.

Początkowo nie kupiłem pomysłu na Zieloną nadzieję, ale po przeczytaniu całości uważam, że jest całkiem niezły. Sprzeczne interesy i brak jednoznacznie dobrej/złej strony sprawią, że Krawędziarze prawie na pewno poszukają rozwiązania najlepszego dla nich (przy czym dla każdej drużyny będzie to coś innego). Autor narzuca na grupę niewielkie ograniczenie (bycie mieszkańcem tytułowej arkologii), ale nie jest to coś, czego nie da się ominąć – choć szczerze przyznam, że jako MG nie miałbym nic przeciwko rozpoczęciu kampanii właśnie tym materiałem.

Zielona nadzieja ma jednak pewne wady. Największą jest brak konkretów. MG sięgający po ten tekst nie dostaje gotowca, tylko szkielet do obudowania. Z jednej strony, autor daje sensowne rady (np. by nie tracić czasu na scenki z BNami, którzy nie mają nic do zaoferowania). Z drugiej, przykładów ich zastosowania jest bardzo mało. Sięgając po gotową przygodę nie chcę czytać o tym jak tworzyć ciekawe postacie tła, tylko je dostać. Swoboda w środkowej części (kiedy ekipa gromadzi potrzebne informacje) jest dobra, ale zrzucanie większości pracy na barki MG już nie. Szkoda, że nie pojawił się tu opis choćby pięciorga przykładowych informatorów z charakterem.

W tekście jest sporo literówek, z których tylko część jest z gatunku nie podkreślonych przez edytor tekstu. „Ć” zmienia się w „c”, „ś” w „s”, słowa są źle odmieniane… nie wpływa to na zrozumienie tekstu, ale irytuje – bo przecież gdyby ktoś poza autorem przeczytał tekst, wychwyciłby większość bez problemów.

Myślę, że oceniłbym tę przygodę wyżej, gdyby autor zadał sobie trud wyręczania prowadzącego z najcięższej pracy. Szanuję otwartość Zielonej nadziei, nie wymaga ona jednak ograniczenia się do ogólnych wskazówek. Wystarczyłoby dać trzy konkretne informacje i dodać do każdej z nich trzy sposoby (osoby, miejsca, sprzęt komputerowy) dotarcia do nich by większość roboty MG mieli z głowy. Pomóc tu mógłby ktoś, kto oprócz autora przeczytałby Zieloną nadzieję (patrząc na literówki i inne błędy zgaduję, że tak się nie stało). Podsumowując – pomysł z potencjałem, nad którym trzeba było jeszcze trochę popracować.

[collapse]

Krwawa mgła

Krwawa mgła – Aerthevist

Edycja: 2021

System: D&D 5ed

Setting: Klasyczne fantasy

Liczba graczy: 4-5 postaci na 5. poziomie.

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1+

Dodatki: Mapy: krypta, osada

Opis:

Przygoda dla 4-5 postaci na 5. poziomie. Drużyna będzie musiała przeprowadzić śledztwo, aby ustalić, co wydarzyło się w niewielkiej osadzie i następnie zneutralizować wszystkie zagrożenia. Istotną kwestią jest mierzenie upływu czasu.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Zwięzłe, jasne streszczenie tła fabularnego.

+ Zestaw haków fabularnych! MG będzie miał większą łatwość we wpleceniu przygody do swojej kampanii.

+ Jasne, zwięzłe i łatwe do szybkiego znalezienia informacje dotyczące postaci i wydarzeń.

+ Wydarzenia urozmaicające śledztwo, takie jak próba linczu na zielarce (i ewentualna konfrontacja z jej duchem) wprowadzą do sesji nieco życia i większą sprawczość graczy.

+/- Scenariusz oferuje dość poprawną przygodę, ale pomysł jest jednak zbyt prosty, aby praca trafiła do finału. Gracze prowadzą śledztwo, mogą zapobiec linczowi, odkrywają sprawcę morderstw i zabijają potwory.

– Dwie próby linczu na jednej sesji mogą być trochę monotonne, nawet jeśli szanse potencjalnych ofiar są różne 😉

Marek Golonka

—————————

Michał Kuras

—————————

Janek Sielicki

Na pierwszy rzut oka całkiem niezły scenariusz, jednak taki bardziej „warhammerowy” niż dedekowy. Autor zakłada bardzo rozbudowane śledztwo, ale mam mocne przeczucie, że większość drużyn od razu pomaszeruje na cmentarz. W dodatku przygoda zakłada, że mgła poluje co 3-4 dni – przez ten czas drużyna zdąży już wszystko dokładnie przeszukać, odpocząć i właściwie zawsze będzie w pełni sił.
Problemem są też przeciwnicy – 5 ghouli i boss, czyli mgła (SW 3!) to jest nic dla drużyny na 5. Poziomie. A w wiosce mieszka jeszcze mag, którego przecież drużyna może przekonać do pomocy (choć przygoda z góry zaznacza, że nie, ale jak dobrze rzuty kośćmi/targi pójdą, to co?). Do tego kilka wyzwań w nieciekawie zaprojektowanych podziemiach. Problemem może być też to, że mgła występuje tylko w MTF i część polskich graczy nie będzie miała jej statystyk.
Zdecydowanie brakuje tu czegoś więcej, prawdziwego zagrożenia (np.: mgła się mnoży, przywraca życie wampirowi-który-jednak-nie-zginął, to mag wynajął niziołki i teraz ściemnia).
To mogła być fajna, klasyczna przygoda: tajemnica-śledztwo-lochy, odkrycie prawdy (np. tego ściemniającego maga), powrót do wioski i rozstrzygnięcie. A wyszło dużo pisania, które pewnie się większości drużyn nie przyda.

Marysia Piątkowska

Pierwsze, co rzuca się w oczy to eskalacja konfliktu i konstrukcja śledztwa. Dostając na pierwszy rzut oka i ucha informacje o rozkopanych grobach, ciężko, żeby gracze chcieli krok po kroku odkrywać intrygę, skoro odpowiedz czai się tuż za rogiem. Z opisu wynika tez, że mgła „wtargnęła” do domów, co oznaczałoby, że nie miała zaproszenia. Autor mógł pominąć ten szczegół na potrzeby przygody, bo ewidentnie jest niespójność – dla mnie nie jest jasne, jak w takim razie mordowała osoby we śnie.
Poza tym, przygoda, jak na jeden prosty wątek, wydaje się przyjemna i łatwa, w sam raz na niedzielne popołudnie. Wampiry w tle, mrok, horror. To też, jak dla mnie, bardziej warhammer niż DD, ale nie widzę problemu, żeby rozegrać tę przygodę w ravenloftowych klimatach. Intrygi w wiosce vs większe zło, ot tyle. Szukałabym większej stawki i jakiegoś twistu z tą historyjką. Nie widzę tej pracy w finale, ale jeśli Autor trochę podszkoli warsztat, to za rok, why not 🙂

Michał Sołtysiak

Przygoda do DnD, która pachnie Warhammerem na milę i to taką staroświatową. Mamy niziołki – hieny cmentarne, wampiry, ghule, generalnie nierozgarniętych chłopów, krasnoluda alkoholika itd. itp. Można się fajnie bawić, ale najpewniej krótko.

Autor niestety bowiem wierzy w prawo przekory, że jak gracze usłyszą o nekromantach, rozkopanych grobach na cmentarzu, ghulach na cmentarzy, martwym grabarzu – krasnoludzie – alkoholiku na cmentarzu i wampirach, które mogą wstać na cmentarzu; to na pewno nie pójdą na cmentarz.

Opisał dużo tropów dodatkowych, ale brakuje czegokolwiek poza przekorą u graczy, co popchnie drużynę do eksploracji czegoś więcej niż mogilnika (bo ile razy można powtarzać cmentarz).

Moim zdaniem sesja najpewniej będzie krótka, nasi łowcy wampirów pójdą na cmentarz, a dwie trzecie tekstu przygody się nie przyda.

Ciekawy jestem jak wyszło podczas testów autorowi. Może ma przekornych graczy? Ja jednak całkiem poważnie ocenię, że przygoda akurat na typową sesję, może być fajnie, ale bez rewelacji, no i Quentina za nią nie będzie. I niestety nie piszę tego z przekory.

Paweł Domownik

Parafrazując Gombrowicza: „Krwawa mgła” to pierwszorzędna przygoda drugorzędna. Prosta, przyjemna i bardzo porządnie napisana.

Bohaterowie mają tu do eksploracji świat małego miasteczka, nękanego przez nieumarłych. Samo backstory ma mocno warhammerowy vibe i chyba jest jedną ze słabszych części tej przygody. Dostajemy parę sensownych zahaczek jak wprowadzić graczy w otwartą strukturę.

Przygoda bardzo fajnie gra Twin Peaksowym motywem odkrywania kolejnych warstw i zdobywania wiedzy. Wielu mieszkańców miasteczka skrywa sekrety, na które wpaść mogą BG. Bogini questów pobocznych Inconsequentia też obficie pobłogosławiła ten tekst, szkoda, że są one nieco komputerowe w swoim charakterze. To, co chętnie bym tutaj zobaczył to tabele plotek i generator „zwykłego mieszkańca”.

Świetne jest to, że działania graczy, a zwłaszcza opóźniania się z wykonaniem głównego zadania będzie miało wpływ na sytuację w wiosce. W miarę pojawiania się kolejnych ofiar mieszkańcy będą burzyć się coraz bardziej, aż wreszcie zmienia się żądny krwi tłum, który z widłami i pochodniami będzie szukał ofiar.

Olbrzymi plus za mechaniczne obrobienie przygody. Wszyscy NPC-e mają stat bloki, wszystkie ważne testy podane poziomy trudności. Można nie lubić DnD, ale prawdą jest, że wymaga ono pewnej dyscypliny w używaniu mechaniki, która bardzo się przydaje przy spisywaniu scenariuszy.

Na Pewno prowadzącemu ułatwiłoby, gdyby w jednym punkcie/infografice było podsumowanie tego, jakie wydarzenia zachodzą w kolejnych dniach w różnych wątkach.

Dlaczego ta przygoda raczej nie wejdzie do finału? Niestety to wszystko już było, to tekst świetnie spisany, ale niestety stosunkowo mało nowatorski. Nie ma tu świeżych pomysłów, które sprawią, że krzykniemy WOW! CHCETO.

Brakuje też jakiegoś mocniejszego akcentu na finał. Ot bohaterowie przybyli, rozwiązali problem, odjechali dalej. Grałem dziesiątki takich przygód i świetnie się przy nich bawiłem, ale kurcze w Quentinie chciałbym zobaczyć coś więcej.

Bardzo polubiłem krwawą mgłę. Gdyby choć trochę wychodziła poza klasyczne schematy, spokojnie miałaby szanse na finał. To i tak kawał bardzo fajnej roboty i bardzo chętnie zobaczę kolejną pracę autorki/autora za rok.

Ps. i trzeba by jeszcze trochę lepiej dopasować przeciwników pod względem CR.

Piotr Cichy

Prosta przygoda, ze śledztwem, które dość łatwo rozwikłać. Wydaje się dobrym materiałem na jednostrzał.

Fajnie dobrany główny antagonista, dość rzadki potwór. Dobrze, że wśród plotek jest część, która podrzuca fałszywe tropy. Myślę, że prowadząc ten scenariusz warto je wykorzystać, żeby nie było zbyt prosto, żeby gracze mieli powód pokręcić się trochę po wiosce i pogadać z NPCami,a nie od razu skierować się na cmentarz, który trochę za bardzo od razu wygląda najbardziej podejrzanie.

Próba linczu na zielarce, to dość sztampowa scena. W bardzo wielu przygodach o wiosce na uboczu pojawia się coś takiego. Nie wiem, czy nie można było wymyślić jakichś ciekawszych wydarzeń w wiosce. Ale dobrze, że narastające gniewne nastroje w osadzie stanowią swego rodzaju zegar odmierzający czas, jaki drużyna ma na zlikwidowanie zagrożenia. Ograniczony czas pomaga zbudować napięcie.

Uważam, ze załączona do scenariusza schematyczna mapa okolicy (w Paincie czy czymś podobnym) jest zupełnie w porządku. Lepsza jest taka, niż żeby jej w ogóle nie było. Daje wyobrażenie o wzajemnym położeniu miejsc i to jest najważniejsze. Można jeszcze było na nią nanieść domostwa zabitych osób, żeby sami gracze mogli skojarzyć, że leżą one dość blisko cmentarza.

Jest podana nazwa sąsiedniej wioski Nowe Mszczonowice, a nie ma tej, gdzie dzieje się akcja.

Doceniam zamieszczenie linków w tekście – przydatna sprawa.

Szkoda, że nie jest wskazane, w którym podręczniku można znaleźć danego potwora. Np. tę główną wampiryczną mgłę – jest w Mordenkainen’s Tome of Foes, jakby ktoś jej szukał. Bez statystyk potwora nie da się poprowadzić tej przygody.

Spodobała mi się sugestia przy oblanym teście przy oględzinach trupa: „Jest taka blada, musiało coś ją przerazić”. Fajna zmyłka.

Mam tez parę wątpliwości odnośnie logiki scenariusza. Dlaczego jeśli bohaterowie zaczną walkę z mgłą na cmentarzu, automatycznie przybędą też ghule? Jeśli mgła nie może wejść nieproszona do pomieszczenia, to w jaki sposób wdziera się do domów ofiar?

Dobra przydatna przygoda. Do wykorzystania na sesji. Żeby mogła powalczyć o finał Quentina, trzeba by ją znacząco rozbudować – dodać więcej wątków, utrudnić śledztwo, dorzucić niebanalnych pomysłów.

Witold Krawczyk

Scenariusz jest czytelny i bardzo szczegółowo opisany – gotowe poziomy trudności i zestawienia tego, co kto wie w wiosce, powinny sprawić, że przygodę będzie prowadziło się prosto i bezstresowo (chociaż – z nosem w tekście); to dobry scenariusz dla MG, który nie lubi improwizować. Podoba mi się, że śledztwo jest wyzwaniem – jednak z drugiej strony celnych poszlak jest niewiele i obawiam się, że gracze utkną wśród fałszywych tropów, a na Mgłę wpadną przypadkiem. Jest też chyba dziura w fabule – jak Mgła mogła zabijać ofiary, skoro nie może wejść do domu nieproszona? Ogólnie – brakuje mi też trochę barwnych postaci, sytuacji zapadających w pamięć, silnych emocji.

Andrzej Stój

Krótka przygoda do piątej edycji Dungeons & Dragons, teoretycznie przeznaczona dla postaci na 4-5 poziomie (ja bym go obniżył do trzeciego). Niewielka objętość i skupienie na konkretach to zdecydowane atuty tego tekstu. Bardzo pozytywnie odebrałem też pomysły na zawiązanie akcji – Krwawa mgła nie potrzebuje gotowych bohaterów i nie musi się opierać na schemacie awanturników do wynajęcia. Autor podaje kilka pomysłów na powiązanie historii z cudzymi kampaniami – pomysłów dość ogólnych, ale nie banalnych.

Przygoda to ambitna próba stworzenia śledztwa w D&D (w dodatku z prawdopodobnym dostępem do czarów III kręgu – jeśli grupa jest na 5. poziomach). Niestety próba średnio udana, bo sprowadzająca się do spaceru po wiosce i udania się na miejsce, z którego prawdopodobnie morderca się wydostaje. Nie prosta struktura jest jednak największą wadą tekstu, a zaprzeczanie samemu sobie przez autora. Wampiryczna mgła nie może wejść do domostwa bez zgody mieszkańca (co nawet zostało ujęte w tekście), tymczasem ta konkretna wchodzi bez pytania, wypijając do sucha kolejnych mieszkańców wsi.

Zastanawiam się też nad wykorzystaniem zasad. Nie mam nic przeciwko rozszerzaniu mechaniki przez autora, ale w przypadku Krwawej mgły mam spore wątpliwości co do mistrzowskiej broni (zapewniającej dodatkowy punkt obrażeń) albo Błogosławieństwa trwającego do świtu. Nie wiem też z jakiego powodu ktokolwiek miałby płacić magowi za identyfikację magicznych przedmiotów. Gdybym miał zgadywać, strzeliłbym, że autor przeniósł do 5e rozwiązania znane z 3.0/3.5.

Krwawa mgła nie wydaje mi się też przygodą będącą odpowiednim wyzwaniem dla drużyny choćby na czwartym poziomie doświadczenia. Kilka ghuli, dwa szlamy i “boss” o SW 3 to żaden przeciwnik.

[collapse]

Chaos przypełza we śnie

Chaos przypełza we śnie – Mikołaj Bizoń

Edycja: 2021

System: Zew Cthulhu 7 ed

Setting: USA, Egipt, lata 20. XX wieku

Liczba graczy: 3+

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 3-4

Dodatki: brak

Opis:

Przygoda stawia na klimaty orientalne, w szczególności egipskie i te związane z Krainami Snów. Jest to początkowo dość spokojna podróż w złote piaski, która okaże się jedną z tych pamiętanych przez całe życie. To także okazja na zawarcie znajomości z Nyarlathotepem i Starszą Boginią Bastet.
Scenariusz rekomenduję przede wszystkim dla tych Strażników, którzy tak, jak ja chcieliby przeprowadzić bitwę w ramach Zewu Cthulhu, ale jak dotąd nie było okazji.
Ten scenariusz stwarza taką okazję, a konkretnie możliwość wzięcia udziału w odwiecznej wojnie ziemskich kotów z Kotami z Saturna. Jeżeli więc chcesz, aby Twoi gracze poprowadzili swoje ludzko-kocie regimenty z Ultharu wprost na Miasto Księżycowych Bestii – to scenariusz dla Ciebie.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Intrygujący pomysł na backstory z dość nietypowym paktem.

+/- Jeśli sam autor przyznaje, że podróż do Egiptu może być nudna (a więc nie wnosi niczego do scenariusza), spokojnie można zacząć opis przygody od dotarcia na miejsce.

– Tło fabularne opisane jest dobrze, ale zabrakło streszczenia samej przygody.

– Pierwsza część przygody jest dość monotonna. BG chodzą, oglądają postacie i wydarzenia, słuchają co inni mają do powiedzenia, zwiedzają loch, w którym tylko dostają questa, śnią, wykonują polecenia. Słowem – nie mają co robić i o czym decydować.

– Przyjazna i otwarta rozmowa z Nyarlathotepem, w dodatku na tak wczesnym etapie przygody, niezbyt dobrze mieści się w gatunku. Od typowo zewowych wykopalisk przeskakujemy od razu do klimatów rodem z high-fantasy (quest od bóstwa, Krainy Snów, armia Kotów, smok…). Bardzo prawdopodobne, że gracze nagle poczują ogrom groteski. Jeśli to pulp, warto byłoby zaznaczyć to na początku i dostosować wstępne sceny do konwencji.

– BG nie mają żadnego powodu, by przyjmować questa od Nyarlathotepa. Powodzenie lub porażka w bitwie nie mają szczególnego wpływu na ich życie.

Marek Golonka

Autor we wstępie przyznaje, że od zawsze chciał zobaczyć bitwę na sesji Zewu Cthulhu. Wymyślił ciekawy powód, by bitwa się odbyła, i sięgnął po klasyczne wątki Krainy Snów.

Sądzę, że bitwa między siłami Badaczy i Kotami z Ultharu a Kotami z Saturna może być świetną sceną. I dlatego, że jest barwna i ciekawa, i dlatego, że pozwala zaangażować się w mity Cthulhu w sposób znany z opowiadań Lovecrafta, ale rzadko eksploatowany na sesjach. 

Zarazem mam wrażenie, że po scenariuszu widać, że jest przygotowany z myślą o tej jednej scenie – wszystko przed nią to właściwie ciąg rozmów i podróży, które prowadzą Badaczy ku polu bitwy, ale nie dają im wielu wyborów czy okazji do wykazania się. Boję się, że urocza i innowacyjna scena bitwy nie będzie miała efektu, który mogłaby mieć, bo będzie poprzedzona 2 godzinami podróży, w której gracze są raczej pasażerami, niż kierowcami.

Może lepiej byłoby zacząć już w Ultharze, w kilku zdaniach wyjaśnić, że Nyarlathotep i Bastet i krainosnowe, mniej obce Mity Cthulhu, po czym zacząć bitwę? Wtedy gracze cały czas byli by zaangażowani w to, po co ten scenariusz powstał.

Michał Kuras

——————————

Janek Sielicki

Niecodzienne założenie przygody (kocia wojna). Trochę fajnych szczegółów archeologicznych. Scenariusz wygląda na śmiechową, bardzo pulpową przygodę (choć autor/autorka nigdzie o tym nie wspomina). Badacze rozmawiają z bogami (siema ziom Nyarl), trafiają do fantastycznych światów no i oczywiście prowadzą bitwę. I to chyba głównie o tę bitwę tu chodzi. Autor podaje całą listę ulepszeń i proste zasady. A przy okazji wszystko dzieje się w Krainie Snów, więc wszystko jest nie do końca prawdziwe. Chyba niepotrzebna jest cały wątek podróży na początku (co autor sam przyznaje), a i w samym Egipcie specjalnie nie ma dużo do zrobienia.
Przygoda ma bardzo określony target: jest dla osób marzących o wielkiej bitwie kotów. I pewnie takim osobom się spodoba.

Marysia Piątkowska

—————

Michał Sołtysiak

Czego tu nie ma? Jest Koleś Nyrlathothep i piękna Bastet, loty na smoku, kocie bitwy, Flinders Petri we własnej osobie. Brakuje tylko lotu na Księżyc, bo Krainy Snów to jednak nie ten kaliber. Generalnie bym się doskonale bawił, gdyby nie ewidentne lekceważenie autora dla tworzenia fabuły. Badacze skaczą z Egiptu do Krain, spotykają przyjaznych Wielkich Przedwiecznych i nic tu tak naprawdę nie jest z Mitów, ale pretekstowe, żeby pokazać bitwę kotów w Krainach Snów, bez jakiegoś mocnego przekonania do 7 edycji Zewu Cthulhu. Mam wrażenie, że wybór systemu był pretekstowy, żeby zawrzeć Egipt i koty. Bo jak zrobić koty bez Bastet. Nawet skany charakterystyk są z podręcznika Krainy snów do 5 edycji, a mechanika bitwy choć zgrabna, to jednak sprawia, że w pewnym momencie będziemy mieć system bitewny lub planszową bitwę, gdzie perki (zalety oddziałów) są jak dodatkowe moce z kart.

Przyjazny Nyrlathothep to zaś bardzo odważny pomysł. Nigdy sobie nie wyobrażałem go w roli przyjaznego diabła Boruty, który jest sympatyczny i tak naprawdę mało groźny. 

Brakuje też korekty językowej, bo niestety olśniewającą fantasmagorycznością idea bitwy kotów nie uzasadnia braków warsztatowych. Quentina nie będzie.

Paweł Domownik

Ta praca ma wyraźny problem ze zdefiniowaniem swojej konwencji. Balansuje pomiędzy realistycznym ktulu a niesamowitą pulpą. Gdyby zdecydowała się na jedną z nich, byłoby znacznie lepiej.

Na początku dostajemy dość zachęcającego blurpa. Nie jest to taki zupełnie profesjonalny wstęp, ale nie jest źle. Główny pomysł na przygodę opierający się na układzie z diabłem w typie Pana Twardowskiego też jest bardzo fajny, choć diabłem w tym układzie jest Nyarlathothep.

Wyrzuciłbym z sesji cały pierwszy fragment, cała podróż do Egiptu z liczeniem kosztów i pouczanie graczy o zasadach dla turystów w państwach arabskich nic nie wnosi do sesji. Trochę bez sensu są też postacie archeologów i profesora, którzy ich tam ściągają. Swoja droga autor nie przewiduje, że zareagują oni jakkolwiek na znalezienie wielkiego przedwiecznego i odlot na smoku z wykopalisk.

Mapy lepiej opisywać mniej więcej w kolejności eksploracji 1 wejście -> 99 final boss. Tak jest trochę zamieszania. Poza tym po są wszystkie pomieszczenia, jeżeli ciekawe rzeczy dzieją się tylko w jednym?

Poza eksploracja lochu przygoda jest to bólu liniowa. Od tego momentu to ciąg lokacji ustawionych na torach. Fakt, że część tych lokacji jest kosmicznie ciekawa, niespecjalnie to ratuje.

BG mogą się wykazać w zasadzie w jednym punkcie: bitwy o miasto. Zamiast jednak dać się wykazać kreatywności graczy, scenariusz zmienia to w opiłowanego bitewniaka. Jak fajnie rozegrać taki motyw niech autor/ka rzuci okiem na przygodę „Czarci piach” autorstwa Jaxy, która bardzo fajnie to rozwiązuje.

Na koniec jeszcze Scenariusz mówi nam, że Bastet może zrobić, co chce, niezależnie do tego, czy graczom się uda, zapraszając mistrza gry do obrabowania graczy z sukcesu. To bardzo niedobra maniera — jeżeli gracze wypełniają questa, powinni dostać nagrodę. Inaczej raczej nie będą chcieli wziąć kolejnego.

Nie rozumiem tej pracy. Zupełnie serio nie jest w stanie stwierdzić czy napisana jest ona na serio, czy to raczej piętrowa piramida ironii. Jeśli to jest pisane na poważnie, to nie powinniśmy mieć tam „generała Mrau” i latania smokiem po Egipcie i pogawędki z Nyarlathotheepm przy herbatce. Jeżeli to jest pisane i grane for the lulz to po co mi dokładne wyliczenia kosztów podróży i „Bhp w krajach arabskich”?

Scenariusz to tekst użytkowy, instrukcja obsługi. Jeżeli nie wiem co mam wg niej zbudować, to nie mogę dać mu wysokich ocen.

Piotr Cichy

Centralny pomysł scenariusza bardzo fajny, ale cała reszta wymaga głębokich poprawek.

„Możliwość wzięcia udziału w odwiecznej wojnie ziemskich kotów z Kotami z Saturna” – super! To naprawdę dobra zachęta do zainteresowania się tą przygodą. (Wyprawa w Krainy Snów, żeby pobawić się z kotkami.)

Opis podróży do Egiptu jest, mówiąc wprost, źle napisany. Albo trzeba to było w ogóle pominąć podsumowując 2-3 zdaniami, albo autor powinien wymyślić jakieś faktycznie interesujące sceny związane z fabułą przygody. W tej chwili to chaotyczny zbiór jakichś losowych informacji, na podstawie których trudno poprowadzić coś ciekawego.

Dodatek o zachowaniu wśród Arabów raczej niepotrzebny.

Brakuje za to jakiegoś szerszego opisania sytuacji na wykopaliskach. Postaci graczy będą wysłane same, aby zbadać nowoodkryty grobowiec? Rozumiem, że miejscowi mogą obawiać się tam wejść. Ale archeolodzy, którzy go odkryli, Europejczycy, też nie chcą zbadać jego wnętrza?

„Wchodzicie do środka. […] jesteście bojowo przygotowani do spenetrowania wszystkich zagadek, jakie się tu czają”. Nie powinno się takich stwierdzeń umieszczać w opisach do przeczytania graczom. Może ich postaci wcale nie są bojowo przygotowane? Może wchodzą ostrożnie, niepewnie, z przestrachem? To gracze odpowiadają za swoich bohaterów i to oni powinni opisywać swoje akcje i nastawienie.

Kolejność opisania komnat w grobowcu jest mało przyjazna. Wygodniej byłoby oznaczyć wejście numerem 1 i potem w kolejności od tego miejsca.

W scenariuszu nie jest napisane, co zrobić jak graczom nie uda się otworzyć wejścia do grobowca. Ja rozumiem, że to dosyć łatwe, ale może tu być problem.

Zresztą niedługo potem mamy jeszcze trudniejszą zagwozdkę. Brakuje dobrego powodu, dlaczego gracze mieliby pomóc Nyarlathotepowi. Bez tego mamy gwałtowny koniec scenariusza. Zdecydowanie przydałoby się lepsze przemyślenie tej sceny przez autora scenariusza.

Dlaczego opis wejścia do Krainy Snów ma być tylko dla jednego gracza? Przecież wszyscy tam podróżują.

„Oczywiście ich głowy upstrzone są kilkunastoma mackami.” Cóż, to Zew Cthulhu, macki są oczywiste.

Szykowanie armii kotów do bitwy to najfajniejszy moment całej przygody. Można pomyśleć, pokombinować, zastanowić, co z obszernej listy przyda się najbardziej. Co prawda albo warto by dodać jakieś konsekwencje nieudanych rzutów, albo w ogóle je odpuśćmy i gracze mogliby swobodnie wybrać ulepszenia poszczególnych oddziałów (odpowiednio długo testując i tak zdobędą te, na których im zależy). Szkoda, że jednak autor nie dorzucił gotowej mapy, gdzie ma się rozegrać bitwa. To najciekawszy punkt przygody, można to było jeszcze ulepszyć.

Trochę absurdalny scenariusz, podejrzewam, ze taki miał też być w zamyśle autora. Ale tak czy siak powinno się go dużo lepiej przygotować. W tegorocznej edycji Quentina jest sporo humorystycznych prac, ale większość z nich jest lepsza od tej.

Witold Krawczyk

Podoba mi się główna atrakcja przygody – bitwa w Krainach Snów. Mechanika wygląda przyzwoicie, rozmach przypomina mi „W poszukiwaniu nieznanego Kadath”, poziom detalu jest niski – ale bitwa to samograj, obstawiam, że jeśli graczy przekona nieortodoksyjna przygodowa konwencja, będą się nieźle bawić. Z drugiej strony – graczy będzie ciężko zmotywować do rozpoczęcia przygody (nikt nie ufa Nyarlathotepowi!), a finałowe wyrywanie duszy z Bogu ducha winnego (dosłownie!) badacza brzmi niezbyt atrakcyjnie po heroicznym dowodzeniu kocim wojskiem. Do tego – aż do przygotowań w bitwie gracze w zasadzie nic nie muszą robić, tylko przyjmują questy i oglądają krajobrazy. Proponowałbym jednak skupić się na samej bitwie, dać graczom silne motywacje, dzięki którym naprawdę zapragną dokopać księżycowym bestiom, a całość uzupełnić zwrotami akcji i dającymi okazje do działania spotkaniami w Krainach Snów.

Andrzej Stój

Na początku muszę pogratulować autorowi odwagi. Napisał bezkompromisową przygodę do Zewu Cthulhu, która mimo tradycyjnego początku i nadużywanej zahaczki, szybko wykoleja się z torów klasycznego śledztwa. Dziękuję też za napisanie przygody pod dowolne (tu jedynym wymogiem albo nawet sugestią jest, by byli to bardziej doświadczeni Badacze) postacie – trudniej jest napisać konkursowy tekst, który postawi takich bohaterów w centrum wydarzeń, niż przygodę z gotowymi postaciami.

Chaos jest dość liniową przygodą, ale za wyjątkiem jednego momentu (kiedy decyzja Badaczy może zakończyć ją zanim się na dobre zacznie) nie przeszkadza mi to. Jeśli ST uda się zainteresować drużynę fabułą – co w praktyce zależy od tego czy gracze uznają, że ich bohaterowie chcą się mieszać w cudze sprawy (i zawieszą niewiarę, bo powiedzmy sobie szczerze – istoty z Mitów, które tu się pojawiają zachowują się baaardzo dziwnie) – akcja powinna potoczyć się mniej więcej tak, jak zakłada autor.

Mam problem z akceptacją wizji Nyarlathotepa i Bast zaprezentowaną w tekście. Sprowadzeni do roli “questgiverów” tracą swój urok, stają się ludzcy i naiwni. Wydaje mi się, że autor nie poradził sobie też do końca z wprowadzeniem Badaczy. Bo jest tak – doświadczeni bohaterowie, którzy pewnie od lat walczą z nieziemskimi istotami nagle mają dogadać się z dwoma z nich po to, by inny człowiek (również kawał twardziela) stracił duszę? W takiej przygodzie na sto procent gdybym akceptował misję, to tylko po to, żeby dać Nyarlowi pstryczka w nos. Siadając do prowadzenia tej mocno pulpowej przygody musiałbym podmienić wątek Seta/Skorpiona – zapewne dopasowałbym go do drużyny.

Sądzę, że przygoda zyskałaby gdyby wyrzucić z niej egipskie wprowadzenie i skupić się na wątku Krain Snów, te zaś potraktować bardziej na serio (wydarzenia z tej części przygody trudno traktować na serio). Przygotowania do bitwy są w przygodzie ledwo zarysowane, a samo starcie zgodnie z sugestią autora powinno być poprowadzone mocno taktycznie. Wolałbym zamiast współczynników armii dostać kawał tekstu pomagającego ST pociągnąć wątek gromadzenia i szkolenia wojska.

Na koniec mała perełka – pomysł z nagrodą w postaci shantaka transmutowanego w psa jest ekstra!

[collapse]

Wiecznie żywy

Finalista

Wiecznie żywy – Sebastian Pośpiech

Edycja: 2021

System: Zew Cthulhu 7 ed

Setting: Polska, lata 50. XX wieku

Liczba graczy: 2-4

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Wiecznie żywy, to krótka i prosta przygoda dla Zewu Cthulhu 7ed. osadzona w Polsce w 1948r. Gracze są przedstawicielami SB (Wydział X) i mają za zadanie dowiedzieć się dlaczego pewna
wieś niedaleko Częstochowy bez szwanku przetrwała wojnę. Przygoda ma charakter pół-otwarty, to znaczy, że gracze mają swobodę w poruszaniu się po okolicy, ale jednak ich zadanie wiąże ich z miejscowością, do której przybyli.
Przygoda przeznaczona jest dla 2-4 graczy, którzy z systemem nie mają wiele doświadczenia.
Sama przygoda może zostać poprowadzona zarówno jako lekka parodia konwencji strasznego Zewu, albo zupełnie na poważnie.
Wydział X (dziesiąty) to komórka SB, zajmująca się sprawami nie dającymi się opisać znanymi prawami rządzącymi światem. To taka PRLowska wersja amerykańskiego Archiwum X. Więcej o Wydziale X przeczytasz w podręczniku Cienie Tatr.

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Interesujący pomysł na pakt kultystów i jego skutki uboczne.

+ W ogóle podoba mi się koncepcja na „mylące miasteczko”, jako gracz byłabym zaintrygowana jego dziwnością i chciała odkryć jej powód.

+ Dużo dobrze przemyślanych szczegółów spójnych z założeniami przygody – dziecko, które Bareja wykorzystuje jako „medium”, chłopak, który zginął na wojnie, bo nie był przyzwyczajony do zagrożenia itp. Takie elementy świetnie budują świat i nadają mu autentyczności.

+ Barwni, żywi NPCe zaprojektowani tak, by wchodzić w ciekawe interakcje z graczami.

+ Przydatny zestaw scen powiązanych z miejscami to dobra baza dla MG.

+/- Skoro przygoda może być poprowadzona na poważnie, Bareja powinien mieć jednak jakieś inne imię, żeby nie wytrącać graczy z nastroju i konwencji za każdym razem, gdy ktoś o nim wspomni.

– Poza motywacją numer 5 wszystkie pozostałe są nie tyle motywacjami, co powodami, dla których BG pracują jako agenci. „Nie chcesz wychodzić przed szereg”, czy „pragniesz bezpieczeństwa sojuszników” nie jest celem do osiągnięcia, od którego zależy dalszy los postaci, a raczej tłem fabularnym lub charakterologicznym. Całkiem dobre motywacje mają za to poszczególni NPCe.

– Poszczególne sceny opisane są dobrze, ale brakuje ogólnego szkieletu struktury, który ułatwiłby MG ich uporządkowanie.

Marek Golonka

Solidne śledztwo, które może i rozbawić graczy, i dostarczyć im wyzwania. Podoba mi się to, że sesja jest raczej komiczna, ale nie banalna, a także to, że gracze mogą na koniec podjąć różne decyzje, a kosmiczna groza nie jest tu do końca jednoznaczna. 

Mam za to wrażenie, że trochę brakuje tu absurdu. Skoro patronem sesji jest Bareja (a na to wskazuje nazwa Przedwiecznego), przydałoby się pociągnąć groteskę trochę bardziej, sprawić, by pomylonych sytuacji było więcej i były bardziej intensywne. Sądzę, że to by się dało zrobić bez uszczerbku dla grywalności sesji.

Podsumowując: podoba mi się to, że scenariusz w funkcjonalny sposób serwuje nietypowy pomysł, ale wydaje mi się, że specyfikę i humor problemu z „Wiecznie Żywego” możnaby pociągnąć o wiele dalej.

Michał Kuras

Mimo tego, że mam mocno ugruntowaną niechęć do PRL’u i wszystkiego co jest z nim związane, to przygoda spodobała mi się. Przede wszystkim przemawia do mnie konstrukcja scenariusza: mamy sytuację początkową, w którą wrzucamy Badaczki i Badaczy Tajemnic i to od nich zależy jak się sprawy potoczą. Taki start sprawia, że jako MG nie muszę (a nawet nie mogę) planować kolejnych scen i to mi się podoba.

Choć lubię dostać do ręki przykładowe karty postaci (a tu ich nie dostałem), to przykładowe motywacje dla nich (zamieszczone w scenariuszu) już wprowadzają punkt zaczepienia dla graczek. Sam zaproponowałbym rozdanie ich losowo.

Scenariusz posiada zalety, które doceniam: jest nieprzegadany, zawiera to co potrzebne do rozegrania sesji i niewiele więcej, napisany czytelnie i wygodnie dla czytelnika. Życzyłbym sobie, żeby wszystkie scenariusze miały te cechy. 

Janek Sielicki

Bardzo dobry wstęp i nakreślenie sytuacji. Mamy motywacje postaci (na ile wpływają na grę) i listę przydatnych umiejętności (to w ZC bardzo przydatne!) oraz ładną mapkę. Autor dobrze wykorzystuje mechanikę gry (podobał mi się zwłaszcza pomysł czytania od tyłu i zdobywanie nie konkretnych informacji, tylko odpowiadanie na pytania gracza). Przygoda jest dobrze przedstawiona – mamy przedstawienie sytuacji, opis BN-ów, miejsc i wydarzenia oraz podsumowanie.
W założeniu ma to być trochę pastisz i film Barei, jednak widzę tu pewien problem. Celowe frustrowanie graczy często źle się kończy! W dodatku, komizm u Barei wynikał z absurdalnej rzeczywistości polski lat 80-tych, lata powojenne były trochę mniej „zabawne”.
Przygoda jest okazją do poznania mniej krwiożerczego przedwiecznego i dość oczywistym rozwiązaniem jest dogadanie się z nim, choć tu mogą namieszać motywacje postaci, jeśli używamy tych dołączonych do scenariusza. Śledztwo jest bardzo proste. To dobrze napisana, łatwa przygoda, dobra do poprowadzenia na przykład z seniorami – nie epatuje grozą, ma styl „samych swoich” i da się ją skończyć w 2-3 godziny.

Marysia Piątkowska

Bardzo fajna przygoda, poprawnie skonstruowana i z oryginalnym, parafrazującym polską kulturę pomysłem. Osobiście, bardzo lubię takie zabawy cross-erpegowo-kulturowe, choć często takie przedsięwzięcia kończą się na samym pomyśle, a z wykonaniem i utrzymaniem klimatu jest już gorzej. Tutaj Autor, moim zdaniem, sprostał wyzwaniu. Oczywiście, brakuje mi jeszcze dociśnięcia tej absurdalnej śruby i uwydatnienia tego oryginalnego pomysłu, ale rozumiem bezpiecznie założenie Autora, który być może bał się 'przedobrzenia’ z mylnymi tropami – bądź co bądź to może konfundować i zmęczyć graczy, niezależnie czy settingowo jest to akuratne 😉 Klarowność i zrozumienie przebiegu story to jednak podstawa. Dlatego, trochę obawiam się poziomu mylności tropów w praktyce.

Intryga jest prosta, do rozwiązania prowadzi mnóstwo tropów, a epilogów mamy kilka i wydają się one logiczne – bardzo chętnie sprawdzę te przygodę w praktyce, bo wydaje mi się ona fajna, krótka, przyjemna i łatwa do poprowadzenia.

Michał Sołtysiak

Autor podjął się karkołomnego zadania połączenia Wydziału X z hołdem dla geniusza polskiej komedii – Stanisława Barei. Wprawdzie wybrał jako tło 1948 rok, kiedy to nikomu raczej nie było do śmiechu, bo to krótko po wojnie, czasy stalinowskie i generalnie „komunizm wprowadzany bez jakichś dyskusji z Polakami i bez miłosierdzia”.

Mamy agentów Wydziału X SB, utrwalaczy nowej władzy. Mają zadanie do władz PRL. Jest bowiem wieś spokojna ale niewesoła, taka wręcz nijaka. Jest też związana z nią tajemnica dręcząca dowódców SB. Zadaniem jest rozwiązanie zagadki spokojnego przetrwania przez jej mieszkańców całej wojny, bez strat i zniszczeń. To zrodziło podejrzenie o kolaboracji. Nasi Badacze mają to sprawdzić. No i mają dopilnować, żeby ewentualne przydatne informacje i dobra zostały przekazane na chwałę Nowego Ustroju.

Autor dopiął wszelkich starań, żeby dać wszystkie potrzebne narzędzia dla graczy i Strażnika. Znajdziemy to opisy najważniejszych postaci, ich motywacje i wyjaśnienia prawie wszystkiego. Jest też pewien autorski pomniejszy Przedwieczny, który należy do tych mniej groźnych. Generalnie można go nazwać leniwym pasożytem. 

Bardzo fajny scenariusz, bardzo dobrze się go czyta, chce się prowadzić i grać w niego. Tylko, gdy głębiej się zastanowić, jak go najlepiej poprowadzić, to nie ma tu za grosz „absurdalnego poczucia humoru Barei”, nie ma tu kretynizmów rzeczywistości i opadających rąk, na skutek urządzania się w czarnej rzeczywistości i dopasowywania się ludzi do bezsensu.

Autor chyba pomylił Stanisława Bareję z Sylwestrem Chęcińskim, ale nawet wtedy nie oddała poetyki „Samych swoich”. Jeśli postacie mają irytować i oddawać klimat groteski, mają być satyrą na wieś polską, to powinniśmy mieć sąsiadów walczących o miedzę, inteligent zafascynowanego statystyką i hasłami komunizmu, starszych ludzi z cwaniactwem w stylu „sprawiedliwość sprawiedliwością, ale musi być po naszej stronie!”, etc. Obraz wymaga takich detali, żeby był plastyczny i miał właściwą atmosferę. Wiadomo, to ambitne założenie, ale powoływanie się na Bareję zobowiązuje. Podobnie brakuje czegoś dla agentów Wydziału X, żeby pokazać w krzywym zwierciadle propagandę i zaślepienie powojennych służb bezpieczeństwa. Nie mamy poradnika dla agenta SB, co powinni robić i mówić, co im na szkoleniach wtłaczali. Wystarczyłoby kilka bon motów w stylu „A chcecie żeby czasy panów dziedziców wróciły?!”, „Teraz wszyscy będą równi, a my tej równości będziemy bronić do krwi ostatniej!”, „Komunizm to wcielone dobro, w przeciwieństwie do tych waszych zabobonów z cerkwi, to znaczy kościoła! etc. To mają być agenci SB, a dopiero później Wydział X. Tego się nie czuje.

Pomysł fajny, wykonanie gorsze. Szkoda, bo gdyby autor dał nam to co obiecuje imię Przedwiecznego i klimat wsi, to byłby Quentin. Teraz, niestety może dotrze do finału, ale dla mnie jest jednak zbyt niedopracowany.

Paweł Domownik

Przygoda wykorzystuje znany i lubiany motyw małego miasteczka, które w zamian za spokój i pomyślność oddaje dziesięcinę mrocznej i przedwiecznej istocie. Umieszcza go w ciekawych settingu końcówki lat 40 w PL. To otoczeni fajnie synchronizuje z głównym tematem scenariusza. Miasteczko przeżyło wojnę prawie nienaruszone. Musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a jego mieszańcy stoją na rozdrożu.

Ciekawi NPC-e i doskonały sposób ich opisania to jedna z silniejszych stron tego scenariusza. Nie ma ich przy tym zbyt dużo a ci, którzy są, tworzą zalążki interesujących konfliktów. Do generowania postaci tła dostajemy przydatną tabelkę.

Scenariusz jest super opracowany mechanicznie. Bardzo podoba mi się, że autor/ka pamiętał/a o zasadzie fail forward. Chętnie powitałbym za to konsekwencje, innego rodzaju niż jechanie po hapach to ostatnie zmieni sesje trochę w survival horror.

Podoba mi się otwarta struktura tego scenariusza. Nic tu nie jest narzucone, a siła napędzająca sesje jest eksploracja miasteczka i powiązań miedzy jego mieszkańcami i przedwiecznym. Nie ma tu wyraźnych strzałek mających plot tędy. Przy tym MG nie jest zupełnie pozostawiony samemu sobie.

Nie jestem pewien co do elementów humorystycznych. Z jednej strony dodają one materiałowi świeżości. Z drugiej nie wiem, czy wersja w pełni na poważnie nie byłaby mocniejsza.

Dorzuciłbym do scenariusza to jakiś front, który sprawiałby, że sytuacja eskaluje w miarę zbliżania się do limitu 5 dni. Fajnie byłoby to też zgrać z jakimś mocniejszym akcentem na koniec.

Wiecznie żywy to ciekawa otwarta fabuła. Nie ma żadnych poważniejszych wad, a swoje mocne strony wykorzystuje bardzo dobrze. Może spokojnie powalczyć o dobre miejsce w finale.

Piotr Cichy

Podobnie jak „Czyste rączki”, które wygrały Quentina 5 lat temu, mamy tu Cthulhu z dużym przymrużeniem oka. Zaczynając od tytułu (bynajmniej nie chodzi tu o Lenina), przez gospodę Czerwony Śledź, aż po przedwieczne bóstwo, którego nazwę wymawia się „Bareja”. Na początku autor sugeruje, że można ten scenariusz poprowadzić na poważnie, ale raczej należy to potraktować tylko jako kolejny żart. Przyznam, że osobiście nie jestem fanem takiego żartobliwego Cthulhu, ale doceniam konsekwencję autora.

Motyw autystycznego dziecka jest nieoczekiwanym dość nieprzyjemnym zgrzytem. Przydałoby się jakieś ostrzeżenie. Na szczęście w praktyce jest to mało eksplorowane i raczej przykryte przez opętanie przez Pradawnego, co może paradoksalnie jest mniej problematyczne.

W 1948 roku nie było jeszcze Służby Bezpieczeństwa (powstała dopiero w 1956 r.). Imiona NPCów też nie bardzo pasują do tamtej epoki.

Zabawne spojrzenie na polską prowincję, w tym pomysł z wygłuszeniem emocji. W scenariuszu „Fotograf”, również nadesłanym w tym roku na Quentina, mamy nadnaturalną niemoc – interesujące jak w danym roku powtarzają się pewne wątki, podobne pomysły pojawiają się w podobnym czasie w umysłach twórców.

„Dobry” Przedwieczny niezbyt pasuje do Mitów Cthulhu. Z drugiej strony, nieźle się wpasowuje w prześmiewczą konwencję tego scenariusza.

Bardzo podoba mi się tabelka z pozostałymi mieszkańcami wioski. Mamy gotowe imiona i nazwiska, jakbyśmy ich potrzebowali, czym się zajmują w danej chwili, żeby zaimprowizować małą scenkę spotkania z nimi i odesłanie do głównych NPCów, żeby fabuła mogła płynnie toczyć się dalej. Można też było dodać orientacyjny wiek osoby i jakiś charakterystyczny rys wyglądu. Ale i tak doceniam pomysł na umieszczenie takiej tabelki w przygodzie opartej na śledztwie. Uważam, że powinien to być obowiązkowy element takich scenariuszy.

Fajne są też propozycje scenek w każdej lokalizacji. Ożywia to przygodę i daje sugestie, jak wykorzystać głównych NPCów w działaniu.

Prosta zgrabna mapka pozwala się zorientować, co gdzie się mieści. Niestety nie zaznaczono na niej, gdzie mieszka Antoni Lichwa.

Nie testowałem tego scenariusza w praktyce, ale wydaje mi się, że wymagane poziomy testów są zbyt trudne. Za to doceniam pełną rozpiskę mechaniczną głównych NPCów i pomysł, że do jaskini w lesie można też dotrzeć totalnie oblewając wszystkie testy Nawigacji. Zabawne rozwiązanie pasujące do komediowej konwencji, a jednocześnie jest jakimś remedium na wysoki poziom trudności. Podobnie, oblewając wszystkie testy w szkole, można dostać podpowiedź. Podoba mi się taki przewrotny pomysł.

Dobra przygoda dla graczy, którzy nie zrażą się komediową konwencją w Zewie Cthulhu.

Witold Krawczyk

Miks stalinizmu, komedii i przedwiecznego Barei stwarza dość ekscentryczny, ale też oryginalny klimat, z ludzkimi tragediami i slapstickowymi żartami obok siebie. Luźna struktura przygody jest otwarta na działania graczy i pozwala na swobodną eksplorację wsi. Śledztwo nie powinno utknąć w martwym punkcie – choćby dlatego, że oprócz głównego Przedwiecznego gracze mają poboczne tajemnice do odkrycia (topienie broni, tożsamość Witolda). Podoba mi się, jak opisana jest zamieszkująca wyższe wymiary istota, chociaż moim zdaniem – brzmienie imienia „Bareja” może zburzyć klimat sesji. Brakuje mi trochę szczegółów o tym, jak wieś przetrwała okupację – to o to właśnie gracze będą wypytywać miejscowych. Niemniej „Wiecznie żywy” to barwna, dobrze napisana przygoda.

Andrzej Stój

Wydział X po raz kolejny w akcji. Wiecznie Żywy to kolejna historia o agentach SB tropiących niewytłumaczalne, tym razem w jednej z podczęstochowskich wsi – wsi, która nietknięta przetrwała całą wojnę.

„Przygoda może zostać poprowadzona zarówno jako lekka parodia konwencji strasznego Zewu, albo zupełnie na poważnie” pisze autor we wprowadzeniu, a zaraz potem dodaje „Cała wioska zawdzięcza spokój (…) Wiecznie Żywemu Ba’Rey’Ah”. Sceny, jakimi świadkami będą bohaterowie również trudno ocenić w kategorii grozy.

Zostańmy więc może przy parodii.

Oczywiście potrafię sobie wyobrazić poprowadzenie Wiecznie Żywego nie jako polskiej, prlowskiej komedii z nadnaturalnym wątkiem w tle, a konkretnego horroru, ale trzeba by napisać przygodę prawie od zera. Ocenię więc to, co znajduje się w tekście.

A tekst opowiada ciepłą historię Przedwiecznego, który po prostu nie chce głodować i robi wszystko by dobrze się działo jego pupilom – dwunogom zdolnym odczuwać emocje, które są dla niego pokarmem (hej, to nie Wielki Przedwieczny, tylko horror z Earthdawna!). Druga Wojna Światowa wyczerpała jego siły, więc we wsi, której mieszkańcy zapewniają mu żywność, nie ma już takiej jednomyślności jak kiedyś.

Wiecznie Żywy jest przygodą otwartą. ST dostaje opis wioski, jej mieszkańców, propozycje scen oraz potencjalne zakończenia (dogadanie się potwora z władzami PRL to świetny motyw!). Wszystko to, przy odrobinie dobrej woli graczy i wyczuciu konwencji komedii barejowskiej przez prowadzącego, powinno dać kilka godzin fajnej zabawy. W tekście są fajne patenty (np. sposób porozumiewania się Przedwiecznego przez Michasia), ale też kilka wymagających modyfikacji albo zmiany. Np. widok mostu w odbiciu w wodzie powie bohaterom, że dzieje się tu coś dziwnego, ale nijak nie wpłynie na przebieg śledztwa. Przeczytanie dziennika Witolda to utrata 1k10 + 1k8 Poczytalności. Sporo. Nagroda niby jest, ale zabrakło tu opisu snów, wyjaśnienia dlaczego po przeczytaniu pamiętnika postać nagle wie gdzie spoczywa Przedwieczny.

Podsumowując, Wiecznie Żywy to sprawnie nakreślona, przyjemna historia, wymagająca od drużyny jedynie nieco dobrej woli i zgody na rozegranie polskiej komedii z mackami w tle. Grałbym.

[collapse]

Tadeusz wajchę przełóż

Tadeusz wajchę przełóż – Tadeusz Gąsior

Edycja: 2021

System: Wolsung, Magia Wieku Pary

Setting: Slawia

Liczba graczy: 2-5

Gotowe postacie: nie

Liczba sesji: 2

Dodatki: brak

Opis:

Niezwykłe Damy i Dżentelmeni zostają poproszeni o rozsądzenie waśn i, która toczy się między dwoma szlacheckimi rodami Slawii. Przedmiotem kłótni jest Zamczysko Orzeszków, znajdujące się we wsi Gromnicówek. Niestety, sprawy szybko przybierają niepokojący obrót…

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Zestaw ogólnych motywacji ułatwi MG dopasowanie przygody do członków drużyny.

+ Interesujący pomysł na przerobienie „Pana Tadeusza”.

+ Ciekawie zaprojektowane sceny dobrze oddające ducha mechaniki systemu.

+ Drobne konsekwencje wynikające z przebiegu poprzednich scen.

+/- Świetnie, że mamy streszczenie backstory, ale choć jest stosunkowo krótkie, można pogubić się w natłoku informacji i przerobionych nazw własnych. Lektury nie ułatwia też konieczność szukania przypisów do „zainteresowanych” i „nadprogramowych”.

+/- Zbytnie podobieństwo NPCów do postaci z „Pana Tadeusza” może zaspoilować graczom niektóre informacje. Nie dość, że Spowiednik Chrabąszcz ewidentnie jest księdzem Robakiem, to w dodatku ma przeszłość bardzo podobną do przeszłości swojego pierwowzoru.

– Dyskusja o wyższości jednej kultury nad drugą jest trochę wepchnięta na siłę. Boruta nie ma właściwie żadnego powodu, by proponować BG taką konfrontację, a sama rozmowa wydaje się mocno wyrwana z kontekstu.

– Scenariusz jest trochę zbyt liniowy i zakłada, że gracze nie będą w stanie powstrzymać pewnych wydarzeń. Co jeśli na widok znikającego w alternatorze Gromnicy zażądają konfrontacji, by np. powstrzymać arcyhrabiego przed zrobieniem tego samego?

– Nie wszystkie elementy scenariusza są zrozumiałe. Jak nieprzytomny arcyhrabia stracił przytomność i czemu znalazł się z Gromnicą w alternatorze? W jakim celu skorzystał z maszyny? Dlaczego na Amelinię rzucono iluzję i czemu zniknęła razem z Gromnicą i arcyhrabią podczas grzybobrania?

– Zabieranie żetonu za opieszałość nie brzmi fair i za bardzo opiera się na uznaniowości MG.

– Dlaczego Gromnica użył alternatora, skoro ktoś taki jak on po skorzystaniu z niego odmłodzi się i straci wspomnienia? Może nie wiedział o tym? Zabrakło informacji dla MG.

Marek Golonka

Scenariusz, który wydaje mi się fascynującą pocztówką ze złotych lat 1. edycji Wolsunga, ale też pokazuje pewne jej mankamenty.

Wyzwania są barwne, zabawa mechaniką jest ciekawa, nowe dodatki do niej – oryginalne i kreatywne. Sęk w tym, że w materiałach do Wolsunga 1.0/1.5 (w tym, przyznaję, części moich) te elementy służyły do zabawienia graczy w rolach pomocników BNów, i tu niestety jest tak samo. Od pierwszej sceny, w której Damy i Dżentelmeni mogą dzięki rzutom i kartom uratować kapelusz Arcyhrabiego, do wymagającego wyrzucenia 50 pokonania Boruty, postaci pomagają w rozwiązaniu cudzych problemów. 

Nie jest to trudne do naprawy. Skoro scenariusz i tak zakłada szukanie dziedzica za granicą, nie ma większego problemu z tym, by także Damy i Dżentelmeni okazali się niespodziewanie spokrewnieni z kluczowymi postaciami. Albo i więcej – skoro to jednostrzał, to zgodnie z sugestiami innych jurorów bez problemu można by po prostu powierzyć tu główne role graczom. 

Tadeusz, wajchę przełóż! to korowód ciekawych wyzwań, które pozwolą graczom dobrze się bawić elastyczną i zostawiającą duże pole do popisu mechaniką pierwszego Wolsunga. Wydaje mi się jednak, że skorzystałby na mocniejszym powiązaniu Dam i Dżentelmenów z opowieścią – a wtedy spokojnie mógłby się ukazać na DriveThru czy itch.io, licencja Wolsunga 1e na szczęście na to pozwala. 

Michał Kuras

——————————

Janek Sielicki

Zabawa konwencją i Mickiewiczem sprytnie dopasowana do gry. Wielka szkoda, że BG są osobami z zewnątrz, a nie ważnymi elementami historii! Dużo tu miałem momentów „o, to fajne” (np. rozegranie poloneza jako sposobu na kilka pogłosek), są zabawy mechaniką (zbieranie grzybów).
Do sceny 4 jest bardzo dobrze – taka jazda kolejką przez wesołe miasteczko. Jednak gdy wchodzi podróż w czasie i śledztwo sytuacja robi się nieco zagmatwana. Przeniesienie w czasie to długa scena, taki przerywnik animowany: dzieje się dużo, a BG mogą tylko patrzyć.
Jednak ta przygoda to taki fajny ciąg mniej lub bardziej półotwartych, dynamicznych scen – chodzi o to, żeby pośmiać się i przeżyć przygodę w rytmie 13-złgoskowca
Podoba mi się.

Marysia Piątkowska

Podróże w czasie przeważnie wywalają logikę scenariusza, czego bardzo nie lubię, bo robi się niespójność i bałagan. Początek i przebieg wydarzeń do momentu cofania się w czasie wyglądają bardzo zgrabnie, a rekontekstualizacja Mickiewicza bawi mnie do łez w tym pozytywnym znaczeniu! Uwielbiam takie adaptacje, szkoda, że w tej przygodzie bohaterowie graczy nie mają za wiele do powiedzenia. Na pierwszym planie jest anturaż i zamysł Autora, wielka szkoda! Niemniej, z wielką przyjemnością czytałam ten dobrze skrojony tekst i szczerze mówią – zagrałabym. To bardzo dobrze przedstawiony Wolsung, którego mechanika wspiera to, czego zabrakło w zamyśle przygody – bohaterów. Niestety, ale to za mało.

Michał Sołtysiak

Bardzo chciałbym napisać, że ten scenariusz jest dobry. Mamy tu Wolsunga w całej jego okazałości, pełnego żartobliwości, brawury i akcji. Rzecz dzieje się w Slawi, czyli swojsko jak nie wiem. Inspiracją przepajającą cały tekst jest „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. Autor doskonale sparodiował postacie z naszego narodowego dzieła. Jest fajowo w założeniu.

Tylko, że wolałbym przeczytać dobre opowiadanie, a nie zastanawiać się nad tym, że tak naprawdę nasi bohaterowie graczy powinni być na pierwszym planie, a nie są. Sa tylko widzami i mają wspierać prawdziwych główny bohaterów. Bycie w centrum dla drużyny w Wolsungu jest obowiązkowe. Gracze odgrywają głównych bohaterów. To na nich skierowane są reflektory. Nie są pomagierami i nie są tylko wsparciem głównych protagonistów. Czemuż, jak to jednostrzał, gracze nie odgrywają postaci z Pana Tadeusza? Troll klucznik, półelfka Telimena, mroczny Placek (Soplica) itd. To drużyna marzeń i wtedy byłoby świetnie, akurat na Quntina, bo autor umie pisać i tworzy świetne sceny. Tylko, że postacie z książki są to jedynie Bohaterowie Niezależni, a gracze wcielają się w drugi plan. Smutno mi, bo to byłoby coś i wtedy byłby to prawdziwy scenariusz do Wolsunga, a nie udawany, jak jest teraz. Podstawowa zasada systemu została złamana – bohaterowie nie są na środku sceny, w świetle reflektorów. Wielka szkoda.

Paweł Domownik

Scenariusze osnute wokół tekstów kultury są trudne i często nie wychodzą, zwłaszcza kiedy sprowadzają się do odegrania z góry założonej fabuły. „Tadeusz” na szczecie nie jest odtwórczym scenariuszem. To śmiała reinterpretacja, która jest najlepsza, kiedy wychodzi poza oryginał, a przegrywa, tam, gdzie się go kurczowo trzyma.

Przykładem tego drugiego jest tło, które w normalnym scenariuszu określiłbym jako straszliwe przekomplikowane. Sytuacje trochę ratuje fakt, że część tej historii gracze będą zapewne znali. Nie pomaga tęż, że sporą jej część dostaną w jednym infodumpie od trolla.

Niestety też można mieć poczucie, że kto inny jest bohaterem tej historii. Centrum wydarzeń i emocji są Placek, Arcychrabia i inni bohaterowie z dramatu. BG są zaledwie ich pomagierami.

Strasznie mi się podobała scena otwarcia – niby klasyczne poznajecie ważnego BN-a w pociągu, ale świetnie rozegrane. Jest akcja, są stawki, jest przygoda. I tak jak i całej reszcie przygody jest świetne opracowanie mechaniczne. Autorka/autor w ogóle ma dobrą rękę do drobiazgów — mechanika tańczenia Poloneza sprzyja poznawaniu NPC-ów i zmienia statyczną ucztę w fajną scenę. Zasady grzybobrania wplatają element rywalizacji.

Koncepcja podróży w czasie jest świeża i wymyślona tak, że przydziela Bohaterom graczy centralną rolę w wydarzeniach, które chcą zmienić. To jest moment, kiedy wyjdą na pierwszy plan — szkoda, że dopiero w finale. Ten zresztą może dać wiele satysfakcji, mimo iż jest dość ciężki mechanicznie.

Duże plusy za porządne wprowadzenie i streszczenie, dzięki którym od razu wiemy, z czym mamy do czynienia.

Fragment ze śledztwem jest porządnie przygotowany. Choć bez większych błysków.

Mam tęż wrażenie, że nieco za dużo tu NPC-ów jak na jednostrzał. Rozumiem, że rolą części z nich jest wyłącznie bycie rozpoznanym easter eggiem, ale nie wiem, czy starczy na to wszystko czasu.

Tadeusz… do dobry liniowy scenariusz. Na poziomie poszczególnych scen jest przygotowany niemalże wybitnie. Niestety BG nie mają tu co swobody w skali makro. Za to są zabierani na zapierającą dech piersiach przejażdżkę. Blisko, ale chyba nie będzie finału.

PS. Świątynia dmuchania!

Piotr Cichy

Podoba mi się pomysł oparcia scenariusza na „Panu Tadeuszu”. Tego jeszcze nie było, a ta historia wręcz się prosi o zaadaptowanie do gry rpg i ożywienie opisanej tam intrygi działaniami graczy.

Problemem przy adaptacjach gotowego już dzieła literackiego lub filmowego na rpg jest znalezienie miejsca w tej historii dla postaci graczy. I trochę mam wrażenie, że tutaj nie do końca się to udało. Fabuła „Pana Tadeusza” będzie znana większości graczy, więc będą mieli małą motywację, żeby ich postaci poznały zawiłości intrygi motywacje postaci niezależnych.

Największą jednak wadą tego scenariusza jest straszna liniowość. Gracze mogą jedynie minimalnie decydować, co zrobią ich postacie, wszystko jest z góry zaplanowane. Wsiadają do wesołej kolejki i pędzą prze kolejne wyzwania.

I tutaj ratunkiem jest mechanika Wolsunga. Bardzo dobrze, że scenariusz jej konsekwentnie używa w poszczególnych scenach. Zasady Wolsunga pomagają rozgrywać emocjonujące zmagania z barwnymi antagonistami. Dodatkowe mini gierki dodane przez autora w niektórych scenach stanowią dobre uzupełnienie tych zasad. Jak już jedziemy tą kolejką w wesołym miasteczku, to przynajmniej możemy pokombinować w poszczególnych konfrontacjach. Jest ich dużo i są zróżnicowane. Niektóre wydają mi się trochę za trudne, ale bez wypróbowania tej przygody w praktyce trudno to do końca ocenić, tym bardziej nie znając postaci graczy.

Z mniejszych zastrzeżeń, w scenariuszu nie podano rozwiązania zagadki logicznej dla graczy. Bez tego trudno sprawdzić, czy zaproponowane rozwiązanie jest prawidłowe. Zresztą umieszczanie takich zagadek w przygodzie może być czasami problematyczne. Dobrze, że scenariusz przewiduje także możliwość rozwiązania jej udanym testem postaci, a zasadniczo bez jej rozwiązania przygoda i tak powinna się potoczyć dalej.

Opis działania Alternatora nie jest zbyt zrozumiały przy pierwszym czytaniu. Tutaj głównie zawinił chyba układ tekstu. Zastanawiam się też, czy nie dało się lepiej wymyślić, jak powinien zadziałać taki wehikuł czasu.

Witold Krawczyk

Większa część scenariusza to seria minigier i mechanicznych konfrontacji. Czasem pozwala to budować dramaturgię (podoba mi się tykający zegar podczas podróży w czasie), jednak częściej związek fabuły i mechaniki jest dość luźny (np. nie ma powodu w świecie gry, dla którego odzyskanie kapelusza Arcyhrabiego pozwala bohaterom odzyskać siły w finale), a gracze podejmują mechaniczne, strategiczne deklaracje, ale poza nimi nie mają za bardzo okazji do myślenia w kategoriach świata gry czy wczucia się w postacie. To dla mnie wada (czuję, że sesja na podstawie „Tadeusza” będzie przez to mniej emocjonująca), przy czym muszę przyznać, że skupienie się na mechanice luźno związanej z fikcją to znak firmowy Wolsunga; jeśli ktoś jest fanem oficjalnych przygód do Magii Wieku Pary, powinien poczuć się w tym stylu jak ryba w wodzie, jak Gotka w WoDzie.

Podoba mi się w „Tadeuszu” lekki klimat i sympatyczne żarty, ogólna solidność i brak błędów, a także bardzo Wolsungowe dekoracje. Mniej mi się podoba dość słaba motywacja bohaterów (Spowiednika Chrabąszcza i Arcyhrabiego drużyna szuka głównie z dobrego serca) i chyba niewystarczająco zaplanowana ekspozycja (o działaniu maszyny czasu BG dowiedzą się pewnie w ostatniej chwili, a o tym, co dokładnie chciał osiągnąć Chrabąszcz – chyba dopiero po zakończeniu przygody).

Andrzej Stój

Tadeusz wajchę przełóż jest solidnym, dość uniwersalnym (nie wymaga użycia gotowych bohaterów) tekstem opowiadającym o ważnych wydarzeniach – stawka jest odpowiednia jak dla Wolsunga, którego sesje nie traktują przecież o rzeczach mało istotnych. Decyzja o wykorzystaniu Pana Tadeusza jest odważna (szacun dla autora), wydaje mi się jednak, że obarczona większą liczbą wad, niż zalet. Ukazana w taki sposób, jaki wybrał autor przygody, sprowadza postacie do roli widzów cudzej historii.

Przygoda jest bardzo wymagająca dla graczy. W drugiej scenie powinni mieć już pewność, że rozgrywają wolsungowego Pana Tadeusza ze wszystkimi ważnymi rolami przełożonymi 1:1, jedynie pokolorowanymi steampunkowym pędzlem. Czy dadzą radę oddzielić swoją wiedzę od wiedzy dam i dżentelmenów? Jak się poczują, kiedy zrozumieją, że to nie jest historia o nich – choć mogą mieć na nią wpływ – a o odkupieniu postaci tła? Zastanawiam się czy to nie jest celowy zabieg, by gracze mogli samodzielnie przekierować opowieść na wybrane przez siebie tory. Każdy zna Pana Tadeusza, więc wiadomo co można zrobić cofając się w czasie. Jeśli tak, zabrakło komentarza, słów zwróconych bezpośrednio nie tylko do MG, ale również do graczy. Zabawa w przepisywanie tej opowieści może być świetna, jednak powinna być prowadzona świadomie. Jeśli drużynie uda się zignorować całą “pantadeuszową” otoczkę, ma szansę świetnie bawić się historią zaprezentowaną przez MG. Sesja będzie dość liniowa, ale napakowana scenami akcji, z odpowiednim budżetem na efekty specjalne.

[collapse]

Fotograf

Fotograf – Mikołaj Majchrowski

Edycja: 2021

System: Zew Cthulhu 7ed.

Setting: Polska lat 90′

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Liczba sesji: 1

Dodatki: brak

Opis:

Mamy rok 1997. Nad Polską wstaje dzień siódmego lipca, a oczy Polaków zwrócone są w tym dniu na Warszawę, gdzie na dniach amerykański Prezydent Bill Clinton ma złożyć oficjalną wizytę dyplomatyczną. W cieniu tych doniosłych wydarzeń na obrzeżach kraju, tuż przy granicy z Rosją, ma wydarzyć się inna dziejowa wizyta. Jednak temu gościowi z najodleglejszych krain nikt nie chce wejść w drogę… W kierunku wschodzącego słońca, do Jaworników, pędzi Polonezem oddział specjalistów z Komendy Głównej. Po przekazaniu przez lokalną policję raportu do Warszawy, sprawa została natychmiast utajniona i przekazana na wyłączność komórce Ministerstwa Spraw Wewnętrznych do Przeciwdziałania Zjawiskom Paranormalnym, w skrócie „PZP”. Ten poczet obrońców cywilizacji ma stawić czoła zagrożeniu z najdawniejszych eonów, które rozciągnęło swój cień nad kniejami Podlasia. Na tropie trafią na prastarą wiedzę Słowian, ludzkie tragedie, potężne artefakty i pomoc ze strony, której najmniej się spodziewali. Czy na zawsze odeprą plugawe macki zła? Może polegną i pozostawią na pastwę Mroku naszą ojczyznę? A może sami staną się heroldami Demonicznego Sułtana, niosącymi jego niszczące słowo? To wszystko rozstrzygnie się w „Fotografie”…

Pokaż komentarze kapituły

Katarzyna Kraińska

+ Interesujący pomysł na wampirycznego fotografa i związany z nim wątek.

+ Senna, tajemnicza atmosfera miasteczka intryguje i zachęca do odkrycia swoich sekretów.

+ Dobrze zaprojektowane elementy śledztwa – spora liczba możliwych do zauważenia lub przegapienia poszlak zwiększa szanse BG na zdanie któregoś z testów.

+ Przygoda składa się ze stosunkowo sztywnych elementów i drobnych nieliniowości, którymi można swobodnie żonglować. Autor sprawnie zaprojektował blokowy scenariusz, w którym gracze mają wyraźny wpływ na wydarzenia.

– Pomysł z wersjami scen opisującymi późniejsze przybycie BG jest interesujący, ale sposób odmierzania czasu powinien być bardziej sprawiedliwy. Co jeśli „pierwsza godzina gry” zejdzie graczom na długim, wstępnym roleplayu? Dobrze byłoby ustalić jakieś konkretniejsze zasady, np. mechanikę zegarów.

– Scenariuszowi przydałaby się korekta. Błędy, powtórzenia, brak przecinków i dziwne sformułowania czasami utrudniają zrozumienie tekstu.

– W kilku miejscach tekst jest ucięty w połowie zdania.

Marek Golonka

—————————-

Michał Kuras

—————————–

Janek Sielicki

Porządna przygoda trochę trąca Kingiem. Niemoc w miasteczku, mocna fantastyka w scenach nadprzyrodzonych, ciekawie rozpisane szczegóły. Mamy opisy filmów, gotowe postacie wraz z kartami,mapki, obrazki. Podoba mi się fabuła (choć ten wampir mógł krew zdobyć na wiele innych sposobów). Wszystko rozpisane jest porządnie (choć tekst można by wygładzić stylistycznie) – mamy dobry wstęp, czytelnie rozpisane wydarzenia i poszlaki.
Bardzo mi się nie podoba ‘realne’ tempo gry, a nie zastosowanie zegara reakcji/postępu akcji. Zupełnie nie widzę tu takiej potrzeby podkręcenia tempa patrzeniem na zegarek. Finał jest też dość brutalny, bo od rzutu na poczytalność w sumie zależy, czy BG coś zdziałają (a i tak przygoda nie patyczkuje się jeśli chodzi o utratę poczytalności). Brakuje też innych rozwiązań niż przeprowadzenie rytuału (choć widzę, jak BG organizują akcję oddaj krew dla policji ).

Marysia Piątkowska

Pomysł z wysłaniem energii/krwi/etc. przez zdjęcia jest stary jak świat i tutaj niczym mnie nie zaskoczył, choć podoba mi się kreacja bohaterów i samego miasteczka. Tekst jest napisany porządnie, widać, ze Autor kontroluje przebieg wydarzeń, dysponuje poszlakami, a jednocześnie daje pole do pracy graczom i tym samym bohaterom graczy.
Fajna intryga, choć nic zaskakującego.

Michał Sołtysiak

Kolejny scenariusz do Zewu Cthulhu do Wydziału X, tzn. do następcy tej jednostki, już w Wolnej Polsce lat 90-tych. Nie zmienili się kultyści i waleczni funkcjonariusze, ale zmienił się ustrój. Mamy czwórkę bohaterów, którzy na Podlasiu mają rozwiązać sprawę dziwnych wydarzeń. Są gotowe postacie, jest całkiem przemyślana intryga i dość ciekawy zabieg, bo jest wampir, ale w rozumieniu mordercy, a nie krwiopijcy, choć nie do końca. I to jest fajny, lokalny koloryt scenariusza w Polsce.

Trochę martwi, że autor widzi tylko jedno rozwiązanie, bo gracze mogą zaskoczyć, ale generalnie jest to naprawdę udany tekst. Ma swoje wady, gdyż moim zdaniem w przygotowaniu gotowych postaci, zbyt mocno określono ich motywacje i powiązania. Lepiej byłoby zostawić większy wybór, kto jest rodziną, a kto związkiem. Jednak dalej to scenariusz, który polecam, bo chce się go poprowadzić i mam wrażenie, że gracze będą się dobrze bawić.

Paweł Domownik

Fotograf to bardzo porządne otwarte śledztwo z limitem czasu. Mamy tu bardzo zagubiona na krawędziach cywilizacji osadę. Niejednoznacznych złoli i wielkie zagrożenie. Rzecz niby dzieje się w roku 97, ale trochę zlewają się tu w jedno czasy przełomu, lata 90 i wczesne zerowe. Niemniej jednak feel lat 90 fajnie podkreśla wrażenie pogrążonego w niemocy małego miasteczka.

Filmy o Bondzie są tylko tak dobre, jak dobra jest postać głównego złego. Tutaj też ciężar scenariusza troche spoczywa na tytułowym Fotografie. To bardzo ciekawa, niejednoznaczna postać. Dobrze, że nie jest to kolejny mroczny kultysta. Dzięki genialnemu pomysłowi na wysysanie życia ze zdjęć staje się on jednak mało zły. Sympatyczny starszy pan, który troszczy się o miasto. TBH nie sadze, żeby którakolwiek z drużyn, z którymi gram zdecydowała się wystąpić przeciwko nie mu.

Streszczenie na początku scenariusza jest całkiem w porządku, tylko dlaczego ukrywa przed nami informacje, że strażnik jest wampirem? Poza tym jednak drobnym szczegółem dobrze podsumowuje wątki.

„Fotograf” jest porządnie opracowany mechanicznie. Podpowiadając co i kiedy testować. Dobrze, że niektóre informacje da się zdobyć na wiele sposobów. Bardzo ciekaw jest mechanizm łączący upływ czasu na sesji z tym w fikcji. Niestety nie ma wskazówek czy od początku powiedzieć graczom, że ich postacie mają twardy limit 4 godzin. Powiemy — będą speedrunować, nie powiemy, mogą się poczuć oszukani. Na szczęście spóźnienie się na żadną (poza finałem) scenę nie blokuje dalszego rozwoju śledztwa.

Jeżeli chodzi o estetykę: Scenariusz zawiera świetnie ręczne rysowane mapki — estetyczne czytelne i z charakterem. Jest też napisany plastycznym językiem, który bardzo przypadł mi do gustu, ale który można by trochę skrocic.

Bawi to, że wszyscy, łącznie z 17-letnimi dresami prowadzą pamiętniki, które BG mogą rzecz jasna znaleźć i wydobyć z nich informacje. Rozumiem jeden notatnik na przygodę, ale stosowanie ich ciągle nudzi. Dobrze, że czasem mamy alternatywy — np. w postaci przesłuchania wykorzystujące różne umiejętności.

Pregeny postaci są całkiem fajne. Maja wbudowane motywacje i dzięki nim można przygodę prowadzić z marszu. Nie są powiązani jakoś specjalnie z fabuła, ale mi to akurat nie przeszkadza.

Przyznam, że na końcu trochę zaskoczyła mnie możliwość wskrzeszenia traktowana jako jeden z wielkich wyborów tego scenariusza. Jeżeli miałby taki być, trzeba by go mocniej zapowiedzieć, niż tylko wzmianką w jednej z ksiażek, jaka może trafić w ręce BG.

Trochę brakuje mi w tej przygodzie konfliktu. Jak najbardziej jestem fanem pomysłu na złoli, którzy mają dobre motywacje. Wydaje mi się, jednak że tutaj drużyna bardzo chętnie sprzymierzy się z wampirem przeciw wielkim przedwiecznym. Bez sprzecznych interesów różnych stronnictwo to po prostu porządna przygoda. Jakby to podkręcić byłaby bardzo dobra.

Ps. Drogi autorze/droga autorko. Mam wrażenie, że czasem myślisz magnes z magnezją 🙂

Piotr Cichy

Dobrze przemyślany jednostrzał dla doświadczonych graczy Zewu Cthulhu. Kluczowe jest zrozumienie, o co chodzi w odprawianym rytuale i jakie bohaterowie mają możliwości. Jestem przekonany, że większości osób nie uda się zakończyć tej przygody szczęśliwie. Nie jestem przekonany, że to dobre rozwiązanie. Nie lubię scenariuszy, w których MG może czerpać radość z wystrychnięcia graczy na dudka, a tu wyczuwam takie nastawienie. Nie jest to ściśle railroad, bo gracze mają całkiem sporo swobody, co robić, ale zapewne wybiorą źle. Chyba że zaufają oczywistemu antagoniście, tytułowemu fotografowi. Swoją drogą spoiler w tytule to też kiepskie rozwiązanie.

Podobnie jest trochę z zajawką dla graczy. To fajny pomysł, ale w obecnej formie zdrada zbyt wiele z treści scenariusza.

Obecność streszczenia fabuły na początku pracy warto policzyć na plus. Łatwiej się zorientować w całości.

Praca z jednej strony ma fajne stylizacje na akta, sporo mapek sytuacyjnych (mimo że szkicowe, to liczę je zdecydowanie na plus), a z drugiej brakujące linijki tekstu i literówki, nie mówiąc już o błędach składu.

Trochę jest nieścisłości odnośnie realiów przygody. „Pub w wiosce”? To chyba się inaczej nazywało. W 1997 r. nie było jeszcze w Polsce koszulek z Pokemonami. Nastolatek raczej nie miałby telefonu komórkowego.

Zaproponowane postaci są poprawne, mają cechy charakterystyczne, wzajemne relacje, rozpisaną mechanikę (co ułatwi wykorzystanie tego scenariusza jako jednostrzału), ale zdecydowanie można je było silniej wpleść w fabułę.

Również polecana muzyka to przydatny dodatek, choć nic niezbędnego.

Scenariusz w pełni wykorzystuje mechanikę Zewu Cthulhu, choć w paru miejscach mam tu wątpliwości. Zbadanie księgi z zaklęciem wskrzeszenia wymaga miesiąca czasu. Chyba nie ma na to czasu w tej przygodzie? A w opisanych wariantach zakończenia są i takie, które to przewidują.

Podobają mi się ramki Gra na czas, wprowadzające warianty scen w odniesieniu do realnego czasu sesji, przy założeniu, że gramy jednostrzał o długości 4 godziny. Takie podejście będzie miało dobry wpływ na dynamikę sesji. Wprowadzi napięcie i poczucie niebezpieczeństwa, gdyby gracze byli zbyt zachowawczy i przedłużali sceny śledztwa. Trochę tu też kwestia prowadzenia przez Mistrza Gry – czy nie będzie przedłużał. Słabo by było, gdyby to on przyczynił się do spowolnienia akcji, żeby na końcu przywołać potwory i wprowadzić zamieszanie z rytuałem.

Klątwa Niemocy opanowująca mieszkańców małego miasteczka bardzo mi się podobała. Taka życiowa. Fragment naszej rzeczywistości ukazany przez pryzmat Mitów Cthulhu. Lubię takie motywy.

Witold Krawczyk

Klasyka Zewu Cthulhu. „Fotograf” to krótkie śledztwo (szanujące wolność graczy, ale i nie stanowiące, myślę, większego wyzwania), finałowe odprawianie bluźnierczego rytuału wymagające porzucania kostkami i zdecydowanie najciekawsze dla mnie nieoczywiste spotkanie z wampirem (czy BG się z nim sprzymierzą? Czy zdradzą go, żeby wskrzesić zmarłych?). Czytając scenariusz, opisy rytuałów, rekwizyty, poetyckie zwroty (opus gmachu policji jest super!) i opis dziwnego wampira robiącego zdjęcia na kamiennym papierze, czułem duszę i zapał autora. To cenne i niepospolite! Brakowało mi jednak czegoś ciekawego do roboty w świątyni (gracze tam dotarli po śledztwie, niechby coś się wydarzyło), dokładniejszego ukazania ciążącej nad miastem apatii, korekty językowej, a także – jeśli przygoda ma walczyć o Quentina – czegoś wyjątkowego, zaskakującego, co zwaliłoby mnie z nóg. PS – autorowi świetnie wychodzą tajemnicze notatki, aż prosi się, żeby nie przedstawiały wpisów z policyjnej kartoteki, tylko zapiski, które mogą wpaść w ręce grających. PS2 – pewne kiksy historyczne mogą zniechęcić starszych graczy; osiemnastolatek w koszulce z pokemonami to chyba bardziej styl lat 2010. niż roku 1997, kasety wideo nie wkłada się do aparatu, tylko do kamery.

Andrzej Stój

Lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Polska, miasteczko gdzieś na Podlasiu. Senność, marazm, niemoc… i ten polonez prujący wprost na komisariat. A w środku ludzie, którzy przyjechali wyjaśnić zagadkę okrutnej śmierci trójki nastolatków.

Fotograf to oczywiście przygoda do Zewu Cthulhu, z gotowymi bohaterami (choć wcale ich nie potrzebuje) opowiadająca prościutką historię o wampirze próbującym zerwać z siebie jarzmo Strażnika, którego obowiązkiem jest składanie w ofierze krwi podczas każdego nowiu. Krwiopijca ma dość i chce odprawić rytuał, który zdejmie klątwę z okolicy, ale nadgorliwy uczeń próbuje samodzielnie załatwić sprawę, efektem czego jest sprowadzenie na Ziemię awatara Nyarlathotepa. Ten masakruje nastolatków i… znika.

Śledztwo polega na rozmowie z kilkoma osobami. Wystarczające informacje bohaterowie dostają praktycznie na tacy. Jedynym dylematem jest to czy dogadają się z wampirem i dotrzymają obietnicy.

Podoba mi się osadzenie w roli Badaczy doświadczonych agentów dawnego Wydziału X. Nie ma żadnego zgadywania z czym ma się do czynienia, pierwszych kontaktów z nadprzyrodzonym – postacie wiedzą z czym mają do czynienia, od początku wiadomo, że w tle czai się potwór. Kaseta z filmem rodem z Blair Witch Project to również świetny motyw, zwłaszcza, że Badacze nie zobaczą wiele.

Tym, co kładzie Fotografa jest prostota i naiwność całej przygody. Postacie tła zachowują się niewiarygodnie. Dziwne jest traktowanie zdjęć jako rozrywki – w roku 1997 ktokolwiek miałby traktować wizytę w foto studio jako coś więcej, niż obowiązek przy wyrabianiu dokumentów? Nie kupuję tej intrygi.

To nie jest bardzo zła przygoda. Brakuje jej po prostu spójności (telefon w kieszeni nastolatka w 1997 roku?), lepszego powiązania z Mitami oraz przemyślanych BNów. Fotograf mógł być osią świetnej sesji dla grupy autora, ale na konkurs to niestety zbyt mało.

[collapse]